Poprzedni temat «» Następny temat
#1
Autor Wiadomość
Eleanor Rivers


Jestem w Chicago od
urodzenia



27
striptizerka

all the lonely people, where do they all belong?

Mieszkam w
Loop

Eleanor

Rivers

Wysłany: 1 Marzec 2020, 14:13   #1

Jeśli dzieciństwo z Aną dało jej cokolwiek cennego, była to z pewnością umiejętność patrzenia na siebie w lustrze bez głębokiej, wbijającej się pod samą skórę nienawiści do tego, co widziała. Nie miała specjalnych złudzeń co do tego, jaka była i że prawdopodobnie patrzyła na najmniej wartościowego człowieka, jaki chodził po świecie (jej matka przynajmniej nie puszczała się zawodowo). Ale chyba nauczyła się to akceptować. To, że prędzej czy później i tak kogoś zawiedzie (bo co do tego, czy mogła jeszcze zawieść samą siebie, miała dość duże wątpliwości), że zrobi coś głupiego albo zwyczajnie niewybaczalnego, że każdy w końcu od niej odejdzie. Ale musiała przyznać, że z tym zupełnie niecodziennym, ciepłym poczuciem bezpieczeństwa, które dawał jej Jude, było jej się wyjątkowo ciężko pożegnać. Nie zostawiała mu żadnych listów pożegnalnych, nawet nie informowała go, że pewnie za szybko się już nie zobaczą, ale we własnej głowie chyba skreśliła go już z niesamowicie krótkiej listy osób, które uważała za bliskie. Wbrew temu, co sama o sobie sądziła, nie była idiotką – doskonale wiedziała, że prędzej czy później się zorientują, że coś im zaginęło i że prawdopodobnie była jedyną kręcącą się po sklepie i warsztacie osobą z równie lepkimi rękoma, więc wniosek będzie oczywisty. Wiedziała też, że chociaż do tej pory radośnie nadwyrężała cierpliwość Jude’a, chyba jeszcze nigdy nie podeptała równie bezmyślnie jego zaufania, a… z tego przecież już się nie wychodziło. Dlatego, kiedy dostała od niego wiadomość o wizycie, chyba już wiedziała, że się za nią po prostu nie stęsknił i że nie czeka jej nic przyjemnego.
Oczywiście, że zamierzała powtarzać, że to wszystko nieprawda (stara szkoła Any, gdyby panie z opieki społecznej, nauczyciele albo panowie w niebieskich mundurach pytali, czy czasami nie wraca na noc albo czy zdarza im się pusta lodówka). Elle Rivers od dwudziestu siedmiu lat żyła w świecie, w którym z nikim nie wolno było dzielić się problemami. W akcie desperacji była gotowa (albo tak jej się wydawało) złamać tę zasadę, ale skoro trafiła jej się inna okazja, wybór był banalnie prosty. Nie zarabiała mało – była zupełnie niezłą tancerką i powinna dostać medal z oszczędzania pieniędzy – ale obecna sytuacja była zwyczajnie dramatyczna. Od lat utrzymywała nie tylko siebie, ale też Anę (odkąd Ben był w więzieniu, matka była już tylko jej zmartwieniem), a wszystkie oszczędności na przyszłość oddała paskudnym typom czekającym na nią pod mieszkaniem. I, owszem, wiedziała, że długi Bena znacznie przekraczają jej możliwości finansowe, ale nie spodziewała się chyba, że aż tak bardzo – i że teraz będzie musiała pilnować nie tylko niewracania do domu, kiedy kręcili się pod drzwiami, ale też żeby za kratkami nie zabili jej brata. Stos gotówki, który dawała im wczoraj wieczorem, był pewnie największym, jaki w życiu widziała, a… to przecież nie był jeszcze koniec i była tego świadoma tak mocno, że aż bolało. Zupełnie jak teraz, kiedy wchodziła akurat po schodach z pralni w piwnicy, z koszem pełnym suchych ubrań w rękach i musiała się bardzo sztucznie uśmiechnąć do stojącego pod jej drzwiami Jude’a. – Cześć, otworzysz? – spytała tylko, odwracając się bokiem, żeby mógł wyciągnąć klucz z tylnej kieszeni jej spodni. – Jesteś głodny? Chcesz coś do picia? – dopytała po wejściu, szybko przelatując wzrokiem przez cały jeden pokój z otwartą na oścież szafą, bałaganem na łóżku, maszyną do szycia na jedynym stole i stosem ubrań od sąsiadek tuż obok – przynajmniej jej mikroskopijny biznes krawiecki miał się w tym miesiącu w miarę nieżle.
 


profil kalendarz
 
Jude Kennedy


Jestem w Chicago od
zbyt dawna



36
rozwód na horyzoncie

naprawia stare meble

Mieszkam w
Lincoln Park

Jude

Kennedy

Wysłany: 2 Marzec 2020, 20:53   

Oczywiście, że nie chciał tu przychodzić. Nie chciał, bo to oznaczało zaakceptowanie tego, że biżuterię zabrała (ukradła) Elle, a to wcale nie było takie łatwe do przełknięcia. Nie tylko dlatego, że musiał przyznać, że Einar miał rację – jego wspólnik przecież już od początku krzywo patrzył na to, by Elle kręciła im się po sklepie i warsztacie, bo najwyraźniej znał się na ludziach dużo lepiej niż Jude i wiedział, jak to się prędzej czy później skończy. A jeśli Jude musiałby zaakceptować, że Elle to zrobiła, przede wszystkim musiałby najpierw przełknąć myśl, która od samego początku irytująco brzęczała mu gdzieś z tyłu głowy, ale nigdy nie chciał jej do siebie dopuścić. Wiedział, że nie był ani zbyt ciekawy, ani szczególnie inteligentny i, najogólniej rzecz biorąc, nie miał za dużo do zaoferowania jako potencjalny kolega czy przyjaciel (mniej miał już do zaoferowania tylko jako mąż). Mimo to bardzo chciał wierzyć, że Elle przynajmniej czasami przychodziła do jego warsztatu dla niego, a nie tylko po to, by zjeść darmowe śniadanie i rozejrzeć się wśród starych, ale absurdalnie kosztownych mebli.
Różni ludzie kręcili się po ich zagraconym sklepie i Jude był całkowicie pewien, że gdyby wreszcie zabrali się za jakąś inwentaryzację, odkryliby, że brakuje im co najmniej kilku drobiazgów. Nikomu jednak nie chciało się tego robić – on miał wystarczająco dużo roboty w warsztacie, a Einar wolał naciągać klientów i namawiać ich na dodatkowe zakupy niż zabrać się za coś produktywnego. Gdyby Elle zabrała cokolwiek ze sklepu, minęłyby wieki, zanim ktokolwiek by się zorientował – o zdecydowanej większości przedmiotów obaj zapominali w chwili, gdy znaleźli im dobre miejsce w sklepie. Może nawet nie zorientowaliby się, gdyby zabrała coś innego z tej ciężarówki – właśnie przywieźli im meble, które Einar kupił od rodziny niedawno zmarłej kolekcjonerki antyków. Niestety tą samą ciężarówką, żeby nie kursować kilka razy, przywieźli im trochę biżuterii i innych pierdół, które dostali tylko do wyceny, a klient już następnego dnia się rozmyślił i uznał, że chce je z powrotem. Skoro przy rozładowaniu ciężarówki był Jude, Elle i pracujący u nich dzieciak, wniosek był aż zbyt oczywisty.
Prawie się uśmiechnął, gdy okazało się, że nawet nie było jej w domu, choć przecież umówili się, że przyjdzie. Jeszcze chwilę stał na tej klatce i nie wiedział, co ma ze sobą zrobić (odejście i udawanie, że niczego im nie zabrała kusiło go trochę zbyt mocno), ale zanim podjął jakąś decyzję, Elle wyszła z pralni. Nie odwzajemnił jej uśmiechu i po krótkiej chwili wahania po prostu pokręcił głową. - Nie – odparł krótko i cierpliwie poczekał, aż pewnie odstawi miskę i sama wyjmie klucz, bo naprawdę ostatnie, na co miał ochotę, to pakowanie rąk na jej tyłek. Zamknął za sobą drzwi i zatrzymał się w progu, nie wchodząc dalej, a potem wziął głęboki oddech. - Nie chcę herbaty, chcę biżuterię, która była w tej ciężarówce – powiedział i od razu wsadził rękę do kieszeni, by upewnić się, że ma tam portfel, bo oczywiście, że zamierzał dać jej tyle kasy, ile tylko potrzebowała. W końcu tylko do tego był jej potrzebny.
 


profil kalendarz karta postaci
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Strona wygenerowana w 0,11 sekundy. Zapytań do SQL: 7