Poprzedni temat «» Następny temat
Aldi Foods
Autor Wiadomość
Chicago


Chicago

Wysłany: 4 Czerwiec 2016, 22:36   Aldi Foods

[align=center:73897e9f92][/align:73897e9f92]
 


profil
 
Mathilda Wharton
[Usunięty]

Wysłany: 13 Lipiec 2016, 20:43   

→ KILKA DNI PO AKCJI W SZPITALU + LOOK

Od zbiórki w szpitalu minęło już trochę czasu, Mathie pomimo tego „cudownego uczucia”, jak to określił Arthur, nie mogła znaleźć sobie miejsca. I w swoim uporze, za to, że nie mogła jak zwykle cieszyć się tym uczuciem, postanowiła winić Lizzie. Tak, zupełnie jakby miała dwanaście lat. Nie ma co ukrywać, miała wówczas ochotę zapaść się pod ziemię, a siostra jak zwykle bardzo domyślna, pogrążała ją z każdym słowem, jakie wychodziło z jej ust. Zdecydowanie za coś się mściła, ale blondynka nie była w stanie przypomnieć sobie, czy ostatnio dała jej ku temu jakiś powód. No, bo gdzie tam? Ona? To chodzący promyk szczęścia, najlepsza kumpela Pana B! Budda każe kochać wszystkich, o ile warto, więc rodzinę również, WIĘC… Matie ostatecznie nie pozbawiła siostry włosów, a miała ochotę! Naprawdę.
W jej głowie wszystko, cała ta rozmowa między nią, siostrą, a Arthurem, brzmiała dziesięć razy gorzej niż w rzeczywistości i mimo, że o tym wiedziała, unikała Brightona, udając zapracowaną. Oczywiście, pracowała! Wracała do domu wyprana z życiowej energii i wiedziała, że by naładować baterie potrzebuje przyjaciół, choćby rozmowy przez telefon, w trybie głośnomówiącym, w ciągu której dziesięć razy na minutę pada pytanie „Co? Nie słyszałam! Jeszcze raz!”. Wiedziała i co? I udawała, że jej nie ma. Głupia, głupia.
Wiecznie jednak udawać nie mogła, zwłaszcza, że skończyło jej się masło orzechowe, a to istna tragedia w jej domu! Wybrała się więc do sklepu, jako, że lodówkę też miała pustą i jedyną alternatywą do czekolady zamiast masła był… majonez. Kiepskie to jednak połączenie, nawet ona nie miała odwagi próbować, więc błądziła teraz między półkami, nie mogąc odnaleźć się w alejkach. Nie miała do tego głowy, to fakt, ale miała wrażenie, że ktoś próbuje zrobić jej na złość, ciągle zmieniając położenie produktów. Spisek. Stała właśnie naprzeciw płatków śniadaniowych, zbierają się do podjęcia tej WAŻNEJ decyzji, gdy kątem oka dostrzegła znajomą sylwetkę i momentalnie odwróciła się na pięcie, powoli, jak gdyby nigdy nic, idąc w stronę końca alejki, by ukryć się za rogiem. Głupia.
 
 
Arthur Brighton
[Usunięty]

Wysłany: 13 Lipiec 2016, 22:09   


Arthurowi trudno było uwierzyć, że ktoś taki jak Mathilde faktycznie mógłby poczuć do niego coś więcej. Sam wzdychał do niej wystarczająco długo w liceum bez wzajemności, by utwierdzić się w przekonaniu, że faktycznie jest skazany na egzystowanie w wiecznym friendzonie i nieważne jak bardzo by się starał, nigdy nic z tego nie wyjdzie. Wyznanie Lizzie wprawiło Brightona w niemałą konsternację, jednak ostatecznie zwalił to na zwykłą chęć uprzykrzenia siostrze życia - sam nie wiedział jak to jest, ponieważ własnemu rodzeństwu celowo nie zrobiłby na złość, nawet gdyby go torturowali, ale z opowieści innych wiedział, że zdarza się to raczej często. Dlatego też, gdy zaczęła go unikać, bo wbrew pozorom nie był na tyle głupi i ślepy, by się nie domyślić, nie do końca wiedział jak powinien się zachować. Wciąż zostawiać na poczcie głosowej blondynki miliony wiadomości? Złożyć niezapowiedzianą wizytę? Może po prostu chciała zostać sama i potrzebowała przestrzeni? Miał wiele scenariuszy w głowie i najwidoczniej żaden z nich nie pokrywał się z rzeczywistością!
Jakby tego było mało, skończyły mu się podstawowe produkty do przyrządzenia w miarę zjadliwego obiadu. Dwa szczeniaki, które postanowił przygarnąć na parę dni zanim poszuka im nowej, adopcyjnej rodziny także zaczęły upominać się o odrobinę przyjemności, więc postanowił zrobić zakupy nie tylko dla siebie, ale również dla nich - pięć ogromnych paczek przysmaków powinny wystarczyć. Akurat kiedy sięgał po makaron do spaghetti na dzisiejszą kolację, kiedy przed oczami mignęła mu znajoma blond czupryna. Odruchowo wychylił głowę w bok, pragnąć upewnić się czy to faktycznie ona.
No i rzeczywiście, nie mylił się - tylko dlaczego zamiast przywitać się jak człowiek zaczęła uciekać? Zmarszczył brwi, po czym wykonał ryzykowny skręt w prawo swoim wypełnionym po brzegi wózkiem, by następnie ruszyć w tamtym kierunku. Upsi, chyba plan Mathilde się nie powiódł.
- Matie? - rzucił w przestrzeń, gdy stanął tuż za nią. - Jeżeli chciałaś się przede mną schować, mogłaś wybrać regał ze słodkościami, nie rozróżniłbym - HE HE, MISTRZ PODRYWU. Dopiero po czasie zdał sobie sprawę jak słabo to zabrzmiało, więc nerwowo podrapał się po karku i posłał jej krótki uśmiech. Awkard. - Proszę, powiedz, że mnie nie unikasz - tego by chyba nie przeżył!
 
 
Mathilda Wharton
[Usunięty]

Wysłany: 14 Lipiec 2016, 00:20   

Nie jej wina, że w liceum miała w głowie jednie losy biednych żółwi morskich, którym jedzeni plastiku szkodzi na ich maleńkie żołądki! Ty wiesz ile śmieci pływa w oceanie? Żółwie żółwiami, jej oddanie sprawie, to co innego, prawda była taka, że ktoś złamał jej maleńkie serce i to w najgorszy możliwy sposób. Ani myślała robić w nim miejsca dla kogoś nowego, nawet kogoś dobrego, jak Arthur, kto nigdy nie potraktowałby jej serca źle. Skąd mogła wiedzieć? Miała go za przyjaciela, choć zdarzało się czasem, że czuła to małe ukłucie żalu, gdzieś w okolicach tego zranionego serca, gdy widywała go w towarzystwie jego koleżanek… To przecież nic, to nic nie znaczyło! Prawda? Co innego teraz, wciąż byli przyjaciółmi, a łapała się na tym, że myśli o nim inaczej. Oczywiście, od razu ganiła się za to w myślach, zaczynała śpiewać Jailhouse Rock, albo liczyć do 10 po hiszpańsku. Byle, by czymś zająć myśli, ha! A teraz jej myśli ujrzały światło dzienne i sama nie wiedziała dlaczego jej tak wstyd, dlaczego jej tak głupio, czy nie powinno być jej lżej, że nie musi wreszcie nucić pod nosem przebojów Elvisa, by nie palnąć głupoty?
A niech cię, Wharton! Widział cię! Nie była pewna, wydawało jej się, że nie, mimo to wciąż próbowała… dać nogę, że tak powiem. Dyskretnie! Nie tak, że miała zamiar rzucić się do ucieczki, ooo, to z pewnością nie zwróciłoby niczyjej uwagi! Zwłaszcza, gdyby się potknęła i wysypała wszystkie swoje zakupy na samym środku alejki numer sześć. Słysząc swoje imię, zacisnęła mocno powieki, myśląc sobie, cholercia, dopiero po chwili odwróciła się w stronę bruneta i to z szerokim uśmiechem na ustach, jak gdyby nigdy nic, o Arthur, nie zauważyłam cię!
- Heeej – mruknęła, unosząc dłoń, prawie, że w typowym „awkward waving”, po czym od razu ją opuściła, gdy tylko zdała sobie z tego sprawę. Parsknęła śmiechem, słysząc ten jego komentarz o słodyczach, jeszcze by tego brakowało, by jej się „świnka” wyrwała, więc zakryła usta dłonią. Ups… - Co? Ja? Nie! Skąd… Co? – Ciut za prędko chyba wyrwała się do odpowiedzi i trochę poplątała, w końcu jednak wzruszyła lekko ramionami. – Troszkę? – W końcu przyłapał ja na wymykaniu się z alejki, jest pogrążona.
 
 
Arthur Brighton
[Usunięty]

Wysłany: 14 Lipiec 2016, 00:36   

Ratowanie żółwi morskich to naprawdę poważna sprawa, Arthur był skłonny wybaczyć jej niedostrzeganie uczuć, jakimi ją darzył akurat z tego powodu! A tak na poważnie, to zdążył się przyzwyczaić. Dziewczyny albo go nie dostrzegały, albo traktowały jak przyjaciela. Tyle. Na nic więcej liczyć nie mógł. Jako kumpel faktycznie sprawdzał się fantastycznie - nic dziwnego, że tkwił w wiecznym friendzonie! Kiedyś jedna z kumpelek Brightona doszła do wniosku, że jest jak przyjaciel gej, tylko, że heteroseksualny. Nie wiedział czy powinien poczuć się urażony, czy raczej wręcz przeciwnie - w każdym razie, oficjalnie przegrał życie. Ktoś powinien nagrać o nim dokument, na pewno zbiłby miliony na roli największego pechowca na świecie. Nawet nie musiałby szczególnie się do niej przygotowywać.
Śmiała się, czyli jeszcze nie było tak źle. W duchu odetchnął z ulgą, choć pewnie lepiej poczułby się, gdyby rzeczywiście parsknęła jak zarzynana świnia - wtedy przynajmniej nie byłby jedynym z ich dwójki, który zrobił z siebie idiotę. Tego chowania się za regałami nie uznał za coś głupiego, ale akurat w tym nie ma nic dziwnego. Arthur zawsze miał odpowiednie usprawiedliwienie dla zachowania drugiego człowieka, nawet tego najgorszego. W każdym dostrzegał jakieś pozytywne strony, dlatego też o ile samego uciekania przed nim nie potrafił zrozumieć, o tyle późniejsze zmieszanie blondynki uznał za całkiem urocze.
- Matie... - zaczął, w ostatniej chwili rezygnując. Co niby miałby powiedzieć? Skoro go unikała, najwidoczniej znalazła konkretny powód. - Mogę wiedzieć dlaczego? - zapytał ostrożnie, jakby bał się, że lada moment przed nim ucieknie, tym razem skutecznie - Nie obrażę się, jeśli nie odpowiesz, ale... Wolałbym jednak wiedzieć z jakiego powodu moja przyjaciółka woli ukrywanie się za regałami niż konfrontację ze mną - w niektórych sytuacjach, takich jak ta przykładowo, Arthur mógłby konkurować w konkursie na najgłupszego człowieka świata razem z Paris Hilton i najprawdopodobniej rozmiótłby konkurencję już na samym początku. - Zrobiłem coś nie tak?
Hasztag typowo. Miał w zwyczaju brać całą winę na siebie, nawet jeśli nie popełnił żadnego błędu. Teraz również - całe życie przeleciało mu przed oczami i zaczął przypominać sobie każde ich spotkanie na przestrzeni ostatnich paru miesięcy, by zweryfikować czy faktycznie nie palnął czegoś, co mogłoby ją urazić. Niestety, nic podobnego nie przychodziło mu do głowy. Ech, weltschmerz mocno.
 
 
Mathilda Wharton
[Usunięty]

Wysłany: 14 Lipiec 2016, 01:05   

Przyjaciel gej, tyle, że heteroseksualny! Wiesz, że zdefiniowałaś mi tym kilku moich kumpli? Dzięki ci za to! A co do Arthura, to Mathie nigdy tak o nim nie myślała, pomijając to, że czasem myślała o nim… w bardzo, bardzo inny sposób, to nigdy nie przeszłoby jej przez myśl, że jest gejem! Czy ona jedna wciąż widziała go w towarzystwie dziewczyn, przyjaciółek, czy nie, ale śmiały się do niego jak skończone kretynki, choć jego żarty nie były tak dobre. Wtedy nie, o. Bo teraz to sama się śmieje i pozdrawia świnki! Pamięta, że czasem się z nich najzwyczajniej w świecie śmiała, bo mogła, tak? Była jego przyjaciółką, mogła tak po prostu podejść i odciągnąć go od nich, rzucając „wybaczcie, jest mi bardziej potrzebny!”, i musiałyby się z tym pogodzić, tak? Bo akurat chciała zjeść z nim drugie śniadanie na dachu przy szklarniach kółka ekologicznego, o. Friendzone bardzo, oj bardzo! Ale nie wykorzystywała go, prawda?
Jedynym? A ona to niby co, nie robiła z siebie idiotki? Gorzej dla niej, bo zdawała sobie z tego sprawę i miała ochotę przyłożyć sobie otwartą dłonią w twarz. Ugh. To już dla niej standard, najpierw coś robiła, później myślała, o ile myślała, w końcu zawsze przychodził moment na zadanie sobie pytania, „dlaczego ja to zrobiłam?”. Odpowiedzi bywały gorsze niż to uczucie zażenowania, choć tego tutaj, nie przebije nawet jej Dnia Bez Spodni. Nie prędko zapomni.
O nie, nie, nie. Znała ten ton! Mogę wiedzieć dlaczego?
- A wiesz, że ja sama chciałabym wiedzieć… - powiedziała cicho, jakby bardziej do siebie, niż do niego. Westchnęła pod nosem, ma moment zawieszając głowę i wpatrując się w podłogę, jakby tam spodziewała się znaleźć odpowiedź. Zaraz jednak zerknęła na niego ukradkiem, unosząc lekko głowę. – Bo jest jej głupio… I jest głupia, ale… nie tak jak jej siostra? – powiedziała, posyłając mu blady uśmiech, jakby sądziła, że to wszystko wyjaśni, ale skoro nie rozmawiali od czasu spotkania z gadułą Lizzie. – Nie, no co ty… To Liz, znaczy to ja, nie powinnam jej nic mówić, ona zawsze wszystko przekręca… - mruknęła, przewracając oczami. Iii… wracamy do punktu wyjścia. Jak żyć?
 
 
Arthur Brighton
[Usunięty]

Wysłany: 14 Lipiec 2016, 01:24   

Sprawy na pewno potoczyłyby się inaczej, gdyby Arthur miał jaja i potrafił prosto z mostu zadać pytanie, które nurtowało go właściwie od momentu poznania siostry Matie. Zamiast jednak zrobić cokolwiek w tym kierunku, postanowił zrzucić wszystko na swoją wybujałą wyobraźnię. Ktoś taki jak Mathilde na pewno nie poleciałaby na kogoś takiego jak on, bo... Bo była śliczna, bo miała tysiące adoratorów, o których nawet nie wiedziała, bo była inteligentna, bo w kwestii uroku mogła konkurować z misiem pandą, bo była zabawna i to wcale nie w negatywnym znaczeniu tego słowa! Powodów znalazłoby się naprawdę wiele.
- Och - skomentował tylko. No, skoro sama nie wiedziała dlaczego go unika to on jej raczej w odkryciu prawdy nie pomoże, prawda? Dopiero gdy wspomniała o swojej siostrze, wszystko powoli zaczęło składać się w całość. Otworzył usta, zdobywając się na krótkie, typowe dla takich sytuacji "aaaach", po czym momentalnie je zamknął, zdając sobie sprawę, że pewnie wygląda jak rybka w akwarium. Albo nawet gorzej. Na pewno gorzej. - Daj spokój, Matie. Nie musisz się tym przejmować - machnął lekceważąco ręką - Wiem jak to jest. Enes całe dzieciństwo robił mi to samo. Kiedy po raz pierwszy zaprosiłem do siebie dziewczynę, wparował mi do pokoju i rzucił we mnie prezerwatywą. A wtedy nawet nie wiedziałem do czego to cholerstwo służy i postanowiłem ją nadmuchać - aż się wzdrygnął na same wspomnienie! Nawet jako dzieciak był idiotą, nawet jako dzieciak nie potrafił się zachować. Już wtedy, po tej sytuacji, powinien się domyślić, że reszta jego życia będzie jednym wielkim żartem. - Lizzie tylko się zgrywała. Chciała Ci dopiec, tak jak to rodzeństwo ma w zwyczaju - zbagatelizował sprawę, no bo... Skąd miał wiedzieć, że Matie faktycznie nie daje spać swojej siostrze po nocach i zawraca jej głowę nim samym? To było tak nieprawdopodobne jak latające świnie. - Prawda?
Sam nie wiedział dlaczego w ogóle to zapytał. Odruchowo, zanim zdążył ugryźć się w język, jedno słowo wyślizgnęło się spomiędzy jego warg. Momentalnie tego pożałował - Oczywiście, że tak. Co ja w ogóle wygaduję... - zaśmiał się nerwowo. Idiota. Poziom niezręczności osiągnął apogeum. Friendzone życia.
 
 
Mathilda Wharton
[Usunięty]

Wysłany: 16 Lipiec 2016, 18:13   

Gdyby Wharton to wszystko usłyszała, pewnie zastanawiałaby się o kim mowa, bo z pewnością nie o niej! A to chyba nieco podważa kwestię tego, że jest… inteligenta, prawda? Jestem pewna, że znowu poczułaby to ukłucie zazdrości, nie wiedząc, że dziewczyna, o której mówi, to ona sama. Byłaby zazdrosna o samą siebie, tylko sobie wyobraź! Za nic nie dałaby mu po sobie tego poznać, ale w myślach kłóciłaby się sama ze sobą, bo choć całymi dniami chodzi uśmiechnięta, swoim optymizmem irytując wszystkich wokół, z pewnością siebie wcale nie jest u niej tak kolorowy. Kto by pomyślał? Nie Arthur, skoro przy nim zawsze była sobą, czy się śmiała, czy siedziała markotna, sama nie wiedząc dlaczego, więc pytanie nie miało najmniejszego sensu.
A teraz? To nie była Mathi, którą znał. Mathi, którą znał, zwykle... Hm, najczęściej była świadoma, że gada totalne głupoty i nic sobie z tego nie robiła! Ta tutaj miała okazję schować się między pudełkami płatków i wyjść dopiero, gdy obsługa zamknie sklep. Słysząc to „och” i „aaach”, jeszcze bardziej się zmieszała, nie wiedząc zupełnie, co to oznacza i co właściwie miałaby teraz powiedzieć, w przeciwieństwie do Brightona, najwyraźniej. Gdy wspomniał o bracie, uśmiechnęła się lekko, chyba z odrobiną współczucia, bo nie wierzyła w to, że ta historia mogła się skończyć dobrze. I widziała, że powiedział to, by nie było jej głupio, ale niestety, na niewiele się to zdało.
- Ja wiem, ale… - urwała w pół zdania, po chwili jednak przywołała na twarz uśmiech i pokręciła lekko głową. Już miała przyznać mu rację, powiedzieć, że to głupie, gdy usłyszała to „prawda?” i dopadły ją wątpliwości. Tak się bała, że to wszystko zmieni, wcale nie na lepsze, zupełnie nie tak jakby tego chciała. – Cóż, to nie tak, że kłamała… - wzruszyła lekko ramionami, posyłając mu lekki uśmiech. W końcu mówiła, że jest przystojny, czasami naprawdę cudowny…
- Zapomnijmy o tym – mruknęła cicho, przez co przez chwilę zabrzmiało to jak pytanie, mimo to nie chciała, by zabrzmiało to niepewnie, jakby miała jakiekolwiek wątpliwości, więc szybko dodała. – Obiecuję nigdy więcej nie obgadywać cię po pijaku – zaśmiała się, odgarniając kosmyk włosów za ucho. O rany, wciąż miała ochotę uciec jak najdalej, żałowała, że nie wzięła nic z mrożonek, by mieć powód dla którego musi śpieszyć się do domu. Rany!
 
 
Arthur Brighton
[Usunięty]

Wysłany: 18 Lipiec 2016, 16:51   

Czyli wracali do punktu wyjścia. Nawet jeśli w Arthurze tlił się mały, malusieńki promyczek nadziei, że jednak świat stanął na głowie i ktoś pokroju Mathilde faktycznie mógłby zwrócić uwagę na kogoś takiego jak on, tak ta nadzieja momentalnie zginęła. Był skończonym idiotą, skoro w ogóle pomyślał, że uda mu się wyjść z tego przeklętego friendzonu. Najwidoczniej Bozinka na górze miała z niego niezły ubaw i co chwilę wymyślała nowy sposób, by mu dokopać.
- W porządku - przytaknął, kiwając głową z uśmiechem. W myślach jak mantrę powtarzał sobie słowa piosenki Micheala Jacksona, by uśmiechać się, nawet jeżeli pęka Ci serce. Postanowił zrobić dobrą minę do złej gry, nie pogarszać swojej sytuacji jeszcze bardziej i po prostu wziąć to na klatę. Nie była nim zainteresowana, w porządku. Nie pierwsza, nie ostatnia wolała go jako zwykłego przyjaciela, któremu można zawsze wyżalić się z problemów sercowych - bo w końcu jego osoby takowe nigdy dotyczyć personalnie nie będą. - Na trzeźwo też mogłabyś tego nie robić... Sama rozumiesz, byłoby całkiem miło - zauważył, uśmiechając się teraz jeszcze szerzej. Musiał jakoś odwrócić i swoją, i jej uwagę, rozładować atmosferę, bo zrobiła się ewidentnie napięta i niezręczna, a przecież... Nic takiego się nie stało, prawda? Nic, czym powinien się przejmować - dlaczego więc zareagował w ten sposób?
- Chyba wybrałaś już te płatki, prawda? - zapytał, bo od dobru parunastu minut stali przy jednej alejce. Najwyższy czas zdecydować się na jakieś i po prostu stąd zniknąć. Tak, miał ochotę zwyczajnie wrócić do domu, zakopać się pod kołdrą i narzekać na swoje marne życie.
No i faktycznie, po chwili byli już w drodze do kas. Zapłacili za kupione produkty, po czym się rozeszli - udając, że nic takiego się nie stało.
// zt x2
 
 
Nikki A. Rhodes
[Usunięty]

Wysłany: 17 Sierpień 2016, 21:07   



Jakki chyba pobili w tym tygodniu swój rekord, jeśli chodzi o bycie pełnoprawną, szczęśliwą parą. Serioszka! O dziwo nie zdążyli jeszcze poważnie się pokłócić, żadne nie zzieleniało z zazdrości, nawet nie zamienili się w urocze gnomy, które to nie odrywały od siebie rąk i nie przestawały używać sformułowań typu ,,skarbie, żabciu, robaczku". Chociaż, wróć... z tymi rękami to chyba jednak można było dyskutować! Ale w granicach normy. Chyba. Chemia robi swoje, do nie?
Tak czy siak, pewnie codziennie po pracy jedno lądowało w mieszkaniu drugiego. Nikki zaczęła zauważać, że w głupie siedem dni zdążyła przenieść do jego lokum połowę swojej szafy, ech. No ale, trzeba było mieć co założyć, jeśli poczucie czasu nagle znikało i... trzeba było zostać na noc, ups. Dzisiaj, akurat, spędzali czas w jej apartamencie; pochłaniając kolejny sezon gry o tron. Zaczęli wałkować to od nowa po jej powrocie ze szpitala, a teraz, kiedy już mogli dotknąć się wzajemnie bez obawy, że się poparzą - oglądanie było znacznie przyjemniejsze.
Przynajmniej do czasu, bo kiedy koło dwudziestej drugiej Jake oznajmił, że jest głodny - przypomniał biednej Nikki, że ona również nie jadła niczego od południa. Postanowiła nawet być dobrą dziewczyną i ugotować wreszcie coś pożywnego, tylko... nie znalazła w swojej lodówce nic, poza zepsutym mlekiem. Jakiś buldożer jej wszystko wyjadł pewnie!!! W pierwszej chwili zamierzała ulec propozycji Jake'a i zamówić pizzę, ale potem przypomniała sobie o dziennej dawce pączków, jakie wpychał jej Pete - i zrezygnowała z wizji kolejnego fastfoodu na kolację. Wpadła na znacznie lepszy pomysł - podskoczenia do marketu. Chciała sama, ale przypuszczam, że jak prawdziwy superhero nie pozwolił jej na to, skoro był środek nocy. Kij tam, że na co dzień była detektywem.
- Spóźnimy się, spóźnimy się, spóźnimy się... - mamrotała gorączkowo, bo wybrali się na spacerek, a - jak się okazało - market przy jej ulicy był już zamknięty. Musieli dowlec swoje dupska znacznie dalej, a przecież było już całkiem późno! - Nie spóźniliśmy się! - krzyknęła rozradowana, dostrzegając świecący napis ,,Aldi food" - i niezwykle szczęśliwa z tego powodu, wystawiła dłoń, coby Averill mógł przybić jej piątkę. Nie minęły jednak dwie sekundy, a zamieniła się ona w skradnięcie mu jednego, niewinnego całusa; co ważniejsze, Rhodes nie przestawała szeroko się przy tym szczerzyć. - Kupię ci z tej okazji całą siatkę pomidorów - obiecała zaczepnie, odruchowo chwytając go za rękę i ciągnąc w stronę wejścia.
 
 
Jake Averill
[Usunięty]

Wysłany: 18 Sierpień 2016, 00:07   

po wszystkim

No, bądźmy poważne, z trzymaniem rąk przy sobie, to oni już od dawna mieli spore problemy. Po prostu, może powstrzymywali się w miejscach publicznych, ale i to też niekoniecznie. Całe szczęście, Averill ze szponów celibatu wyrwał się już jakiś czas temu, więc obcowanie w towarzystwie Rhodes bez myślenia ciągle o jednym, stawało się z dnia na dzień coraz łatwiejsze. Co jednak nie znaczy, że wcale o tym nie myślał, no.
Pewnie kiedy po pracy znalazł się w apartamencie Rhodes, skrycie liczył na to, że kobieta będzie miała coś zdatnego do jedzenia w lodówce albo - lepiej - uraczy go jakimś ciepłym domowym obiadkiem, ewentualnie da mu prywatną lekcję gotowania. Gra o Tron pochłonęła go jednak na tyle, by przynajmniej chwilowo zapomniał o ssaniu w żołądku i dopiero późnym wieczorem uświadomił sobie, jak bardzo jest głodny. Nie rozumiał, co było złego w zamawianiu pizzy albo chińszczyzny z restauracji pana Chunga, ale skoro zaproponowała wypad do supermarketu, miłościwie zaoferował, że pójdzie z nią. Niech się nie przyzwyczaja, to tylko początki związku są tak kolorowe, następnym razem pewnie zostanie na kanapie, oglądając Goło Naokoło albo amerykańską edycję Undressed, hehe. Zwłaszcza, że Nikki ta wyprawa do sklepu tak zestresowała, że przez pół drogi Averill milczał, zastanawiając się, co już mu zrobi, kiedy jednak się okaże, że nie zdążą i zamkną im sklep przed nosem. Każdy facet przecież wie, że wina za niepowodzenia spada zawsze na nich. Tym razem mu się jednak upiekło, bo Aldi Foods, choć opustoszałe, było jeszcze otwarte. Pewnie jakoś do 23, więc czasu mieli naprawdę niewiele.
Byłby się uśmiechnął na tego skradzionego całusa, ale zaraz zepsuła uroczą chwilę wzmianką o pomidorach, na którą skrzywił się odruchowo i obdarzył ją zniesmaczonym spojrzeniem. - W takich momentach rozważam powrót do życia w samotności. - stwierdził rozpaczliwie, bo przynajmniej wtedy nikt go nie zmuszał do kupowania pomidorów. Udał się z nią jednak w stronę wejścia i choć Rhodes pewnie sugerowała, żeby wzięli mały koszyk, Jake zdecydował się na wózek, "bo były bliżej" i "bo nie trzeba ich nosić, a można się przejechać". Wkroczyli do marketu, najpewniej najpierw na jakiś dział z pieczywem, który naturalnie o tej porze był już tylko pełen skamieniałych bułek i resztek. Gdy Nikki przyglądała się jakiemuś produktowi w jednej z alejek, Jake, już totalnie znudzony, choć znajdował się w sklepie ledwo minutę, wjechał wózkiem w jej tyłek, by o sobie subtelnie przypomnieć. - Weźmy gotową pizzę i spadajmy. Gdzieś tu musi być dział z mrożonkami. - rozejrzał się wokół, próbując zlokalizować to miejsce, ale że obok stała bacznie przyglądająca im się ekspedientka, nietaktownie zerkająca co chwilę na zegarek, Averill niezrażony podbił do kobiety. - Przepraszam, gdzie są mrożonki? - Kultura na najwyższym poziomie, nie! Jake tylko w sklepie nie bał się zapytać o drogę. W każdym razie, kobieta leniwie przeżuwając gumę, zmierzyła go wzrokiem i po chwili pełnej napięcia, wypaliła tylko: W zamrażarkach. Aż go wbiło w ziemię i oko zadrgało mu niebezpiecznie, bo tak sobie pogrywać z głodnym człowiekiem to aż grzech. Spojrzał na nią, jakby miał do czynienia z osobą umysłowo chorą, marszcząc przy tym brwi i ruszył dalej, przy okazji przejeżdżając jej wózkiem po stopie. Tuż po tym rozejrzał się z pewną paniką po supermarkecie, bo nie mógł dostrzec Nikki. Dopiero po chwili okazało się, że pewnie stała gdzieś obok i odetchnął z ulgą tak głośno, że pewnie słyszało go pół sklepu (bo przypominam, był praktycznie pusty, cisza jak makiem zasiał). - Dobra, Rhodes, muszę ci coś o mnie wyznać... - zaczął patetycznym tonem, gdy już znajdował się wystarczająco blisko. - Nienawidzę zakupów. Kiedy wychodzimy? - I ten błagalny wzrok! Pewnie dlatego zwykle nie fatygował się do żadnego innego sklepu niż do monopolowego po piwo i wszelkie zakupy traktował jako zło konieczne.
 
 
Nikki A. Rhodes
[Usunięty]

Wysłany: 18 Sierpień 2016, 01:08   

Na jego odpowiedź - po jej obietnicy dotyczącej kupna całej siatki pomidorów - Rhodes odruchowo parsknęła śmiechem. Była akurat w trakcie przyglądania się koszykom (co ostatecznie robiła niepotrzebnie), gdy zdecydowała się mu odpowiedzieć.
- Ta, powodzenia z tym. - Już sięgała po jeden z nich, kiedy Jake stanowczo uparł się, że powinni wziąć wózek. Nie, żeby aż tak protestowała - po prostu posłała mu, odrobinę litościwe (jak mama niegrzecznemu dziecku), spojerzenie i machnęła lekceważąco dłonią. - Kiedy już będziesz ze mną zrywał, pamiętaj, żeby nie zabierać piwa z mojej lodówki. Skoro i tak dwie godziny później będziesz stał na wycieraczce, tylko niepotrzebnie zrobi się ciepłe - stwierdziła, nadzwyczaj pewnie, po czym delikatnie szturchnęła go łokciem w bok.
Teraz, kiedy wreszcie miała tydzień do tego, by móc owinąć go sobie wokół palca - parę babskich sztuczek, szczególnie w sypialni - zaczęła być równie pewna siebie, co Jake. Confident couple, to powinien być jakiś hasztag na insta, a oni powinni być jego twarzami, hehe.
W każdym razie, Rhodes - po zatrzymaniu się w dziale z chemią, bo była promocja na jej ulubione szampony - nie zdążyła nawet dobrze ogarnąć ich cen, kiedy poczuła ukłucie na swoim tyłku. Ze zniecierpliwieniem wzniosła wzrok do sufitu, a zaraz potem odwróciła głowę w stronę Jake'a. Planowała go opierdzielić, ale wyglądał teraz jak zbity pies, więc ostatecznie tylko uniosła z rozbawieniem brew.
- Nie będziemy znowu jeść pizzy, Averill. To niezdrowe. Zamierzam być dobrą dziewczyną i przedłużyć twoje życie, cobyś pożył ponad dwanaście lat - poinformowała, teatralnie przy tym salutując. Zaraz potem skierowała się gdzieś w drugą stronę, to działu z warzywami powiedzmy i zaczęła pakować różne produkty do specjalnych siatek. Uwijała się przy tym jak mrówka, ale też miała wgląd na to, co dzieje się w sklepie - i kiedy tylko usłyszała rozmowę swojego faceta z ekspedientką, parsknęła. Niby pod nosem, ale jak wspominałaś, wokół panowała absolutna cisza. To dopiero kobiece wsparcie! W każdym razie, była właśnie w trakcie przebierania jabłek, kiedy znowu przylazł, coby sobie pojęczeć. - Matko święta, Jake - odpowiedziała niecierpliwie, wrzucając reklamówkę z owocami do wózka i przenosząc na niego swoje ciemne spojrzenie. Wyglądał jeszcze bardziej uroczo, niż przed chwilą, więc - koniec końców - znowu go nie zjebała. - Daj mi pięć minut, okej? I nie marudź, bo naprawdę wcisnę w ciebie te pomidory - ostrzegła, wspinając się na palce i czochrając jego włosy dłonią. Zaraz potem, ta pracownica marketu, która się koło nich kręciła (zresztą, przyglądała im się jak rasowym kradziejom, ok), przechodziła tuż obok, więc Nikki... - Przepraszam, gdzie jest dział z...
- Na litość boską, nie możecie po prostu poszukać drogi? W ten sposób tam traficie.
W pierwszej chwili była tak zszokowana jej nagłą odpowiedzią, że nie była w stanie wydusić z siebie słowa - za to, skoro już jesteśmy przy gifach, jej mimika zareagowała odruchowo; o tak. No cóż, kobieta ewidentnie zachowywała się tak, jakby coś ugryzło ją w dupę. Niestety, teraz nie rozmawiała z dżentelmenem, a z Rhodes, która nigdy nie trzymała języka za zębami.
- Gdyby powiedziała to pani wczoraj do swojego partnera, kiedy już znalazł się pomiędzy pani nogami, to może też by trafił - stwierdziła, zaledwie chwilę później orientując się, jaki błąd popełniła. Para niemal poszła tej kobiecie z uszu, a gdy tylko utkwiła w Nikki złowrogie spojrzenie, ona wymamrotała (z lekkim przerażeniem); - Nie zachowywałaby się pani wtedy jak orka w trakcie godów - dodała w ramach wyjaśnienia, ale kiedy i to nie poprawiło sytuacji, delikatnie przygryzła wargę. - Żartuję. Pewnie jest pani lesbijką, nawet wygląda pani na lesbijkę. Nie, żebym miała coś przeciwko, miłość to miłość... - Spojrzenie pracownicy - spod tych włosów obciętych od garnka - uświadomiło jej, że lesbijką też nie była. Cholercia. - Nie jest pani. Cóż, chyba jednak sami poszukamy tego działu - zakończyła wreszcie, chichocząc nerwowo i powoli się wycofując.
Przynajmniej początkowo robiła to powoli - po kilku krokach pociągnęła Jake'a za przedramię i - razem z tym nieszczęsnym wózkiem - w dwie sekundy znaleźli się na drugim końcu sklepu. Kiedy już upewniła się, że teren był czysty, podparła dłonie na kolanach i spojrzała na niego znacząco. Minęły trzy sekundy, zanim wybuchnęła śmiechem, który bez najmniejszych wątpliwości rozbrzmiał echem po całym markecie. I tyle z ich ucieczki!
 
 
Jake Averill
[Usunięty]

Wysłany: 18 Sierpień 2016, 17:07   

Posłał jej odrobinę zdziwione spojrzenie, po czym podrapał się po karku. - Nie wiem, z jakimi brutusami ty się wcześniej umawiałaś, ale nigdy nie byłbym na tyle okrutny, by przy zerwaniu pozbawić cię nie tylko TEGO, ale także piwa z lodówki. - Oczywiście wskazał dłonią na swoje ciało i uśmiechnął się znacząco. Już po chwili jednak zaczął zastanawiać się, jakby to było na odchodne nie tylko trzasnąć drzwiami, ale i ukraść komuś alkohol i aż pożałował, że nie przyjdzie mu z nikim zrywać w najbliższym czasie... Oh, wait a minute. Może to jednak było jeszcze do zrobienia! Pod warunkiem, że jego żona wpuściłaby go do swojego mieszkania.
Kiedy strażak podejmował decyzję o tym, że potowarzyszy jej w wyprawie do sklepu, nie wziął pod uwagę jednego - że Rhodes wpadnie w szał zakupów i będzie zatrzymywać się przy każdej półce. On był przekonany, że przyszli tylko po jedzenie, a ona marnowała ich cenny czas na oglądanie szamponów! - No dobra, to możemy zjeść lazanię... - jęknął z zawodem, opierając łokcie na brzegu sklepowego wózka, ale niewzruszona jego marudzeniem, Rhodes, powędrowała do następnej alejki i wtedy to Jake właśnie postanowił zrealizować swój plan. Szkoda, że pracownicy tego sklepu byli wyjątkowo niemili, o czym zaraz przekonała się na własnej skórze Nikki.
Oparł się nonszalancko o jedną z półek i z uśmiechem na ustach obserwował przedstawienie od momentu, w którym tylko pani detektyw postanowiła otworzyć usta. Po pierwszym zdaniu parsknął śmiechem tak głośno, że pod wpływem gromiącego spojrzenia ekspedientki, zaczął udawać atak kaszlu, co zaowocowało jedynie tym, że śmiał się jeszcze bardziej. Uspokoił się jednak nim Nikki zakończyła swoją genialną przemowę i pod koniec nawet zachował sto procent powagi, sięgnąwszy po winogrona leżące nieopodal, które to bez pardonu zaczął podjadać. Żeby ocenić, czy są dobre, oczywiście. Z tym, że z jednego owocu zrobiły się dwa, trzy, a później już kilkanaście. Bynajmniej nie kradł! Wszyscy tak robicie, jak jesteście w sklepie, na sto procent... Pewnie jadłby dalej, gdyby nie fakt, że jego dziewczyna pociągnęła go za ramię i był zmuszony pożegnać się ze stoiskiem z owocami. Posłusznie podążał przy jej boku, czując na sobie wściekły wzrok ekspedientki. Odwrócił się jeszcze w jej stronę i uniósł rękę, jakby chciał kobiecie pomachać, nie szczędząc jej przy tym kpiącego uśmiechu.
- No, nie zaprzeczę, to było piękne, Rhodes. - odezwał się, gdy już wrócił spojrzeniem do brunetki zwijającej się właśnie ze śmiechu. Sam pokręcił już tylko z rozbawieniem głową i uśmiechnął się szeroko, nietaktowną salwę śmiechu mając za sobą. Zdjął jednak dłonie z koszyka i skierował się w stronę kobiety, by po chwili móc położyć ręce na jej talii i już miał ją pocałować, gdy kątem oka zauważył, jak coś z charakterystycznym pluskiem ląduje w ich wózku. Bohatersko odsunął Rhodes, jakby właśnie znaleźli się pod ostrzałem, ale okazało się, że to jedynie namolna ryba postanowiła delikatnie zasugerować, że powinni ją kupić. - Co do kur... - Sporych rozmiarów zwierz rzucał się właśnie jak oszalały w wózku, a Jake dopiero teraz rozejrzał się wokół, by móc zaraz stwierdzić, że anoplopomy nie spadają im z nieba, a po prostu wyskakują ze zbiornika z wodą, o który to teraz się opierali. Spojrzał na Nikki z wyrzutem, jakby to była stuprocentowo jej wina i przyciągnął ją do siebie, by znalazła się jak najdalej od ryb akrobatek. - No i właśnie dlatego nie lubię zakupów. - zakomunikował, jakby dzisiejszy incydent zdarzał mu się na porządku dziennym. Bo to takie normalne, że ryby same wskakują ci do koszyka. W każdym razie, przeniósł na ich zakupy zszokowane spojrzenie i oderwał w końcu dłonie od Nikki. Zawiesił je nad miotającą się w amoku rybą, zastanawiając się przy tym, w jaki sposób jej się stamtąd pozbyć. - Myślisz, że jak ją tutaj tak zostawimy i pójdziemy po nowy wózek to nikt nie zauważy? - zapytał, ale w końcu, jak na mężczyznę przystało, przemógł się i po długiej, morderczej walce, zwycięsko chwycił tę pokaźnych rozmiarów anoplopomę z zamiarem wrzucenia jej z powrotem do zbiornika. Niestety, jego dotyk nie zadziałał na nią kojąco. Ryba szamotała się jeszcze bardziej niż wcześniej i po chwili wyślizgnęła mu się z rąk, uderzając prosto w plecy zaskoczonej klientki, która chyba również postanowiła dzisiaj zrobić zakupy na ostatnią chwilę. Przerażona kobieta odwróciła się z piskiem i wbiła spojrzenie w równie zszokowanego Averilla. Just stay cool. - Lubi panią. - zauważył w końcu i pokiwał ze znawstwem głową. Zrobił kilka kroków w tył, widząc, jak w ich stronę zmierza jego ulubiona ekspedientka i gdy już stanęła metr za przerażoną kobietą, pod której stopami rozpaczliwie miotało się zwierzę, Jake rozłożył ręce w bezradnym geście. Pokiwał głową w wyrazie głębokiej dezaprobaty dla tej biednej klientki, którą nieświadomie zaatakował rybą i wbijał w nią oskarżycielskie spojrzenie, byleby tylko odsunąć podejrzenia od siebie. Choć to kompletnie nie była jego wina, no.
 
 
Nikki A. Rhodes
[Usunięty]

Wysłany: 18 Sierpień 2016, 22:04   

No fakt, akurat temu zaprzeczyć się nie da - to już był niejako szczyt okrucieństwa. Nikki nawet pokiwała zgodnie głową, spoglądając na niego przelotnie. Parsknęła dopiero przy fragmencie, w którym wskazał na swoje ciało - i skoro już chciał być takim Kanye Westem (no, jestem super i mnie kochajcie), to ona mogła być Kim Kardashian.
- Nigdy nie było okazji, żeby sprawdzić, czy są brutusami. Jestem weteranką w zrywaniu i zostawianiu piwa dla samej siebie. Nawet po zerwaniu zaręczyn pierwsze, co zrobiłam, to odwiedzenie monopolowego. Miłość do alkoholu to miłość niepodważalna - zaznaczyła, unosząc palec go góry i zaraz delikatnie kręcąc głową. Chyba dlatego, iż zdała sobie sprawę, że faktycznie; dotychczas to ona kończyła swoje dłuższe związki. I chyba odrobinę przeraziło ją to, że z ich dwójki - faktycznie - tylko Averill mógłby ją rzucić. Ona jego by nie potrafiła. No, ale skoro miała być super pewną siebie Kim Kardashian... stanęła w takiej pozycji, by jak najbardziej wypiąć tyłek i wydęła dolną wargę, na Kylie Jenner, hehe. - Za to byłbyś na tyle głupi, żeby dobrowolnie z tego zrezygnować? Jeszcze mi nie odbiło, żeby w to uwierzyć - zapewniła, puszczając mu perskie oko... a potem, jakby nigdy nic, wróciła do zakupów!
Szkoda, że nad uchem nadal słyszała jego ciągłe marudzenie. A jak nie jego marudzenie - to znowu musiała użerać się z ekspedientką, która ewidentnie miała problem, że szef nie pozwala zamykać lokalu trzy godziny wcześniej. Albo, faktycznie, partner jej nie zaspokajał. O ile go miała, bo Rhodes szybko zaczęła w to wątpić. Tak czy siak - kiedy już znaleźli się poza zasięgiem jej wzroku, potrzebowała długiej chwili, żeby przestać rechotać; a to, że Jake jeszcze to komentował, wcale nie pomagało!
- Jestem okropnym człowiekiem - skwitowała, kręcąc z niedowierzaniem głową. No, ale bycie okropnym człowiekiem wcale nie było takie złe, kiedy taki facet kładł ręce na twojej talii i zamierzał cię pocałować #nojabymkurnabyłanajszczęśliwsza. Nawet, coby się podroczyć, zrobiła do niego dzióbek godny kaczuchy i wtedy... - Jezus Maria, ryba - wypaliła, mocniej zaciskając palce na meteriale jego koszulki i przyglądając się zwierzęciu z takim przerażeniem, jakby co najmniej pierwszy raz w życiu widziała wodne stworzenie. Zaraz jednak wykrzywiła twarz w grymasie, po czym dodała; - Jezus Maria, ryba opętana przez szatana.
Bo, w istocie, zwierzę zachowywało się co najmniej tak, jakby potrzebowało egzorcyzmów. Dostrzegając pełne wyrzutu spojrzenie Averilla, ponownie parsknęła śmiechem i uniosła dłonie w obronnym geście.
- Ja nadal je lubię. Nawet, jeśli stuknięte ryby przerywają nam w najlepszym momencie - zapewniła, z zainteresowaniem przyglądając się zdychającemu zwierzęciu. Nawet delikatnie przygryzła wargę, bo kurna, szkoda jej się zrobiło ten anoplopomy, ok. W każdym razie, słysząc jego pytanie, odparowała odruchowo; - Nie, myślę, że pani ekspedientka weźmie ją do domu, pokaże swojemu kotu i powie ,,Szkoda, że nie mam faceta, który miałby w spodniach taką, wyrywająca się do działania, anoplopomę. Właściwie szkoda, że nie mam żadnego faceta, bo kobieta bez bolca dostaje pierdolca" - odegrała scenkę życia, uważając to za iście zabawne i... dopiero wtedy dostrzegła pracownicę sklepu kilka kroków dalej. Wpatrywała się w nią tak, jakby Nikki co najmniej zabrała jej z lodówki cały zapas piwa.
Chyba odruchowo chciała się z tego wytłumaczyć - chociaż nie wiem, czy jej próby tylko nie pogarszały sytuacji - ale, właśnie wtedy, Jake wypuścił z rąk biedną rybkę. Rybkę, która uderzyła w plecy jakiejś kobiety i Rhodes, zanim zdążyła się pohamować, ponownie parsknęła głośnym śmiechem. #zakupywersjadebile Tak czy siak, potem przez dłuższą chwilę milczała, obserwując próby Jake'a w zrzuceniu winy na biedną kobietę. Kiedy tylko zaczęła się rzucać, Nikki postanowiła wziąć sprawy we własne ręce.
- Czy wszyscy mogliby się uciszyć? - krzyknęła, spoglądając ostrzegawczo na każde po kolei. Poza Averillem, w sumie, bo pewnie roześmiałaby się w głos. - Trochę powagi w obliczu tragedii - warknęła, sięgając po te takie kijowe kwiaty doniczkowe co sprzedają w biedrze czasem, a potem klękając przy rybie, która już przestała się rzucać. - Wagin nie żyje - sprecyzowała, i nie, Domi, nie wiem skąd wzięłam te imię, źle ze mną. - Akwarium nigdy nie będzie bez ciebie takie samo.
Ekspedientka i klientka najpewniej przyglądały się temu z jednoznacznymi minami, ale to ta pierwsza - z wrażenia chyba zapominając o jej cytacie z ,,bolcem" - aż złapała się za głowę.
- Oboje potrzebujecie terapeuty!
 
 
Jake Averill
[Usunięty]

Wysłany: 18 Sierpień 2016, 23:48   

Jasne, dla niej mógł być nawet tym Kanye Westem. Tylko bez złotych kibli jednak, na to stać go nie było. Jakki nowym Kimye!
Parsknął cicho, gdy wspomniała, że jest weteranką w zrywaniu i taka z niej łamaczka męskich serc. - No jasne, że jesteś... - stwierdził, uśmiechając się pod nosem i wtedy to do niego dotarło! Zamilkł na chwilę, przywdziewając poważny wyraz twarzy i dwa razy (!) przeanalizował w głowie jej słowa, by upewnić się, że aby na pewno wszystko dobrze zrozumiał i słuch nie płata mu figli. - Zerwaniu zaręczyn? - zagaił, chwytając do ręki opakowanie chipsów, których nawet nie zamierzał kupić. Spojrzał na nią znad produktu, odrobinę wyczekująco, ale, wiesz Kina, zero presji, zaraz spuścił wzrok na cenę Pringlesów. Tyle lat czekała na to, by mu wspomnieć, że kiedyś była zaręczona, że pięć minut w tę czy w tamtą, nie zrobi mu różnicy. Już nawet puścił mimo uszu tę uwagę odnośnie dobrowolnej rezygnacji z naszej nowej Kim K. Nie, nie sądził, by był w stanie i w odpowiedzi jedynie pokręcił głową.
Zakładam, że kiedy już Nikki rozjaśniła nieco sytuację, zakupy potoczyły się własnym torem. Aldi w Englewood widziało pewnie tę dwójkę tutaj po raz pierwszy i ostatni. Zobaczysz, że oni się jeszcze dorobią zakazu wstępu po dzisiejszym cyrku, jaki tu odprawią. Zdjęcia z nagrań z monitoringu będą wywieszone na drzwiach z informacją, że tej dwójki tutaj nie obsłużą.
- Mhm, ciężko się nie zgodzić. Ale nie mogę powiedzieć, że mi to nie odpowiada. - Jak mieli być okropni, to razem! Poza tym, śmiem twierdzić, że to ta niegrzeczna strona jej osobowości zadziałała na niego jak magnes. Mógł z nią konie kraść i to tak dosłownie. A jeśli nie konie, to już sombrero na pewno. Jej uroczy dzióbek tylko spotęgował chęć pocałowania jej, ale niestety, ryba opętana przez szatana nie mogła dopuścić do szerzenia w jej obecności miłości. W pierwszej chwili Averill był chyba równie przerażony, co Rhodes, więc sam objął ją mocniej. - Ryby mogą mieć wściekliznę? - zapytał cicho, bo nie ukrywał, że na wodnych stworzeniach kompletnie się nie znał, co więcej, zwykle przysypiał w szkole na zajęciach z biologii. Może Nikki oglądała czasami Animal Planet i trafiła na jakiś fascynujący dokument o rybach?
- Do tego momentu na pewno wrócimy. - zapewnił ją, coby nie miała żadnych wątpliwości. Bał się jednak dokończyć, to, co zaczęli już teraz, zbyt niepewny tego, co ich czeka, gdy spróbują ponownie. Kolejna ryba ich zaatakuje? W tym sklepie wszystko było możliwe. Określenie natrętny marketing zyskiwało zupełnie nowego wymiaru, gdy ryby same wskakiwały ci do wózka. I o ile Rhodes zrobiło się szkoda biednego zwierzęcia, o tyle Jake'owi nie było to dane. Odebrała mu możliwość na okazanie smutku, gdy zaczęła tę swoją wspaniałą historyjkę, bo na jego ustach od razu zagościł wesoły uśmiech. - Nie przeczę, całkiem przystojna z niej anoplopoma, sam bym ją... - zaczął, ale wtedy ryba zdzieliła go po rękach ogonem i postanowiła zaatakować tę biedną kobietę nieopodal, która praktycznie zgięła się w pół pod jej ciężarem. Wróci do domu, a mąż jej zapyta, skąd te sińce na plecach. Już widzę, jak jej małżonek chwyta wymówkę o psychopacie, który pobił ją rybą w supermarkecie.
Jake otwierał już usta, by coś powiedzieć, ale wtedy Nikki zarządziła o ciszy. Spojrzał na nią, nie bardzo wiedząc, co się teraz dzieje, ale cierpliwie czekał na rozwój wydarzeń. Nie zamierzał tej ryby podnosić po raz kolejny, wystarczy, że i tak nie zmyje z siebie tego smrodu do jutra! Z braku laku, wytarł dłonie o swoje spodnie, bo podejrzewam, że były teraz mokre i śliskie, bleh. Nawet przystawił sobie prawą rękę do nosa i pożałował tego od razu, krzywiąc się niemiłosiernie. - Nawet żywa śmierdziała, jakby już dawno zdechła... - zakomunikował, swoje oburzenie kierując w stronę ekspedientki, ale wtedy padły jakieś słowa odnośnie tragedii i był zmuszony zachować swoje fochy na potem. Złość i chęć składania reklamacji, szybko mu jednak przeszły, bo kiedy okazało się, że Wagin nie żyje, zagryzł dolną wargę i zamrugał kilkukrotnie, czując jak do oczu napływa mu słona ciecz. Niewiele brakowało, by łzy, będące efektem powstrzymywanego śmiechu, spłynęły po jego policzkach, nadając całej sytuacji więcej dramatyzmu. Odwrócił się jednak tyłem do wszystkich zgromadzonych, by wtedy móc się cicho roześmiać. - Ekhem... Niech spoczywa w pokoju. - dodał, gdy już się względnie uspokoił, ale nie ośmielił się spojrzeć na podłogę, gdzie Nikki urządziła rybie prowizoryczny cmentarz. Tego było już za wiele. Nie zdziwił go w sumie wybuch sprzedawczyni, ale że Jake nie chciał się z nią wdawać w dalsze dyskusje, a już na pewno nie chciał płacić za rybę, postanowił się wycofać.
Oboje potrzebujecie terapeuty! - Właściwie to... potrzebujemy śmietany. Tak, śmietana! Chodź, Rhodes. Na pewno znajdziemy ją w lodówce. - No i odciągnął, rozpaczającą nad losem zwierzęcia, Nikki w stronę lodówek, posyłając jeszcze zgorszone spojrzenie obu kobietom, żeby wiedziały, że mają się czego wstydzić. Elegancko odmaszerowali do działu z nabiałem, choć nie wiem, czy rzeczywiście zamierzali tę śmietanę kupić. Wtedy też pewnie okazało się, że mają tylko kilka minut do zamknięcia sklepu i powinni przyspieszyć swoje zakupy. - Mówiłem, żeby zamówić pizzę. Teraz mamy na sumieniu życie niewinnej anoplopomy, a ja dalej jestem głodny.
 
 
Nikki A. Rhodes
[Usunięty]

Wysłany: 19 Sierpień 2016, 01:18   

W sumie, była zaskoczona, gdy Jake zadał jej kolejne pytanie. Na tyle, że na chwilę oderwała wzrok od szamponów, by móc na niego spojrzeć - a ostatecznie jej wzrok i tak wylądował na paczce chipsów, którą trzymał.
- No tak - odpowiedziała głupio, wyrywając je z jego dłoni i wrzucając do wózka. Zaraz potem, zrobiła to jeszcze z dwiema innymi paczkami - tłumacząc to sobie tym, że miały inne smaki. Niemniej, odrobinę zmartwiła się, gdy Jake nadal milczał i wróciła do niego sceptycznym spojrzeniem. - Nigdy ci nie mówiłam, że byłam zaręczona? - Dziwne! Była pewna, że musiała mu kiedyś o tym wspomnieć. - No, więc byłam. No ale, wybrałam pracę zamiast Crasha, przeniosłam się do Chicago, a on został w Nowym Jorku. Koniec historii - streściła, wzruszając delikatnie ramionami.
Cóż, do niedawna pewnie czuła ból, ilekroć o tym wspominała. Whittemore był nie tylko jej pierwszą miłością, ale jedynym facetem, którego naprawdę kochała. Trylion razy zastanawiała się nad tym, czy to dobrze, że ostatecznie go zostawiła - ale dzisiaj, w tym momencie, nie mogłaby być szczęśliwsza. Żadne uczucia, jakie żywiła do swoich byłych, nawet łącznie, nie równały się jej uczuciom względem Jake'a. Tylko on był na tyle świrnięty, żeby być jej przeznaczonym!
Na jego pytanie - to ze wścieklizną, okej - Rhodes litościwie uniosła brew, ale nie odważyła się uszczypliwie tego skomentować. Przynajmniej nie na początku, bo czuła się znacznie bezpieczniej, kiedy ją tak obejmował i bronił przed tym pseudo-rekinem, dobra.
- A słyszałeś kiedyś o rybie ze wścieklizną? Gdybyś mniej czasu poświęcał na oglądanie ,,Goło Naokoło", a więcej na Animal Planet, to znałbyś odpowiedź - stwierdziła, zaczepnie przejeżdżając palcami wzdłuż jego włosów. Tym razem nie psuła mu fryzurki, tylko ją układała. Zresztą, umówmy się, pewnie tylko Nikki miała pozwolenie ich dotykać. A co do jego ulubionego programu, luzik, kwestia czasu aż będzie oglądać z nim, a Jake pozna wszystkie Kardashianki! - Och, oczywiście, że wrócimy. To się całkiem dobrze składa, że oboje mamy jutro wolne - spostrzegła, chwilę przed tym, jak się od siebie odsunęli.
Rhodes nawet nie musiała zerkać w stronę Jake'a, kiedy urządzała Waginowi pochówek, by wiedzieć, iż prawdopodobnie przechodzi teraz bardzo ciężkie chwile. Bynajmniej nie przez odejście rybki, raczej przez mocny ucisk w okolicach przepony, bo musiał powstrzymywać śmiech.
- Wszyscy potrzebujemy terapeuty - podłapała wypowiedź ekspedientki, przenosząc na nią wymowne spojrzenie. Gdyby Nikki nie była policjantką, pewnie grałaby w filmach. - Każdemu ciężko jest się pogodzić z taką stratą. Wagin był bardzo bliski każdemu z nas.
Na całe szczęście, Jake nie chciał wciągać się w to jeszcze bardziej i wymyślił wymówkę o śmietanie. Rhodes posłała pracownicy sklepu jeszcze jedno, wymowne spojrzenie, pokazując krótkie ,,cii" żeby uczcić jego pamięć i pozwoliła, żeby jej bałwan odciągnął ją w zupełnie innym kierunku. Pozwoliła sobie parsknąć śmiechem dopiero, kiedy znaleźli się przy (lodówce kurna) dziale z nabiałem.
- Nie jęcz. Gdybyśmy postanowili zamówić pizzę, nie moglibyśmy kupić tego - zagaiła, sięgając po bitą śmietanę i zaraz spoglądając na niego z łobuzerskim błyskiem w oku. - A istnieje mnóstwo sposobów, żeby ją wykorzystać... - stwierdziła jeszcze, ale zanim w ogóle zdążył coś odpowiedzieć, pokonała dzielącą odległość i uraczyła go, O TAKIM O, słodkim całusem. I kiedy już odsunęła się od niego na kilka centymetrów, uniosła wargi w zadziornym uśmiechu, po czym... - Chodź, spadamy stąd.
Nie mówiła nic więcej. Razem z tym wózkiem skierowali się w stronę wyjścia, a po drodze Nikki zgarnęła jeszcze kilka produktów z półek - wliczając w to butelkę żubrówki, bo kurna, sprzedawali ją tutaj. Później pewnie grzecznie zapłacili przy kasie - GRZECZNIE - a potem wyszli ze sklepu. I chociaż powinni oddać wózek jak normalni ludzie, to tym razem Rhodes nie pozwoliła na to Averillowi.
- Zawsze się zastanawiałam, jak... - zacięła się, unosząc na niego niepewne spojrzenie i wreszcie wzdychając; - Jakby to było się na tym przejechać. Przewieziesz mnie? Tak, żeby ochrona nie zdążyła nas złapać?
Ale konspiracja! Przypuszczam, że się zgodził, dlatego Rhodes - po wcześniejszym rozejrzeniu się dookoła - jakimś cudem wpakowała swój tyłek do środka. Dobrze, że nie kupili żadnego mleka, ani nic z tych rzeczy! W każdym razie, Jake wreszcie ruszył - i od samego początku wystosował taką prędkość, że Nikkita aż pisnęła. Oczy zakryła sobie jednak dopiero, kiedy zjeżdżali z górki, na bardzo, BARDZO znajomą ulicę!

// ztx2, Superior Street <3
 
 
Lemon Blackwell
[Usunięty]

Wysłany: 29 Listopad 2016, 17:16   

Kiedy Lemon mówiła swoim znajomym ze studiów, że wciąż mieszkała w jednym domu z rodzicami i kilkoma ze swoich sióstr, bardzo często spotykała się ze sporym zdziwieniem w odpowiedzi. Najwidoczniej spora część ludzi kończących liceum czuła całkiem silną potrzebę wyfrunięcia z rodzinnego gniazda i rozpoczęcia życia częściowo na własną rękę, bez nieustannej kontroli staruszków gderających nad uchem, wtykających nos w każdy drobny projekt i interesujących się każdym egzaminem oraz każdą oceną. Tylko że właśnie tym dom państwa Blackwell różnił się od domu większości z jej rówieśników - Lemon nigdy nie czuła na sobie spojrzenia tego wszechwiedzącego rodzicielskiego oka ani tym bardziej silnej rodzicielskiej kontroli, która uniemożliwiałaby jej swobodne oddychanie. Była najmłodszą z licznej gromadki rodzeństwa, a każdy egzemplarz jej siostry czy brata był wyjątkowy na swój własny sposób i na swój własny sposób potrzebował uwagi. I chociaż Lemon potrafiła walczyć o swoją pozycję w świetle reflektorów, potrafiła także przemykać pod radarem czujnych rodziców, jeśli tylko było jej to potrzebne. Zresztą, pani Blackwell praktycznie nigdy nie było, bo zajmowała się swoją pracą z większym zaangażowaniem niż rodziną, a pan Blackwell miał na swojej głowie cały dom. Dlatego mieszkanie w rodzinnym gniazdku i nie wyfruwanie z niego zbyt wczesnie nie było uciążliwe dla najmłodszej Blackwell. Było jej całkiem na rękę. Nie musiała się przejmować sprzątaniem i praniem, a jej lodówka napełniała się sama, w związku z czym ona mogła swoje kieszonkowe przepuszczać na bilety do kina, mrożoną herbatę i słodycze. Przede wszystkim słodycze.
To właśnie po słodycze wybrała się teraz do sklepu, a zacięta mina na jej twarzy świadczyła o tym, że do swojego zadania podchodziła z najwyższą powagą. W końcu kolekcjonowanie słodyczy to nie byle co! Nie żeby musiała się ograniczać, jej kieszonkowe było spore. Bardziej przejmowała się tym, żeby nie wrzucić do swojego koszyka czegoś, czego nie lubiła. Miała już w nim żelki, kilka rodzajów czekolady, batoniki, jeszcze więcej żelków i była w trakcie przyglądania się z zaangażowaniem półce z ciastkami, kiedy do jej uszu dobiegło nucenie gdzieś z boku. Znała tę piosenkę!
Nie zastanawiając się wiele, zaczęła nucić bez skrępowania, a nawet podrygiwać do rytmu. Zanim się zorientowała, śpiewała już zupełnie beztrosko, wybijając rytm na brzegu ciastkowej półki. - Hej! - rzuciła w pewnym momencie i klepnęła w ramię stojącego obok niej faceta, który był źródłem nucenia, które dobiegło do jej uszu w pierwszej kolejności, zanim sama przyłączyła się do koncertu. - A znasz Taylor? Shake it out! Shake it out! - a mówiąc to, podniosła do góry oba ramiona i potrząsnęła trzymanymi w nich pudełkami ciastek jak dwoma grzechotkami, wijąc się przy tym z boku na bok z bardzo skupioną miną.
 
 
Ernest Fitzroy


Jestem w Chicago od
https://78.media.tum

Wysłany: 2 Styczeń 2017, 00:43   
   Mów mi -  Vincent.
   Multi -  Claudius Osbourne.


Od rodziców oddalił się na własne życzenie i chociaż trochę, ale za to całkowicie szczerze, tego żałował, nie zmieniało to jednak faktu, że znacznie szybciej się usamodzielnił. Mając jeszcze wtedy starszego brata za plecami, który bardzo lubił podkładać mu nogę zawsze, kiedy nadarzyła się okazja, męcząc się z dość przykrą świadomością bycia wpadką.. To wszystko razem zebrane zwyczajnie utrudniało mu funkcjonowanie w domu jako grzeczny, usłuchany syn. Więc nim po prostu nie był, radośnie sprawiając całe mnóstwo problemów wychowawczych i komplikując rodzinie życie na wszelkie możliwe sposoby. Trochę jak taki mały chujek, co to wszystko wiedział i nie potrzebował żadnych rodzicielskich rad czy wskazówek. Nic więc dziwnego, że po jakimś czasie uciekł, decydując się na zupełnie inne życie ze swoją domniemaną drugą połówką. Ernest miał talent w kwestii podejmowania bardzo nieprzemyślanych, głupich decyzji, których konsekwencje okazywały się wpływać na każdą jego sferę życiową z osobna. Świetnie, no nie? Teraz na przykład, już dobrych parę miesięcy po zdradzie, nadal boleśnie odczuwał skutki tego, co nawyprawiał. Ba, był pewien, że będzie je odczuwał jeszcze przez co najmniej kilka lat. Nawet, jeżeli naprawdę uda mu się coś wskórać i naprawić, to już nigdy nie będzie przecież to samo..
Bo, choć znów stał na środku przejścia między działami w supermarkecie, do którego został tradycyjnie wysłany przez Maggie, tak tym razem zrobiła to bardzo zdystansowanie, chłodnym tonem, nie patrząc mu praktycznie wcale w oczy. To męczyło. Świadomość, że ich obecna sytuacja wyglądała tak, a nie inaczej, tylko i wyłącznie z jego winy, przez jego głupotę.. Z tego wszystkiego nawet nie skapnął się, że zaczął całkiem donośnie nucić coś, co właśnie leciało w tle. Zorientował się jednak, że został zaczepiony przez jakiegoś nader entuzjastycznego człowieka, więc automatycznie zmienił swoje nastawienie. Ze smutnej kluchy zaraz stał się pełnym energii pierogiem, po czym zawtórował dziewczynie, swój ryj wykrzywiając w uśmiechu. - No ba! Tylko, że Shake It Out to akurat Florence, a nie Taylor. - zaśmiał się, nie mając na celu chamskiego wytknięcia błędu, ale raczej zwykłego spostrzeżenia. Co wcale jednak nie przeszkodziło mu w zapodaniu jakiegoś rytmu poprzez uderzanie łapą w udo. Zupełnie, jakby wszystko było w porządku, a on wcale nie miał jeszcze przed chwilą kryzysu egzystencjalnego. Bo po jakiego chuja miałby ją tym zanudzać? Wolał robić z siebie kretyna. Typowo.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Jessica Brown


Jestem w Chicago od
urodzenia



23
Piosenkarka, modelka

Tylko Johnny jej w głowie...

Mieszkam w
Gold Coast

Jessica

Brown

Wysłany: 28 Styczeń 2018, 06:09   
   Mów mi -  Bianka/White Rabbit
   Multi -  Lucius Hyde


#6
Outfit :3

Tego poranka pomimo dość intensywnej nocy, Jess obudziła się wcześniej... tak, to pewnie przez te podwojone emocje, które w niej od wczoraj się wciąż trzymają! Nie ma się czemu dziwić... dostała w końcu to, czego tak bardzo od dawna pragnęła, czyli swojego idola. Nie dość, że dopadła go, to jeszcze namiętnie się kochali przez całą noc... Nieważne, że byli przywiązani kajdankami! No, może nie zdawała sobie sprawy z tego, iż Johnny'emu niekoniecznie to odpowiadało, bowiem doznał takiego szoku, że zgodził się na dosłownie wszystko. Zresztą obezwładniła go, nie mógł się uwolnić, więc o ucieczce nie było nawet mowy. Jednakże w jej oczach wyglądał na takiego, co mu się podobało i to jeszcze jak! Wątpiła więc, że był tam na siłę. No w jej świetle tak się to prezentowało. Wymęczyła go jednak chyba tak bardzo, że jak odpadł, to na długo i jak ona już była w pełni sił, on smacznie spał i wyglądał serio na zabitego. Bała się, że go nie zobaczy jak wróci, bo postanowiła wybrać się do sklepu, nim ponownie należycie zajmie się chłopakiem. Przypomniała sobie, że nie ma nic w lodówce, a przecież chciała nakarmić swojego ukochanego (mimo wszystko nie słodkimi ciasteczkami, to pozostawi na deser!) i zrobić mu ładną niespodziankę! Odkuła ostatecznie kajdanki, bo zapomniało jej się przez to wszystko ich oboje uwolnić, choć już on wiedział, że mogła to zrobić wcześniej, ale... to było specjalnie, by jego durna narzeczona ich zobaczyła i dzięki temu udało jej się to rozjebać! W każdym razie skrycie wierzyła, że u niej jeszcze zostanie... Tak więc chwyciła za jakiś długopis, naskrobała mu krótką wiadomość, żeby się stąd nie ruszał, w razie gdyby się obudził, a ona wciąż nie wróciła i tyle. Nie mogąc się powstrzymać, pocałowała go krótko w usta, acz namiętnie. Niestety, nawet to nie wyrwało go ze snu. Tak uroczo wyglądał, że nie mogła się powstrzymać! Och jakże jej epicko nie chciało się wychodzić z tego łóżka... Musiała, więc zebrała w sobie siły i polazła się ogarnąć na szybko, jakiś ładny makijaż nałożyła na twarz, taki też nie za mocny, przebrała się w jakieś luźniejsze ciuszki i takie, żeby jej nie było za zimno, lecz jednocześnie takie, by prezentować się jak zawsze seksownie. W końcu jak wróci chciała zrobić wrażenie na Blackhawku. Jakżeby inaczej! Poza tym chciała czym prędzej załatwić te zakupy, by mieć je szybciej z głowy, aby na koniec przygotować śniadanie i zanieść do łóżka ukochanemu. Oj tak, ta wizja była po prostu przepiękna, dlatego gdy już była gotowa, niczym torpeda wybiegła z domu, wsiadła do samochodu i pojechała nieco dalej, kierując się do sklepu spożywczego. Transport się jej przyda, bo jednak planowała kupić więcej rzeczy, no to tak przynajmniej je przewiezie i nie będzie musiała się męczyć z taszczeniem ich przez całą okolicę. Zaparkowała obok budynku i padło tu na „Aldi Foods”. Zablokowała swoje cacko, a następnie wleciała do środka z prędkością światła, jakby serio miała jakiś motorek w tyłku, czy coś takiego... Była tak rozemocjonowana, że nie potrafiła inaczej, energia roznosiła ją na wskroś, zatem usiedzieć w jednym miejscu się nie dało, ani tym bardziej robić czegokolwiek w ślimaczym tempie. Na samo wspomnienie minionej nocy robiło jej się gorąco, przez co miała banana na ryju... Chwyciła wózek i poczęła przemieszczać się po sklepie między półkami. W zasadzie wrzucała do niego rzeczy jak leciało. Ot, nie umiała się skupić na niczym, ciężko było jej rozmyślać nad szczegółami, co miała konkretnie wziąć, skoro Johnny leżał w łóżku i na nią cholera jasna czekał taki nagi, seksowny... ach!
I przez te całe rozkojarzenie i myślenie o niebieskich migdałach nie zauważyła mężczyzny, który stał przy jednej z półek i miał dylemat, co wybrać... w efekcie czego przypadkiem wjechała na niego wózkiem, a rączka, którą obiema łapkami trzymała, wbiła jej się w brzuch. Koszyk zablokował jej przejście i z impetem się zatrzymał, więc ona tak samo. Z jej ust wydobył się cichy jęk, po czym spojrzała półprzytomnym wzrokiem przed siebie. Kiedy dotarło do niej wreszcie co się stało, zrobiło jej się głupio... – Em... przepraszam, ja nie chciałam... nic ci się nie stało? – musiała się upewnić, ponieważ z dość dużą siłą na niego tym wózkiem wpadła i nie była pewna, czy go nie uszkodziła. Z tych wszystkich emocji nie od razu zarejestrowała, iż ma do czynienia z kumplem Johnny'ego, mianowicie Jace'm.
_________________

Jessica Brown
You kept me breathing under the water
When everyone else left me to drown...
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Jace Frey


Jestem w Chicago od
https://i.imgur.com/

Wysłany: 1 Luty 2018, 17:20   

/Kilka dni po spotkaniu z Margot, a tak się ubrałem

Jace wstał dość wcześnie jak na niego i choć naprawdę nie chciało mu się opuszczać się ciepłego łóżka to musiał to zrobić. Poza tym wiedział doskonale, że powinien odespać wczorajszą zarwaną nockę ale jakoś nie potrafił tego zrobić. Owszem jak kładł się spać to czuł, że będzie spał do południa jednak jak zwykle jego organizm go zaskoczył. Zwlókł się więc z wyrka i poszedł do łazienki, by się ogarnąć. Może nie wyglądał na przesadnie szczęśliwego ale to z tego powodu, że musiał iść do sklepu po zakupy. Wiedział o tym doskonale i szczerze tego nie znosił. Oczywiście jeść musiał więc takie wypady od czasu do czasu były konieczne więc choć Frey tego nie cierpiał i najchętniej zamówiłby dostawę do domu to jakoś nie pomyślał o tym wcześniej. Dlatego też gdy wyszedł z łazienki spojrzał tęsknie na łóżko i skierował swoje kroi do szafy. Wyciągnął z niej jakąś czarną bluzę z kapturem i czarne jeansy po gdy się wreszcie ubrał zszedł na dół do kuchni i zaczął robić listę zakupów. Zajęło mu to dłużej niż sądził, bo lodówka zaczynała świecić pustkami i niewiele jej brakowało do tego, by było w niej tylko światło, a szafka gdzie trzymał jedzonko dla swoich psiaków boleśnie mu pokazywała, że trzeba uzupełnić zapasy, bo cztery puszki mokrej karmy to było zdecydowanie za mało. Po czym zajrzał jeszcze do spiżarni, by zobaczyć jak się ma stan jego zapasów soków i napojów typu cola i wreszcie skończył przegląd całej kuchni. Na koniec sprawdził stan worka z karmą dla psiaków, wszystko zapisał, zostawił jedzonko i wodę dla swoich piesków a potem wyszedł do garażu ubierając ciepłą kurtkę i rękawiczki by zakryć wszystkie widoczne znaki, które pozwalały go rozpoznać. Tym razem zamiast motoru wziął kluczyki do samochodu. I gdy wreszcie siedział we wnętrzu do swojego cacka otworzył garaż i wyjechał do sklepu. Droga na szczęście nie zajęła mu wiele czasu, a wybór padł specjalnie na mniej znany Aldi Foods. Jace lubił tam kupować różne rzeczy gdyż był pewny, że to co weźmie będzie świeże i będzie nadawało się do spożycia nie tylko przez niego ale i przez jego zwierzaki. Zaparkował przed sklepem i nieniepokojony przez nikogo wszedł do sklepu. Wziął wózek i w swoim tempie zaczął chodzić pomiędzy półkami. Nie śpieszył się nigdzie gdyż nie był typem osoby, która biega po sklepach. Akurat stał przy jednej z półek i wybierał jedzenie dla swoich psiaków gdy ktoś wjechał w niego wózkiem. Jace odczuł uderzenie koszykiem o biodro i lewy łokieć ale nie podejrzewał, by coś mu się stało. Owszem kurtka, którą miał na sobie trochę zamortyzowała siłę uderzenia ale jednak zderzenie lekko wytrąciło Frey'a z równowagi. Gdy wreszcie ją odzyskał spojrzał na sprawczynię całego „wypadku” i lekko się uśmiechnął.
- Nie... Chyba nic mi nie jest. – powiedział i gdy lepiej się jej przyjrzał coś zaczęło mu w głowie świtać jednak nie był pewny. Ta dziewczyna przypominała mu jedną z fanek zespołu, która co prawda uganiała się za Johnnym ale zapewne gdy go pozna to też może narobić rabanu, a tego Jace nie chciał.
- Mam nadzieję, że tobie również nic się nie stało. W końcu ciężko mnie jakkolwiek przestawić. – powiedział i sam uśmiechnął się do własnych myśli. Poza tym nie sądził, by kobieta miała tyle siły, by nawet po wjechaniu w kogoś z impetem jakkolwiek go przemieścić ale w tym przypadku mógł się mylić.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Jessica Brown


Jestem w Chicago od
urodzenia



23
Piosenkarka, modelka

Tylko Johnny jej w głowie...

Mieszkam w
Gold Coast

Jessica

Brown

Wysłany: 10 Marzec 2018, 11:17   
   Mów mi -  Bianka/White Rabbit
   Multi -  Lucius Hyde


Gdyby nie musiała, sama nie opuszczałaby dzisiaj łóżka – w końcu miała przy sobie Johnny'ego, którego wreszcie dorwała w swoje łapki! Niechętnie się ostatecznie zwlekła, acz uparła się, by zrobić ukochanemu śniadanie i je mu przynieść. Skoro jak na złość nic nie było w lodówce, musiała udać się do sklepu, więc nic nie mogło jej od tego odwieść. Nie ma takiej opcji! Szczerze to nawet nie wiadomo, skąd ona jeszcze w ogóle brała siły na cokolwiek, zwłaszcza po tak intensywnej nocy. Ich szaleństwa trwały do rana, do tego w międzyczasie można uznać, że praktycznie udało się jej pozbyć zagrożenia w postaci narzeczonej Blackhawka. Teraz nie ma opcji, by się pogodzili po czymś takim, a ona wszystko odpowiednio zaplanowała oczywiście! Dokładnie w taki sposób, by rozpierdolić ten ich bezsensowny w jej mniemaniu związek na amen. Była z siebie tak cholernie dumna, jak nigdy! O dziwo zamiast łazić przymulona, ona tryskała energią na lewo i prawo. Nie ma jej się jednak co dziwić – cała w skowronkach jest, bo przecież osiągnęła jakby nie patrząc postawiony przez siebie niedawno cel. Jako iż chciała być jak najdłużej przy wokaliście The Relentless, miała w planach załatwić te zakupy jak najszybciej i wrócić do niego możliwe w jak najkrótszym czasie, by nie musiał na nią tam bóg wie ile czekać! Generalnie Jess nie miała nic do sklepów i nie było to dla niej męczącym zajęciem. Zwykle wiedziała po co chce iść, choć zdarzało jej się dłużej zastanawiać nad jakimiś pierdołami, jeśli powstał dylemat. Coś takiego jest raczej normalne i każdy może mieć tego rodzaju zadumy. Ogólnie rzecz biorąc po prostu stara się zbytnio nie zwlekać i brać praktycznie od razu odpowiednie rzeczy, a potem wyjść z całym asortymentem, nie spędzając pierdyliona godzin w owym miejscu. Nie uważała czegoś takiego za potrzebne. Odkąd wybiegła ze swej posiadłości, robiła wszystko w pośpiechu. Nie zważała na nic i wrzucała machinalnie najpotrzebniejsze produkty, które wpadły jej pod rękę. Myślami była zupełnie gdzie indziej i przez to była na tyle zdekoncentrowana, co mogło łatwo doprowadzić po drodze do jakiegoś nieumyślnego wypadku. Tak się też stało... W efekcie czego niechcący wpadła wózkiem na jakiegoś mężczyznę, a to wszystko przez bycie totalnie rozkojarzoną wizjami nagiego Johnny'ego! To się musiało tak skończyć... Przynajmniej to ją nieco otrzeźwiło i sprawiło, że się ocknęła! Odetchnęła z wielką ulgą, gdy się okazało, że jakichś większych szkód raczej nie narobiła. Właściwie sama nie była do końca przekonana, czy faktycznie nie stała mu się jakaś krzywda. Wolała się upewnić! – Czy aby... na pewno? Dzisiaj straszna ze mnie gapa, no naprawdę! – była wyraźnie speszona, aż z tego stresu przejechała dłonią po swych długich włosach, uśmiechając się do niego przepraszająco. Dopiero kiedy sytuacja została opanowana, pozwoliła sobie lepiej mu się przyjrzeć. Wlepiła w niego wręcz wzrok i... cholera, ona go dobrze zna, co właśnie do niej dotarło! Lepiej późno, niż wcale! Jace był jej ukochanym basistą i może nie jarała się nim tak mocno jak Johnny'm, niemniej i tak był dla niej niezwykle ważny, tak jak pozostali członkowie. Wbrew pozorom nie widziała jedynie wokalisty... Nieistotne, że miała na jego punkcie troszkę zbyt wielką obsesję. Cicho, to się wytnie! – Och, wybacz mi... przez to zamieszanie bym cię nie poznała! Jestem oddaną fanką twojego zespołu. Ale spokojnie, nie będę zachowywać się jak idiotka i nie zacznę ci piszczeć nad głową... obiecuję! – zapewniła go stosunkowo swobodnym tonem, starając się nie świrować i być przy nim normalną. Nie planowała mu robić żadnego rabanu, bo zadawała sobie sprawę z tego, że zapewne nie chciał być ujawniony. W każdym razie mimo wszystko stanie przy swym idolu było bądź co bądź emocjonujące i musiał jej wybaczyć nagły, dość nerwowy słowotok. Szczególnie że to trzeba mieć serio farta, by na takowego trafić ot tak i dostać okazję na chociażby krótką rozmowę! Dała mu do zrozumienia, że nie zamierza go swoją osobą zamęczać i jeśli nie będzie mieć ochoty, to nie zacznie mu truć nad głową o autograf, tudzież zdjęcie, mimo że nie pogardziłaby! – Nie martw się, wszystko jest okej. Słuszna uwaga! – zaśmiała się lekko, słysząc ostatnie zdanie, które padło z ust Frey'a. – Jestem Jessica Brown. Dla przyjaciół i bliskich Jess. – przedstawiła się krótką chwilę później, posyłając do niego jeden z tych swoich uroczych uśmiechów, a następnie wyciągnęła ku niemu dłoń w geście poznawczym. Modliła się w duchu, by go nie spłoszyć, gdyż to była ostatnia rzecz jakiej w tym momencie pragnęła!
_________________

Jessica Brown
You kept me breathing under the water
When everyone else left me to drown...
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Jace Frey


Jestem w Chicago od
https://i.imgur.com/

Wysłany: 6 Czerwiec 2018, 23:30   

Jace w sumie nie zawracał sobie głowy ludźmi, którzy mijali go w alejkach sklepowych. Był tak skupiony na swoim zadaniu, że nawet gdyby jakaś fanka podstawiłaby mu pod nos zdjęcie mógłby go nie zauważyć. Cóż Frey oprócz tego, że był znanym muzykiem, był też normalnym człowiekiem, który miał takie same dylematy jak przeciętny mieszkaniec Chicago. Owszem w osiągnięciu niektórych aspektów życia miał może łatwiej niż inni ale basista zdawał się tego nie zauważać. Teraz na przykład jego priorytetem były zakupy i na tym był bardzo mocno skupiony, by niczego nie zapomnieć. W końcu nie lubił się wracać by wziąć to czego zapomniał. Poza tym było jeszcze wcześnie i w sklepie nie było za wielu klientów co Jace’a bardzo cieszyło. Jednak w myśl powiedzonka, które Frey stosował w życiu, a brzmiało ono: jak coś się dobrze układa i wydaje się być idealnie to zawsze się spieprzy. i właśnie takie miał teraz uczucie. Lecz chociaż sam rozglądał się na boki i uważnie rozglądał dookoła czy nikt do niego nie idzie czegoś takiego się nie spodziewał. Więc gdy dziewczyna w niego wjechała muzyk na dłuższą chwilę stracił zdolność mówienia i szybkiego kojarzenia faktów, a jego wypowiedzi mogły się wydawać bardzo głupie i nieprzemyślane. Dopiero po jakimś czasie zaczął ponownie zachowywać się jak on. Na początku chciał czmychnąć po pierwszych słowach osóbki, która w niego wjechała ewentualnie ją opieprzyć z góry na dół i sobie pójść jednak już samo to jak dziewczyna do niego podeszła sprawiło, że Frey nic z tych rzeczy nie zrobił. Na początek jednak przyjrzał się uważnie pechowej dla niego klientce. No cóż dziewczyna była ładna. Nie dość, że miała ładnie ukształtowane ciało i piękny uśmiech to jeszcze jej oczy wyglądały tak jakby się śmiały. Jace lubił takich ludzi i prawie nigdy nie przechodził obok nich obojętnie. Nawet gdyby tylko i wyłącznie miał się do nich uśmiechnąć. Owszem nie chciał się dopytywać co tak bardzo uszczęśliwiło dziewczynę gdyż nie było to jego sprawą, ale gdy usłyszał to co dziewczyna do niego powiedziała lekko się uśmiechnął.
- Nie przesadzaj. Sądzę, że znam osobiście jeszcze większą gapę od ciebie. Tylko, że on to robi po to, by rozśmieszyć lub przez swoją nieuwagę. A co do tego małego wypadku, to możesz mi wierzyć nic mi nie jest, a jak nie wierzysz moim słowom możesz sama sprawdzić. – powiedział po czym wrzucił dwie zgrzewki puszek z psią karmą do koszyka. Owszem czekał na reakcję dziewczyny na to co powiedział i miał nadzieję, że ta nie potraktuje go jak jakiegoś chama. W końcu, wbrew temu co wypisywały o nim gazety, nim nie był. Lecz i tak większość fanek zespołu myślała tylko o tym jak wskoczyć mu do łóżka czego miał potwierdzenie w listach, które dostawał od dziewczyn. Ok, miał tego czasem serdecznie dość ale takie zachowania były częścią bycia sławnym więc Jace przyjmował to z pokorą.
- A jednak mimo tego całego kamuflażu mnie poznałaś. No muszę powiedzieć, że jesteś spostrzegawcza. Cieszy mnie to, że jesteś naszą fanką oraz to, że nie zamierzasz piszczeć. Muszę się ci przyznać, że nie lubię tego dźwięku. – stwierdził lekko się uśmiechając. Musiał przyznać, że dziewczyna go dość mocno zaskoczyła tym, że trafiła bez pudła w to co robi i w to kim jest. Miał tylko nadzieję, że dla innych osób nadal pozostanie normalnym i przeciętnym mieszkańcem Chicago. Poza tym rozumiał doskonale sytuację w jakiej znalazła się dziewczyna. Sam parę lat temu zachowywał się podobnie jak ona, znaczy dostawał słowotoku przy swoich idolach. Teraz już rozmawiał z nimi całkiem normalnie. Także i tak podziwiał nieznaną mu jeszcze z imienia fankę za jej opanowanie.
- No to dobrze, że nic ci nie jest. – rzucił szybko i wziął do ręki paczkę psich przysmaków i juz miał się pożegnać z dziewczyną gdy usłyszał jej imię i kątem oka zauważył wyciągniętą dłoń. Wrzucił dwa opakowania smakołyków do koszyka i odwrócił się do dziewczyny.
- Miło mi cię poznać. Jednak powiedz mi jak wolisz bym się do ciebie zwracał; oficjalnie czy mniej oficjalnie? – zapytał. Nie widział potrzeby przedstawiania się skoro i tak został rozpoznany. Owszem zauważył też jej uśmiech i trzeba było powiedzieć, że bardzo mu się spodobał. Po czym, po krótkiej chwili uścisnął jej rękę i czekał na reakcję oraz na odpowiedź jak dziewczyna chce by się do niej zwracał. Zastanawiał się nawet przez chwilę jak ona musiała na jego pytanie zareagować, ale na razie nie zaprzątał sobie tym głowy.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Jessica Brown


Jestem w Chicago od
urodzenia



23
Piosenkarka, modelka

Tylko Johnny jej w głowie...

Mieszkam w
Gold Coast

Jessica

Brown

Wysłany: 29 Lipiec 2018, 00:20   
   Mów mi -  Bianka/White Rabbit
   Multi -  Lucius Hyde


Jess to i tak nie zawracała sobie głowy zbytnio innymi ludźmi. Przecież jej w głowie był przede wszystkim Johnny i to wokół niego wszystko się obracało! W jej przypadku inni w zasadzie praktycznie nie istnieli, może poza gronem przyjaciół i właśnie wspomnianym Blackhawkiem. Jej zadaniem także było zapełnienie koszyka produktami, których akurat w domu brakuje. Z czegoś w końcu musi zrobić dobre śniadanko dla ukochanego, jakżeby inaczej! Ona jak na razie fanami przejmować się nie musiała. Nie była tak sławna, jak The Relentless. Musiałaby się trochę bardziej wybić, aby tego dokonać. Póki co niewiele osób o niej słyszało, dlatego musi włożyć w to dużo więcej wysiłku, aby udało jej się coś osiągnąć, tak jak jej cudownemu idolowi i jego kumplom. W każdym razie jest to jak najbardziej możliwe i tego się trzymała! Wierzyła, że jakoś się koniec końców wybije, przecież śpiewała całkiem nieźle i w modelingu też sobie radziła, to nie ma opcji, aby miało się coś spierdolić! Jak dobrze wszystko pójdzie, Johnny zacznie ją w tym wspierać, dzięki czemu dostanie lepszej motywacji i mocnego kopa do dalszego działania.
Ze względu na taki mały ruch, dziewczyna pędziła jak szalona po tym sklepie, dawno zapominając o tym, co bierze, byle mieć odpowiednie składniki, aby zafundować miłości swego życia jakieś wykwintne jedzonko. Chciała mu ciągle imponować, żeby wywrzeć na nim jak najlepsze wrażenie. Nieistotne, że po tym co odpierdoliła, mogła go do siebie bardziej zniechęcić... ona i tak odbierała to inaczej, będąc absolutnie pewną, że on na nią leci i się w niej zabujał w takim stopniu, jak ona w nim! Nic dziwnego, że przez swoje rozkojarzenie i bieganie między regałami z koszykiem, przypadkiem po drodze na kogoś wpadła. Nie było to specjalnie, ale w takim amoku musiało raczej dojść do takiej sytuacji... no cóż! Z Jessicą to już w zasadzie wszystko cholera jest możliwe! Jak ona pierdolnęła Blackhawka wazą w łeb, który chciał jej zwiać... to naprawdę była nieobliczalna i nie wiadomo, czego się po niej spodziewać! Po spowodowaniu tego beznadziejnego wypadku, bądź co bądź i tak było jej głupio, ponieważ nie chciała nikomu krzywdy zrobić! A jak już dotarło do niej, z kim ma do czynienia... jej serce przyspieszyło. Ekscytacja w niej wzrosła, skoro to Jace, który jest kumplem wybranka jej serca! Nadarzyła się idealna okazja, aby poznać go lepiej, a nóż przekona go do siebie i tak samo jak jej najlepszy przyjaciel Bailey, też zacznie jej kibicować! Była cała w skowronkach, więc to naturalne, że jej oczy się cieszyły, jak ona cała! To było wyraźnie widoczne wręcz na kilometr. – Hmm, niech się zastanowię... powiedz mi, bo ja dalej nie wiem, kto jest większą gapą ode mnie, serio! Dobra, wierzę ci na słowo, skoro jest okej, to jest okej! – rzuciła wciąż nieco głupkowato, uśmiechając się od ucha do ucha. Taka była szczęśliwa, że nie potrafiła być zwyczajna! Obserwowała każdy ruch mężczyzny, bacznie mu się przyglądając. Nie mogła bynajmniej zaprzeczyć... że Jace tak samo jak Johnny należał do tych przystojnych i pewnie w innych okolicznościach leciałaby i na niego. A tak zachowywała się całkiem normalnie jak na siebie, gdyż tak nie świrowała w jego obecności. Ależ skąd... nie poczuła się ani urażona, ani też nie powiedziałaby o nim, iż jest chamski, a gdzież tam! Ba, jakby tego było mało, zaczynała go coraz bardziej lubić! Nie znali się wprawdzie najlepiej, ale to się niedługo zmieni. Już teraz świetnie im się razem gawędziło!
Jess nigdy nie wierzyła w plotki. Dla niej to był jakiś głupi stek bzdur, który ją jedynie wkurwiał. Może miała coś z psychofanki, niemniej była wierna zespołowi, który wielbiła ponad życie, wiedziała swoje i nienawidziła wprost, gdy ktoś ich obrażał, tudzież wymyślał jakieś nieprawdziwe fakty na ich temat. To było nie dość, że niesprawiedliwe, to dotkliwe i z pewnością jest im w jakimś stopniu przykro, nawet jeśli tego nie okazują. Kompletnie nie rozumiała, czemu to oni najbardziej dostawali notorycznie po dupach... mają talent, kochają swoich fanów i to widać. No kuźwa jak tak można! Dla niej to było jakieś karygodne i absurdalne. – Interesuję się wami. Trudno byłoby mi któregoś z was przeoczyć! Och, domyślam się, ale spokojnie ja nie z takich. Twoje uszy nie ucierpią! – obiecała, co podkreśliła typowym uderzeniem się w pierś, co miało oznaczać, że nie rzuci słów na wiatr. I taka była prawda! Mogła nie widzieć w sobie odruchów psychofanizmu, co z kolei wynikało głównie z jej choroby. Stąd zaś była święcie przekonana, że nic z nią nie jest nie tak. Co za tym idzie tym bardziej nie przyznałaby się do czegoś, o czym istnieniu nie zdaje sobie nawet sprawy. Starała się z nim konwersować tak, aby żadna inna osoba go nie rozpoznała. Łatwo wywnioskowała, że skoro usiłował się ukryć, to nie chce zostać, że tak powiem przyłapany na gorącym uczynku, to nie zamierzała tego psuć! Chyba nieźle jej szło, czyż nie? Mogła odetchnąć z ulgą, że była w stanie zachować spokój i być w obecności kolejnego idola opanowaną. To był i tak spory wyczyn! Dalej nic nie odpowiedziała, tylko pokręciła potwierdzająco głową, posyłając mu jeden z jej najpiękniejszych uśmiechów, na jaki było ją stać. – Mi również jest niezmiernie miło! Nie sądziłam, że dane będzie mi w tak krótkim czasie złapać też i basistę. Wiesz... to jak ci wygodniej. Może być i mniej oficjalnie! – stwierdziła po krótkim zastanowieniu, ściskając mu dłoń, po czym zabrała ją z powrotem, dając mu jednocześnie do zrozumienia, iż zdążyła poznać kogoś z TR i chodziło tutaj oczywiście o wokalistę. O dziwo nie wyglądała nijak na zmieszaną i tak w istocie było! Przy nim czuła się jakoś tak swobodnie i nie miała problemu z mówieniem. I całe szczęście, jeszcze wyszłaby na idiotkę, która słowa nie potrafi wypowiedzieć, bo tak by ją zatkało! A tak... nie ma tragedii!
Nagle do panienki Brown dotarło z podwojoną siłą, że... Johnny siedzi taki napalony, nagi w jej domu... Kurde, nie mogła kazać mu dłużej czekać na siebie! Wymieniła się z Frey'em numerami, coby nie stracić z nim kontaktu, zwłaszcza że ten nie miał nic przeciwko. – Przepraszam cię, ale... trochę mi się śpieszy. Do zobaczenia Jace! – oznajmiła może trochę zbyt radośnie jak na pożegnanie, jednak nic nie mogła na to poradzić. Puściła mu na koniec oczko, a następnie odsunęła wózek do tyłu, wyminęła basistę i niczym torpeda popędziła w kierunku kas. Chciała czym prędzej zapłacić za zakupy i wrócić do Blackhawka.

[z/t]
_________________

Jessica Brown
You kept me breathing under the water
When everyone else left me to drown...
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Strona wygenerowana w 0,21 sekundy. Zapytań do SQL: 7