Poprzedni temat «» Następny temat
Chicago Park District
Autor Wiadomość
Chicago


Chicago

Wysłany: 14 Lipiec 2016, 22:09   Chicago Park District

[align=center:c8ddbeec12][/align:c8ddbeec12]
 


profil
 
Lorraine Warren
[Usunięty]

Wysłany: 22 Lipiec 2016, 19:36   

Był chłodny i przyjemny wieczór. Po całym dniu pełnym słońca, okazało się wręcz to być ukojeniem. Sherlock, mimo swojej krótkiej sierści, dyszał okropnie wywalając swój różowy język. Był zmęczony całym dniem pracy i nareszcie miał możliwość cieszyć się swoim krótkim weekendem. Jego praca praktycznie nigdy się nie kończyła. Musiał być przy Lori, w końcu służył jej nie tylko swoją przyjacielską pomocą, ale był i jej oczami. Bez niego na pewno by nie wychodziła. Nie, żeby robiła to często. Jego psie serduszko przeczuwało, że wychodzi głównie dla niego, by mógł się po prostu wyszaleć.
Park mimo wieczoru tętnił życiem. Ludzie siedzieli na ławkach, prowadzili rozmowy, dookoła biegały psy i obwąchiwały sobie radośnie tyłki.
Dziewczyna usiadła na jednym z wolnych miejsc, upewniwszy się, że nikt tam nie siedzi i spuściła labradora ze smyczy, by mógł sobie w spokoju pobiegać.
 
 
Paul Wilde
[Usunięty]

Wysłany: 14 Sierpień 2016, 15:59   

#7

Istniało więcej kwestii, niż przyznałby, w których nie rozumiał samego siebie. Więcej znajomości, które kontynuował, choć nie przynosiły mu żadnych korzyści, strumieni alkoholu, tematu do kolejnego miałkiego artykułu. Ignorował to z pełną świadomością, bo jeszcze mniej sensu widział w niepotrzebnym roztkliwianiu się nad rzeczami. Kiedyś przyjdzie mu ochota, by je zerwać, nie wytłumaczy się nawet słowem; wiedział to, tak jak wiedział, że decyzję by pojawić się w parku podejmował z pełną świadomością własnych czynów i braku korzyści.
Przekraczając linię zieleni, wyłapując znajomą sylwetkę na jednej z ławek, wyrzucił niedopałek, za nic mając agresywne krzyki czarnoskórej kobiety o tym, że śmieci w miejscu, w którym bawią się dzieci. Ignorancja w jego przypadku była tą rozsądniejszą opcją — wdanie się w dyskusję nigdy nie kończyło się dobrze, a zdanie na każdy temat miał konkretne i konkretnie się nim dzielił. Wykazał się uprzejmością wystarczająco nie tylko, by zignorować, ale też by przyjść trzeźwo. Nie uchroniło go to jednak od niezbyt miłej reakcji, której na wstępie dostarczył mu cholerny pies. Zawsze towarzyszył jej ten cholerny pies; no cóż, chyba nie miała innego wyjścia.
Twój kundel mnie nienawidzi — wypluł słowa zamiast powitania; nie silił się na niepotrzebne uprzejmości, na chodzenie na palcach i może jeszcze przypominanie swojego imienia. Powinna rozpoznać go po jego głosie; a może robiła to dzięki nieodłącznej nucie papierosowego dymu i wczorajszego alkoholu. Nic dziwnego, że kundel go nienawidził; nie zamierzał jednak tego przyznawać, woląc przyczepić się do drażniącego pchlarza i usiąść na skraju ławki. Z paczki wyciągnął papierosa, nie odpalił go jednak, przesuwając między palcami. Szelest tytoniu przebijał się przez rozgardiasz parku nawet w jego uszach.
 
 
Lorraine Warren
[Usunięty]

Wysłany: 22 Sierpień 2016, 12:04   

Tak właściwie, to sama Lorie była zdumiona tym, że bez większego marudzenia Wilde przyjął propozycję spotkania. Przecież jego ścieżki były podobne do tych, jakie miał kot- wiecznie te same. Często wątpiła, oraz zastanawiała się, czy po pracy ma jakiekolwiek życie osobiste, a nawet jeśli to jak chorernie smutne musi być. Kto by chciał rozmawiać z takim przykrym bubkiem, jakim bowiem był Paul?
Sherly ożywił się wyraźnie, machnął ogonem i nastawił uszu, wpatrując się w coraz to bardziej rosnącą kropkę na horyzoncie. Warknął krótko, po czym donośną salwą swojego szczekania oznajmił, że umówiona osoba na spotkanie z Warren w końcu się pojawiła.
Uśmiechnęła się ciepło na powitanie, na moment ignorując szorstki głos, jaki dobiegł do jej uszu.
- Paul. Jak zwykle śmierdzisz jak stary marynarz.- białe zęby na moment ukazały się spod sinych, widocznie zmarzniętych warg, po czym zniknęły na dłuższą chwilę, pozostawiając po sobie jedynie wspomnienie. Uśmiech jednakże wciąż widniał na jej twarzy. Dodzwonienie się do mężczyzny zawsze graniczyło z cudem, a tym razem spotkała ją naprawdę miła niespodzianka. Odebrał bez większych problemów i nawet nie próbował się wyłgać jakąś śmieszną, ułożoną na poczekaniu historyjką.
- Kto jak kto, ale Ty powinieneś wiedzieć, że nie każdego da się lubić.- odpowiedziała zgodnie z prawdą i cmoknęła na swojego pupila, by ten wreszcie dał za wygraną. Sherlock tak po prawdzie wręcz za nim przepadał, na swój popieprzony sposób. W końcu, gdy obszedł ławkę trzeci raz, postanowił usiąść w pobliżu ciemnowłosego i położyć łeb na kolanie, domagając się pieszczot. Nie omieszkał przy okazji pokazać swojej nienawiści, śliniąc mu spodnie w najgorszy z możliwych sposobów. Wielki bełt zmieszany z ziemią i trawą sunął leniwie po ciemnym materiale, zostawiając śliską i paskudną w widoku smugę.
Lorraine nigdy nie widziała Paula na oczy, a przez myśl nie przeszło jej nawet, by poprosić go o dotyk, by zorientować się z kim ma do czynienia. W myślach więc klarowała się wyimaginowana sylwetka rozmówcy- przypominająca raczej łysiejącego Gargamela pykającego fajką i wiecznie skrzywioną twarzą.
- Ilu osobom najlepszy dziennikarz obsmarował dziś dupsko?- odwróciła głowę w jego stronę, sadowiąc się wygodniej na ławce i jednocześnie nieco bliżej swojego rozmówcy. Była ciekawa jego wypocin, których nie dane było jej jeszcze przeczytać. Jeśli pisał w takim samym stylu, jaki miał charakter, to na pewno nie pozostawiał na swoim temacie choćby jednej suchej nitki.
Niestety, ale też fiaskiem kończyły się próby namówienia go do „kącika autorskiego”, by przeczytać jej choćby jedno zdanie.
 
 
Paul Wilde
[Usunięty]

Wysłany: 24 Sierpień 2016, 11:50   

Była pewna uczciwość w ich relacji, jakiej ciężko doszukać się w innych. Nigdy go nie widziała, pierwsze wrażenie łączyło się z pierwszym zamienionym słowem, nie widokiem jego twarzy; czasem doszczętnie zniszczonej, innym razem, w lepszej chwili, nie aż tak. Znała go od najgorszej strony, nie wypaczony w żaden sposób charakter, zapach starego marynarza, o którym mówiła z uśmiechem na ustach (w odpowiedzi otrzymując krzywe wygięcie jego warg, którego nawet nie mogła zobaczyć — ale zaistniało, szczera prawda nie mogła go urazić, a on do szpiku kości przesiąkł papierosami i whisky) i wieczne sprzeciwy w najprostszych kwestiach. Mógł pojawiać się w bzdurnym parku w końcu nie ignorując telefonu (nawet gdy się nie pojawiał obecność wymówek świadczyła o drobnych ustępstwach wobec jej osoby — w przypadku większości osób nie silił się na kłamstwa, obcesowość uważając za najlepszy sposób na wszystko), ale nie równało się to wprowadzaniu w swoje życie. Lepiej jej było na jego granicy, skoro tak bardzo upierała się, by nie omijać go szerokim łukiem.
Tę opcję uważał za najrozsądniejszą.
A było w niej całkiem sporo paradoksalnego rozsądku; całkiem sporo, jak na tę odurzającą miłość, którą darzyła świat. Nie potrafił zrozumieć, nigdy nie zrozumie — co do tego nie miał wątpliwości — ludzi, którzy mieli czelność odpowiadać radością światu, który uprzednio skopał ich z sadystyczną przyjemnością. Znamiona rozsądku miała nawet jej uwaga; docenił ją, bo dlaczego by nie, nawet jeśli musiał sprostować ją na swój sposób: — Większości nie da się lubić — opierając się przy tym wygodniej o ławkę i, z nagle pojawiającym się na twarzy skrzywieniem, spychając obśliniony pysk kundla ze swojej nogi.
Z jego strony czułości nie było sensu oczekiwać. Gdyby kundel miał odrobinę rozsądku swojej właścicielki, wiedziałby to. Wyglądało jednak, że przejął jedynie cały jej nieznośny optymizm.
Nie zwykł unikać kontaktu wzrokowego, patrząc ludziom prosto w twarz w chwilach, gdy osiadało na nich skrępowanie; nie było trudno dopatrzeć się tej zależności, tego, że w starciu z drwiną i pogardą sączącymi się ze spojrzenia, w ludziach narastała niepewność. Nie czerpał przyjemności ze sprawiania ludziom przykrości, cenił sobie jedynie święty sposób i z każdą kolejną uwagą, powoli, systematycznie, sumiennie budowany mur między nim a światem. Odczuwał jednak dziwną trudność w patrzeniu na jej twarz. Jakby nie wyrażając swoją mimiką nic negatywnego, osiągała podwojony efekt tego, co on tworzył za pomocą drwiny i pogardy. Teraz też wpatrywał się w idiotycznie bawiących się gówniarzy, jedynie kątem oka wyłapując odwróconą w jego stronę twarz.
Ostatni raz przesunął papierosa między palcami, schował go do kieszeni. Na razie nie zamierzał palić.
Nie wiem, jego pytaj — odparł błyskawicznie. Nie uważał siebie za najlepszego dziennikarza, nie uważał nawet swoich słów za dobre; nie z powodu skromności, a pełnej świadomości tego, że już od dawna się do nich nie przykładał. Może kiedyś byłby bardziej skłonny do „kącika autorskiego”, bzdurnych spotkań w bzdurnym parku i lektury jego, nieco mniej bzdurnych, słów.
Teraz nie było na to szans.
 
 
Lorraine Warren
[Usunięty]

Wysłany: 24 Sierpień 2016, 19:22   

Faktycznie, ją zatrzymało to, co innych mogło oddychać. Z pewnością przyciągał swoją urodą - nie ukrywajmy, ale jego chmurne spojrzenie potrafiło zatrzymać wzrok niejednej kobiety na dłuższą chwilę. Uśmiech, choć pojawiał się rzadko, albo był z tych wymuszonych, również miał nietypowy, uwieńczony czymś, co Lori uwielbiała jeszcze w czasach studenckich - dołeczkami.
Nie znała uroków jego ciała, a poznała wady jego duszy. W głębi samej siebie uważała, że Paul został wyraźnie skrzywdzony przez życie, bowiem nikt nie rodzi się zły. Ewidentnie ktoś zadał mu ból, a Paul zrobił to, co zrobiłaby każda mysląca zdrowo osoba - odciął się od ludzi i zasłonił sarkazmem, ironią, alkoholem i przekleństwami.
Nie czuła się źle w jego towarzystwie i nie chciała go nawracać na ścieżkę egzystencji przesiaknietej empatią. Chciała po prostu go bliżej poznać i to było piękne. Ta para po prostu była przy sobie, godząc się z przywarami drugiej osoby i nie zmuszając się wzajemnie (w końcu, kurcze) do przebywania we własnym towarzystwie. Paul pokazywał dziewczynie, że istnieje też gorsza strona, nie tylko człowieka, ale i życia i była mu za to wdzięczna. Był jak budzik, który wybudzał ją z marzeń i ostrzegał przed światem. To dość zabawne, ale przy nim czuła się naprawdę bezpiecznie.
- Zachowujesz się jak Greg House. - zauważyła z przekąsem i wydęła wargi.
- Świat jest głupi, ludzie są głupi. Nie cierpię smerfów...- miała nadzieję, że ostatnie zdanie wypowiedziała na tyle cicho, że go nie dosłyszał. Prawda była taka, że zachowywał się jak wszyscy źli bohaterowie, jeśli jednak był Gregiem to na pewno miał w sobie cząstkę dobra, którą schował bardzo głęboko. Lori bardzo w to wierzyła.
Pies jak pies, bliżej mu do dziecka niż nastolatka. Chwilę pokręcił się w pobliżu kolan mężczyzny i ruszył w innym kierunku z nosem przy ziemi, doszukując się jakichś ciekawych zapaszków.
Lorrie wydała z siebie nieme westchnienie i na moment przymknęła oczy. Paul od początku był trudny w rozumowaniu i często zajmowało jej chwilę na znalezienie odpowiedzi. Nie zależało jej na tym, aby być szybszym w docinaniu sobie, a wypowiedzeniu słów, które usatysfakcjonują obie strony.
- Nie rozumiem Paul, wstydzisz się słyszeć komplementy w swoją stronę? - nie, żeby nigdy nie miała styczności z jego pracami. Może kiedyś, bardzo dawno temu, gdy jeszcze pozwalał jej na to wzrok, jednakże watpiła by pamiętała wszystkie ważne rzeczy, a co dopiero skupiala się na (jeszcze wtedy) nic nie znaczącym dla niej mężczyźnie.
 
 
Paul Wilde
[Usunięty]

Wysłany: 25 Sierpień 2016, 14:35   

Mogłoby ją zaskoczyć, jak mało było w nim głębi. Jeśli ktoś go skrzywdził, to tylko on sam, własną nieudolnością i wreszcie świadomym wyborem. Idealizowanie jego postępowania, dorabianie pięknej bajeczki mającej zamazać prozę świata, było idiotyczne. Drażniło, wkurwiało; wyzute z wszelkiego sensu. Nie potrzebował usprawiedliwień; równie idiotyczne, co stawianie go na piedestale, było strącanie z niego, przyklejając plakietkę tego złego. Nie był dobry, nie był zły. Był po prostu człowiekiem.
Nawet jeśli tak bardzo tego nienawidził.
Nie było żadnej szczytnej idei również w jego postępowaniu wobec niej; tak bardzo niechętnie na początku, wciąż z pełną świadomością, że robił coś zupełnie nieprzydatnego. Dla niego była człowiekiem, jak każdy inny. Nieco bardziej naiwnym, z przerażającą go dozą optymizmu, ale wciąż nie zasługującym na taryfę ulgową. Nikt nie zasługiwał, nie według niego.
…skąd wiedziałaś, że nigdy ich nie lubiłem? — mruknął pod nosem, doskonale słysząc ostatnie zdanie. Jeśli chciała być obrzydliwą optymistką, wytykając mu niechęć do świata za pomocą medialnych porównań, on musiał odpowiedzieć jej na swój sposób. Nie podobało mu się to; mimowolne skrzywienie pojawiające się na jego twarzy udzieliłoby tej informacji każdemu, oprócz niej. — Zachowuję się jak ja, Warren. — Znowu wyciągnął papierosa z kieszeni i znowu przesunął go między palcami; gest nie uspokajał go tak, jak zaciągnięcie się i towarzyszący mu łyk whisky.
Spojrzał na nią z ciężkim do określenia wyrazem; połączenie zaskoczenia i pogardy, niezadowolenia i niezrozumienia. Uwaga, przesiąknięta autoironią, jak raz nienawiścią do siebie, nie całego świata, była tylko uwagą, zupełnie nieznaczącym zlepkiem sylab tworzących oszczędne zdanie. Jej słowa były bzdurne, gdy kontekst dotyczył jego, zauważył to; nie użalał się nad sobą, nie żebrał o pochwały. Stwierdził fakt.
Nie widzę dla nich zastosowania — burknął oschle, gdy już pogodził się z poziomem bezsensowności tak ujętej sytuacji. Nie myślał o tym, nie w ostatnich czasach; kiedyś chwytał się pochwał rozpaczliwie, jak każdy, kto zaczynał i chciał coś osiągnąć.
Teraz nie zaczynał — i nie chciał niczego osiągnąć.
 
 
Ronnette Chamberlein


Jestem w Chicago od
https://66.media.tum

Wysłany: 30 Lipiec 2018, 22:53   
   Mów mi -  lennyface


[align=center:c928202de5]{4}[/align:c928202de5]

Od wizyty Milesa bardzo dużo myślała - coraz częściej zaczynała mieć napady lękowe, które mogła ukrywać jedynie podczas nieobecności Toby'ego. Na całe szczęście dała się przyłapać na kolejnym ataku paniki i zgodnie z wcześniejszymi planami udali się na spacer. Naprawdę cieszyła się, że w końcu mogła wyjść - nawet jeżeli podczas nieobecności Toby'ego urządzała sobie krótkie spacerki, żeby nie leżeć cały czas w jednym pomieszczeniu to i tak nadal siedziała zamknięta w domu, nie mogąc ruszyć się gdziekolwiek bez pomocy osoby trzeciej! Na całe szczęście wpadał do niej Miles, a nawet Maggie! Jednak większość czasu gapiła się w ekran telewizora, przełączając, gdy w wiadomościach pokazywali obrazy wojny. Chciała oszczędzić sobie zbędnych powrotów do przeszłości.
Uśmiechnęła się pod nosem - dobrze było widzieć, że tutaj życie toczyło się normalnie. Matki z dziećmi bawiły się na placu zabaw, jakiś nastolatek śmigał na desce przez park, a pewna studentka urządzała sobie własny maraton w taki upał. Naprawdę podziwiała i sama nabrała dziwnej ochoty na jogging! To głupie, ale podobno zawsze chcemy czegoś, czego nie możemy mieć w danej chwili. Najgorszą porę roku znalazła sobie na chodzenie w gipsie! - Jak w pracy? - zapytała, przerywając trwającą między nimi ciszę. Jakoś musiała zacząć rozmowę, w końcu miała mu powiedzieć, że po kontroli, na którą jedzie z Milesem nie wróci już do domu. Szkoda, bo dzień był naprawdę ładny i nie chciała go psuć.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Toby Chamberlein


Jestem w Chicago od
dziesięciu lat



35
internista

świat zwariował, a on oszalał

Mieszkam w
Englewood

Toby Marvin

Chamberlein

Wysłany: 30 Lipiec 2018, 23:08   
   Mów mi -  Domi
   Multi -  Dylan Prescott


    #4

Rozmowa z siostrą wcale mu nie pomogła, bo on od zawsze wiedział swoje i już. Zazwyczaj nigdy nikogo nie słuchał i robił po prostu swoje. Nie zważał wtedy na poglądy innych. Był święcie przekonany, że to co planowali z Ronnie było głupią decyzją, ale skoro przestali dogadywać się w wielu kwestiach, to po co tkwić w związku, który tak naprawdę nie miał przyszłości? Nawet, jeśli przeżyli ze sobą naprawdę ładnych parę lat. Czasu nie mógł cofnąć, a tym bardziej nie zmieniłby decyzji odnośnie posiadania dziecka. Unikał jak ognia poważnej rozmowy z Ronnie, bo chciał też między innymi wydłużyć jej pobyt w domu, choć to było śmieszne zważywszy na całą sytuację. Ale z jednej strony, gdyby chciała - to już dawno by stąd poszła, prawda? Przecież wyciągnął ją siłą z jej mieszkania, bo taki miał kaprys, bo o niczym mu nie powiedziała. Ciężko było mu się rozstać z nią. Z każdą inną mógłby w mgnieniu oka, ale nie z Ronnie. Szkoda tylko, że ukrywał przed nią swoje uczucia, ale nie zamierzał mieszać jej w głowie. Nie miał już do tego prawa.
Tak, dzisiaj miał być piękny dzień. Idealny, by spędzić go poza domem. Tak jak wcześniej obiecał, załatwił wózek inwalidzki ze szpitala, ponieważ z tego co się orientował, Chamberlein musiała jeszcze oszczędzać nogę. Robił to z dobroci serca, a nie żadnego obowiązku. Bo co jak co, ale chciał spędzić z nią trochę czasu. Zatrzymał się z nią dopiero przy ławce i zajął na niej miejsce. Rozejrzał się dookoła i po prostu cieszył się pięknym dniem, bo jeszcze nie wiedział, że nadciągają ciemne chmury, które zepsują jego cudowny nastrój. - A wiesz, bez szału. Babka spod czwórki non stop wydzierała się, że niby coś ją boli. Ale na wszystko już brała tabletki, odesłali ją na psychiatrię. A Bob, ten sprzątacz, wiesz który, miał dzisiaj trochę roboty, bo komuś zachciało się rozlewać wodę po korytarzu. - rozmawiał w nią taki sposób, jakby nic złego między nimi się wydarzyło. Odwrócił na chwilę od niej wzrok, aby porozglądać się za rozbieganymi dzieciakami i.. Nie, nie zmienił co do tego zdania. - A ty który już serial zdążyłaś skończyć? - zapytał z ciekawości, bo jakoś musiał pociągnąć rozmowę. A kompletnie nie wiedział jak miał z nią teraz rozmawiać.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Ronnette Chamberlein


Jestem w Chicago od
https://66.media.tum

Wysłany: 30 Lipiec 2018, 23:33   
   Mów mi -  lennyface


Za to ona im dłużej myślała, tym bardziej chciała uciec. Dlaczego? Ponieważ czuła, że dłużej nie wytrzyma. I nie chodziło o Toby'ego, który był wspaniały, ale ona nie mogła już dłużej udawać, że wszystko jest w porządku, poza tym czuła się jak pasożyt, kiedy siedziała mu na głowie. A w ich wspólnym domu nie czuła się już tak, jak kiedyś. Trudno było to wszystko opisać i sama nie wiedziała jak to wytłumaczyć. Być może to z nią było coś nie tak - skoro nie potrafiła poradzić sobie z samą sobą, to może tu właśnie leżał problem, a nie w jej relacji z Chamberleinem. Cały czas analizowała to, co czuła podczas nalotu i to jak bardzo chciała zobaczyć swojego prawie byłego męża. Nie chciała jednak mu o tym powiedzieć, tak jak o wielu innych rzeczach. Czuła, że skoro mają wziąć rozwód to nie miała prawa zrzucać na jego barki swoich problemów. I tak wielką pomyłką było pozwolenie mu na zabranie się do domu. Było w niej tyle sprzecznych uczuć, których nie potrafiła odczytać i zrozumieć. Bałagan, którego nie miała siły posprzątać, dlatego pozwoliła, aby po prostu się działo, to co miało. Nie miała siły ingerować. Momentami czuła się, jakby brakowało jej chęci do życia i jakiegokolwiek celu w życiu. Nie była nawet pewna, czy pozwolą jej wrócić do pracy w szpitalu. - Hipochondryczka. Biedny Bob, zawsze był bardzo uprzejmy i zawsze podrzucał małej Halle słodycze na dziecięcą kardiologię - uśmiechnęła się pod nosem. Tęskniła za swoimi małymi pacjentami i naprawdę chciała do nich wrócić. Czuła się spełniona, kiedy mogła ocalić życie dziecka, które miało przed sobą jeszcze tyle wspaniałych lat. - Lepiej spytaj, którego nie zdążyłam. Niedługo chyba zabiorę się za Modę na Sukces - przyznała, uśmiechając się przy tym szeroko. - Ale myślę, że mogłoby się to skończyć tragicznie - dodała, jednak się krzywiąc, no bo to by ją przerosło. Pewnie dostałaby raka, czy coś! A już wystarczyła jej zmasakrowana noga i zniszczona psychika, nie chciała jej nadszarpnąć jeszcze bardziej.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Toby Chamberlein


Jestem w Chicago od
dziesięciu lat



35
internista

świat zwariował, a on oszalał

Mieszkam w
Englewood

Toby Marvin

Chamberlein

Wysłany: 30 Lipiec 2018, 23:47   
   Mów mi -  Domi
   Multi -  Dylan Prescott


Może powinni już dawno poważnie ze sobą porozmawiać? Postawić sprawy jasno, bo tak to bawili się tylko w kotka i myszkę. A ile tak można było? Patrząc na nich, to bardzo długo. Żadne nigdy nie miało odwagi rozpocząć trudnego tematu. Ale gdyby przynajmniej wiedział wcześniej, co takiego działo się z jego prawie byłą żoną; pomógłby jej. I cholera, to mogłoby wydawać jej się głupie, bo teraz każdy nad nią nadskakiwał, ale to on spośród tych wszystkich ludzi miał największe prawo do opieki nad nią. Niegdyś łączyło ich silne uczucie, znaczy Toby nadal ją kochał, ale w życiu nie przyznałby się do tego przed nią samą, bo i po co mieszać kobiecie w głowie? On już taki był, że nie odpuszczał swoim bliskim i był trochę jak wrzód na tyłku, który nie chciał się odczepić. Może i nie wyglądał na takiego, który niósł pomoc przy każdej możliwej okazji, ale miał dobre serce. Tylko trzeba było przebić się przez jego skorupę, poważnie. Nad kim miał nadskakiwać, jak nie nad nią? Przecież nie interesowały go inne kobiety, nie wliczając w to kilku przypadków pielęgniarek, ale to nie było przecież aż tak ważne. To w ogóle nie było ważne. Idąc do pracy, myślał cały czas o Ronnie; w pracy zastanawiał się co takiego robiła; a tuż po niej spieszył się, aby tylko spędzić z nią trochę czasu. Czy nie tak wyglądał idealny mąż? – Czasem mam wrażenie, że pracuję w psychiatryku, a przecież ten oddział znajduje się na ostatnim piętrze. - przewrócił oczami na samą myśl dzisiejszego dosyć zakręconego dnia, ale cieszył się, że było już po wszystkim i mógł odpocząć od tego domu wariatów. Do jutra. - Ale tego to ty beze mnie nie oglądaj. - pomachał jej palcem w ostrzegawczy sposób i parsknął śmiechem. - Swoją drogą, zastanawiam się jak skończyła Brooke, wiesz? Oglądałem to wieki temu z babcią. - uśmiechnął się na samą myśl i w tej chwili czuł się naprawdę dobrze. Brakowało mu takich dni, w których mogli porozmawiać o głupotach. Zupełnie tak, jak gdyby nic takiego nie wydarzyło się między nimi. Jak stare dobre małżeństwo.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Ronnette Chamberlein


Jestem w Chicago od
https://66.media.tum

Wysłany: 31 Lipiec 2018, 00:12   
   Mów mi -  lennyface


Brakowało jej odwagi, bała się jego reakcji na rewelacje, do których doszła podczas pobytu w Iraku. W końcu to ona chciała rozwodu z powodu dziecka, a raczej tego, że Toby go nie chciał. A teraz nagle postanowiła zmienić decyzję i walczyć o niego, bo był jedynym facetem, z którym chciała się zestarzeć? Poza tym miała i tak zbyt duży chaos w głowie, nie chciała dokładać sobie kolejnych niejasnych myśli. Zupełnie jakby nie brała pod uwagę tego, ze gdyby wyjaśniła sobie wszystko z Tobym, to zdecydowanie więcej spraw by się rozwiązało. Tylko, że ona teraz zgubiła gdzieś racjonalny sposób działania i miotała się pomiędzy własnymi uczuciami, nie wiedząc już co powinna robić. A on jej tego nie ułatwiał - swoją opieką przypominał jej dlaczego się w nim zakochała. Pomimo maski twardziela, krył się człowiek o wielkim sercu i chęci pomocy innym. Nigdy nie przestała w niego wierzyć, tylko na chwilę o tym zapomniała. Ubzdurała sobie, że pozwolił jeszcze komuś przebić się przez fasadę szorstkości i trudnego charakteru. Że jakaś inna znalazła sobie miejsce u jego boku, kobieta, która nie będzie naciskała na niego i wymagała niemożliwego. Myśli kotłowały się w jej czaszce i czasami myślała, że to właśnie chaos w jej głowie powoduje bóle. - Nie musisz przypominać, czasem mam wrażenie, że ten szpital to cyrk na kółkach, a nie służba zdrowia. Jesteśmy, jak te małpki na monocyklach - stwierdziła z rozbawieniem, no bo czy nie wymagano od nich fajerwerków i cudów? Czasem tak, a oni nie byli tresowanymi małpkami, a lekarzami, którzy czasem błądzili, nie wiedząc jakie tajemnice kryje ludzkie ciało. - Dobrze, proszę pana - rzuciła, unosząc ręce ku górze i nie mogła nie parsknąć śmiechem. - Ja też nie wiem, może zgubiła się przechodząc z kuchni do salonu przez pięć odcinków. W końcu o niej zapomnieli i nigdy więcej się nie pojawiła - stwierdziła. Aż ją brzuch bolał! Trzeba było zatrzymać tą karuzelę śmiechu.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Toby Chamberlein


Jestem w Chicago od
dziesięciu lat



35
internista

świat zwariował, a on oszalał

Mieszkam w
Englewood

Toby Marvin

Chamberlein

Wysłany: 31 Lipiec 2018, 00:29   
   Mów mi -  Domi
   Multi -  Dylan Prescott


Wydawać by się mogło, że nie można już było nic zrobić z obecną sytuacją. A przynajmniej z takiego założenia wychodził Toby, który jak zwykle pozjadał wszystkie rozumy i był najmądrzejszy ze wszystkich. Zresztą, naoglądał się takich sytuacji w swojej rodzinie, gdy jego matka nieporadnie radziła sobie z ojcem, a jeszcze później z partnerem, który również ją zostawił. I to chyba miało sprawić, że wiedział najwięcej od wszystkich; na temat związków. Uparł się, że nikt nie zmieni jego decyzji odnośnie tej jednej rzeczy przed którą wzbraniał się od tylu lat. Gdzieś tam na świecie żyło sobie jego dziecko, ale nie chciał w żaden sposób nawiązać z nim kontaktu. Czasem chciałby wejść do umysłu Ronnie i po prostu odgadnąć, o co momentami jej się rozchodziło. W końcu była kobietą, nie za każdym razem rozumiał ją w taki sposób, w jaki chciał. I to absurdalne myśleć, że Toby mógłby ułożyć sobie życie z inną kobietą. Znaczy, potrafiłby to zrobić, bo nie narzekał na brak kandydatek, ale nie chciał tego. Dobrze mu się żyło tak, jak teraz i nie zamierzał w żaden sposób tego zmieniać, bo wiedział, że żadna inna kobieta nie zastąpiłaby Ronnie. I już. Koniec tematu. - Jednymi słowy mówiąc; syf, kiła i mogiła. No i nasza rodzina Adamsów tęskni za tobą. - uśmiechnął się w jej kierunku, a dłonią pogładził ramię. Oddałby wszystko, aby móc znowu pracować ze swoją nie-żoną. Kiedyś wszystko było prostsze. Żyli bardziej beztrosko, dlaczego musiało to ulec zmianie? Chyba nie dorósł jeszcze do takiego życia, jakiego pragnęła Chamberlein. I wydaje mi się, że nie nastąpi to zbyt szybko. - Specjalnie wezmę wolne pracy i urządzimy sobie całonocny maraton. - odparł ze śmiechem w głosie na samą myśl oglądania Mody na Sukces. Ale to nie był wcale taki głupi pomysł! Mogliby przecież chociaż ten jeden raz spędzić ze sobą czas w trochę inny sposób. No kto im zabroni? - Pamiętam jej śmierć i to jak moja babcia cieszyła się z tego faktu. Kurczę, ta Brooke to jednak kobieta niezniszczalna. - pokręcił głową na boki rozbawiony całą rozmową. Oparł się plecami o ławkę i spojrzał teraz prosto na Ronnie. Chciał coś powiedzieć, ale słowa nie przechodziły mu przez usta. Chyba nie potrafił złożyć normalnego zdania, więc po prostu milczał.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Ronnette Chamberlein


Jestem w Chicago od
https://66.media.tum

Wysłany: 24 Sierpień 2018, 16:32   
   Mów mi -  lennyface


Katastrofa – tak określiłaby sytuację, w której obecnie się znajdowała. Poczynając od mętliku związanego z mieszkaniem w starym domu razem z Tobym, na jej rozwalonej psychice kończąc. Nie wiedziała co ma dalej zrobić ze swoim życiem i co o tym wszystkim myśleć. Sama nie umiała powiedzieć co sobie myślała, kiedy pozwoliła mu na wyniesienie się z własnego mieszkania. Przecież miała sobie świetnie poradzić sama. No może z pomocą Milesa i Maggie, ale sęk w tym, że powinna odciąć się całkowicie od Tobiasa. W końcu mieli brać rozwód i nie powinna wprowadzać się do ich wspólnego domu tylko i wyłącznie przez chwilę słabości, gdy leżała w zgliszczach niedawnego punktu medycznego i jedyne czego chciała to po raz ostatni usłyszeć jego głos. Ta chęć bycia blisko niego gdzieś tam w niej siedziała i prawdopodobnie to ona sprawiła, że pozwoliła na ten cały cyrk, tracąc zdolność racjonalnego myślenia. Jednakże powinna doskonale wiedzieć, że nic z tego nie będzie i nawet jeżeli teraz myślała sobie,że jedyne czego chciała to zestarzeć się u jego boku to w rzeczywistości po jakimś czasie znowu kłóciliby się o to samo. Nie mogła na to pozwolić – nie chciała drugi raz przechodzić przez rozstanie z Tobiasem i udowadnianie sobie, że może funkcjonować bez niego. Nie wiedziała, czy drugi raz uda jej się oszukać samą siebie.
Uśmiechnęła się delikatnie. Tęskniła za pracą w szpitalu; za pacjentami, za przyjaciółmi, za normalnością. - Przekaż im pozdrowienia ode mnie, niedługo was odwiedzę, mam niedługo – mam nadzieję ostatnią – kontrolę – powiedziała, uśmiechając się przy tym delikatnie. Naprawdę chciała zrzucić ten gips z nogi i zostawić jedynie ten cholerny but ortopedyczny na stopę. Przynajmniej mogłaby normalnie funkcjonować i powoli wracałaby do samodzielności. A tego właśnie chciała. - Obawiam się, że jedna noc nie starczy na obejrzenie całego sezonu nawet – powiedziała, chociaż nawet nie wiedziała czy to się dzieli na sezony, czy po prostu puszczali odcinek za odcinkiem. A raczej puszczają, bo z przerażeniem odkryła, że to nadal serial emitowany. - A to nie Taylor umarła? Ta druga kochanica Ridge'a? Zresztą nieważne, straszne jest to, że ten serial nadal emitują – powiedziała. Serio, to gorsze niż najgorszy horror. Zerknęła na niego, posyłając mu pytające spojrzenie. - Coś się stało? Mam coś na twarzy? - rzuciła i pewnie od razu zaczęła szukać lusterka, żeby sprawdzić czy serio coś się stało.


/zt x2
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Strona wygenerowana w 0,11 sekundy. Zapytań do SQL: 8