Poprzedni temat «» Następny temat
Halsted Street
Autor Wiadomość
Chicago


Chicago

Wysłany: 4 Czerwiec 2016, 21:50   Halsted Street

[align=center:18865c4e20][/align:18865c4e20]
 


profil
 
Richard Wharton
[Usunięty]

Wysłany: 24 Czerwiec 2016, 20:25   

#3 Po spotkaniu z Amelie


Richard rzadko ruszał swojego wiekowego Jeepa z garażu. Nie chodziło nawet o to, że wstyd kulać się czymś takim po drodze, bo to w końcu klasyk i jest dumą każdego właściciela, ale Rich zwyczajnie nie czuł potrzeby ciągłego wożenia się autem. Planował nawet sprzedać swój wehikuł nie do zdarcia, ale ostatecznie wygrał rozsądek i zostawił samochód w spokoju. W końcu czasami się przydaje. Tak jak dzisiaj, kiedy Molly wysłała go na jakieś większe zakupy do całodobowego. Przecież nie będzie taszczył ciężkich toreb własnymi, spracowanymi rękoma. Wskoczył do samochodu i obiecał, że uwinie się w ciągu godziny. W myślach powtarzał listę zakupów, bo chciał być cwany. Zaszpanował, że dziewczyna nie musi mu nic zapisywać, bo zapamięta. Ta jasne… miał wrażenie, że zapomniał już wszystkiego co miał kupić. Zbliżała się 22, a więc idealna pora na zakupy. Sklep będzie świecić pustkami, a Rich będzie mógł w spokoju pokręcić się między półkami próbując sobie przypomnieć co miał włożyć do koszyka. Stanął właśnie na czerwonym świetle kiedy jego wzrok przykuła rudowłosa dziewczyna po drugiej stronie krzyżówki. Ściszył nieco radio nadal wbijając wzrok w dziewoję. Czyżby to była Cornelia? Wzrost i ognisty kolor włosów by się zgadzał. Pytanie dlaczego szlajała się po ulicy o tak później porze? Ta dziewczyna zawsze go zadziwiała. W zasadzie nie powinien się interesować smarkulą, ale polubił ją i miał wobec niej nieodparty braterski odruch. Ile to już razy wyciągał skręty z jej zachłannych łapek to już nawet nie potrafił zliczyć. Kiedy odwróciła się nadal kręcąc się w tą i z powrotem po chodniku wreszcie ją rozpoznał. Tak. To była Cornelia. W tym samym czasie zapaliło się zielone światło, więc pojechał na wprost i zjechał z drogi. Musiał jej jakoś pomóc. Pewnie się zaczeka na tę taksówkę, jak wnioskował. Podjechał powoli do dziewczyny i opuścił szybę.
- Hej mała! – powiedział wesoło zatrzymując auto i machając jej, żeby wsiadła. Hasło "mała" w jego ustach nie miało nic wspólnego z tanim tekstem na podryw. Zwyczajnie była drobna, traktował ją jak młodszą przyszywaną siostrę i lubił tak do niej mówić.
 
 
Cornelia Averill
[Usunięty]

Wysłany: 24 Czerwiec 2016, 20:45   

    #1


Po powrocie z pracy w hotelu skoczyła na szybciocha do swojego mieszkania, gdzie wzięła prysznic i przygotowała się na wieczór. Najpierw wcisnęła się w czarną, obcisłą sukienkę, która ledwie zakrywała jej tyłek i jeśli by się schyliła to z całą pewnością świeciłaby swoimi bordowymi stringami. Nie, żeby jej to jakoś przeszkadzało. Na stopy wsunęła lity z ostrymi ćwikami i przyszedł czas, żeby zająć się twarzą. Jak zwykle użyła eyelinera do zagęszczenia linii swoich rzęs tworząc kreskę zakończoną jaskółką i standardową czerwoną szminkę. Cały outfit dopełniła drogimi perfumami Chanel i skórzaną kurteczką. No i była gotowa. Udała się więc w swoje standardowe rejony na skraju miasta. Przez pierwszą godzinę nie wyhaczyła zupełnie nikogo, ale później los się do niej uśmiechnął, a przynajmniej tak jej się z początku wydawało. Tak, cóż, pozory mylą. Kiedy szyba opuściła się w dół i zarzuciła propozycją i ustaloną za nią ceną koleś zaczął się targować. Nienawidziła takich typów, bo z doświadczenia wiedziała, że zawsze źle się to kończy. Nie płacą albo migają się z tym, a ona nie lubiła robić sobie niepotrzebnych problemów. Dlatego też zbyła go śmiechem, a on zwyzywał ją i odjechał z piskiem opon. Jedyne co zrobiła w odpowiedzi na jego prostackie zachowanie to wywalenie gałami. Nie pierwszy i nie ostatni raz się to wydarzyło. Pokręciła się jeszcze kilkanaście minut, aż nareszcie metr od niej zatrzymał się czarny jeep. Czyżby tym razem jej się poszczęściło? Podeszła kocim krokiem kołysząc bioderkami i z gracją stawiając każdy krok, a kiedy szyba zjechała w dół nie patrząc w głąb samochodu pochyliła się eksponując swój biust i spoglądając w bok. - Seks zwykły, z odgrywaniem ról, laska czy lodzik? - mruknęła zmysłowo, po czym jakby nigdy nic spojrzała przed siebie no i co tu dużo gadać.. Zamurowało ją! Nawet zapomniała o dodaniu cen, ale może to i lepiej? Szybko podciągnęła sukienkę w dół zasłaniając tyłek, po czym mocniej opatuliła się skórzaną kurtką chcąc ukryć swoje cycki. - Richie, co Ty tutaj robisz? - zapytała zdenerwowana. Kurcze.. pierwszy raz od dawna poczuła się naprawdę niezręcznie! Ciężko ją było onieśmielić i inne takie, ale w obecnej sytuacji miała ochotę zapaść się pod ziemię.
 
 
Richard Wharton
[Usunięty]

Wysłany: 24 Czerwiec 2016, 22:00   

To ją zamurowało? A co miał powiedzieć biedny Richard? Początkowo uśmiechał się jak idiota, bo myślał, że dziewczyna zwyczajnie żartuje. Ot tylko po to, żeby znów go zdenerwować i zmusić go do palnięcia jakiejś gadki o tym, że powinna się szanować. Jednak jej zmieszanie, kiedy go rozpoznała podpowiadało mu, że to wcale nie był żart. Jej ubranie i mocny makijaż również świadczyły o tym, że to co przed chwilą zobaczył było całkiem na serio. Zacisnął usta i spojrzał przed siebie stukając nerwowo kciukiem w kierownicę. Dobrze wiedział, że dziewczyna jest trochę… szalona, ale nigdy by nie pomyślał, że dorabia jako dziwka. Nie no, to musiała być jakaś pomyłka. Zerknął na nią ponownie i pokiwał głową z niedowierzaniem.
- Błagam powiedz mi, że się tylko zgrywasz – burknął gapiąc się na nią z miną jakby właśnie przegrał w totka. Był jednocześnie zaskoczony i zawiedziony. Odczuł to trochę jak jakąś osobistą porażkę, bo chociaż nie miał z nią zbyt wiele wspólnego, to kiedy już ją spotykał starał się wyciągać z szemranego towarzystwa i wysyłał do domu kiedy przeholowała z alkoholem. A tu takie coś? Jego metody wychowawcze były chyba do bani. Nie zdążył nic więcej pomyśleć, bo ktoś na nich zatrąbił. No tak, pewnie wszyscy myślą, że właśnie targuje się z jakąś prostytutką. Kurna, jeszcze zobaczy go jakiś znajomy, powie jego dziewczynie, a wtedy będzie to bardzo trudne do odkręcenia. Nie podobało mu się to wszystko i chciał się jak najszybciej stąd zmyć. Nie oznaczało to, że Cornelii się upiecze. Nie obchodziło go czy nagle jakiś jej mafiozo albo burdel mama będą ją ścigać za opuszczenie miejsca pracy. Swoją drogą pracowała solo czy dla kogoś? Nie ważne! Liczyło się, żeby ją stąd natychmiast zabrać. Z drugiej strony nie miał nad nią żadnej władzy, więc jeśli się uprze... To Richard ją mimo wszystko wepchnie do tego Jeepa.
- Wsiadaj! – wycedził i ponownie spojrzał na drogę, czekając aż Cornelia zapakuje swój szanowny tyłeczek do samochodu. Po pierwsze nie chciał, żeby tu dłużej polowała na jakiegoś zwyrola, a po drugie musiał się dowiedzieć co ją do tego skłoniło. Potrzebowała pieniędzy? Przecież Richie jej pożyczy.
 
 
Cornelia Averill
[Usunięty]

Wysłany: 26 Czerwiec 2016, 19:15   

Wydaje mi się, że obydwoje woleliby uniknąć całej tej sytuacji przy czym ona chciałaby, aby się nie dowiedział, zaś Richi wolałby raczej, żeby to faktycznie był głupi żart. Niestety poczucie humoru Cornelii w tym wypadku było raczej nikłe, więc nie ma co liczyć na 'wkręcałam Cię' i śmiech potwierdzający prawdziwość tych słów.
- Nie? Tak? Nie, ugh, kurwa. - zamknęła oczy chcąc na moment odciąć się od niezręczności i zawiedzionego spojrzenia przyjaciela. Był dla niej jak straszy brat i czasami zastanawiała się jak to było, że z nim miała lepszy kontakt niż z własnym rodzeństwem. Trochę to smutne, przynajmniej według mnie, bo jeśli chodzi o Corni to miała to wszystko gdzieś. Nigdy specjalnie nie przejmowała się swoimi słabszymi relacjami z kimkolwiek. Od zawsze była raczej samotniczką, więc przesiadywanie w swoim mieszkaniu jedynie ze współlokatorką, która do domu wpadała naprawdę rzadko było niemalże zbawieniem. Z dala od wszystkich, czyli idealnie. Nie łatwo jest być czarną owcą w rodzinie, ale to właśnie Corni musiała zmagać się z tym tytułem od kilku jak nie kilkunastu długich lat. Może zaczęła w to wierzyć tak mocno, że szacunek do siebie samej uciekł gdzieś daleko gdzie nikt nie będzie mógł go odnaleźć? To trochę skomplikowane, bo przecież bycie prostytutką oznacza akceptowanie swojego ciała, więc może skoro nie o wygląd chodziło.. cóż, ciężko stwierdzić o co chodziło. Ona sama chyba nie była pewna jakim powodem było zniżenie się do takiego poziomu.
Westchnęła ciężko, ale nie mówiąc ani słowa wsiadła posłusznie do samochodu Richarda. Nie chciała dopuścić do takiej sytuacji, jakby, nigdy, ale kiedy teraz została postawiona przed faktem dokonanym, a w jej głowie szalała pustka okazało się, że nie wie co powinna powiedzieć i czy w ogóle powinna się odezwać. Zajęła miejsce pasażera i ponownie pociągając sukienkę w dół zapięła pas. Tak na wszelki wypadek jeśli Richi byłby tak zdenerwowany przez nią, że straciłby panowanie nad samochodem czy coś. Nigdy nic nie wiadomo. Zerknęła w boczne lusterko rzucając ostatnie spojrzenie koleżankom po fachu, po czym skrzywiła się żałośnie. - Richi, słuchaj, ja.. - urwała, ponieważ znowu zamroczyła ją pustka. Dlatego też spojrzała w dół na swoje złączone dłonie pierwszy raz w życiu czując się tak cholernie niepewnie i niezręcznie.
 
 
Marcus Preston
[Usunięty]

Wysłany: 6 Listopad 2016, 22:13   

/przed katastrofą

Marcus był sobie zwykłym nastolatkiem, ze zwykłymi problemami. Jak nie szkoła, to rodzina, jak nie rodzina to dzielnica. Zawsze znalazł się powód żeby zjarać na odstresowanie. Dzisiaj rano wychodząc do szkoły znowu to słyszał. Matka wydzierała się na niego, jakim to jest leniem. Chłopak szanuje mamę, kocha ją i podziwia, ale ile można? Gdyby nie ona to kto by na niego krzyczał? Nauczyciele, policjant albo ten sprzedawca ze sklepu, gdy próbował kupić fajki. Zawsze się ktoś znajdzie.
Matka krzyczy, jedna z sióstr płacze, a druga narzeka. Codzienność. Brakuje jeszcze tylko ojca alkoholika. Marcus wyszedł do szkoły, jak zawsze okrężną drogą. Nie przyjdzie na pierwsze lekcje. Zamiast tego porządnie się spizga i trochę wyluzuje.
Chłopak stanął sobie przy jakiejś bramie i wyjął z kieszeni "papierosa niespodziankę". Zapalił blanta i wziął porządnego bucha. Po krótkim czasie skun zaczął działać i poczuł że pozytywny humorek wraca.
 
 
Irene Coleman
[Usunięty]

Wysłany: 10 Listopad 2016, 19:09   

< Po Sheili

Irene miała zamiar dotrzeć na szkoły, ale lekko spóźniona. Ma świetne oceny, a kat morderca jest bez serca, no nie? W ogóle chwała jej, że miała na tyle silną wolę, że zwlekła się z łóżka, a przemilczeć można, że [kac] był zaledwie lekki, z jakimiś drobnymi zamieszkami w żołądku. Oczywiście, to wszystko ponownie się stało, bo jej n i e ponownie okazało się być gówno warte, a teraz ma swoją pokutę. Boga nie ma, za to są konsekwencje.
Jedną z tych konsekwencji był taki Marcus. Irene spostrzegła go kilka kroków od siebie, odwróconego do niej tyłem i przystanęła, ponieważ miała dosyć konsekwencji na dzień dzisiejszy i w ogóle. Nie, żeby go nie lubiła, bo absolutnie tak nie było. Zwyczajnie, nowego życia (trwającego jakąś dobę) nie łączy się ze swoimi starymi zwyczajami, a zapaszek słodkiej trawki był za znany i za przyciągający. Dobrze wiedziała, że tam, w rękach Marcusa - jak dostrzegła to, gdy udawała, że ona to nie ona i przeszła obok niego - jest jej chwilowy antybiotyk na rzeczywistość. A on, beztroski i niezależny, to cool for school, palił go sobie na środku ulicy, prawdziwe uosobienie luz blues i tak dalej.
Nie daj się pokusie, Irene. Jesteś ponad to. Skończyłaś z tym. Tym razem naprawdę, kurwa mać, naprawdę! - zaczęła swoją standardową, nieznudzoną tyradę z nosem w literaturze klasycznej.
 
 
Marcus Preston
[Usunięty]

Wysłany: 15 Listopad 2016, 21:47   

Chłopak już dawno uodpornił się na strach związany z publicznym paleniem marihuany. Tyle razy miał przez to problemy, że powinien się pewnie lepiej pilnować. No więc to działa odwrotnie. Marcus uważa że już nic gorszego go nie spotka, najwyżej zamkną go w poprawczaku a później w więzieniu. Przynajmniej będzie miał darmowe wyżywienie i nocleg. Po co mu wolność? Skoro czuje się uwięziony od dawna? Z tą różnicą że teraz może się buntować, za kratami byłoby to o wiele trudniejsze.
Młody Preston pomimo swojego przyćmienia umysłu rozpoznał przechodzącą obok dziewczynę.
-Irene?- Rzucił, w ogóle nie patrząc się w jej stronę. Wzrok miał skupiony w sklepik po drugiej stronie ulicy. Chłopak był pewny że to ona, nie musiał się jej przyglądać żeby to wiedzieć.
-Dawno cię nie widziałem. Udajesz że mnie nie znasz?- Powiedział bez wzruszenia, dalej paląc blanta. Udawał totalną obojętność. Jednak gdzieś tam w jego , zepsutym przez społeczeństwo, sercu może trochę mu na niej zależało.
 
 
Irene Coleman
[Usunięty]

Wysłany: 16 Listopad 2016, 09:16   

Gdy usłyszała swoje imię wypowiedziane przez ten głos, musiała się zatrzymać. Nie zamierzała uciekać jak tchórz (nie teraz, gdy ją rozpoznano), bo porządnie ugodziłoby to w jej dumę. Powoli wysunęła twarz znad książki, a wtedy jej uszu dobiegły kolejne słowa. Oczywiście, że udaję, że cię nie znam, ty idioto, pomyślała paskudnie.
- Myślę, że jaranie na środku ulicy w biały dzień nie jest dobrym pomysłem - rzuciła w zamian, tym swoim chłodnym, wyważonym głosikiem.
Powoli odwróciła się w jego stronę, jednak wciąż w pewnej odległości, jakby nie chciała, żeby ubrania przesiąkły jej tym charakterystycznym zapachem, ani też... no cóż, żeby nie dobiegło to do jej spragnionych nozdrzy. Nie miała nic do niego. Lubiła go. Lubiła z nim jarać i gadać o pierdołach. Wyglądał na dzieciaka z problemami, czyli jak każdy podobnego im pokroju. To sprawiało, że czuła się trochę lepiej.
- Czemu nie idziesz do szkoły? - zagadnęła, bo chyba nie chciał iść zjarany do szkoły, no nie? ... No nie?
Westchnęła cicho, zapamiętała stronę, na której skończyła i zamknęła książkę, mając wrażenie, że tak szybko nie wróci do swojego zajęcia.
- I wyrzuć to - rzuciła od niechcenia, bo jednak wolałaby mieć to w ustach, ale nie, bo ludzie musieli dziwnie się gapić na Marcusa, gdy ten palił sobie na środku ulicy.
 
 
Marcus Preston
[Usunięty]

Wysłany: 17 Listopad 2016, 21:44   

Marcus zastanawiał się co się stało, że Irene już z nim się tak często nie spotyka. A teraz nawet robi mu problemy o jednego blanta. Chłopak liczył na jakieś entuzjastyczne powitanie. W końcu są ziomkami, prawda? Ale nie, ona udaje że go nie zna, a ten zaczepia ją na ulicy. Może miała coś ważnego? Kto by chciał rozmawiać z takim degeneratem.
-Mieszkamy w Chicago. Na pewno na grubo ponad dwa miliony mieszkańców będą szukać jednego dzieciaka z trawką.- Powiedział, z wyczuwalnym sarkazmem, i pociągnął kolejnego bucha.
-A czemu miałbym iść do szkoły?- Dla Marcusa nie było żadnym problemem przyjść do szkoły spizganym. Kilka razy już tak zrobił. Dopiero wtedy nauczyciele zauważyli że ma jakiekolwiek uzależnienia. Potem doszli do wniosku że może mieć problemy w rodzinie. To smutne że młody był niezauważalny dopóki nie zapachniał trawką.
-Tylko spalę.- Powiedział całkowicie poważnie. Dopiero po jakiejś sekundzie lekko się uśmiechnął.
-Jak ci życie leci? Dawno cie nie widziałem.- Zagadał, tak po prostu. Dopiero w tej chwili chłopak uświadomił sobie że nic nie wie o Irene. Poza jej imieniem i tym że fajnie się z nią jara. Może mu coś mówiła, ale on był za bardzo zjarany żeby ogarniać cokolwiek? To prawdopodobne.
 
 
Jouanne C. Hus


Jestem w Chicago od
dwóch lat



34
Captain Muppet

The kids aren't alright

Mieszkam w
Loop

Jouanne Cerys

Hus

Wysłany: 1 Maj 2019, 20:52   

Make it grunge outfit

Istniały rzeczy ważne i ważniejsze – każdy to wie. Hierarchia spraw działała raz na korzyść, aby w następnej chwili obrócić całkowicie szyki, psując strategie, podrzucając kłody oraz wprowadzając nowych graczy do wydarzeń, które ich nie dotyczyły.
Jouanne nie przewidziała dwóch rzeczy:
1) że kłamstwo ma krótkie nogi i czarne łapska
2) uzyskanie numeru telefonu Marcusa jeszcze wcale nie oznaczało odnalezienia go.
Wraz z zapisanym kontaktem wcale nie otworzyły się nowe drzwi, które wystarczyło popchnąć, aby odnaleźć chłopca. Aby tego dokonać, musiała zrobić coś więcej. Przekroczyć kilka zasad tuż po tym, jak na radzie pedagogicznej dyrektor obwieścił kradzież dwóch komputerów z sali w tym całym biedniejszym sektorze, czyli pozbawionym kamer, które i tak nigdy nie działały – chwała technikom. Wezwano policję, lecz mundurowi nie znaleźli nic, co mogłoby im pomóc w działaniach, więc zostawili sprawę otwartą, ale Hus wiedziała, że właśnie dostała od losu najprawdziwszy one-way ticket do Nibylandii i była za niego wdzięczna.
Znalezienie adresu Sekani Ducette było prostsze od wyśledzenia Marcusa. Miała pod ręką Kyle i zamierzała z tego skorzystać, wypytując dziewczynę o miejsce zamieszkania Billie, wspominając o niewielkiej prośbie, którą do niej miała. Szesnastolatka nie wypytywała, wiedząc, że szczegółów i tak nie dowie się od nauczycielki, co przez cały dzień tkwiła za bardzo w obłokach. Zwolniła wcześniej klasę, odwołała ostatnie zajęcia i po jakimś czasie zawitała do dzielnicy Englewood, wyciągając Afroamerykankę za mentalne fraki, rzucając słynnym haczykiem szantażu: sypnie na policji o komputerach, jeżeli nie pomoże jej znaleźć adresu ostatniej lokacji komórki Marcusa. Jakim cudem to podziałało – może to jej urok, może to militarna musztra – nie wnikała. Sytuacja i tak wyglądała na wystarczająco podejrzaną, a żeby mieć pewność, że kobieta jej nie wkręca z przypadkowym numerem, zabrała towarzystwo ze sobą na wizytę domową.
Cholera, co za zapuszczona dzielnica – a w niej ledwo ciągnące schronisko dla młodzieży bezdomnej. Pierwsze elementy układanki zaczynały pojawiać się na planszy pełnej nieskompletowanych puzzli.
Zaułki miały to do siebie, że stanowiły najlepszą sieć transakcyjną w każdej części miasta. Ich stęchły odór był znany każdemu mieszkańcowi Chicago, bo prędzej czy później każdy się w nie zapuszczał; jedni częściej, inni rzadziej.
Powiedz Frankowi, że go spłacę, ale za dwa dni...
Nie będzie żadnych dwóch dni.
Daj spokój, błagam! Pójdę do młyna i załatwię sprawę w trakcie ustawek.
Nie płacą mi za dawanie dodatkowego czasu lalusiom.
W krótkim dialogu pomiędzy czarnoskórymi spod okna wychodzącego na śmierdzące zaułki, Jouanne nie wyłapała niczego, co miało jakąkolwiek dla niej wartość. Nie przybyła tutaj, aby ratować ćpunów czy degeneratów, a jedynie po Marcusa. Skoro chłopaka nie znalazła w jego klitce (po uprzejmym zdobyciu klucza od zaćpanego portiera, który praktycznie całował podłogę przy dziurze wygryzionej przez myszy) następne na liście były odpowiedzi na kotłujące się pytania Jouanne. Tkwiły ukryte gdzieś między wiszącymi plakatami z czarnoskórymi raperami i jedynym wyjątkiem – Eminemem – jak też w tekstach, które Marcus musiał sam napisać, bo rozpoznała jego charakter pisma i treści jaką same sobą reprezentowały. Jeden z nich szczególnie przykuł uwagę Hus.
23rd April 19.
Najnowszy tekst tkwił przyczepiony pineską tuż nad gorszącym obrazkiem przedstawiającym rycinę francuskiej gilotyny. Pośpiesznie przeleciała wzrokiem po kartce, czując jak cała wiara zaczyna ją opuszczać a najczarniejsze myśli zaczynają nachodzić jej głowę.
Posłuchaj tego – przyłożyła palec do dwudziestej drugiej linijki i odczytała: – Not this time bitch, you ain’t leave me a choice You just a body in a ditch in the brain of a boy All fucked up now, damn near 18 All the pictures in my past ain’t never fading I’m always wishing for something amazing, but when your life is shit then It ain’t no trading So put me in your books So you know what it's like To live a life not knowing What a normal life's like Put a label on my head So you know what it's like To live a life not knowing What a normal life's like... Holy shit – niestosowny język do okazji miała gdzieś, gdy przed oczami miała najprawdziwsze wyznanie z głębi serca nastolatka. Ściągnęła ze ściany jeszcze dwie kartki. Wcale nie były lepsze od poprzednich i wszystkie traktowały o tym samym. O bólu, odrzuceniu, niechęci środowiska oraz własnym obrzydzeniu. Furknęła zła na cały świat. Autentycznie. Chciała mu pokazać środkowy palec. – Te dzieciaki codziennie walczą z rzeczywistością i nie ma nikogo, kto wyciągnąłby do nich pomocną rękę – omiotła spojrzeniem resztę pokoju, zatrzymując wzrok na wyuzdanej książce do historii. Niewielki zawiniątko tuż obok z wystającą zapalniczką i sreberkiem odrzucało Hus od sprawdzenia, co było w środku. Domyślała się. Prosiła tyko, aby nie było tam igieł. – Nikogo. Fuck. Gdzie ty u diabła się podziałeś?
Nie przyszła tu grzebać w rzeczach chłopaka, a znaleźć wskazówkę jego pobytu, ale gdy zajrzała do umysłu Marcusa przeraziła się tym, co w niej skrywał.
_________________

    part 2. "Can I read you a story I wrote?"

    Once upon a time, somewhere miles and miles beneath the
    surface of the ocean, there lived a young octopus named Nina.

    Nina spent most of her time alone, making strange creations
    out of rocks and shells. And she was very happy.
    But then, on Monday, the Shark showed up.

    “What’s your name?” said the Shark.
    “Nina,” she replied.
    “Do you want to be my friend?” he asked.
    “Okay, what do I have to do?” said Nina.
    “Not much,” said the Shark, “Just let me eat one of your arms.”

    Nina had never had a friend before, so she wondered
    if this was what you had to do to get one.
    She looked down at her eight arms, and decided
    it wouldn’t be so bad to give up one.
 


profil kalendarz karta postaci relacje telefon
 
Billie Ducette


Jestem w Chicago od
zawsze



31
hakerka, włamywaczka

Black Dukato

Mieszkam w
Englewood

Sekani Billie

Ducette

Wysłany: 1 Maj 2019, 21:50   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Charlie & Skylar


outa laska po środku na kanapie

Całą sobą okazywała, jak bardzo nie chciała tutaj być. Nie chodziło o samo miejsce a powód, który stał przy ścianie i czytał te wszystkie niepokojące słowa. Nie dla Billie. Wydawała się tkwić w tym samym świecie i ani szoku ani zdumienia nie była w stanie okazać, gdy sens tekstu dotarł do świadomości jedynie potwierdzającej, że tak – świat był do bani.
Powiodła spojrzeniem po brudnej podłodze zastanawiając się, po co w ogóle się na to zgodziła. Szantaż nie zrobił na niej wrażenia głównie dlatego, bo miała wyrąbane co z nią się stanie. Hus nie posiadała też żadnych zbitych dowodów na to, że Ducette była wszystkiemu winna. Słowo przeciwko słowu, bo komputerów w jej zapyziałym mieszkaniu na pewno nie znajdą. Nie sprzedała ich, ale jak od samego początku miała w intencji, użyła do pracy i zamierzała oddać, co ani trochę się nie zmieniło. Ktoś tu po prostu przesadzał i stało się to tylko przez dyrektora, do którego nagle dotarło, że raz na jakiś czas komputery znikają, a raczej, że tym razem przepadły, bo poprzednich nawet nie zauważył.
- Wszyscy w tej dzielnicy przez to przechodzą. – skomentowała bez przejęcia, bo to nie pierwszy i nie ostatni dzieciak z getta, który przeżywał kryzys jestestwa albo wpadł w kłopoty. Tutaj, jak ktoś nie miał czegoś za uszami albo chociaż raz nie myślał o tym, jak beznadziejne miał życie, po prostu.. wychował się gdzie indziej. Na Englewood czekało to każdego – bez wyjątku.
Przeszła parę kroków w stronę okna. Na ulicy nic się nie zmieniło. Żadnych podejrzanych aktywności (jak na czarnych) nie licząc dwóch gości spod bloku po drugiej stronie, którzy bez pardonu ocenili Hus jako bobble head, co pół dzielnicy usłyszało i na pewno już wiedziało, że jakaś biała loszka szwęda się po dzielni (A Billie razem z nią. Równie dobrze mogła tu przyjść z nazistowską flagą).
Z uwieszonej w pasie nerki wyjęła telefon i bez słowa wykonała połączenie. Pierwszy sygnał zabrzmiał równolegle z raperskim hitem Kanye, którego głos pochodził spod łóżka.
Ducette spojrzała na Hus i nawet nie drgnęła pozwalając tej drugiej samej to sprawdzić. Telefon leżał na podłodze, jak kopnięty tam przypadkiem i oznajmiał, że od co najmniej wczoraj nikt nie mógł skontaktować się z Marcusem.
Ślepy zaułek.
- Mogę? – wyciągnęła rękę w stronę telefonu chłopaka tuż po tym, gdy Hus stwierdziła, że nic na nim nie było. Zamierzała własnym okiem zerknąć na ostatnie wiadomości, ale nie zdążyła zrobić nawet tego, bo uwagę przykuła tapeta (klik) na ekranie głównym. Niepotrzebnie się zawahała. Mogła od razu przejść do rzeczy zamiast gapić w obrazek o sekundę za długo, co jednak szybko poprawiła o faktyczne przejrzenie wiadomości tekstowych.
- Nic. – kolejny błąd, bo nawet nie spojrzała na Hus, co równie dobrze mogło być utrzymaniem focha za wjazd na chatę i robienie rabanu o nic.

*bobble head – a female who likes to gives oral sex on a regular.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Jouanne C. Hus


Jestem w Chicago od
dwóch lat



34
Captain Muppet

The kids aren't alright

Mieszkam w
Loop

Jouanne Cerys

Hus

Wysłany: 1 Maj 2019, 23:18   

Marcus nie był wszystkimi i Hus zdenerwowało kategoryzowanie go, jako "każdego, kto tkwił w tej dzielnicy". Upór oraz poczucie odpowiedzialności nałożyły klapki na oczy kobiety, co nie pozwalało dostrzec ukrytego, choć już teraz, widząc te wszystkie teksty, ponure ilustracje o tematyce egzekucyjnej – a wiedziała, że chłopak uwielbiał historię – wizerunek kosiarza skitrany za niewielką lampką biurkową, jak i walające się resztki używek wniosek był prosty do wysnucia w dodatku bez pomocy skomplikowanych wzorów znanych kryminologom.
Zajrzała pod łóżko, skąd wcześniej wyciągnęła telefon. Karton po pizzy, zakurzone frotki sportowe na nadgarstki przypominały obraz stoczonej wojny pomiędzy włochatymi ubraniami, a nieotwartym opakowaniem po jedzeniu, które albo zaschło, albo zabunkrowało się oraz tworzyło nową cywilizację. Tak czy inaczej, nie otworzyła go, bo nie włoskie jedzenie, a walające się pogięte kartki stały się priorytetem niedoszłego żandarma, którym nigdy nie chciała być, ale dla bezpieczeństwa dzieciaka powinna stać, przynajmniej na pięć minut.
Zgarnęła kilka papierowych kulek i wyprostowała je na klęczkach o podłogę. Pokreślone teksty jeszcze mroczniejszych rapów, lista filmów i seriali z tytułami wzbudzającymi słuszny niepokój: Requiem dla snu, Fisher King, Głową w mur, Tamten świat samobójców, Notatnik Śmierci, 13 Powodów, Hannibal... Zwinęła kartkę z powrotem, nie mogąc patrzeć na pozostałe nazwy. Większość znała lub kojarzyła. Kolejna kartka była przepisanym fragmentem tekstu Szekspira: "Hell is empty and all the devils are here". Zbierając do kupy następne i następne, coraz bardziej niepokojący obraz zagubionego nastolatka ewoluował w wyobraźni Jouanne do nieprawidłowo wielkich rozmiarów zagrożenia. Ostatnie zawiniątko było sztywne, a gdy zacisnęła je badawczo w śródręczu, poczuła krótkie ukłucie.
Jackpot – mruknęła pod nosem do siebie. Wyprostowała palce, ale żadnej igły tam nie było, a na skórze nie było śladu po drobniutkim szpikulcu. zamiast tego tylko niewielka ranka, cieniutka, jak włos. Rozwinęła ostrożnie zawiniątko. Pomiędzy zgniecionym papierem z ciemnymi plamami po atramencie coś błysnęło. – Niech cię, Marcus. – Powoli złapała między opuszki kciuka i palca wskazującego zimny metal. Ostrze zwrócone było do dołu. Żyletka wyglądała na nową, ale użytą przynajmniej raz. Atrament wcale nie był atramentem. Teraz dopiero zdała sobie sprawę, w jak wielkie bagno weszła.
Hus poderwała się, zabierając ostrze.
Znalazłaś tam coś? – wskazała na stertę świerszczyków pełnych gołych bab oraz czasopism muzycznych. – Cokolwiek? Cokolwiek będzie teraz naprawdę dobre. Nawet bardziej, niż dobrepani poszło już dawno w kąt, tak jak żyletka wylądowała na biurku niezgrabnie wpadając za mebel. I dobrze, uznała. Wyobraźnia już swoje zrobiła, nie potrzebowała jeszcze dowodu na myśli samobójcze i/lub okaleczanie się Marcusa.
Drzwi otworzyły się znienacka i do środka wpadł chłopiec na pierwszy rzut oka czternastoletni z wielkimi okularami na nosie oraz znoszonymi ubraniami najpewniej po starszym bracie.
Ej, co tu robicie? To nie wasz pokój! Kim wy jesteście? – zeźlił się młody, zadyszany wojownik, gdy złowrogo spoglądał na obcą dziunię z gniazdem na głowie, dopiero po długich sekundach obserwacji zwracając uwagę na białą laskę w nieswojej dzielni.
Mikey?
Pani Hus? – niepewnie przyjrzał się nauczycielce. – Co pani tu... Czego pani... Jak...?
Szukam Marcusa Stanfielda – odparła bez zająknięcia, stając przed chłopcem. – Widziałeś się z nim? Wiesz, gdzie go znajdę?
Mikey wahał się z udzieleniem jednoznacznej odpowiedzi. Schował ręce za siebie, ewidentnie zdradzając, że coś było na rzeczy.
_________________

    part 2. "Can I read you a story I wrote?"

    Once upon a time, somewhere miles and miles beneath the
    surface of the ocean, there lived a young octopus named Nina.

    Nina spent most of her time alone, making strange creations
    out of rocks and shells. And she was very happy.
    But then, on Monday, the Shark showed up.

    “What’s your name?” said the Shark.
    “Nina,” she replied.
    “Do you want to be my friend?” he asked.
    “Okay, what do I have to do?” said Nina.
    “Not much,” said the Shark, “Just let me eat one of your arms.”

    Nina had never had a friend before, so she wondered
    if this was what you had to do to get one.
    She looked down at her eight arms, and decided
    it wouldn’t be so bad to give up one.
 


profil kalendarz karta postaci relacje telefon
 
Billie Ducette


Jestem w Chicago od
zawsze



31
hakerka, włamywaczka

Black Dukato

Mieszkam w
Englewood

Sekani Billie

Ducette

Wysłany: 2 Maj 2019, 13:02   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Charlie & Skylar


Czerwony zakątek, ogromna kamienica w kształcie kanciastej listery ‘C’ i numerem, pod którym ktoś starannie namalował mało widoczną czaszkę z czarnym kapturem na głowie, to miejsce, gdzie można było załatwić wszystko i znaleźć każdego.
Mieszkalny budynek stanowił centrum przerzutu, posiadaczy, gangu Red Skull, ludzi z umiejętnościami, kultu (wiary zbyt szalonej by się do nim przyłączyć) i miejscami, gdzie można coś załatwić bez wścibskich oczu dookoła. To tu dostanie się broń, narkotyki, wszystkie możliwe medykamenty, fałszywe papiery i pomocną dłoń. Ludzi z fachem w ręku było co nie miara i niejedna już dziewczyna chodziła do pijaczki na trzecim piętrze, żeby dokonać aborcji, zrobić tatuaż u gościa z piątego, kupić nie tylko towar, ale także sprzęt spod trzydziestki i znaleźć idealne miejsce do zrobienia czegokolwiek, nawet do ściągnięcia na noc kochanki, chociaż ludzie chodzili tam głównie, żeby się naćpać i po paru godzinach wrócić do domu. Idealne miejsce do nabycia i zrobienia wszystkiego, bo nikt nie patrzył ci na ręce i nie pytał, czemu znów chcesz wylądować w mieszkaniu numer sześćdziesiąt dziewięć.
Jeżeli Marcus był w tamtym miejscu za odpowiednią kwotę mógł załatwić wszystko a nawet dostać na wyłączność kawalerkę do wszelkich uciech (lub też nie, sądząc po motywacjach młodego jegomościa).
Przewertowała czasopisma z dozą dystansu czując jak bardzo jej podejście różniło się od tego blondynki. Cóż, tylko jednej z nich bardzo mocno zależało na chłopaku. Billie była tu po części z przymusu a po części, żeby popilnować wychowawczyni Kyle, której najwyraźniej na niej zależało.
Tylko trawkę,, którą podwędziła do kieszeni, nie musząc patrzeć na małą karteczkę wetkniętą w torebeczkę, bo dobrze wiedziała jakie logo się tam znajdowało.
Rzuciła okiem na chłopaczka mając ochotę palnąć go z otwartej dłoni w głowę, żeby nie kręcił a gadał, jak pani ładnie prosi, ale ciągle myśląc o tym, że Marcus mógł trafić do Czerwonego Zakątka odechciewało jej się wszystkiego. To nie było miejsce ani dla dzieciaków ani białych ludzi, dlatego uważała, że Hus nie powinna się tam wybierać.
To był jedynie mały ślad, nieistotna poszlaka, która nie musiała zawierać w sobie prawidłowej odpowiedzi, dlatego z wyczekiwaniem, stojąc jakieś trzy kroki za Jouanne, wpatrywała się w młodziaka gotowa od razu wszcząć bunt.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Jouanne C. Hus


Jestem w Chicago od
dwóch lat



34
Captain Muppet

The kids aren't alright

Mieszkam w
Loop

Jouanne Cerys

Hus

Wysłany: 2 Maj 2019, 16:21   

Z korytarza dobiegł raban. Na tyle głośny, co by odwrócić uwagę Hus od podejrzanego zachowania czarnoskórego chłopca z wygolonymi bokami pseudo afro. Jak błyskawica do środka wpadła wierna kopia Mikey'ego tylko dwa razy większa, szersza i z dumnie naprężoną na ramionach oraz plecach kurtką szkolnej reprezentacji w futbolu amerykańskim.
Młody, musimy się zbierać! Jouanne? Wczorajsza koza ci nie wystarczyła, musisz jeszcze robić naloty domowe? – warknął atleta. – Zresztą, bez znaczenia. Mikey, zbieraj swoje rzeczy i spadamy.
Młody bez wahania doskoczył do szarej torby przy łóżku i zaczął wrzucać do niej porozrzucane koszulki z superbohaterami spod nogi szafy, gdy ze skrzypiących schodów dobiegł ich głos:
Hej, Drew, wyluzuj. Zwolnij.
Shit! – Drew podbiegł do drzwi i jak najciszej potrafił zamknął je.
Sprawiasz wrażenie zdenerwowanego – obcy zaświergotał. – Chyba nie masz nic na sumieniu, co, koleżko?
Drew, co się dzieje? – Więcej kłopotów?
Starszy brat tkwił przyklejony plecami do drzwi, a jego ogolona głowa błyszczała się od potu spływającego po skroniach.
Nie ma czym się przejmować. Zostań tutaj i nic nie mów, Mikey. Cokolwiek by się nie działo – zwrócił się do Jouanne – nie otwierajcie drzwi – po czym wziął głęboki wdech i wyszedł na korytarz, zamykając przejście.
Wiesz o co chodzi? – zapytała Hus, nie dostając nigdy odpowiedzi od Mikey'ego.
Zza drzwi usłyszeli zdenerwowany głos chłopaka:
Damon, nie powinieneś był tu przychodzić. Bidul to nie miejsce do tego...
Naprawdę? Gdzie jest w takim razie miejsce do odebrania moich pierdolonych pieniędzy?
Mówiłem ci, nie mam ich. Sprzedaż spadła, gościu. Nikt nie chce być teraz na haju. Ale posłuchaj, jest sezon wiosenny, dopiero co zaczęliśmy dwudniówki. Zajadą nas. Będę w stanie sprzedać drużynie całe oxy, które dostarczyłeś.
Drew. Wisisz mi całego kafla. Gdzie. On. Jest?
Powiedziałem, że teraz nie mam przy sobie.
Słyszałem o pracy twojego starego, swoją drogą. Ciężkie czasy.
Drew westchnął głośno.
Ta...
Założę się, że tysiak znaczyłby dla niego teraz bardzo wiele. – Kroki za drzwiami stały się głośniejsze, bardziej gwałtowne. – Gdzie są moje pieniądze, Drew?
Nie wiem czego ode mnie wymagasz. Nie mogę przecież zrobić pieniędzy z powietrza i... Aua!
Chcę moje pierdolone pieniądze!
Nie musisz mnie bić! Ja, ja... Ach!
Gdzie one są?!
Łomot upadającego ciała po drugiej stronie przeszedł korytarzem a metalowa miska przy klitce naprzeciwko brzdęknęła. Drew musiał się o nią potknąć.
Proszę! Daj mi tydzień...
Damon nie miał tygodnia ani cierpliwości. Kopnął leżącego chłopaka prosto w brzuch i splunął na podłogę.
Będziesz tak po prostu leżał? Myślałem, że futboliści powinni być twardzi. – Kolejny kop w brzuch i jęk Drew obiegł korytarz. – Sorry, dzieciaku, ale nikt nie będzie mnie okradał – Buch! – Nikt, kurwa, nikt! – Buch!
Cholera, muszą coś zrobić i to natychmiast. W dłoniach młodszego brata zauważyła papierową kopertę, której nie zdążył schować do torby.
To te pieniądze?
Ja...
Mikey, to pytanie z odpowiedzią tak lub nie.
Tak.
Daj mi je.
Ale!
Teraz, Mikey! – zarządała ostro. Chłopiec poprawił okulary i wręczył kopertę nauczycielce. – Zuch chłopak – poklepała go po ramieniu. Nerwowo zerknęła w bok i wycelowała paczuszką z pieniędzmi w Billie. – Przypilnuj, aby stąd nie wyszedł. – poprosiła stanowczym tonem, doskakując do drzwi. Schowała pieniądze pod pazuchę, szarpnęła za klamkę i wyleciała na zewnątrz.
Drew leżał na podłodze trzymając się za brzuch, a mężczyzna z ulizanymi do tyłu włosami stał tuż nad nim, gotów zapoznać podeszwę z twarzą nastolatka. Kiedy spojrzał na Jouanne, dostrzegła, że wzdłuż jego szyi ciągnie się kolorowy tatuaż przypominający stylem japońskie płomienie przeplatane ze spienionymi falami.
O, nie spodziewałem się, że będziemy mieć widownię.
Zostaw go w spokoju – zażądała, stając twardo na wyprostowanych nogach. Przewyższał ją o głowę, jak nie dwie. Wysoki diller, duże problemy. Przemocą tego nie rozwiąże, więc musiała blefować. – Ja mam twoje pieniądze.
Okaaay – zmierzył podejrzliwie kobietę od góry do dołu; podobało mu się to co widział. – Kim ty kurwa jesteś?
Frank mnie przysłał – skłamała, walcząc z gangsterskim nosem Damona i jego śmiesznie wyginającą się blizną od nosa aż po lewą, sceptycznie uniesioną brew. – Pobór opłat.
O to Frankowi chodziło przez cały czas? Chwila, ty nie jesteś tą bitchą, która przestawiła Sheldona?
Tego gościa z młynu? – żeby tylko nie zorientował się, że nie miała kompletnie zielonego pojęcia o jaki młyn znowu chodzi. Musiała wyjść bardziej przekonująco. Prychnęła. – Był dupkiem, który wtryniał mi się w interes i próbował prześladować za podwalenie Frankowi – zrobiła dwa kroki do przodu, stając bliżej Drew. – Musiał zrozumieć inny przekaz, bo nie grzeszy pierdoloną inteligencją, ay?
Damon parsknął urywanym śmiechem.
Frank miał rację, co do ciebie – uśmiechnął się półgębkiem. – No, pokaż te pieniądze.
Dwadzieścia siedem tysięcy i czterysta dolarów rocznie to mało, jak na pensję nauczycielską i jeszcze nie wiedziała, że musiała z niej pożegnać kolejne zera. Oddała kopertę.
Nagle drzwi otworzyły się i ze środka wyleciał Mikey.
My potrzebujemy tego!
Chłopiec ledwo dobiegł do Damona, a gangster sprzedał mu lekki strzał policzek i młodzik poleciał na podłogę. Wylądował na prostej ręce i kości nadgarstka strzyknęły. Dzieciak stęknął głośno z bólu.
Mikey! – Drew przeczołgał się po podłodze do brata.
Cholera, zaklinała się na wszystkie świętości, aby teraz nie puściły jej nerwy.
Wszystko jest w porządku – oznajmił Damon z zadowoleniem, spoglądając nieco za długo na rodzeństwo w tarapatach. – Mikey, musisz pomóc swojemu starszemu bratu. Pomóż mu zrozumieć, że traktuję ten biznes poważnie.
Przestań, on nie ma z tym nic wspólnego, Damon – stęknął Drew.
Pomożesz bratu zrozumieć, że jeśli jeszcze raz mnie okradnie, wrócę tu i połamię jego kolana – lodowaty szept rekina poraził prądem wrośniętą w podłogę Jouanne. Chciała już opuścić ten fason, zerwać plaster udawanek, ale gangster nadal tu był. Zagrożenie nie przeminęło. – Dzięki, śliczna – zagadnął Hus, obracając w kierunku wyjścia. – Powiedz Frankowi, że wiszę mu przysługę.
Czekaj. Ten bachor jeszcze ci coś wisi? Nie chcę wyręczać innych, jeżeli znowu dostanę przydział.
Jesteś metodyczna, co? He, he, podoba mi się twoje podejście. Nie, z mojej strony wszystko uregulowane – potrząsnął kopertą. – Na razie.
Zagrożenie zniknęło, nareszcie mogła spokojnie odetchnąć.
Potrzebowaliśmy tych pieniędzy – z kolei wyrzuty Drew nie były czymś, czego spodziewała się po dosłownym uratowaniu jego dupy. – Zmieszałaś nas z błotem!
Czyś ty zwariował? Ten facet mógł was zabić gołymi rękami.
Nic o nas nie wiesz. To nie twój biznes!
Wiem, że nie przestałby was dręczyć, dopóki nie dostałby tego, czego chciał i nie sprał was na kwaśne jabłko.
Myślisz, że jesteś bohaterką? Wstawiasz się za biedną Kyle i Callie, a teraz mieszasz w naszym życiu? Mikey, muszę zobaczyć twoją rękę... Po prostu zostaw nas w spokoju, Hus.
Posłuchaj, przepraszam, ale...
Przepraszam nie wyciągnie naszego ojca z ulicy.
_________________

    part 2. "Can I read you a story I wrote?"

    Once upon a time, somewhere miles and miles beneath the
    surface of the ocean, there lived a young octopus named Nina.

    Nina spent most of her time alone, making strange creations
    out of rocks and shells. And she was very happy.
    But then, on Monday, the Shark showed up.

    “What’s your name?” said the Shark.
    “Nina,” she replied.
    “Do you want to be my friend?” he asked.
    “Okay, what do I have to do?” said Nina.
    “Not much,” said the Shark, “Just let me eat one of your arms.”

    Nina had never had a friend before, so she wondered
    if this was what you had to do to get one.
    She looked down at her eight arms, and decided
    it wouldn’t be so bad to give up one.
 


profil kalendarz karta postaci relacje telefon
 
Billie Ducette


Jestem w Chicago od
zawsze



31
hakerka, włamywaczka

Black Dukato

Mieszkam w
Englewood

Sekani Billie

Ducette

Wysłany: 2 Maj 2019, 19:56   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Charlie & Skylar


Wiercił się i jęczał coś na temat tego, że forsa była potrzebna mu oraz bratu. Nie wątpiła, ale decyzja już zapadała i biały szwadron ruszył na obce wojska porywając się z motyką na słońce. Miała wrażenie, że ci ludzie już tak mieli. Łapali się za coś i bez przemyślenia po prostu robili, jakby odgórnie dano im prawo do ingerowania w życie każdej jednostki. Ludzie czynu – mówili – i choć robiło to ogromne wrażenie (w końcu podbili Amerykę), nie zawsze dawało oczekiwane skutki.
Nie mając ochoty na użeranie się w gówniakiem, szarpnęła go za koszulkę w stronę okna sugerując, że z jej pomocą zejdzie na dół i zwieje albo poczeka grzecznie na ulicy. Mikey miał jednak inne plany, bo gdy przesunęła dolną część do góry, odgłosy z korytarza stały się wyraźniejsze.
Zwiał.
- Really, nigga? – co za pech.
Westchnęła ciężko pocieszając się tym, że chociaż zgarnęła trawkę i tak szczerze mogłaby się zmyć przez to cholerne okno, przez które już nawet przerzuciła jedną nogę. Przez tę białaskę narobi sobie wrogów w dzielnicy, dlatego musiała zadać sobie pytanie, czy warto było pakować się w to dalej? Czy choć trochę jej zależało?

- Wielki robot atakuje miasto!
- Połowa ludzi zginęła po ataku gazowym. Nie mamy nikogo, kto by się z nim uporał.
- Nigga, jasne, że mamy.
- O kim ty mówisz?
- Jak to o kim? O naszej najlepszej tajnej agentce.
- Sekani Ducette robi wjazd! – wyrzuciła z entuzjazmem przestając udawać inne głosy bohaterów z krótkiej historii odgrywanej w samochodzie. Przeskoczyła z tylnych siedzeń na przód i sprawnym ruchem otworzyła schowek. – Potrzebuje trochę czasu. – paluszkami stukała o otwartą klapę, jakby była klawiaturą od super wypasionego komputera, dzięki któremu była w stanie dostać się do systemu operacyjnego niszczycielskiej puszki złomu.
- Za pięć minut robot wybuchnie!
- Wystarczą mi trzy.
- Mother fucker! Wysiadaj z auta! – niski męski głos rozległ się na parkingu tuż przed sklepem. Ratowanie świata musiało zaczekać. – Pieprzony czarnuch! Na ziemię! Niżej! Aż poczujesz zapach moich sneakersów. – krzyczał dalej, co przerażało Sekani na tyle by nie wychylać się ponad przestrzeń między siedzeniem a zagłówkiem, przez którą starała się dostrzec cokolwiek. Tatko nie byłby zadowolony.
- Broń! – krzyknął ktoś zmuszając do wycofania się trzech gangsterów z wycelowanymi przed siebie lufami. Przez boczna szybę widziała jak idą i przekraczając linię prowadzącą od niej do sklepowych drzwi wyjściowych, przez które przeszedł pan Ducette.
Pięć minut minęło. Miasto przepadło po wybuchu ogromnego robota.


Odgłosy z korytarza jak na złość przywołały niechciane wspomnienia.
Nic nie zmieni tego świata a na pewno nie jedno działanie pojedynczej jednostki. Ona też nie mogła tego uczynić, ale przynajmniej nie podpadnie siostrzenicy, która na pewno dowie się, co dzisiaj zaszło. Ciotka nie mogła wyjść na największego chujka na świecie, chociaż nim była już przez samo to, że rozważała pozostawienie Hus samej sobie, podczas gdy po okolicy dilerzy zbierali haracz.
Wdech i wydech. Pewna ręka. Nie drżała, co często było objawem powrotu do przeszłości.
Im szybciej białaska dostanie to czego chciała, tym prędzej Billie wróci do swojej roboty. Plan możliwy do wykonania, ale potrzebowała do tego mniej wstrząśniętej Hus, której twarz mówiła teraz co innego.
Nie ma to jak w porę pojawić się na scenie, a raczej o tych parę minut za późno.
Zawsze jeszcze mogła wyjść oknem.
- Wystarczy, czarnuchy. – im więcej gadali tym więcej czasu traciła.
- A ty to kurwa kto? – Drew bronił swego.
- Wyrażaj się gówniarzu. – niewychowane to. – Pani – wskazała na Jou. – ładnie zapytała, gdzie jest Marcus, więc z łaski swojej odpowiedz Mik.
- Jest mi winna dolę. – młodziak szedł w zaparte.
- To twoja pieprzona nauczycielka.. – ugryzła się w język przed dalszą szaradą, którą przerwała warknięciem i niespodziewanym powrotem do pokoju chłopaków. – Zapisze wam adres. – zapowiedziała z wnętrza pomieszczenia, gdzie znalazła kawałek kartki i w pół pogryziony przy końcówce długopis. – Pójdźcie tam i powołajcie się na Billie. Laski was opatrzą. – tu na pewno nawet nie mieli podstawowej apteczki medycznej, więc nie było co się szarpać do pomocy, chociaż odruchowo, z myślą o Kyle, miała na to ochotę.
- Chociaż ładne te dupy? – widać poza szkołą wyrażali się po swojemu, bo szczerze wątpiła, żeby Hus pozwalała im używać takiego słownictwa. Wyglądała na taką, która dałaby im za to co najmniej sto pompek do zrobienia.
- Dowiesz się, jak powiesz, gdzie jest Marcus. – proste, bo choć dała im namiary, to w każdej chwili mogła zadzwonić do ziomalek i powiedzieć, żeby ich nie wpuszczały.
Klepnęła Hus w ramię i spojrzała na nią pytająco – wszystko w porządku? – zanim którykolwiek z chłopaków zdecydował się coś powiedzieć. To nie była rozmowa dla Billie, dlatego po uzyskaniu choćby niemej odpowiedzi, weszła z powrotem do pokoju Marcusa, gdzie znalazła szeroką, ale przynajmniej najzwyklejszą (bo bez naszywek, nigga haseł i innych grafik) czarną bluzę oraz czapkę z daszkiem z wyszytą na przedzie koroną (klik). To wszystko było dla blondynki, która za bardzo rzucała się w oczy w tej swojej skórzanej kurteczce rodem prosto z jednostki wojskowej, jakby szła na wojnę z całym gettem.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Jouanne C. Hus


Jestem w Chicago od
dwóch lat



34
Captain Muppet

The kids aren't alright

Mieszkam w
Loop

Jouanne Cerys

Hus

Wysłany: 3 Maj 2019, 12:37   

Wejście czarnej pantery. Dosłownie i w przenośni.
Nie spodziewała się dodatkowej pomocy, zwłaszcza po ewidentnych komentarzach, które spisywały wszelką kooperację na poważne straty. Nie musiała angażować się w wymianę zdań, stawać po stronie Jouanne (choćby na sekundę i trzy zdania) i ustawiać czarną młodzież do pionu. Od tego była ona, a jednak ktoś postanowił wesprzeć pojedynczy oddział do zadań specjalnych niekonsultowanych z szefostwem. Gdyby Channing się o tym dowiedział, dostałaby nie tylko niemiecką litanię na do widzenia, ale być może sprawiłaby, że raz jeden w życiu uśmiechnąłby się przy niej; wolała jego kamienną ekspresję.
Była wdzięczna. I za drobny angaż, i za troskę, której nie oczekiwała, pchając się w światek, którego nie rozumiała – nie tak w pełni, bo młodzież ze szkoły to co innego. Mrugnęła z wolna. Nic nie było w porządku, ale nazywanie rzeczy po imieniu nie pomoże jej teraz dostać się do Marcusa przy liście grzechów popełnionych przez ostatnie godziny, a to nadal nie koniec.
Nic wam nie powiemy – Drew przerwał sielankową chwilę wytchnienia ostrym tonem. – Okradłaś mnie!
Jouanne westchnęła ciężko. Bez słowa wyciągnęła portfel z wnętrza kurtki, przeliczyła pieniądze w przegródce i po dłuższej debacie z samą sobą postanowiła ujebać tym przysłowiowym brudem własną godność na wieki wieków amen. Wyciągnęła plik kilku Benjaminów w towarzystwie Ulyssesa Granta, Jacksona i Waszyngtonów.
Pięćset siedemdziesiąt trzy dolary. Więcej przy sobie nie mam – złożyła na pół banknoty, po czym podała Drew, który wyglądał, jakby zobaczył kurę znoszącą złote jaja, ale taką z zębami i jaszczurczym jęzorem. – Teraz ty mi wisisz przysługę, Drew – wcale nie, ale grzecznościami obsyp panią, gdy ochoty nie masz na nią.Daj to ojcu i skończ z tym interesem. Robisz więcej szkody swojemu bratu, zadając się z gangsterami, kiedy mógłbyś zająć się czymś kompletnie innym, aby pomóc rodzinie.
Nigdzie, poza ulicą, nie zarobię w ciągu tygodnia tysiąca dolarów – parsknął opryskliwie, ale podarowane pieniądze schował głęboko do kieszeni spodni.
Dlatego lepiej, aby cię złapano i posłano do więzienia? Jestem pewna, że wtedy Mikey będzie miał się naprawdę dobrze. Brak starszego brata oraz ze świadomość trafienia do systemu opiekuńczego? Brzmi jak sielanka. – Koniec pierdzielenia w tańcu. – Weź się za siebie, chłopie. I pomyśl następnym razem, kiedy wpadniesz na pomysł handlowania narkotykami, że nie jesteś odpowiedzialny tylko za swoje życie – kiwnęła na młodszego brata szkolnego futbolisty. Zapadła cisza. Bardzo możliwe, że w końcu coś dotarło do tej zmąconej głowy nastolatka, którego za wcześnie życie wystawiło na próbę dorosłości. Jeszcze miał szansę zmienić odpowiedzi na teście i zdać.
Chłopak podniósł się z podłogi, ciągnąc Mikey'ego do góry.
Z Marcusem nie jest dobrze – młodziak odezwał się niespodziewanie. – Zamieniliśmy się klitkami parę tygodni temu, bo tutaj było bliżej Drew do pracy i...
Mikey! – syknął futbolista.
Daj mu powiedzieć.
Drew zmierzył Jouanne nieprzyjemnym wzrokiem. Miał związane ręce przez pięćset siedemdziesiąt trzy dolary oraz (wątpliwą teraz) sympatię młodszego brata względem nauczycielki, jak i darmową (mhm) opiekę medyczną nad Mikey'em.
Mieszka teraz za Marquett Road 205, trzecie drzwi na drugim piętrze po prawej. Były zaplombowane dyktą. Bank zajął budynek – kiedy o tym mówił, ten czternastoletni biedak z ojcem wrakiem oraz opiekuńczym starszym bratem, Hus musiała zebrać się w sobie raz a porządnie, aby nie wyobrażać sobie scenerii, którą zastanie po dotarciu na miejsce. Te dzieciaki nigdy nie powinny były doświadczyć czegoś takiego, jak przymusowa eksmisja. Ellen zapytałaby "What went wrong?".
– To tam w okolicach opuszczonego placu parkingowego?
Mikey przytaknął.
Schody sypią się i światło na klatce nie działa od pół roku, więc proszę uważać. I... Pani Hus? – znowu wszedł w tryb żałującego aniołka z wiecznie zjeżdżającymi okularami. – Bo Marcus... On...
Dość już tego! Wystarczy!
Mówił, że chce się zabić! – przekrzyczał brata.
W okamgnieniu krew odeszła jej z głowy a w uszach wybrzmiał huk armaty, jak w tych całych Igrzyskach Śmierci, które oglądała kilka nocy wstecz na kanale ABC z braku lepszej rozrywki. Z trudem przełknęła ślinę.
Dobrze zrobiłeś, Mikey – wymamrotała. – Weźcie swoje dokumenty, trochę rzeczy i... – nie, nie tak. Pokręciła głową i zaczesała włosy do tyłu. Jak to ugryźć? Bracia potrzebowali pomocy, aby dostać się do znajomych Ducette (jak wnioskowała) jak najszybciej, a z drugiej strony samobójcze życzenie Marcusa rozstroiło ją na tyle, że nie była w stanie ułożyć najprostszego postępowania na najbliższe dwie minuty, jak wtedy, gdy przelatując przez korytarz powietrzny na Gazą oglądała ostatnie pikowanie Lori w dół, zanim maszyna stanęła w ogniu. Ta wieść kompletnie zbiła ją z tropu i to na tyle, by nie zakodowała kiedy Billie pojawiła się znowuż obok. Spojrzała na nią zagubiona. Poruszyła ustami, ale nie wydobyła żadnego dźwięku. Biała cisza.

Obserwowała, jak bracia schodzą na niższe piętro i znikają na zakręcie. Potrzebowała chwili, aby zabrać jeszcze kilka rzeczy z pokoju Marcusa, które, jak uważała, mogłyby jej się przydać w sytuacji kryzysowej, od której ciarki biegły po plecach na wzór miliona drobnych igiełek.
Zbir Franka z zaułka zniknął, zostawiając kilka krwawych śladów na asfalcie. To już tutejsza codzienność, Jou, przypomniała sobie, wychodząc na ulicę wpatrzona w telefon chłopaka.
Nie mogła przemóc się tak od razu, aby ruszyć na Marquett Road z odsieczą, a dobrze wiedziała, że każda stracona sekunda jest teraz na wagę złota.
Czarna czapka z koroną (The King is dead but the Queen is alive) mignęła po lewej, wybudzając Hus z transu. Billie nadal tu była.
Zwróć komputery przy najbliższej okazji – wcześniej warczała "natychmiast", "w te pędy" i "ale już". – Dzięki za pomoc – z kiepską imitacją przejętej wdzięczności potaknęła, chowając komórkę Marcusa do tylnej kieszeni. – Wszystko mamy uregulowane, więc dalej pójdę już sama.
_________________

    part 2. "Can I read you a story I wrote?"

    Once upon a time, somewhere miles and miles beneath the
    surface of the ocean, there lived a young octopus named Nina.

    Nina spent most of her time alone, making strange creations
    out of rocks and shells. And she was very happy.
    But then, on Monday, the Shark showed up.

    “What’s your name?” said the Shark.
    “Nina,” she replied.
    “Do you want to be my friend?” he asked.
    “Okay, what do I have to do?” said Nina.
    “Not much,” said the Shark, “Just let me eat one of your arms.”

    Nina had never had a friend before, so she wondered
    if this was what you had to do to get one.
    She looked down at her eight arms, and decided
    it wouldn’t be so bad to give up one.
 


profil kalendarz karta postaci relacje telefon
 
Billie Ducette


Jestem w Chicago od
zawsze



31
hakerka, włamywaczka

Black Dukato

Mieszkam w
Englewood

Sekani Billie

Ducette

Wysłany: 3 Maj 2019, 15:53   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Charlie & Skylar


- Mówiłam, że to zrobię. Ja tylko je pożyczyłam. – nie było co się tłumaczyć zwłaszcza, że tego typu pożyczanie nie istniało. Nie kiedy właściciel ów komputerów o niczym nie wiedział. Jego poprzednik jednak nie miał nic przeciwko. – Nie słuchałaś. – tym razem, to ona mogła jej to wytknąć, co zrobiła z ogromnym zadowoleniem. – A podobno stać was na patyczki do uszu. – mruknęła pod nosem bardziej do siebie krocząc dalej w żałosnym marszu u boku kogoś, kto jeszcze niedawno był gotów bić szarpać i rzucać o ścianę a teraz wydawał się być cieniem samego siebie.
I dobrze – pomyślała – Niech się nauczy – bo żadne białe nie będzie im mówić, jak mieli rozwiązywać swoje problemy.
- Ty tak serio? - zapytała poirytowana i większym susem wyprzedziła Hus, której stanęła naprzeciw oczekując, że się przesłyszała i zaraz to blond wysokie poprawi swe słowa. Nie. Tylko machnęła dziwnie głową, bo serio pozwalała Ducette iść w świat, co naprawdę było bardzo, ale to bardzo kuszącą propozycją. Mogłaby wrócić do siebie i do pracy po drodze zaopatrzając w coś tłustego i słonego do jedzenia. Wiele by teraz oddala za smażonego kurczaka. – Wy, biali, niemiłosiernie mnie wkurzacie. – tak bardzo, że gdy wpadała w ich towarzystwo (głównie przez pracę), po wszystkim musiała pójść w gaz i zabawić się z czarnuchami, jakby godzina spędzona z nimi sprawiła, że stała się bardziej mulatką niż czystej krwi afroamerykanką. – Wpadacie na dzielnie, narobicie rabanu, zmuszacie człowieka to zrobienia czegoś, czego nie chciał, a potem, przed samym końcem, każecie mu spadać. – nie ładnie. – Przyjść, namieszać i sobie iść. – motto z białej dzielnicy, przez które miała ochotę zapytać ‘to po cholerę ja tutaj przyszłam?’. Tylko po to, żeby Hus poczuła się lepiej karząc ją za pożyczenie komputerów? Równie dobrze mogła dać jej klapsa. – No way, girl.na maksa. Rapowałabym to.Kyle będzie zła.. – bez zapowiedzi trzymaną w dłoniach czapkę założyła na blond czerep. – ..nie ściągaj.. jeżeli dowie się, że zostawiłam cię samą na dzielnicy..jeszcze to.. – czarna i ewidentnie za duża bluza z kapturem, pod którą zmieści się brązowa skurzana kurteczka wyglądająca dobrze na tych ramionach, ale nie w getcie z zestawieniem z bladą twarzą. – Tuż po tym, jak wścieknie się na ciebie za tę akcję..załóż kaptur. – bo wieści szybko się rozchodziły i Mikey z Drew na pewno nie będą milczeć, dzieląc się ów historyjką ze swym najbliższym gronem. – Trzeba zapiąć. – oczywista oczywistość, ale najwyraźniej pani Hus nadal nie doszła do siebie albo Billie w piękny sposób dobiła ją dźgając kolejnym nożem. To albo piękne kłamstwo, w które Ducette nie umiała, jak w relacje z białymi, z istotą moralności, istnienie tego miękkiego pod orzeszkami w Snickersach i pogodzenie się ze śmiercią 2Pac’a.
Wypuściła powietrze przez nos i sama zapięła zamek od czarnej bluzy. Brakowało tylko hasła – podbródek – żeby przypadkiem go nie przyciąć.
Jeden krok w tył i wstępna ocena.
- Ujdzie w tłumie. – zakryłaby jej jeszcze twarz a najlepiej kazała wracać do domu, bo to, że raz udało się zmierzyć z czarnymi nie oznaczało udanej powtórki przy kolejnej próbie. - Chodź. Czas ucieka.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Jouanne C. Hus


Jestem w Chicago od
dwóch lat



34
Captain Muppet

The kids aren't alright

Mieszkam w
Loop

Jouanne Cerys

Hus

Wysłany: 3 Maj 2019, 18:29   

Wy, biali i reszty już nie musiała słuchać, bo wiedziała, co się za tym będzie kryło, a i tak została skazana na nietypowe zachowanie ze strony ledwo znanej sobie kobiety, która stała się kartą przetargową w dzielnicy zdominowanej przez Afroamerykanów, ale ani trochę przyjemnych czy promieniujących urokiem, jak Queen Beyonce. Byli bardziej, jak wielka masa Jay-Z. Tak, czarna masoneria; a pomimo ta nieprzychylnej opinii panującej w mieście, Jouanne zapuszczała się w głębiny tego stawu pełnego żarłaczy z głową podniesioną – teraz opuszczoną przez gwałtowne nałożenie czapy bez pozwolenia. Naruszanie granic musiało przychodzić Ducette z taką samą łatwością, co prawienie czarnych morałów i pogrywanie z podbródkiem, który prawie – a jednak – został przycięty na skórze. W ten sposób chciała ją obudzić z tego letargu po szoku? Prawie wyszło.
Zrównała krok z Billie, gdy przekraczała ulicę na skos (oczywiście), najpewniej uznając siebie teraz za niepowtarzalną kierowniczkę wycieczki krajoznawczej po Englewood; acz za wynalezienie skrótu do domniemanego miejsca pobytu nastolatka nie będzie jej mieć za złe.
Wyjaśnijmy sobie coś – poprawiła czapkę przed założeniem głębokiego kaptura, gdy skręciły w wąską uliczkę. – Nie lubię kategoryzowania, więc nie mów przy mnie o białych, czarnych, kolorowych czy brudasach. – Nawet w klasie tego typu odzywki były zakazane. Różnice rasowe, kolor skóry, pochodzenie – o tych rzeczach nie mówiło się, bo choć istniały jedynie w sensie biologicznym, każdy z nich był taki sam. – Przynajmniej tak długo, dopóki dzisiejszy dzień się nie skończy – napomknęła ciszej, niepocieszona z twardego realizmu, jaki zasiał w niej zwątpienie; doba przeminie a problem nie zniknie. Jeżeli tylko znajdą Marcusa, czeka ją masa roboty, ale wolała to, niż przekazanie ponurych wieści dyrektorowi i klasie. Chciała wierzyć, że zdążą znaleźć chłopaka, lecz przygotowanie na najgorsze stanowiło podstawę późniejszego rozejścia się negatywnych wpływów rozczarowania. Mimo wszystko, wyobrażenie sobie Marcusa... Pokręciła głową. Nie, tym razem nie mogła tego zrobić.
Jak ma się Kyle? – zapytała na wysokości zakrętu przy zapuszczonej wypożyczalni DVD, która na pewno splajtuje lada dzień. – Nie mogłam dodzwonić się do jej matki. – Spostrzegła na sobie wzrok mówiący bankowo wtf?, więc dodała: – Mówiłam, że to nie koniec. Chcę wiedzieć czy nic więcej jej nie zagrażaz takim ojcem wszystko jest możliwe, na przykład powielanie przykładu przez matkę lub kompletne ignorowanie.
_________________

    part 2. "Can I read you a story I wrote?"

    Once upon a time, somewhere miles and miles beneath the
    surface of the ocean, there lived a young octopus named Nina.

    Nina spent most of her time alone, making strange creations
    out of rocks and shells. And she was very happy.
    But then, on Monday, the Shark showed up.

    “What’s your name?” said the Shark.
    “Nina,” she replied.
    “Do you want to be my friend?” he asked.
    “Okay, what do I have to do?” said Nina.
    “Not much,” said the Shark, “Just let me eat one of your arms.”

    Nina had never had a friend before, so she wondered
    if this was what you had to do to get one.
    She looked down at her eight arms, and decided
    it wouldn’t be so bad to give up one.
 


profil kalendarz karta postaci relacje telefon
 
Billie Ducette


Jestem w Chicago od
zawsze



31
hakerka, włamywaczka

Black Dukato

Mieszkam w
Englewood

Sekani Billie

Ducette

Wysłany: 3 Maj 2019, 19:39   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Charlie & Skylar


Mogła przewidzieć, że Hus okaże się poprawna politycznie i na dodatek zwróci jej uwagę na używane słowa. Nauczycielki pewnie już tak miały. Pamiętała jedną taką z literatury angielskiej, która karciła ją za używanie czarnego slangu nie rozumiejąc, że był on częścią kultury. W porządku było używać przedziwnych zwrotów wyspiarzy, którzy na windę mówili ‘lift’ albo na wannę bathtub, ale gdy to czarni mieli własne określenia na coś, to już był wielki problem i kolejna odsiadka w kozie. Nie żeby rasistowskie pouczenie Hus miało coś z tym wspólnego, ale po jej krótkim kazaniu, Billie miała wrażenie, że znów zasiadła w ławce przed tą starą raszpą, której zawsze odpowiadała:
- Aye aye, Captain! – z tak wrednym uśmiechem, że nic tylko pozostawić tę masę na ulicy i pozwolić jej zdechnąć. Cokolwiek w tej chwili zrobiła Jouanne, nawet się tym nie przejęła, tylko szła w zaparte tuż obok niej. Zaprowadzi, pokaże i odstawi do domu. Zaraz, co? – Nie będę przepraszać. – niech sobie nie myśli zbyt wiele, co znów zabrzmiało tak, jakby tłumaczyła się przed rodzicami ze złego zachowania w szkole. Głównie w podstawówce, gdy jeszcze miała rodziców i wracała z kolejną naganą za to, że dała w nos koledze, który bez pytania wsadził dłoń w jej włosy, bo chciał sprawdzić jakie są w dotyku. Nienawidziła tego, a biali ludzie nie rozumieli, tym samym podlewając ziarno niechęci, które w niej ciągle rosło. – Świetnie. – odpowiedziała na krótkie ‘nie prosiłam o to’, co wyróżniało ów sytuację od wszystkich tych, które do tej pory przeżyła. Zazwyczaj po takim tekście dostawała karę albo reprymendę od rodziców, bo choć ci rozumieli, czemu była agresywna wobec niektórych dzieciaków, to od małego uczyli ją szacunku do drugiego człowieka, a raczej tego jak powinna się zachowywać przy białych ludziach, żeby nie wpaść w kłopoty.
- Nie wiesz? Podobno się kumplujecie. – może nie dosłownie, bo jednak relacje uczeń nauczyciel powinny zostać zachowane, ale Kyle tyle mówiła o swojej wychowawczyni, że można by uznać je za najlepsze koleżaneczki. Billie tego nie rozumiała; nigdy nie posiadała osoby, która byłaby dla niej autorytetem. Nie w taki sposób jak Hus dla szesnastolatki. – Jeżeli sugerujesz, że Janet skrzywdzi swoje dzieciaki – bo przecież był jeszcze Michael Junior – to się mylisz. – nie było mowy, żeby coś takiego miało miejsce. – Kocha je ponad wszystko, żyły sobie wypruwa, żeby.. – urwała, bo przecież nie będzie rozmawiać z Hus o swojej przyszywanej rodzinie. – To nie ona jest problemem. – chociaż ponosiła winę za to, że ciągle trzymała się tego pieprzonego gościa, swego męża i sadystę. – Michael ciągle jest na odwyku, a potem – jeszcze tego nie wymyśliła, ale czuła, że powinna, bo Janet nie zrobi niczego by pokazać, że to jego ostatnia szansa (którą zdaniem Billie stracił już dawno temu). – coś wymyślę. – na przykład każe mu mieszkać u brata, bo do rodziny na pewno od razu nie wróci. – To nie jest problem na teraz. – dopóki Michael był w ośrodku. – Skup się lepiej na tym. – pokazała palcem na zabity deskami budynek. Były na miejscu. – Jesteś pewna, że chcesz tam wejść? – miała zapytać ‘czy da radę tam wejść’, ale po krótkiej (małżeńskiej – musiałam to napisać) sprzeczce nie będzie się przejmować uczuciami bojowej białaski (Vanilla Sky).
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Jouanne C. Hus


Jestem w Chicago od
dwóch lat



34
Captain Muppet

The kids aren't alright

Mieszkam w
Loop

Jouanne Cerys

Hus

Wysłany: 4 Maj 2019, 11:27   

Niepotrzebnie zapytała. Równie niepotrzebnie wyszła przed szereg:
Jeśli będzie czegoś potrzebować...
Zatrzymały kroku przed popękanym (jak wszędzie dookoła) chodniczkiem za zardzewiałą bramką nie większą, niż półtora metra i z zepsutym zamkiem pod zwisającą smętnie klamką.
Ściągnęła kaptur i czapkę. Poczuła na czubku głowy powiew zimnego wiatru. Spociła się? Koszulka pod kurtką ukrytą pod bluzą zaczęła uwierać na szwach, plecy były dziwnie wilgotne a dłonie nienaturalnie mokre. Stresujesz się, powiedziało ego. Tak, dawno się tak nie stresowała. Z każdym kolejnym krokiem pokonywała metry dzielące ją od mającej miejsce tragedii, której nie potrafiła tak po prostu rozwiązać. Według protokołu – powinna zadzwonić na policję i wyjaśnić, czego właśnie się dowiedziała, że życie dzieciaka jest zagrożone a świat temu sprzyjał, lecz jakaś siła odśrodkowa zabraniała Jouanne sięgnąć po telefon.
Nie tak od razu odpowiedziała na pytanie Ducette, przez świadomość istnienia własnych wątpliwości, dla których ujścia szukała w zaplombowanych drzwiach cieniutką dyktą pomazaną farbą. Miejscowy gang młodych rzezimieszków. Za tańczącego falusa należała się co najmniej trójka na zajęciach praktyczno-technicznych i rasowy facepalm, bo namalowana swastyka była odwrotna do zamiaru autora; do your history homework, racist kids.
O tym, że okna też są zabite, już nie chcieli wspomnieć – na głucho. Kilka desek od frontu wyglądało na słabo przybite, ale dobranie się do nich i tak wymagałoby użycia łomu, którego nie posiadały (chyba, że Billie była prawdziwym czarnuchem i zawsze nosiła zestaw złodziejaszka przy sobie w inwentarzu). Podrapała się po karku, śledząc trasę rosnącego bluszczu po ścianie z lewej stony. Deski, deski i jeszcze więcej desek. – Kompletnie mi się to nie uśmiecha – nie było sensu w okłamywaniu samej siebie i otoczenia – ale jestem za niego odpowiedzialna. Poza tym lepiej, żeby ktoś kogo zna przemówił mu do rozumu, niż nasyłał obcych w mundurach – otarła wierzchem dłoni spocone czoło, zakładając z powrotem czapkę. – Skoro trzymał żyletkę pod łóżkiem, wolę nie wiedzieć, co może mieć teraz przy sobie i do czego jest zdolny... – Co jeżeli ma broń? Od dwóch lat nie brała tego pod uwagę, uznając strefę wojny za zamknięty rozdział. Zapomniała, że Chicago też ma swoje "stany wyjątkowe" nazywane potyczkami mafii oraz typów spod ciemnej gwiazdy. Musiała zaryzykować, jeżeli chciała go usadzić w kozie do końca pieprzonej matury i wyciągnąć z tych ulic. Kwestia życia lub śmierci.
Obie stanęły naprzeciwko pierwszego wyzwania, oceniając szanse na marne po trzech (była przesądna) próbach podważenia dykty (i metodyczna), która została faktycznie zaplombowana na żółtą piankę dookoła rantów. Wyważenie nie wchodziło w grę.
Cóż, przynajmniej wiemy, że tędy na pewno nie mógł dostać się do środka – wskazała na zerwaną rynnę, leżącą w wysokiej trawie. – Zostają tylne drzwi od podwórza, a jeśli nie... – każdy szanowany amerykański dom i kamienica w slumsach je posiadały, jakby mówiły w ten sposób: "Zapraszam, zapraszam, ale uprzedzam, że jest bieda z nędzą, syfilis na podłodze a w kącie ciemnego pokoju będzie trochę ołowiu".
Huk strzału to nic specjalnego w tej części Chicago, jak nie w samym mieście dorastającym od lat na gangsterskiej żyle złota. Jouanne chciała, aby okazało się, że rozwija w sobie jakieś przedziwne omamy związane z obawami o Marcusa, ale szeroko otwarte oczy Billie, lekko uchylone usta i własne uderzenie serca w klatce piersiowej przemawiały za najgorszym z możliwych scenariuszy.
Marcus... – z trudem wymamrotała imię chłopaka. Rzuciła okiem na zabite okna, na drzwi, które nie otwierają się dla obcych i rzuciła pędem w kierunku podwórza.
_________________

    part 2. "Can I read you a story I wrote?"

    Once upon a time, somewhere miles and miles beneath the
    surface of the ocean, there lived a young octopus named Nina.

    Nina spent most of her time alone, making strange creations
    out of rocks and shells. And she was very happy.
    But then, on Monday, the Shark showed up.

    “What’s your name?” said the Shark.
    “Nina,” she replied.
    “Do you want to be my friend?” he asked.
    “Okay, what do I have to do?” said Nina.
    “Not much,” said the Shark, “Just let me eat one of your arms.”

    Nina had never had a friend before, so she wondered
    if this was what you had to do to get one.
    She looked down at her eight arms, and decided
    it wouldn’t be so bad to give up one.
 


profil kalendarz karta postaci relacje telefon
 
Billie Ducette


Jestem w Chicago od
zawsze



31
hakerka, włamywaczka

Black Dukato

Mieszkam w
Englewood

Sekani Billie

Ducette

Wysłany: 4 Maj 2019, 13:50   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Charlie & Skylar


Wystrzał oznaczał jedno – kłopoty. Każdy w tej dzielnicy wiedział, że gdy słyszało się coś takiego, to należało zwiewać jak najdalej byleby policja, w razie gdyby ktoś ją wezwał, nie znalazła cię nieopodal, bo od razu będziesz jednym z podejrzanych. Strzelają – uciekaj. Zasada była bardzo prosta, bo albo przypadkowo dostaniesz kulkę albo pałą od stróża prawa, który w dupie miał to, czy chciałeś komuś pomóc. Jesteś czarny – jesteś podejrzany.
Była gotowa uciekać, głównie przez nawyk, ale nagłe zerwanie się w te pędy przez Hus, przywołało Billie na ziemię.
- To niebezpieczne! – bo nie miały stu procentowej pewności, że to akurat był Marcus. To mógł być ktokolwiek z bronią, kto dla zabawy strzelał w ściany w starym budynku i mógł trafić także w jedną z nich. - Pieprzona Vanilla Sky. – warknęła i wbrew wyuczonemu odruchowi, jak durna, ruszyła za nią. Nie bez powodu w-fista sugerował Ducette, żeby wstąpiła do drużyny atletycznej, ale ona nie chciała, nawet jeśli naprawdę była szybka i dzięki temu dogoniła Hus praktycznie rzucając się na drzwi, które tamta wzięła sobie za cel. – Nie możesz tam wejść. – niech się uspokoi, pomyśli i .. co to za spojrzenie tarana? – Whoa - w ostatniej chwili Billie zrobiła pełen obrót wokół własnej osi, praktycznie turlając z drzwi na elewację po lewej stronie. Jedyne co usłyszała to trzask rozwalanego zamka. Była Jou i nie ma Jou wraz z drzwiami. Terminator. – A jednak możesz. – niepewnie zajrzała do środka, jakby krył się tam potwór w postaci białej blondynki, ale nie, nadal była to ta sama laska ze szkoły, która ani trochę nie przypominała obleśnego monstrum. - Na pewno były spróchniałe.definitely. Nie powie, że była pod wrażeniem. To na pewno wina drzwi, na które ostatni raz rzuciła okiem i wtedy rozległ się kolejny strzał.
Góra.
W budynku były dwie klatki schodowe, z czego jedna znajdowała się tuż przed nimi, lecz urwana poręcz i brak części stopni kierujących na pół piętro, to paradoksalnie droga w dół do piwnic. Ciężko wypuściła powietrze przez nos patrząc w kierunku drugiego końca korytarza. Nadal nie potrafiła pojąć tak ogromnego zaangażowania w sprawę życia jakiegoś dzieciaka. Rozumiała, że to okropne, ale takie rzeczy działy się w getcie co drugi dzień i ludzie już przestali liczyć trupy, przede wszystkim starając się nie dać złapać przez gliniarzy. A przecież wystarczyły chęci i to ją właśnie zaskakiwało – chęci Hus, która z własnej nieprzymuszonej woli (prawie) przejmowała się tymi dzieciakami. Billie tak by nie mogła, a raczej nie chciała, bo nie miała powodu.
- Wejdziemy tędy. Czekaj. – gestem ręki kazała jej odejść od schodów i odsunęła na parę kroków obliczając odpowiedni rozbieg pod kątem, jakby chciała wbiec w ścianę a nie na tych parę przestarzałych stopni. Szybki bieg, odbicie od ściany i gdyby w siebie nie wierzyła, nie zdołałaby zahaczyć o półpiętro, o którego kant obiła sobie żebra. Nie pierwszy raz.
Pocieszał ją fakt, że miała w kieszeni podwędzoną trawkę, którą zapali po tej całej akcji.
- Schody są niestabilne. – stwierdziła, gdy powoli wspinała się po kolejnych stopniach na piętro. Zgrzytało, skrzypiało i trzaskało. – Spróbujemy z góry. – odetchnęła z ulgą, kiedy udało jej się wejść i od razu położyła na skraju podłogi (brud i syf) blisko ściany, od której wcześniej się odbiła zauważając parę zgłębień gotowych do użycia jako podpórka do wspinania. – Chodź. – wyciągnęła rękę w dół. Pomocna czarna dłoń gotowa do wciągnięcia panią Wanilię na górę.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Jouanne C. Hus


Jestem w Chicago od
dwóch lat



34
Captain Muppet

The kids aren't alright

Mieszkam w
Loop

Jouanne Cerys

Hus

Wysłany: 4 Maj 2019, 15:16   

Kiedy to wszystko się skończy, weźmie długą kąpiel w mydlinach i nie wyjdzie przez co najmniej pół godziny, mając w głębokim poważaniu zalegające w salonie klasówki gimnazjalistów oraz ewentualny wzrost rachunków za gorącą wodę. Wiedziała, po prostu wiedziała, że bez tego nie pociągnie spokojnie nocy, jeżeli tylko sprawa zamknie się na odprowadzeniu Marcusa do punktu interwencyjnego. Wezwanie rodziców, czekanie aż przyjadą z Milwaukee (o ile) na dziecięcy oddział opieki psychiatrycznej, procedury, procedury i ciągłe procedury. Regulaminy istniały po to, aby przestrzegać protokołów i zawierzyć algorytmom, ale nawet te nie były zawsze uniwersalne; każdy dobry pilot o tym wiedział. Wiedza to jedno, umiejętność improwizacji to drugie i gdyby miały więcej czasu, wystosowałaby odpowiednie podziękowania Billie za przejęcie sterów, wywierając tym samym poważne wrażenie na nauczycielce, w którą wstępowały z powrotem stare nawyki z poligonów treningowych. Nie było lin asekuracyjnych, upadek bolał a śmiech kompanów był stałym elementem – tutaj nikt nie ważył się śmieszkować.
Obróciła czapkę daszkiem do tyłu i cofnęła się kilka kroków, jak atletka na igrzyskach przed pierwszą próbą skoku wzwyż; tym razem metodyczność i przesądy nie brały udziału w eliminacjach złamanej nogi, ręki, kręgosłupa lub potłuczonej głowy – wpadnie do piwnicy, game over. Wzięła głęboki wdech, skinęła do Billie i wpatrując w żywy hak, ile sił w nogach rozpędziła się po wąskim łuku. Naskoczyła na ścianę prawą nogą płasko, odbiła w pionie i w obie dłonie złapała za rękę kobiety.
Tylko trzymaj – powiedziała spokojnie, zapierając się podeszwą o wąskie wypustki w ścianie. Wymacała prawą dłonią krawędź i zaczepiając mocno dłoń, spięła całe ramię. – Dobra, ciągnij. – Ludzka winda zadziałała mniej lub bardziej; obite kolana to drobna cena. Na górze przetoczyła się w bok, zbierając brud na całej bluzie. – Później mi powiesz, skąd to wszystko umiesz – informatyczka, która wspina się lepiej od połowy kadetów odsiewanych na starcie. Z której bajki uciekła? Nie było czasu na dodatkowe pytania.
Od dziwnego rabanu oraz czegoś, jak skowyt, dzieliło je jeszcze jedno półpiętro. Schody prowadzące wyżej w tej części były w znacznie lepszym stanie, oprawione białymi krzyżykami kredowymi, sugerującymi, które stopnie należało omijać. Nie mogły zatem przyspieszyć eksploracji wchodząc co drugi lub trzeci schodek, zmuszone do nierównego rytmu dwa-jeden-jeden-trzy-dwa-dwa i tak aż na spowite mrokami piętro. Wszystkie okna na tym poziomie zabito też od środka. Latarka w telefonie Marcusa uratowała im tyłki przed dziurami w podłodze, gdy szukały odpowiednich drzwi, o których mówił Mikey.
Zamienili się klitkami, tak brzmiała prawda. Boże, opuściłeś to miejsce wraz z nimi. Ten staruch był skurwysynem, teraz Hus nie miała żadnych wątpliwości co do jego "świętości".
Ostatnia możliwość i... – snop światła padł na drzwi z numerem 16C. – Shazam. – Jako jedyne nie miały śladów po kopaniu, oberwanej klamki czy skopiowanych z tych wszystkich seriali o żywych trupach ostrzeżeń "DO NOT OPEN DEAD INSIDE" zaraz pod "666 the number of The Beast". – Słyszysz? – ściszyła głos. Szloch. Chłopięcy szloch, pojękiwanie i mamrotanie. Potem drobiny uderzające o podłogę z cichym, metalowym echem, którego nie pomyliłaby za Chiny ludowe nawet z zawiązanymi oczami. – Naboje – zaschło jej w ustach. – Z rewolweru albo czegoś równie małego. – Potarła usta, nie wiedząc, jak to ugryźć. Dziurka od klucza nie była dostatecznie wielka, aby zajrzeć do środka, a wparowanie z partyzanta, jak to zrobiła na dole, mogłoby zakończyć się tragicznie dla kogoś z nich. Czy Marcus usłyszał ten raban, który zrobiła na dole? Dlatego nie strzelił jeszcze raz? A może jest ranny i potrzebuje pomocy? Bezpieczeństwo własne, powtarzał sierżant, bezpieczeństwo, panienki, albo, kurwa, nie przeżyjecie.
Rozejrzała się po podłodze, znajdując tylko niewielki kawałek połamanej deski. Kiepska broń, ale nada się do wytrącenia kogokolwiek po drugiej stronie drzwi z równowagi czy obezwładnienia. Robiła to dziesiątki razy – na szkoleniach. Złapała pewnie spróchniałe drewno i uklęknęła pod klamką, nasłuchując wskazówek. Obrót bębna, głośniejszy płacz, znowu obrót. Cholera, grał ze sobą w rosyjską ruletkę?
Teraz to już naprawdę wyłącznie moja sprawa – wymamrotała półgłosem i podała telefon nastolatka Billie. – Jeśli padną kolejne strzały, wezwij pomoc i spływaj stąd, zanim cokolwiek się wydarzy – co oznaczało w bardziej pokrętny sposób, że wchodzi sama do środka.
_________________

    part 2. "Can I read you a story I wrote?"

    Once upon a time, somewhere miles and miles beneath the
    surface of the ocean, there lived a young octopus named Nina.

    Nina spent most of her time alone, making strange creations
    out of rocks and shells. And she was very happy.
    But then, on Monday, the Shark showed up.

    “What’s your name?” said the Shark.
    “Nina,” she replied.
    “Do you want to be my friend?” he asked.
    “Okay, what do I have to do?” said Nina.
    “Not much,” said the Shark, “Just let me eat one of your arms.”

    Nina had never had a friend before, so she wondered
    if this was what you had to do to get one.
    She looked down at her eight arms, and decided
    it wouldn’t be so bad to give up one.
 


profil kalendarz karta postaci relacje telefon
 
Billie Ducette


Jestem w Chicago od
zawsze



31
hakerka, włamywaczka

Black Dukato

Mieszkam w
Englewood

Sekani Billie

Ducette

Wysłany: 4 Maj 2019, 20:17   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Charlie & Skylar


Skąd ona to wszystko umiała? Niech lepiej laska powie, kto ją nauczył być ludzkim Hulkiem i skąd wiedziała, że naboje pochodzą z małej broni. To były pytania podstawowe, na które odpowiedzi Billie nie znała, a raczej domyślała się już od samego początku, co chciała wytknąć Hus – Pracujesz dla rządu. – ale sytuacja wymagała milczenia i mniejszej ekscytacji niż tej, którą nagle zaczęła wykazywać.
Adrenalina po bieganiu i skakaniu na klatce schodowej miała w tym swój udział. Nagle zapragnęła więcej praktycznie tuptając nogą w miejscu, co zwróciło uwagę nasłuchującej odgłosów z drugiej strony pani wychowawczyni.
- Nienawidzę broni. – wyjaśniła szeptem, jakby to był główny powód, chociaż wcale nie kłamała. Mogła uważać, że przywykła do jej widoku, bo każdy gangster na dzielnicy, z którymi się zadawała, posiadał przynajmniej dwie sztuki. Dobrze, gdy trzymali je przy sobie, ale to całe wymachiwanie w celach pokazania swojej wielkości napawało Ducette ogromną odrazą. Nie lubiła widoku luf, wystrzałów ani tego, że cholerstwo było szybsze od prędkości dźwięku wystrzały, więc zanim ktokolwiek coś usłyszał, ktoś już zaliczył kulkę. Drobna różnica, ale jednak i to ją również dobijało, dlatego w duchu podziękowała za opcję niewchodzenia do środka.
- Szkoda, że nie można wejść oknem. – westchnęła zawiedziona, co było odpowiedzią na wszystkie słowa Hus. Nie przytaknęła ani nie powiedziała nie. Zrobi co uzna za słuszne i fakt – słusznym było wezwanie pomocy oraz ucieczka, bo nie chciała być w to wszystko zamieszana. Tylko, czy przyjazd policji nie zrobi z chłopaka kryminalisty? Przecież nim nie był, a przynajmniej tak jej się wydawało. Po prostu zabłądził, ale policja tego nie zrozumie i od razu wrzuci go do poprawczaka albo od razu do więzienia (skoro niedługo miał skończyć osiemnastkę) za posiadanie broni.
Odsunęła się o jeden krok do tyłu i to był moment, kiedy przekonywała się, że wolała pracować sama. Branie pod uwagę tylko swojego tyłka było bardzo wygodne i nie musiałaby mówić czegoś, czego nigdy nie skierowałaby do białej jednostki, bo ani trochę się nimi nie przejmowała.
- Vanilla Sky. – nikt nie powiedział, że nie mogła tak nazywać Hus, nawet półszeptem. – Uważaj na siebie. – wypowiedziała bezgłośnie jedynie poruszając wargami i zrobiła kolejny krok w tył.
Weszła.
Już mogła uciekać?
Kolejny krok w tył i obejrzenie się za siebie. Odgłosy (lub ich brak) z pokoju nie wróżyły niczego dobrego, ale to mogła być burza przed słońcem (cisza przed burzą), o ile negocjacyjne umiejętności Hus przerosną determinację Marcusa oraz jego chęć odejścia z tego świata.
Cofnęła się jeszcze bardziej zerkając na wyrwany zamek u drzwi w kawalerce obok. Delikatnie je popchnęła automatycznie chcąc poświecić latarką, ale okazało się to zbędne, bo ktoś wyrwał większość desek z okna zostawiając tylko trzy. Najwyraźniej nie tylko Marcus tutaj wracał albo to po prostu efekt wycieczek zaciekawionych dzieciaków, których w okolicy było sporo.
Spojrzała przed siebie w korytarz, gdzie znajdowały się drzwi z numerem 16C i nasłuchiwała, znów czując drżenie dłoni. Naprawdę nienawidziła broni. Czemu Marcus nie mógł wybrać czegoś chemicznego? W Czerwonym zakątku, skąd zapewne dostał pistolet, zaopatrzyłby się w najlepszy towar, który zabiłby go od razu. Szlag, w ogóle nie powinien móc niczego stamtąd dostać, ale taki był świat i o to całe getto. Dzieciak czy nie, jeżeli miał odpowiednią sumę, mógł dostać wszystko.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Jouanne C. Hus


Jestem w Chicago od
dwóch lat



34
Captain Muppet

The kids aren't alright

Mieszkam w
Loop

Jouanne Cerys

Hus

Wysłany: 4 Maj 2019, 21:59   

Pilnuj jej, jak oka w głowie – Junior, która mogła wiele, jeżeli tylko ktoś nią dobrze pokieruje. Billie do tego się nadawała. – I oddaj komputery.
Upierdliwa, aż do końca.
Vanilla Sky. Lubiła ten film.

Weszła do środka z duszą na ramieniu. Pierwszą rzeczą, która zwróciła uwagę nauczycielki, był wyraźny zapach prochu strzelniczego oraz dymu po wystrzale. Tutaj ktoś strzelał. Ktoś strzelał i w dodatku nadal charczał głośnym, bolesnym wdechem i wydechem w kącie zapuszczonej kawalerki. Aneks kuchenny z prawej, regał pełen butelek alkoholu po lewej, po środku kanapa i stojący na podłodze telewizor ze zbitym ekranem, a dalej drzwi do łazienki, z której wydostawała się woda. Melina.
Ostrożnie stawiała kroki w głąb, trzymając kawałek deski gotowy do rzutu, gdy głośny kaszel zaskoczył ją. Prawie w niego rzuciła. Siedział na rozwalonych poduszkach z ufajdaną twarzą.
Co ty tu robisz, Jouanne? – wycharczał z lufą przyłożoną do klatki piersiowej. – Stój! Nie podchodź do mnie! Jouanne, mówię poważnie, nie zbliżaj się. Strzelę.
Okej, okej – uniosła dłonie w obronnym geście. – Zostanę tutaj.
Odłóż deskę i kopnij do mnie.
Usłuchała, pomimo wyraźnego sprzeciwu własnego rozsądku.
Marcus, proszę...
Oh, Jouanne, wiem, że chcesz mi pomóc... ale to bez znaczenia teraz. Nic się nie liczy.
Ty się liczysz. I nie tylko dla mnie.
Marcus uśmiechnął się gorzko, kręcąc głową i wprawiając krople krwi i potu w ruch. Okalały lewy policzek znad zalanego oka.
Chciałbym w to uwierzyć...
Marcus, to życie jest nadal twoje. I cokolwiek mówi ci, że tak nie jest, razem możemy przez to przejść. Pozwól mi pomóc – zanim będzie za późno. Nad brwią chłopaka tkwił ślad po prochu, a dygocząca ręką przesuwała lufę rewolweru w górę i w dół. Musiał spanikować przy pociągnięciu spustu za pierwszym razem, a to oznaczało, że w nerwach mógł także przypadkowo strzelić, jeżeli zacznie zbyt gwałtownie zbliżać się lub użyje niewłaściwych słów. Cholera, w co ty się znowu wpakowałaś, Hus. – Pamiętasz, jak do mnie zadzwoniłeś z tej budki telefonicznej w Indianapolis? – trzecia dwadzieścia w nocy, normalnie miała ochotę go wtedy udusić, ale po kilku wymienionych zdaniach doszła do wniosku, że Marcus musiał po prostu się wygadać komuś, kto nie miał nic wspólnego z jego paczką. Do tej pory nie rozumiała dlaczego wybrał akurat ją, ale teraz cieszyła się, że tamto połączenie miało miejsce, bo chłopak spojrzał na nią nieco przytomniej, a kąciki ust uniosły się na chwilę.
Było mi lepiej po tamtej rozmowie. Miałem wrażenie, że naprawdę słuchasz...
Marcus, proszę, zaufaj mi. Chodź, odłóż broń, dobra? Mogę ci pomóc... Wiem, że potrafię. Tak samo, jak wtedy, gdy twój skuter złapał gumę.
Hehe... Zmieniłaś przy okazji rurę i wymieniłaś olej. To że tutaj przyszłaś znaczy naprawdę wiele, ale... To naprawdę nie ma już sensu.
Dlaczego? Rozmawiaj ze mną, Marc. Powiedz mi, co się stało.
Jouanne, przestań... – jęknął zirytowany, wytrącając batutę dyrygentce. Co to za nagła zmiana tonacji i rytmu? – Proszę. Przestań już. Nie jesteśmy w szkole, przestań udawać, że się mną przejmujesz. Nie udawaj, że coś dla ciebie znaczę, bo wiem, że to nie jest prawda. Jestem tylko kolejnym szczylem, którego uczysz i o którym zapomnisz.
Posłuchaj...
Nie zbliżaj się, powiedziałem! Strzelę! Kurwa, naprawdę strzelę!
Cały misterny plan w końcu pierdolnie w ramy, jeżeli nie wytrąci mu tej broni z ręki lub nie nakłoni chłopaka do poddania. Zdesperowani samobójcy, w dodatku nieletni, to najtrudniejsze pole do manewrowania słowami, bo brakuje im rozsądku osób dorosłych i Hus stąpała po bardzo cienkim lodzie w czasie odwilży.
Nikogo już nie ma – skrzek Marcusa ranił uszy – Nikogo! Moje życie jest skończone. Nie mogę wrócić do domu, nie mam gdzie pójść i... już nie mogę. Po prostu nie mogę. Nie chcę.Jeśli dzisiaj zginę, nikt nie zwróci uwagi. Jestem zmęczony... Tak bardzo zmęczony. – otarł rękawem bluzy cieknący nos.
Słyszę cię – głośno, wyraźnie aż uszy krwawiły od tej rozpaczy. – Ale to nie jest wyjście z tej sytuacji, uwierz mi. Masz tyle do zaoferowania światu. Nie przekreślaj siebie tak łatwo.
Co ty możesz o mnie wiedzieć?
Wiem, że chcesz zostać raperem – uśmiechnęła się blado i wyciągnęła z wnętrza kurtki złożoną kartkę. – Piszesz to wszystko, aby ludzie w końcu mogli cię usłyszeć, prawda? Put a label on my head, so you know what it's like to live a life not knowing what a normal life's like.
Skąd to masz?
Szukałam cię w mieszkaniu, ale zamiast ciebie, znalazłam twoje teksty.
Fuck... Włamałaś się do mojej klitki?!
Skrzywiła się. Touche.
Chciałam cię znaleźć – niech brzmi bardziej personalnie, bo zaraz będą mieć tu prawdziwą krwawą łaźnię. – Nie marnuj swojego talentu tak po prostu. Masz dar do słów, którego nikt inny nie posiada. Mógłbyś dotrzeć do tak wielu osób... Do takich, jak ty.
Nikt się nie przejmuje pieprzonymi dzieciakami z czarnej dzielnicy. Nikt nie chce nas słuchać!
Ciebie wysłuchają.
Skąd możesz wiedzieć?
Bo lubię twoje rymy.
Sarknął krótko, wstając nagle na równe nogi. Broń nadal tkwiła przy skroni, a gniewna mina Marcusa napawała kobietę coraz większym niepokojem.
Nic o tym, kurwa, nie wiesz – wyszeptał łamliwym głosem. – Nie znasz się na tym. Mówisz tak tylko dlatego, abym nie wpakował pierdolonej kuli w czaszkę!
Kliknięcie odciągniętego młoteczka zabrzmiało jak dzwony płonącej katedry Notre Dame i przysięgłaby, że prawie posikała się ze strachu w spodnie.
Czekaj! – wyciągnęła ręce przed siebie w desperackim geście, który nic nie mógł dać, bo nie była pieprzonym magikiem. Istniała jedna szansa na rozwiązanie tego. Trudno, chrzanić zbłaźnienie. Zacisnęła usta w płaską linię, wciągnęła stęchłe powietrze śmierdzące żelazem i wilgocią z zardzewiałych rur. Wypuściła drżący dech i cicho zaczęła: – Please... don't kill yourself – powoli opuszczała dłonie – I'm talking to you. And I don't pretend to know everything that you've been through, but if it's shame you feel, just know that I've sinned, too, and if it's pain you're feeling, just know that that's something I went through...(klik)
Mówiła o nim teraz. Mówiła o sobie kiedyś. Mówiła o tych trudnych chwilach sprzed lat, które sprawiły, że miała dość, choć pisała się na życie pełne wyrzeczeń oraz trudów; nikt jednakże nie spisał z nią tamtego feralnego dnia kontraktu na zachowanie spokoju, gdy Lori spadała w dół. Była, jak Marcus – zmęczona i zrezygnowana.
Nie był w tym sam.
_________________

    part 2. "Can I read you a story I wrote?"

    Once upon a time, somewhere miles and miles beneath the
    surface of the ocean, there lived a young octopus named Nina.

    Nina spent most of her time alone, making strange creations
    out of rocks and shells. And she was very happy.
    But then, on Monday, the Shark showed up.

    “What’s your name?” said the Shark.
    “Nina,” she replied.
    “Do you want to be my friend?” he asked.
    “Okay, what do I have to do?” said Nina.
    “Not much,” said the Shark, “Just let me eat one of your arms.”

    Nina had never had a friend before, so she wondered
    if this was what you had to do to get one.
    She looked down at her eight arms, and decided
    it wouldn’t be so bad to give up one.
 


profil kalendarz karta postaci relacje telefon
 
Billie Ducette


Jestem w Chicago od
zawsze



31
hakerka, włamywaczka

Black Dukato

Mieszkam w
Englewood

Sekani Billie

Ducette

Wysłany: 5 Maj 2019, 10:52   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Charlie & Skylar


Fuck.
Nie podobało jej się to co tam słyszała. Zgodziła się wycofać, ale dopiero gdy usłyszy strzał, chociaż nawet i na to nie przytaknęła tak dosłownie, więc mogła robić cokolwiek, a nawet to czego nie chciała. Widać dzisiaj był dzień wyjścia naprzeciw własnym odruchom i jak durna weszła do kawalerki obok chowając telefon chłopaka do nerki, którą przesunęła na biodro.
Stare kamienice miały to do siebie, że ich elewacja nie była prosta jak struna a dzięki małej przestrzeni okna dwóch różnych mieszkań znajdowały się bliżej siebie. Jeżeli dobrze kalkulowała i w miejscu, gdzie był teraz Marcus z Hus, okno nie było zabite, mogła spróbować się tam dostać od drugiej strony.
Wyjrzała przez większą przestrzeń między trzema pozostałymi w oknie deskami. Oceniła odległość do drugiego okna i możliwość dostania się do niego bez bliskiego kontaktu z zapuszczonym podwórzem. Dzięki górnej części odstającej z elewacji, za którą mogła się dodatkowo złapać, powinno się udać, więc bez ociągania się schowała z powrotem do środka.
Czas się zabawić.
Wysunęła się raz jeszcze tym razem tak, jakby chciała usiąść na deskach pod sobą i trzymając za trzecią u góry wyciągnęła nogi na zewnątrz, na stary parapet. Wiatr przyjemnie łaskotał po karku i przypominał jak dobrze czuła się na zewnątrz, gdzie nic nie było w stanie jej powstrzymać. Tu mogła wszystko, decydowała za samą siebie i każdy kolejny krok spokojnie stawiany w stronę drugiego okna. Dłonie przesuwały się po górnej części strącając pył, który zaatakował oczy. W porę powstrzymała się przed prychnięciem pozbywając się resztek z warg, które zdobiły teraz drobinki cementu.
Ostrożnie, łapiąc za górną część pustego w ramie okna (szyby w całym budynku już dawno poszły z dymem), pochyliła się zaglądając do środka.
Bo lubię twoje rymy.
Faktycznie były dobre.
Marcus całą swą uwagę skupiał na nauczycielce oraz trzymanej przy skroni broni. Krzyczał, co dawało możliwość wejścia do środka, jak cicha myszka, a w razie gdyby nawet jakiś tynk spadł komuś na głowę, to nikt by się nie przejął. Emocje robiły swoje, zaś dziwnie odgłosy dochodzące ze starego budynku, to najpewniej norma, która dawała Ducette przewagę. Nie zamierzała, ale jeżeli popełni błąd, to może Marcus się nie zorientuje, o ile Vanilla Sky nie da po sobie poznać, że coś się działo.
Cicho oddychała przez nos z niepokojem patrząc na chłopaka i sięgnęła po jedną z wyrwanych desek opartych teraz obok okna.
Czekaj!
Zamarła niepewnie zerkając do blondynkę. To nie do niej. A może jednak? Nie. Ten rap był do chłopaka, dlatego nie zamierzała przerywać pewniej łapiąc za deskę.
Kroczek za kroczkiem zbliżała się do niego, nawet nie patrząc na Hus, której słowa zaczynały ją rozstrajać. Całą swoją uwagę poświęciła broni oraz jej wędrówce z głowy w dół. Odpuszczał? To niczego nie zmieniało. Nie, dopóki trzymał pistolet w dłoni.
Pierdolę to.
Mogła uderzyć go w plecy, ale skoro lufa była skierowana w dół, w grę wchodziła również dłoń chłopaka.
Bach!
- Kurwa! – warknął od razu łapiąc za rękę, z której wypadła broń.
Chrzanić to. Mógł być teraz mentalnie podbity i mieć wiele powodów, żeby trzymać pistolet, ale to nie zmieniało faktu, że go miał i w każdej chwili, nawet niespodziewanie, mógł użyć.
- Tak, jasne. Miałaś to pod kontrolą. – odpowiedziała równie poirytowana, co Hus z automatu podskakująca do ‘pokaleczonego’ chłopaka. Nic mu nie będzie. – Dopóki trzymał broń, stanowił zagrożenie. – prosta logika i tylko to, od tyłu, widziała Ducette. A nawet jeśli słyszała łkanie, to nie zmieniło ów faktu. Broń w ręku – broń niebezpieczna. – To nie trzeba było rzucać pożegnalnymi tekstami! – prychnęła. Pilnuj jej. Co to kurwa miało być?
Kopnęła broń w stronę drzwi wściekle patrząc na chłopaka, który zaczął rugać je obie.
- Ona nie ma z tym nic wspólnego. – wskazała na Hus. – To mój niezależny plan. Hus chciała po dobroci. – jedyne do kogo Marcus mógł mieć pretensję to do Ducette i bardzo dobrze. Nie była kubełkiem kurczaka w panierce, żeby ją wszyscy lubili. - Zarapowała dla ciebie całkiem niezły kawałek. Doceń to. – burknęła z ziemi podejmując starą brudną reklamówkę z przedziwnymi wzorami, ale przynajmniej nie była przezroczysta, co mogło posłużyć jako tymczasowy schowek dla broni, którą niechętnie zgarnęła do środka. Przecież tam tak tego nie zostawi i co niby biała laska miałaby zrobić z gnatem? Billie nie miała pojęcia, ale nie pora na rozważania zwłaszcza, że musiała stąd wyjść. Zostawi ich na chwilę samym sobie, niby z grzeczności, trochę też, bo to nie jej sprawa, ale głównie przez potrzebę odetchnięcia.
Wyszła na korytarz wolną dłonią wspierając o zapyziałą ścianę i pochyliła czując gwałtowny uścisk w żołądku. Wolno odłożyła reklamówkę na podłogę i przywarła plecami do twardej powierzchni ciężko wypuszczając powietrze przez rozchylone usta. Nie pisała się na ten cały emocjonalny szajs, który powstrzymała atakiem deską. Gdyby nie to, zapewne popłakałaby się jak reszta towarzystwa.
- Uspokój się. – upomniała samą siebie i wierzchem dłoni przetarła policzek. Jak wygodnie było siedzieć za ekranem komputera i mieć wyrąbane na wszystko niż widzieć, słuchać i brać do głowy.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Jouanne C. Hus


Jestem w Chicago od
dwóch lat



34
Captain Muppet

The kids aren't alright

Mieszkam w
Loop

Jouanne Cerys

Hus

Wysłany: 5 Maj 2019, 12:32   

Automatyczne odruchy zaczęły szwankować i dobrze zdawała sobie z tego sprawę, gdyż zamiast poczucia głębokiej ulgi, była zła za zaatakowanie Marcusa. Negatywne emocje jednak przeminęły równie szybko, co się pojawiły, gdy racjonalne słowa Billie dotarły do blond głowy, a Marcus w płaczu uczepił dłonie na własnej bluzie, którą nosiła jego nauczycielka – o dziwo jeszcze nie zadawał pytań ani o to, ani o czapkę. Przestawione priorytety.
Nie było broni, nie było problemu. Tymczasowo.
Tym razem nie musiała długo gimnastykować języka, aby przekonać nastolatka (nie żeby miał wybór) do wycieczki ambulansem. Nie mogła ryzykować zabrania go jednośladem, który tkwił zaparkowany w innej części dzielnicy, a sącząca się rana nie wyglądała na groźną, najwyżej taką, co zostawi bliznę, ale chodziło o zatrzymanie dzieciaka w szpitalu, dopóki nie przyjdzie psychiatra (#StewartMD) i zleci przeniesienie dzieciaka po konsultacji z jego rodzicami. Oni dla odmiany powinni posiadać numer do nich, choć to nadal nie zwalniało Hus z obowiązku kwitnięcia na oddziale. Bycie wychowawcą jest jak czerstwy, ołowiany chleb. Za bardzo ołowiany.
Będzie pod opieką personelu w Mercy, dopóki pani nie przyjedzie.
Postaram się dotrzeć najszybciej, jak tylko mogę.
Spokojnie – mężczyzna w czarnym mundurze z odblaskami uśmiechnął się ciepło, zamykając powoli drzwi karetki – nic mu już nie grozi.
Odjechali niecałą minutę później bez sygnalizacji. Kiedyś myślała, że to sposób na okazanie straconego przypadku ludziom, terapia szokowa mas. Dopiero potem zrozumiała, że przypadek przypadkowi nierówny – a Marcus, rzeczywiście, był bezpieczny wraz z jego czapką. Bluzy nie oddała; uwalona wszystkim nadawała się wyłącznie do prania i służyła teraz za siedzisko na stopniach przed zamkniętym budynkiem. Mogła już wrócić, ale potrzebowała chwili na ochłonięcie.
Schowała dłonie do kieszeni kurtki i zajęła miejsce obok siedzącej w ciszy Billie, wobec której Jouanne miała wyrzuty sumienia zduszone przez sukces dzisiejszych działań wojennych; walka z samobójstwami to wieczna wojna.
Dzięki, że zdzieliłaś go deską – teraz gdy nie było nastolatka w pobliżu mogła to powiedzieć: – Mogło być ze mną kiepsko bez tego. – Odetchnęła ciężko i zaczesała włosy do tyłu brudnymi palcami. Zmiana pomysłu: nie pół godziny, a dwie w wannie. Zdecydowanie. – Jak się czujesz? – zapytała, gdy przez ulicę pomknęło stary chevrolet camaro, z którego wydostawała się czarna muzyka. Kątem oka zerknęła na leżącą przy bucie torbę foliową. Powiedziała fachowcom, że Marcus wyrzucił broń – inaczej za jej posiadanie skończyłby na komisariacie, a nie w szpitalu. Tymczasem ten kawałek szmelcu śmiał się z poziomu drugiego stopnia przez nieprzezroczysty materiał. Sięgnęła po skosie, a gdy nagły odruch Billie ją zatrzymał, uspokoiła ją krótkim "nic nie zrobię". Wyciągnęła rewolwer ze środka i przełożyła z prawej ręki do lewej. Otworzyła komorę, wysypała pozostałe naboje na dłoń i schowała do kieszeni. Następnie odsunęła młoteczek bijnika do pustego strzału, a spust kliknął gotowy do akcji. Tylko tak mogła dobrać się do iglicy, głównego winnego. Rozmontowała podłużną śrubę, znacznie krótszą, niż w glockach, ale tak samo niebezpieczną, nawet przy ograniczonej liczbie sześciu strzałów. Obróciła ją w palcach z obrzydzeniem i cisnęła w wysoką trawę, aby przepadła na zawsze. Zaraz po tym wyłamała młoteczek, który rzuciła w przeciwnym kierunku. Tak zepsuty rewolwer nadawał się już wyłącznie na złom, ale dla pewności uderzyła kilka razy lufą o kant schodów, aby wygiął się choć odrobinę.
Zwłoki schowała z powrotem do torby.
_________________

    part 2. "Can I read you a story I wrote?"

    Once upon a time, somewhere miles and miles beneath the
    surface of the ocean, there lived a young octopus named Nina.

    Nina spent most of her time alone, making strange creations
    out of rocks and shells. And she was very happy.
    But then, on Monday, the Shark showed up.

    “What’s your name?” said the Shark.
    “Nina,” she replied.
    “Do you want to be my friend?” he asked.
    “Okay, what do I have to do?” said Nina.
    “Not much,” said the Shark, “Just let me eat one of your arms.”

    Nina had never had a friend before, so she wondered
    if this was what you had to do to get one.
    She looked down at her eight arms, and decided
    it wouldn’t be so bad to give up one.
 


profil kalendarz karta postaci relacje telefon
 
Billie Ducette


Jestem w Chicago od
zawsze



31
hakerka, włamywaczka

Black Dukato

Mieszkam w
Englewood

Sekani Billie

Ducette

Wysłany: 5 Maj 2019, 15:07   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Charlie & Skylar


- Nie gadaj. – innymi słowy ‘daj spokój’ z machnięciem ręki, którego nie było. – Poradziłabyś sobie. – hipotetycznie i już tylko w teorii, bo w praktyce raczej żadna z nich nie chciałaby się co do tego przekonać. Zerknęła na Hus mając wrażenie, że jeden blant tu nie wystarczy. Musiała się napić, zajarać i kompletnie odlecieć, jak Jou w swym przekonaniu, że ‘jednak mogło być kiepsko, gdybyś nie zdzieliła Marcusa kijem’. – Dobra, masz rację. – przyjmie całą chwałę. – Beze mnie by się nie udało. – przyznała nie kryjąc cwanego uśmiechu, bo wcale tak nie uważała; nie w pełni. Po prostu wykłócanie się o to nie miało sensu. Sięgnęła do gniazda z włosów i strzepała z niego resztki tynku mając wrażenie, że siedział też w jej ustach. Jeżeli po seksie ze staruchami człowiek czuł się podobnie, to ona nigdy nie chciała spróbować, jak to jest. Nawet za grubą kasę tego nie zrobi – szanujmy się.
- To ja powinnam o to zapytać. – a raczej nie chciała odpowiedzieć. – Wyglądasz jak gówno. – prosto z mostu i bez ceregieli. Zero w tym agresji lub czystej krytyki dążącej do upodlenia człowieka. Po prostu była szczera jednocześnie opisując to, co niedawno miało miejsce. Szaleństwo, chaos i gettowe gówno.
Niechętnie przyjęła do świadomości fakt wyciągnięcia broni. Kontrolnie rozejrzała się po ulicy mając wrażenie, że zaraz zza rogu wyskoczy jakiś gangster i uzna je za zagrożenie. Szybko jednak przekonała się, że mało kto krążył wokół opuszczonych budynków. Sądząc po syfie tam panującym, nawet uliczne grupy nie organizowały tam swoich spotkań, więc można uznać, że to w miarę bezpieczna część dzielnicy, nie licząc cegłówek spadających z góry. To miasto się sypało.
- Wiedziałam, że pracujesz dla rządu. – umiejętność posługiwania się i rozkładania broni, mówiła sama za siebie. – Pracowałaś. – skorygowała. – Tajne służby? – zaczęła wymieniać z grubej rury. – Ochrona? Policja? Wojsko? Wojsko. – przytaknęła samej sobie zauważając wcześniej pewną zmianę na twarzy Hus albo ta po prostu spojrzała na nią akurat przy słowie ‘army’. – Zachowujesz się jak oni. – jak żołnierze albo inne służby mundurowe, które wyróżniały się specyficzną dla nich manierą. Czarni wyczuwali taką na kilometr.
Z ogromną niechęcią spojrzała na rozbrojony pistolet z powrotem schowany do reklamówki. Będzie musiała go wyrzucić, ale nie tutaj, bo było za blisko miejsca zbrodni niedokonanej.
- Odstawię cię pod twego mustanga. – trochę chała jeśli teraz się rozstaną i Jou zaliczy kulkę od gangstera albo ci ją porwą i sprzedadzą na dziwki. Różnie mogło być, dlatego lepiej tego uniknąć zwłaszcza, że był ktoś, kto czekał na blondynkę w szpitalu. Może tego dzieciaka faktycznie dało się uratować. Billie w to nie wierzyła, bo getto mieszało ludziom w głowach, ale może temu jednemu przypadkowi uda się wyjść z bagna. Może zrobi to dzięki tej przesadnie zaangażowanej białej lasce, której przybijający rap rodził wiele pytań mających ochotę wyjść na światło dzienne.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Jouanne C. Hus


Jestem w Chicago od
dwóch lat



34
Captain Muppet

The kids aren't alright

Mieszkam w
Loop

Jouanne Cerys

Hus

Wysłany: 5 Maj 2019, 16:26   

Jak oni? Co to znaczyło, że zachowywała się jak oni? Chodziła w taki sam sposób? Odzywała? Może podcierała, jak oni? Czasami zapominała o opinii publicznej oraz podzielonych głosach społeczeństwa amerykańskiego, pakującego wszystkich do rządowego wora pod panowaniem obecnego Cheetosa, przed którym – szczęśliwie – zdołała opuścić szereg. Amerykanie mieli swoje zdanie na temat "ich", tak jak Jouanne politykę milczenia: co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr, więc nie ma sensu o tym mówić. Nie były też przyjaciółkami od malowania paznokci, aby wiedzieć o sobie coś więcej, niż to co dzisiaj widziały – nieprzeciętne zdolności freerunerowskie Billie jednak kusiły, aby złamać zasadę zdrowego dystansu.
Hus pomasowała spięty kark, który jutro odezwie się zdecydowanie głośniej, niż powinien.
Nie musisz – odparła krótko, kręcąc głową nie z pyszności a zwyczajnego braku przejęcia sobą. Istniały rzeczy gorsze, na przykład w tych murach za nimi albo w głowie zagubionego chłopaka, który uznał, że jedynym wyjściem jest odebranie sobie życia przed terminem. Były gorsze rzeczy od wyglądania jak gówno. Tak i też się czuła, pomimo zażegnanej najgorszej części kryzysu. Teraz pora na tę najbardziej upierdliwą – nawracanie zbłąkanej owieczki i czyszczenie osmolonego futerka. Wytarła dłonie w nogawki spodni, przedłużając ten moment ile tylko mogła, byle jeszcze nie ruszyć kołowrotka wydarzeń. – Kawy – wymamrotała a napotkawszy nieczające spojrzenie Billie, dopytała: – Jest tu gdzieś w okolicy jakiś diner? Ratowanie dzieciaków wzmaga apetyt na niezdrowe jedzenie. – Nie pogardzi byle jakim Ihopem, Danny's czy kiepskawym Courtesy Diner oraz ich rozpuszczalną lurą z torebki czy innym kawopodrobem, który doda jej trochę sił czy ochoty do konfrontacji z czymkolwiek.
_________________

    part 2. "Can I read you a story I wrote?"

    Once upon a time, somewhere miles and miles beneath the
    surface of the ocean, there lived a young octopus named Nina.

    Nina spent most of her time alone, making strange creations
    out of rocks and shells. And she was very happy.
    But then, on Monday, the Shark showed up.

    “What’s your name?” said the Shark.
    “Nina,” she replied.
    “Do you want to be my friend?” he asked.
    “Okay, what do I have to do?” said Nina.
    “Not much,” said the Shark, “Just let me eat one of your arms.”

    Nina had never had a friend before, so she wondered
    if this was what you had to do to get one.
    She looked down at her eight arms, and decided
    it wouldn’t be so bad to give up one.
 


profil kalendarz karta postaci relacje telefon
 
Billie Ducette


Jestem w Chicago od
zawsze



31
hakerka, włamywaczka

Black Dukato

Mieszkam w
Englewood

Sekani Billie

Ducette

Wysłany: 5 Maj 2019, 17:55   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Charlie & Skylar


Była jak piesek. Naszczekała, naszczekała, a potem się przyciszyła i zapragnęła dostać michę pełną pysznego jedzenia. Oj, przedziwne porównania przychodziły Billie do głowy, lecz tym razem miało to związek z koniecznością trzymania gettowej przybłędy na smyczy.
To prawda, nie musiała. Nie musiała też godzić się na pójście do ośrodka dla dzieciaków, słuchanie przepowiedni dotyczących przyszłości Marcusa, wysyłanie dzieciaków do lasek od medyka, pójście do opuszczonego budynku i łażenie po ścianach. Nie musiała tego wszystkiego, ale skoro już ów rzeczy się stały, to doprowadzi wszystko do końca. Końcem w mniemaniu Ducette było pomachanie odjeżdżającej na motorze Hus, która miała o wiele więcej do zrobienia, ale to już nie jej sprawa. Skoro już samej sobie zapowiedziała, że odstawi blondynkę pod motor, to tak też zrobi, choćby w milczeniu, które towarzyszyło im przez większość drogi.
- To nasze małe centrum na uboczu. – ulubionych miejsc składających się głównie z budek i jednopiętrowego pawilonu czterech różnych działalności. Lombard, kosmetyczka. – U Louise’s się ścinamy. – wskazała na zgrabny napis naklejony na szybie, za którą siwawy pan rządził się brzytwą przy brodzie klienta. – U Carter’s dostaniesz napoje, chipsy, mleko i inne rzeczy, które zgarnia się w biegu. – nazwanie tego ‘spożywczakiem’ to świętokradztwo. – Jeść chodzimy do pana Reuben. – kiwnęła głową na jedyny odosobniony budyneczek przypominający budkę bez kółek z żółtym szyldem i czerwonym napisem ‘Reuben’s BBQ’. Dym zza miejscówki oznaczał tylko tyle, że mięso pochodziło głównie z rożna. – Te miejsca, to serce getta. – przewijało się tu większość mieszkańców, z których część już teraz z uwagą przyglądało się Hus. Nowa biała twarz na dzielni zawsze stanowiła główne zainteresowanie zgromadzonych i zapewne zaczepialiby ją sądząc, że szukała kłopotów, gdyby nie towarzystwo innego czarnego, który najwyraźniej ją tu przyprowadził i może to ‘białe nowe nie stanowiło zagrożenia’.
- Sekani, dawno cię nie widziałem. Wyglądasz, jakbyś weszła w kocią kuwetę, której właściciel gonił cię przez całą dzielnicę. – starszawy pan uśmiechnął się przez okienko, w którym przyjmowało się zamówienia, pieniądze i wydawało jedzenie (wszystko w jednym).
- Dzień dobry, panie Reuben.
- Cóż to za ładna młoda dama? – świetnie, ją zaatakował wściekły kot ninja a Hus wyglądała ładnie? Widać osąd zależał od punktu siedzenia.
- Uczy Juniora. – krótko, bo mimo wszystko każdy słyszał o wychowawczyni nadpobudliwej klasy.
- A więc to pani? – przyjrzał się Jou intensywnie nad czymś myśląc. – Ludzie mówią różne rzeczy, ale tego bym się nie spodziewał. – pozory mylą.
- Dwa razy żeberka. – rządziła się, ale jak dobrze pamiętała z nich dwóch, to ona tutaj miała pieniądze (w końcu Hus całą gotówkę oddała młodziakom). – I kawę, ale tę lepszą. – staruszek mrugnął okiem i zniknął w otchłani garnków, talerzy oraz dymu wpadającego przez uchylone tylne drzwi. – Lepszych żeberek nie jadłaś. – zapowiedziała jeszcze nim zajęły miejsce przy wolnym stoliku na zewnątrz. Składane materiałowe krzesełka trochę się bujały na nierównej trawie, ale przynajmniej człowiek czuł się jak na działeczce, tylko bez dźwięku zraszacza i pięknych kwiatków wokoło. Tu z jednej strony była ulica a z drugiej kawałek trawy z jednym drzewem.
- Marcus będzie tego potrzebował. – wyjęła z nerki telefon nastolatka i położyła go na stole przesuwając w stronę Hus, przed którą zatrzymała dłoń w ostatniej chwili się namyślając. Odwróciła telefon między palcami i go odblokowała. – Skoro już tak bardzo jesteś zafiksowana na temat gówniaka powinnaś coś wiedzieć, a raczej gdy kiedykolwiek wspomni o nich – postukała w świecący się ekran, na którym tapeta przedstawiała czaszkę w kapturze. – Red Skull. – dodała szeptem. – Wybijesz mu to z głowy. – wszelkie myśli o nich albo otaczanie się ów logami. – To nie są ani ludzie ani miejsce, do którego powinien chodzić. – bo Billie nie wiedziała, co stanie się z chłopakiem, ale jeżeli wróci do getta, to miał szerokim łukiem omijać Czerwony zakątek.Najlepiej od razu to usunę. – co udało się zanim pan Reuben przyniósł plastikowy talerzyk wypełniony żeberkami w sosie BBQ, colą i nutką bourbonu wraz z frytkami upchanymi obok. Do wszystkiego dorzucił kawę, garść serwetek i żadnych sztućców. Tu jadało się na dzikusa.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Strona wygenerowana w 0,32 sekundy. Zapytań do SQL: 7