Poprzedni temat «» Następny temat
#2 Catch that buzz! Love is the drug and I need to score.
Autor Wiadomość
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 5 Styczeń 2019, 19:07   #2 Catch that buzz! Love is the drug and I need to score.
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Tego na pewno nie planowałaś.
Pomyślała zostawiając to stwierdzenie dla siebie, bo postawa Tal Rashy mówiła sama za siebie. Kobieta nie chciała by Hodges wchodziła nawet na klatkę schodową, czy czymże było zatęchłe pomieszczenie prowadzące prosto do drzwi klitki, której z pewnością nigdy nie miały ujrzeć niebieskie oczy, bacznie obserwujące plecy towarzyszki przed nią. Plan pójścia na koncert był trafiony i zapewne po paru piwach Charlotte zamieniłaby się w szaloną fankę (z kulturą, ale jednak mniej niż zwykle), lecz w tym wszystkim brakowało punktu, w którym pojawiają się gangsterzy rodem z kiepskiego filmu o porachunkach na dzielni. Z daleka rozpoznała ten typ; grubi w gadce, gdy mają gnata w dłoni, ale poza tym nie wykrzeszą z siebie niczego. Nawet jaj się nie znajdzie, ale mimo to Charlie uparła się, że pójdzie razem z Tal Rashą. Nie było zmiłuj, nawet jeśli DeVita zaczął się pieklić z niezadowolenia. Nie miał nic do gadania bardziej niż niechętna al-Hazir, której nie dała wyboru.
Od razu wyczuła, że to nie było na rękę właścicielce mieszkania, ale nie ukrywała też swego zaciekawienia tym miejscem. Całą sobą walczyła by po drodze nie robić żadnych min a gdy tylko wpuszczono ją do środka, z oszołomienia prawie straciła przytomność. Wylew gwarantowany. Dobrze, że po drodze nie zdeptała psa, który najpierw pognał na nią gotowy chapnąć za obcas, a potem przyatakował swą panią machając ogonem tak mocno, że tyłek gibał mu się na boki w rytmie disco.
- Czyli tutaj mieszkasz. – odparła pełna zamyślenia, a raczej zbyt zajęta próbą stłumienia wszystkiego, co złe miała do powiedzenia na temat tego miejsca. Panie daj jej siłę. – Jak?good fucking question. Swoje przez parę dni w namiocie z kilkoma festiwalowymi szaleńcami przeżyła, ale to było gorsze od krzaków, w które sikała wraz ze znajomymi aż zrobił się potop, więc znaleźli kolejne miejsce. O tym wolała zapomnieć, ale widoku ów miejsca nigdy nie wyprze, bo było ściśle powiązane z al-Hazir, na którą spojrzała po zrobieniu paru kroków w głąb, przystając przy wiszących pułkach przy ścianie. Trzymała dystans by przypadkiem niczego nie dotknąć. – Do kogo należy to miejsce? Przecież to wylęgarnia – przerwała trochę za późno gryząc w język. Dobrze dziś zaczęły, ale to doprowadzało ją do białej gorączki, o ile już nie nabawiła się jakiejś ptasiej grypy. – Masz tu w ogóle ciepłą wodę? Ogrzewanie? – bo mimo wszystko było trochę chłodnawo. – Elektryczność? – spodziewała się, że gdyby wprowadziła tu sanepid, to ci zakazaliby nawet trzymania psów w tym miejscu. Dla nich własnego dobra i zdrowa, o którym też myślała trochę kiepsko okazując troskę wobec al-Hazir.
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 5 Styczeń 2019, 20:30   

Zakluczyła drzwi ryglem zła, że nie udało się jej zatrzymać Charlotte przed wtargnięciem na dzielnię. Kobieta nawet nie chciała przyjąć do wiadomości, że Tal Rasha znała tych typów spod ciemnej gwiazdy i mrugającej latarni miejskiej (sąsiedzi), co w pewien sposób tancerka odebrała dość personalnie; głównie przez to, że nie mogła pozwolić sobie na mieszkanie w spokojnej okolicy za tak małe pieniądze. Dzięki tej ruderze akoś żyła w Chicago po swojemu i tego nikt nie powinien komentować w taki sposób, jaki ujęła Hodges. Dobrze, Gustavie, gryź ją! Aż zakrwawi trzeszczącą podłogę!
Czworonóg stanął na drodze ku starej lampie z abażurem, nie pozwalając siebie przeoczyć wysokim ujadaniem z małej piersi. Mops miał więcej energii, niż wskazywały jego drobne rozmiary i wydawało się, że jedynie na rękach swojej mamy zastępczej minimalnie tracił zapał do demolowania wszystkiego dookoła. Podrapała malucha za uchem, witając się po francusku ze szczeniakiem i wzięła go pod prawą rękę, wprawiając jego ogon do ruchu “na helikopter”. Odbierała każde słowo Charlie jako atak, zaciskając mocno szczękę, a w oczach karmiąc wyrzut.
Elektryczność?
Klik. “I stała się jasność”.



Głupio?
Światło żółtej żarówki rzucało coś, co jeden z dilerów swego czasu określił jako “trupi wosk” - zwyczajnie każdy, kto stał blisko lampy wyglądał tak, jakby miał żółtaczkę i był zhardziałym alkoholikiem od długich miesięcy. Oprócz spartańskich warunków, temu miejscu nie można było nic zarzucić; rzeczy były ułożone, jak w pudełeczku i każda miała swoje przypisane miejsce. Bodaj najbardziej gustowną rzeczą w kwadratowym salonie, skąd niedaleko do niewielkiej sypialni i równie małej łazienki, była biała komoda z kolorowymi winylami i kasetami, znajdująca się po prawej od biurka zagraconego mechanicznymi częściami, kabelkami oraz deskami przykrytymi otwartym podręcznikiem “małego majstra” na stronie o złączach adaptera, noszącą ślady po zgaszonym papierosie w lewym dolnym rogu. Na uwagę zasługiwał również w stosie śrubek i lutownicy zniszczony, stary gramofon, który próbowała usilnie naprawić od dłuższego czasu na własną rękę. Połowa była zrobiona, a sterczące kable opierały się o niewielką, miedzianą tubę, z której miała kiedyś popłynąć muzyka - jeśli ten szmelc po podłączeniu do prądu pewnego sądnego dnia zacznie rzeczywiście działać. Inaczej zaleje to rozpuszczalnikami do fotografii, które wisiały na rozciągniętym sznurku na ścianie, przysłaniając niewielkie okno na ulicę. Próbowała swoich sił na początku w analogowych zdjęciach, ale zrezygnowała, gdy skończyła się klisza, zaś aparat wyzionął konkretnie ducha. Teraz w powietrzu nie czuć było ani smrodu spawania, ani rozpuszczalnika a woń lawendy, która stała się wyraźniejsza, gdy otworzyła szufladę z ubraniami. Starannie związane i ułożone pod gazetami zawiązki suszyły się, działając przy okazji antybakteryjnie i antystresowo. Nie ufała aż tak bardzo publicznej pralni, a lawendę kojarzyła z Corvo Blanco, gdzie matka Seliny pokazała kilka drobnych trików pani domu al-Hazir.
Poprawiła pewniej Gustava podgryzającego drobnymi igiełkami prawy kciuk i wyciągnęła ramoneskę oraz szalik, bo według podcastu z radia w samochodzie wieczorem miał znowu zacząć padać śnieg. Jeszcze tylko psie rzeczy z łazienki i będzie mogła skrócić te męki, wstyd oraz niezadowolenie.
Potrzymaj go. Zabiorę dwie rzeczy i możemy iść. – przekazała malucha Hodges nawet nie patrząc na nią. Wsunęła ramoneskę pod drugie ramię kobiety, po czym wycofała się w głąb mieszkania. Najpewniej nie obyło się bez jeszcze dwóch czy trzech zdań wobec których Tal Rasha wywracała oczami, przeczesując zafoliowaną na podłodze sypialnię. Znalazła pogryziony karton Gustava oraz rozkopany krater w misce z jedzeniem. Kolejno pakowała do plecaka z niewielkiego krzesła pod ścianą koc milusińskiego, legowisko, paczkę karmy i metalową michę, która wymagała opłukania, nim ją schowa.
Wszystko robiła nerwowo, ekspresowo, trochę zbyt rozstrojona, skupiona na jak najszybszym opuszczeniu rudery. Odkręciła za mocno wodę w kranie i wbrew domysłom Charlie, gorąca woda trysnęła na dłoń al-Hazir. Przeklęła w rodzimym języku, gdy palce wystrzeliły do góry z automatu w efekcie strącając starą puszkę po herbatach. Metalowe opakowanie spadło na podłogę z łomotem, a wnętrze w foliowych woreczkach rozsypało się po starej terakocie. Złapała za ręcznik wiszący obok zlewu i wytarła pośpiesznie dłoń, dopiero po chwili zerkając na podłogę. Zamarła. Będzie miała zawał. Bialutkie kamyczki cracku uśmiechały się do niej, jak starzy przyjaciele po długiej rozłące.
Zapomniała o tym słodkim wnętrzu, a od jakiegoś czasu codziennie żyła obok własnej puszki Pandory. Natychmiast padła na kolana, aby pozbierać narkotyki i wrzucić z powrotem do metalowego opakowania, ale gdy usłyszała pośpiesznie kroczki małych łapek, zaś Gustav już po chwili skakał między towarem wartym kilka drobnych setek. Charlotte miała go trzymać i czekać przy wejściu.
Uniosła wzrok i cicho przełknęła ślinę. Źle to wyglądało. Nie, wróć - wyglądało chujowo.
Charlie – spokojnie. – to nie tak, jak ci się zdaje.
Jej życie to czarna komedia.
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 5 Styczeń 2019, 21:56   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Od samego doszukiwania się kiepskich detali tej posiadłości bolały ją oczy, co przebiło nawet telefon z klapką, który szczęście w nieszczęściu utopił się w basenie. Miała ochotę zburzyć to miejsce i potem jeszcze spaliła, na wszelki wypadek, by zabić wszystkie bakterie. Z drugiej strony ciężko powiedzieć, czy tucokolwiek pomoże i już nie chodziło o sam wystrój, bo o ten bez wątpienia Tal Rasha się postarała, ale stęchłe ściany, sufit z zaciekami i grzybem w rogu, podłogę przy kantach, przy której chyba dostrzegła jedną mysią norę; nie wspominając już o klatce schodowej i gościach sprzed tego przybytku. Powinna przyjść tu wcześniej by wybić sobie z głowy, że to ona stanowiła zagrożenie dla al-Hazir. To miejsce - kurwa – ja pierdole – ale po francusku – było jak bomba biologiczna.
Aż się kurczy macica.
Z nietęgą miną, wciąż w stosunku do tego miejsca, odebrała psa i odprowadziła kobietę wzrokiem. Gustav prychnął z powodu perfum momentalnie odkrywając w sobie potrzebę podgryzania Charlotte za żuchwę. Od razu go odsunęła i uniosła na poziom oczu, przyglądając z uwagą.
- Mam nadzieję, że nie zakumplowałeś się z panem szczurem z okolicy. – oto skutki wdychania tutejszego powietrza. Gadała do psa, który przekręcił łepek, co przyjęła jako negatywną odpowiedź i z powrotem przyciągnęła do piersi pozwalając by próbował zjeść jej nadgarstek wraz z perfumami.
Przeszła parę kroków by dokładniej przyjrzeć się reszcie pomieszczenia. Starając zignorować ściany, sufit, podłogę i tę zardzewiałą rurę, która biegła z części salonu ku sypialni, skupiła uwagę na innych detalach, a konkretniej rzeczach Tal Rashy. Obserwowała, analizowała i zapisywała w pamięci, jak to miała w nawyku, w każdej chwili mogąc wyciągnąć coś w trakcie rozmowy, której teraz nie prowadziły, bo nic tylko bluzki wyszłyby z ust nie ozdobionych już czerwoną szminką.
Woda i nagłe warknięcie sprawiło, że Gustav zaczął się miotać w dłoniach żądając wypuszczenia na podłogę.
- Co się stało? – zapytała głośniej stawiając psiaka, który od razu pognał do swej pani, co nieco wolniejszym krokiem uczyniła również Charlotte ignorująca zapewnienia, że wszystko było w porządku.
Nie było i to bardziej niż się spodziewała.
To nie była tylko rudera. To rudera z ukrytym crackiem, który właśnie zdobił podłogę, co niezwykle zainteresowało Gustava.
- Zostaw. – ostro, mocno i stanowczo, niczym treser podczas szkolenia, bo tak; mówiła do psiaka automatycznie kulącego się w sobie. Jeszcze by tego brakowało by miały tu mopsa na haju. – Widzę tu sporo dragów, które trzymasz w swojej łazience, jak się spodziewam w tamtym pudełku. – machnęła dłonią na pojemnik, który trzymała Tal Rasha. – Dobrze mi się zdaje? – chyba, że może to sobie wyobraziła pod wpływem nawdychania oparów z pleśni, ale w takie gówno uwierzyć nie potrafiła. Obróciła się na pięcie i zrobiła dwa kroki oddalając od łazienki, ale nadal będąc na widoku. – Gosh. – wyrzuciła z siebie soczyście, ale to był kwaśny owoc, po którym nastąpił gwałtowny obrót ku al-Hazir, dosłownie ułamek sekundy po tym, jak zrobiła ten drugi krok. – Pieprzysz mi o odzyskiwaniu zaufania a się okazuje, że to ja na początku powinnam zapytać, czy jesteś kurwa czysta i to przy użyciu cholernego wykrywacza kłamstw! – ale nie zapytała. Chciała wierzyć, że tak właśnie było. Choć raz pragnęła komuś ślepo zawierzyć, nawet jeśli była świadoma, że narkomani to kłamcy. Znów się odwróciła musząc jakoś rozładować wkurw, więc wyrzucała z siebie przekleństwa, jak pociski, przechodząc nawet na te polskie, bo ich brzmienie łatwiej rozładowywało napięcie. Lepsze to i dreptanie po pomieszczeniu niż rzucanie przedmiotami, co i tak by nie zaszkodziło temu miejscu. – Oddaj mi to. – odezwała się nagle znów będąc w pobliżu łazienki tudzież al-Hazir, ku której wyciągnęła rękę. – Oddaj! – warknęła rzucając okiem na pudełko, w którym wylądował crack i potem znów na kobietę. Była wściekła jak osa, a jej policzki zalewała czerwień nie od podniecenia ani zażenowania tym miejscem, ale najprawdziwszą furią (Furiosa), chociaż tę w jej największej formie ujrzy Rusk (jak tylko wyjdzie na jaw co uczynił).
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 5 Styczeń 2019, 23:50   

Mleczne kamyczki w foliowych woreczkach wpadały jeden za drugim do opakowania po herbatach, gdy Charlotte fundowała sobie profilaktykę tworzenia wylewów i zawałów; nerwusek, oj, nerwusek. Ją samą zacisnęły trzewia, a gorąc, jakim te kaloryfery nigdy nie byłyby wstanie emanować, uderzył do głowy, zdradzając głęboki wstyd.
Zabolało. Bardziej niż siarczysty plaskacz w policzek.
Nie mów do mnie w taki sposób. – postawiła na spokój, choć w środku nią szarpało stado wściekłych psów. – On się boi. – tłumaczenie czegokolwiek w tej chwili nie miało sensu: tego, że nie pamiętała o sekretnym składziku, bo wcześniej mieszkała u Hodges i narkotyki powiązywała z godzinami dreszczy, rzygania oraz agonii, a po powrocie na stare śmieci non stop pracowała, zapominając o potrzebie – nie, inaczej: od zrywu z Ocean lepiej panowała nad pokusami. Zaogniłaby jedynie podgotowaną Charlotte, a od momentu wejścia do domu oraz pierwszych komentarzy Tal Rasha straciła ducha walki. Nie skakała z radości, ale i przysłowiowe gardło omijała. – Nie biorę. – podnosząc z podłogi Gustava jedną ręką, a metalowe pudło drugą, wstała na równe nogi, przez chwilę tylko wpatrując się we wściekłe oblicze pięknej kobiety, której imię mogłyby nosić najpotężniejsze huragany. – Jeśli chcesz, zrobię test – oddała posrebrzaną puszkę Charlie, nie puszczając od razu, a konfrontując spojrzenia. – ale w zamian to ostatni raz, kiedy uległam i wpuściłam cię, pozwalając napluć na mój dom. – rozluźniła palce i poprawiwszy Gustava na ramieniu, którego trzęsące się jestestwo uspokajała miłym, cichymi słowami, zakręciła wodę w kranie. – Oscar czeka. – Miska leżała w zlewie nie do końca opłukana, ale tym już zajmie się później. Wyminęła Hodges w przejściu i dopakowała plecak, czując tylko głębokie zażenowanie swoją przeszłością, o której nie chciała mówić we wszelakiej formie – nawet, jeżeli bizneswoman wiedziała, co takiego miało miejsce i dlaczego. Naprawdę nadal dziwiła się al-Hazir, że nie chciała rozmawiać w trakcie spotkań grupy? Miała swoje powody. Konkretne i – według niej – całkiem stabilne.
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 6 Styczeń 2019, 10:47   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Pamiętała pierwsze dwa dni, kiedy nie potrafiła przejść przez próg piwnicy nie tylko dlatego, bo Jurij polecał by tego nie robić, zaś krzyki z pomieszczenia potwierdzały jego słowa, ale również bólu i nerwu skaczącego na samą myśl o cierpiącej al-Hazir. Kiedy coś złego działo się z bliskimi reagowała bardzo dosadnie i wręcz natychmiastowo zaczynała działać. Pierwsze chwile zawsze były najgorsze zwłaszcza, że od razu w głowie pojawiały się najczarniejsze scenariusze. W tej chwili, na widok narkotyków, przypomniała sobie obrazy z opuszczonej szkoły i koszaru prześladującego ją co jakiś czas. Na samą myśl żołądek przewracał się parokrotnie, ciśnienie skakało i pewnie dostawała arytmii, lecz to tylko pierwsza reakcja. Stłumiłaby ją gdyby miały towarzystwo, ale były same z Gustavem, który cały szczęście się nie posikał, chociaż to byłby najmniejszy problem.
Przyglądała się Tal Rashy czując ciężar paru gramów białego proszku, który z chęcią wyrzuciłaby przez okno albo oddała gackom z dołu, ale to jedynie zrodziłoby kolejne problemy. Znając życie tamci wróciliby po więcej, bo skoro raz dostali za darmola, to czemu nie mieliby tego powtórzyć? Nie, gdzieś tam, mimo emocji, ciągle myślała racjonalnie, więc wcisnęła pudełeczko do kieszeni płaszcza. Potem każe DeVicie pozbyć się tego szajsu.
- Po co trzymasz to w domu? – skoro podobno nie brała i była czysta, to po co kusiła los trzymając towar w zasięgu ręki? Naprawdę miała uwierzyć, że to dla dekoracji? Że mając tyle dragów al-Hazir faktycznie niczego nie wzięła? Przecież to kuszenie losu. Świadoma autodestrukcja a przynajmniej jego zapowiedź, której Charlie nie potrafiła przyjąć do świadomości, bo już raz stała przed wizją zwłok Tal Rashy w jakimś rowie. Powtórka nie była przyjemna.
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 6 Styczeń 2019, 12:24   

Cisza po wybuchu wulkanu była czymś, co już zdążyła zauważyć u Charlotte. Po ekstremalnym skoku z wysokości następowało głębokie zanurzenie w ciemnej wodzie tak cichej, że wzbudzała grozę u skoczka. Diabeł tkwił e szczegółach - ona się nie bała. Dopóki nie przyłoży Tal Rashy lufy do skroni albo ostrza na gardziel, nie miała powodu.
Gustav przestał się wiercić, gdy wsunęła go do kieszeni kożucha, z której wystawał łebkiem i łapkami, zerkając do góry po obu blondynkach. Jedna z nich właśnie domykała plecak, zatrzymując w połowie suwak.
Wypuściła ciężko powietrze nosem, jawnie okazując niechęć do tej rozmowy. Brązowe oczy podniosły się najpierw na towar, a dopiero po chwili wyżej.
Zapomniałam, że mam to w domu. – brzmiało sztampowo, ale prawda nie zawsze musiała być przekonująca. – Najpierw mieszkałam u ciebie, a potem zaczęłam pracować bez przerwy – domknęła suwak i zarzuciła plecak na ramię. – siłą rzeczy nie miałam czasu ćpać. Wybacz, że staram się jakoś żyć. – a naprawdę próbowała. Nawet Ocean odkładała, jak tylko mogła, ale potrzebowała pieniędzy na zabezpieczenie Gustava. – Zrób z tym, co chcesz. – machnęła ręką na puszkę z pogardą, aż szczeniak w kieszeni kichnął, jakby nie wierzył w przebieg wydarzeń. – Nie zależy mi. – acz jeszcze jakiś czas temu nie odpuściłaby tak łatwo z prostej przyczyny - ta sama osoba, która oceniała ją (tę ruderę) była równocześnie jedyną, która zrobiła tyle, aby zapewnić al-Hazir o swoim oddaniu. Nie mogła w stu procentach przyznać, że widok kamyczków cracku choć odrobinę nie ucieszył, a stłamszenie tego szeptu diabelskiego przy karku wymagało poważnego samozaparcia.
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 6 Styczeń 2019, 15:07   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Zwilżyła wargi koniuszkiem języka nabierając ochoty na porządnego drinka albo chociaż jakiś koktajl witaminowy, co by uderzył jej do głowy i przy okazji nie miałaby kaca. Coś, co przechodziła bardzo rzadko, bo nie piła zbyt wiele i wiedziała, że ta ochota zaraz minie. Miała inne sposoby na radzenie sobie z nagłym emocjonalnym skokiem i niekoniecznie były to papierosy, bo przecież sporo czasu radziła sobie świetnie bez dawkowania nikotyny. Umiała żyć bez tego, lecz czasem okoliczności wymagały innego źródła ku ujściu i zarazem odmiennego niż dotychczas zachowania.
Suką mogła być dla innych i choć nadal tliła się w niej niepewność wobec cracku, który teraz tkwił w kieszeni jej płaszcza, gdzieś z tyłu swej głowy wiedziała, że nie chciała cały czas złościć się na Tal Rashe.
- Wiem. – odparła cicho i zrobiła tych parę małych kroczków ku niej w spokoju oraz chwilowej ciszy, którą przerwały kolejne słowa i dłoń ułożoną na szyi tak, że koniuszkami palców sięgała do karku. – Wiem, że się starasz. – przesunęła rękę, pogładziła kark i pochyliła całując kobietę we włosy. Skrzyneczka nadal ciążyła w kieszeni, ale jeżeli w tym wszystkim kryła się prawda, to nie warto marnować na nią nerwy, chociaż nadal stanowiła (bo już stanowić nie będzie) zagrożenie. Przynajmniej zdaniem Charlotte, która mimo swej stresującej profesji i szemranych interesów była najzdrowszą jednostką niestrutą niczym w nadmiarze chyba, że kofeiną, ale i na tym punkcie czasem dostaje bzika i organizuje dobie detoks. Ta uroda w jej wieku nie brała się znikąd. – Po prostu się martwię. – stwierdziła po odsunięciu warg i spojrzała prosto w ciemne tęczówki. – Chce dla ciebie jak najlepiej. – mogła więc krzyczeć, złościć się za takie rzeczy, jak trzymanie w domu cracku, ale nie skreśli al-Hazir tak po prostu chyba, że ta zrobi coś naprawdę okropnego. Pozłości się, zapewne pomilczy zbyt długo, ale w końcu jej przejdzie. Złość piękności szkodzi, lecz nie o to chodziło. W końcu na pewno będzie o tym pamiętać i lepiej przyglądać się kobiecie pod kątem czystości, lecz tylko fakt, że chodziło o Tal Rashe, nie pozwalał Charlie tak po prostu postawić krzyżyka. – Dlatego – przerwała na sekundę, bo w tej oto chwila odezwał się Gustav przez chwilę ujadając w jej kierunku. – O tobie też pamiętam. – to bez wątpienia przez pleśń gadała właśnie do psa albo po prostu jego częste towarzystwo podczas spotkań z al-Hazir sprawiło, że powoli się do niego przekonywała. - Po prostu chce byśmy były wobec siebie szczere. – jak jej reakcja rodem z filmu dokumentalnego o wybuchu wulkanu. To było szczere. Niezbyt przyjemne, ale gdyby się nie przejęła, gdyby nie zezłościła się choć odrobinę, to czy nie oznaczałoby, że jej nie zależało? Że Tal Rasha była jej obojętna? Nie była i to ją samą kiedyś przeraziło tak bardzo, że zrobiła coś okropnego. Tylko raz. Na więcej sobie nie pozwoli.
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 6 Styczeń 2019, 16:29   

Odruchowo przymknęła oczy, kiedy gorący oddech wyprzedził umiarkowanie ciepłe usta wraz z chłodnią dłonią na karku. Zawsze były chłodne (ręce), kontrastowały z jej własną temperaturą i za każdym razem działały na nią lepiej niż kawa czy herbata przed snem. Pobudzały albo koiły. Nawet drobne, szybkie całusy miały w sobie coś specyficznego, czego tak łatwo nie znalazłaby u kogokolwiek innego, a wszystko przez te uczucia, które żywiła wobec Charlotte. Dlatego przytaknęła niemrawo, rozumiejąc przejęcie Hodges w przesadnym – zdaniem Tal Rashy – uniesieniu. Zerknęła krótko na małego ujadacza, który schował się w kieszeni, kiedy sięgnęła do czarnego uszka dłonią. Mnie tu nie ma!
Wiem… Wiem to, tylko… – odetchnęła ciężko, łapiąc nieprzesadnie czubkami kciuka i palca wskazującego za kant poły płaszcza Hodges, jak małe dziecko spódnicę mamy. Miała być szczera, więc… – Nie używaj takich słów. – zadarła lekko głowę z przygnębieniem, bo już nawet nie chodziło tylko o Gustava, a zwyczajne samopoczucie oraz przeżyte doświadczenia. – Proszę.
Nie winiła Charlie za złość w dobrej sprawie, ale od razu przed oczami stawała figura wysokiego ojca z ciężką ręką, co zwinięta w pięść przypominała kwadratową cegłówkę. Tych wspomnień nie potrzebowała w towarzystwie blondynki, do której lgnęła w imię nie tylko bezpieczeństwa, jak teraz, gdy dyskretnie wsunęła dłonie za plecy Hodges i przytuliła policzek do barku, uważając, aby czworonóg w kieszonce nie został zmiażdżony przez wylew uczuć.
Nie mam za bardzo ochoty iść na ten koncert. – skoro miały być szczere, nie zaszkodzi zacząć od razu, a po cracku wyskakującym z sekretnego pudełka straciła zapał do słuchania muzyki na żywo. – Let’s make up by making out? – burknęła pod nosem śmiesznie, bo nie chodziło tylko o zwykły making out. Przy dobrych wiatrach miały spokojnie półtorej godziny, zanim japońscy samuraje z kolorowymi siodełkami zawezwą rekina biznesu do biesiadowania. Gustav posiadał jednakże inny plan, bo niespodziewanie zaczął drapać pazurkami w środku kieszonki, dostając jakiegoś świrka. Nie było innego wyjścia, jak przerwać uścisk i wyciągnąć malucha z drobną reprymendą, która w wykonaniu al-Hazir brzmiała mniej poważnie (o ile) w porównaniu z ostrą komendą Hodges sprzed chwili. Trzymała czworonoga w obu dłoniach na wysokości twarzy i w trakcie prawienia „kazania” oświeciło ją (ten abażur). Urwała w połowie. – Dzisiaj piątek. – stary kalendarz na biurku wskazywał środę, ale był z ubiegłego roku. – Grace nie powinna być u ciebie? – zmarszczyła zastanawiająco brwi, węsząc spisek, a po minie kobiety wywnioskowała sama odpowiedź. – Charlie… – westchnęła ciężko, przytulając Gustava do mostka i pogłaskała czarną czuprynę, jakby w ten sposób miała ugłaskać własne wyrzuty sumienia, że zabierała im rodzinny czas. Mamusia cały czas pracuje. Cóż, teraz niekoniecznie. – Ten dzieciak za tobą tęskni. – i dlatego uprowadzała kolejne rzeczy z kartonów mamy, próbując nadrobić ten czas wiecznej rozłąki. Dziab! Kiełki wbiły się w palce. – Gustavie. – bąknęła, zabierając palec ku niezadowoleniu szczeniaka, który już dobierał się do rękawa kożucha, prując baranią ściółkę ząbkami. Wpakowała mopsa z powrotem na przyznane mu miejsce w kieszonce i poprawiła plecak na ramieniu. – Może ją zabierzemy? – nie do końca wiedziała gdzie, ale myślała, że dziewczynka ucieszy się z okazji, a ona zdoła ją przeprosić za zniknięcie bez pożegnania. – Wymęczy tego nicponia, będzie mieć frajdę a my zyskamy chwilę dla siebie. Wszyscy zyskają. I to nie Cz… Cz… Cza… No, Wołga! Nie mogłaś nazwać jej Velma? – nie mogła.
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 6 Styczeń 2019, 18:07   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Na wzmiankę o Grace uciekła wzrokiem do góry, nieco po skosie na lewo, już nie doszukując się kolejnej pleśni przy suficie a kryjąc odpowiedź na istotne pytanie. Powinna być w ten weekend z młodą, ale jak zwykle miała pracę, a raczej jutro czekało ją sporo spotkań, więc musiała zrezygnować z wizyty córki. Oczywiście nie zadowoliła to byłego męża, z którym rozmowę przerwała jeszcze zanim zdążył się rozkręcić w recytowaniu złych określeń wobec niej i tego, jak złą matką była. Wiedziała o tym. Nawet nie zamierzała zaprzeczać, ale nie potrzebowała by ktoś raz po raz jej o tym przypominał. To niczego nie zmieni.
- Kiepski ze mnie materiał na matkę. – może gdyby obejrzała program typu „Super niania” albo cokolwiek innego, co odkryłoby przed nią odmienny świat od tego, który znała ze swego dzieciństwa, to zachowywałaby się inaczej. Niestety, mimo pamiątki w formie papierośnicy nie odziedziczyła po swej rodzicielce niczego, co mogłoby jej pomóc w wychowaniu córki. Właściwie była dokładnie taka sama jak jej staruszkowie, czyli nigdy nieobecni i stosujący się do surowego podejścia. Innego wzorca nie znała, a przynajmniej nie miała z nim do czynienia wtedy, kiedy powinna. Poza tym małe dzieci i zwierzęta miały w sobie zbyt wiele prawdziwych uczuć, co sprawiało, że Charlotte czuła się niekomfortowo.
- Ucieszy się, jak cię zobaczy. – tego była pewna zwłaszcza po tym, jak dnia następnego po zabawie z Tal Rashą nagle już jej nie było. Afera na cały dom, dziecięcy foch i co weekendowe pytanie, czy Rama przyjdzie się z nią pobawić. Maluchy zbyt łatwo się przywiązywały i gdyby Grace była wychowywana w domu Hodges, to zapewne w końcu Charlie wybiłaby jej to z głowy. Zbyt wcześnie, bo dzieci zasługiwały na więcej luzu, dlatego dobrze, że Grace większość czasu spędzała z tatą i to on był odpowiedzialny za jej wychowanie.
Tak odpowiedzialny, że teraz gnój nie odbierał. Nie, nie myślała o nim aż tak źle, ale nagle dodzwonienie się do mężczyzny było wręcz niewykonalne. Najpierw zrobiła to dwa razy osobiście, gdy już obie były w samochodzie w drodze do jego domu, a potem przekazała Jenny by spróbowała się połączyć.
Zero odzewu. A chciała być miła i nie wpadać bez zapowiedzi.

- Pan Carmichael mówił, że Grace dzisiaj zostaje w domu. – tłumaczyła zaskoczona niania, która zerknęła na al-Hazir i psa trochę zbyt podejrzliwie, bo nawet jeszcze nie wpuściła ich do środka. - Plany się zmieniły. Odstawię ją przed porą na spanie.
- Tylko, że właśnie ją wykąpałam, bo chciała urządzić maraton bajkowy a wie pani, jak dzieci padają w trakcie oglądania.. – gdzieś w połowie jej wypowiedzi Charlotte przestała słuchać porozumiewawczo patrząc na Tal Rashe. Nie będzie wyciągać córki z mokrymi włosami na ten ziąb; aż tyle rozumu w głowie miała. Nie taka zła matka z tej suki.
- Mama? – Grace wychyliła się z salonu dosłyszawszy znany głos, który wyłonił się z tła niedawno śpiewanej przez Else piosenki. Małe stópki od razu pobiegły do drzwi na co niania zareagowała automatycznie upominając dziewczynkę, że się przeziębi. Olać chorobę, kiedy ma się przed sobą nie tylko rodzicielkę, ale i Ramę z małym pieskiem. Ucieszyła się, jak szalona i w tej chwili niania nie miała wyjścia musząc wpuścić al-Hazir i Hodges do środka. Chwila dla drużyny. Powitanie Tal Rashy oraz zapoznanie Gustava i konsultacja Charlotte z nianią, która musiała dostać swoją dolę zanim wyjdzie z domu.
- Nie wiem, czemu to wzięłam. – mowa o skórzanej kurtce, którą wcześniej dała jej Marokanka by lepiej wyglądać na koncercie, ale teraz nie musiała, więc odwiesiła wszystko wraz z płaszczem na wieszak w korytarzu. - Cofam wszystko co mówiłam. – dodała nagle po zrobieniu paru kroków, podczas których nie obyło się bez oceniającego spojrzenia. – Jego dom jest gorszy. – niechęć do byłego męża robiła swoje i odbierała temu miejscu sporo uroku. – Niania zamówiła pizze. – przekazała, bo obie na pewno niebawem zrobią się głodne. Przystanęła na chwilę przy półce w salonie, gdzie znajdowały się ramki ze zdjęciami Harveya i jego rodziny. Gdy wzrokiem wyłapała te, gdzie byli w trójkę, od razu położyła je przodem do drewnianej półeczki.
- Mamo. – Grace niespodziewanie pojawiła się obok grzecznie i uprzejmie zwracając na siebie uwagę (zamiast krzyczeć z drugiego końca salonu). – Gdzie znalazłaś Rame i pieska? – zapytała i zaśmiała się pod wpływem łaskoczącego ją po podbródku psiego języka.
- Pod choinką. – przecież nie opowie jej o niecnym planie Marthy. Nie zrozumie. – Tal Rasha znalazła Gustava na ulicy. – młoda od razu odwróciła się ku drugiej kobiecie i podeszła do niej mając mnóstwo pytań ‘gdzie go znalazła, czemu był na ulicy i dlaczego ktoś, go zostawił, przecież jest taki uroczy i słodki’. W tym czasie Charlotte zdecydowała się przyrządzić coś ciepłego do picia. Może później zasłużą na kakao, ale najpierw kawa i zielona herbata dla al-Hazir.
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 6 Styczeń 2019, 19:19   

Zasiedziały się w kuchni, kiedy najstarsza z całego towarzystwa (siłą rzeczy) przygotowywała ciepłe napoje dla zbiegowiska. Nawet srebrna miseczka Gustava stała już na specjalnym podkładzie (ulubionej podkładce ex męża Charlotte) obok niewielkiego talerzyka, z którego powolutku znikała kolacja czworonożnego złodzieja serc maluczkich. W tym samym czasie córka Hodges zdążyła pochwalić się zakwalifikowaniem do kolejnego castingu szkolnego (elitarny reżim, jak w samym Idolu czy Dlaczego ja?).
Pani Wicks powiedziała, że odegramy Romea i Julię. – gołe nogi Grace dyndały z wysokiego designerskiego hokera w beżowym kolorze, gubiąc futerkowe bambosze w kształcie stóp niedźwiadka.
Al-Hazir stała tuż obok wybierając z opakowania pełnego najrozmaitszych herbat tej jednej; bo przecież pan dubbingowiec nie mógł mieć „zwykłej zielonej”. Była „zielona na gardło”, „zielona na dykcję”, „zielona na pierdolenie o Chopinie” i „zielona-eko zielona, ale nie dla dzieci”.
Dlaczego akurat to? – zapytała z zainteresowaniem odwracając ostatnią saszetkę i przeczytała skład na odwrocie, jakby miała tam znaleźć odpowiedź dlaczego poważny dramat Szekspira został powierzony ekipie kogo? Siedmiolatków? Ambicje byłej scenarzystki ze spalonego teatru czy tak wierzyła w zdolności małolatów?
Bo nie widzi wśród nas Makbeta, a inne dzieciaki myślą od razu o McDonaldzie. – oburzyła się nie na żarty kręcąc głową, a wilgotne, pofalowane włosy wpadły do buzi dziewczynki, burząc cały efekt. – Nie znają się, prawda? Mamo?
Tal Rasha musiała przypomnieć sobie, że miała do czynienia nie z młodą, zbuntowaną nastolatką, która walczyła w swych czasach o wolność słowa i książek (Fahrenheit), a małą dziewczynką, co rozumem przerastała rówieśników o głowę. Prawdopodobnie, gdyby porównać IQ Grace z ilorazem jej koleżanek zdecydowanie wykres przypominałby depresję albo parabolę. Równocześnie to samo dziecko rozczulało się widząc jak mops rozrzuca drobne chrupki poza miskę, zajadając kolacją, a w następnej chwili dziewczynka odgrywała fragment castingowy do roli Julii.
Patrzcie, zdaje mi się, że ducha Tybalta widzę ścigającego Romea za to, że go wygnał z ciała! Stój, Tybalcie! Stój, Romeo, dla ciebie spełniam ten toast! – dostojnie uniosła kartonowy soczek ze słomką, który zdecydowanie dodawał groteski do wystąpienia Grace. Głośno przełknęła w pełni dramaturgii akcie łyczek, odstawiła opakowanie na długi blat i po chwili przesunęła się w bok, wpadając prosto w ramiona Tal Rashy (w ostatnim momencie, prawie zleciała), jak te zwłoki szekspirowskiej nieszczęśnicy z wywalonym jęzorem. Komuś pod strzechą rosła aktoreczka, a w trakcie łaskotania dziewczynki tuż po zrobienia „samolociku”, blondynka skrzyżowała spojrzenia z Hodges. Jak mogłaby nie być dumna z takiej pociechy?
Woda zagotowała się, a dziewczynka poproszona o posprzątanie w salonie stołu pognała w te pędy, goniona przez ujadającego mopsa. Nie musiała być wszystkowiedzącym jasnowidzem, aby dostrzec spięcie w ramionach Charlotte, które pozostawały skurczone przy barkach. Przez paskowaną koszulę łatwo szło dostrzec takie rzeczy, zwłaszcza, że materiał opinał się na szwach – a przecież blondynka miała szczupłe, zgrabne koniczynki (a jakże).
Hej – podeszła od boku do kobiety i potarła jej ramiona powyżej łokci. – Nie spinaj się tak. Wszystko jest w porządku. Gustav ją zajmie. – przypomniała, choć odgłosy zabawy z sąsiedniego pomieszczenia mówiły same za siebie; śmiech i tupot małych stóp. – Widziałaś, jakie miała wielkie oczy, kiedy cię zobaczyła? – rozradowane, mile zaskoczone i tak pełne uczucia, że mogłaby dostać cukrzycy od dłuższego patrzenia na radość Grace, gdy przylgnęła do nogi Charlie, tak jak teraz krótko Tal Rasha zostawiając pocałunek poniżej ucha. – Będzie dobrze, kocie.
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 6 Styczeń 2019, 21:13   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Słuchała, ale w miarę możliwości trzymała dystans ograniczając się do zmian mimiki oraz krótkich haseł. Dobrze, że znalazła sobie zajęcie, bo odkrycie, gdzie były mąż trzymał kawę oraz herbatę, to jak poszukiwanie zaginionych kluczy do auta. Nigdy nie leżały tam gdzie powinny. Na dodatek grzebanie po szafkach Harveya nie należało do najprzyjemniejszych zajęć, ale na szczęście nie trzymał w kuchni swoich gaci co byłoby dziwne, jak herbatki znalezione przez Tal Rashe. Znała je aż za dobrze, nawet lepiej niż produkcje, w których brał udział mężczyzna. Ani trochę nie interesowała się jego pracą chyba, że bardzo chciał obejrzeć coś razem z nią i nie było to bajką dla dzieci. Szanowała go i świetnie, że robił to co kochał, czego nawet nie zamierzała mu odbierać, ale sama nie czerpała przyjemności z oglądania czegoś, gdzie podkładał głos. Zacznie bardziej preferowała Tal Rashe w jej żywiole.
- Nie mam podejścia do dzieci. – nie musiała o tym mówić, bo nawet ślepy to widział. – Za to ty radzisz sobie świetnie. – łatwo domyśliła się dlaczego. Wystarczyło wspomnieniami powrócić do wieczoru, kiedy obudziła się po koszmarze i obie skończyły czytając Małego Księcia. Pamiętała skąd to się wzięło i komu kiedyś Tal Rasha czytała do poduszki. – Kocie? – kąciki warg uniosły się ku górze i odwróciła głowę w bok by móc spojrzeć na kobietę, którą miała blisko siebie. – Wiem, że się cieszy, ale
- Będziecie się całować, jak tatuś z taką jedną panią? – dzieci to podstępne stworzenia, które choć hałasowały sporo, to zawsze wiedziały, jak się porządnie przyczaić. Przechyliła główkę w bok niespodziewanie przyjmując atak na nóżkę, w którą wleciał Gustav ślizgający się po podłodze z zabawką w małym pyszczku. – Uważaj Guzz – zaśmiała się w odpowiedzi uzyskując dwa radosne szczeknięcia, po których małe zęby wróciły do zabijania wroga (zabawki).
- Skąd to pytanie? – uniknęła odpowiedzi odsuwając się od blatu z pozostawioną nań zaparzającymi się napojami.
- Wiem, co to gej. Mój kolega z grupy na pewno nim jest. Jeszcze tego nie wie, ale powiem mu na koniec roku szkolnego. – Charlotte nie kryjąc zaskoczenia zerknęła na al-Hazir i wzruszyła ramionami, jakby to nie jej winą było, że dziewczynka ogarniała życie lepiej niż siedmiolatka powinna. – Nie zaprzeczyłaś. – dodała Grace po raz kolejny zbijając dorosłych z tropu. O tak, Hodges mogła być z niej dumna.
- A ty za dużo się ode mnie uczysz. – skubana, aż wyprostowała się zadowolona z siebie i już miała powtórzyć pytanie, gdy w porę zadzwonił dzwonek do drzwi. Zamówienia wcześniej przez nianię pizza dotarła szybciej niż Charlie sądziła. – Umyj ręce.i zapomnij o tym, co widziałaś.Może jednak trzeba było pójść na koncert? – trochę za późno na takie decyzje, o czym doskonale wiedziała, ale chciała wprowadzić trochę nieco luzu, bo tak, to był żarcik. W stylu Hodges, czyli zapewne nie śmieszny. Mały kroczek ku Tal Rashy, krótki całus w usta i pochwycenie torebki, gdzie jeszcze powinna mieć trochę gotówki, chociaż całe życie płaciła głównie kartą albo przelewem.
Mały chichotek uaktywnił się, gdy z nich trzech tylko Charlotte pochwyciła za sztućce i korzystała z nich przy jedzeniu pizzy. Z początku Grace chciała uczynić to samo by nie zdenerwował rodzicielki, ale widząc podejście Tal Rashy pomyślała, że ona też może jeść jak normalny człowiek (czyt. ręcyma).
- Co jest takie zabawne? – zapytała nieco przesadzając z tonem, co wyczuł nawet Gustav, który nagle skupił się tak, jakby go za coś karano. Grace również zamarła przyłapana na śmieszkach, które przecież nie były takie złe a mamusia ewidentnie przesadzała. Charlotte spojrzała najpierw na nią, prześliznęła się przez skulone czarne uszka i trafiła na ciemne oczy zapewne równie zaskoczone (to nie było miłe zaskoczenie), co cała reszta. Mówiła, że nie ma podejścia do dzieci.
Zacisnęła wargi, spojrzała na swój kawałek pizzy i niespodziewanie złapała za podpieczoną paprykę, którą rzuciła prosto w Grace. To nadal efekt pleśni (na pewno).
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 6 Styczeń 2019, 22:14   

Mądra bestia. Za mądra.
Nawet jeżeli kiedykolwiek Charlie chciałaby się wyrzec Grace – co nie byłoby takie trudne – kwestii odzywek i zmysłu obserwacji nie mogła jej odmówić; z kim poprzestajesz, takim się stajesz. Podobnie jak specyficznego poczucia humoru, które początkowo wpakowało je w niezbyt przyjazny stan jestestwa (tsunami), gdy zasiadły w salonie do kolacji.
Pieczarki, salami i kukurydza ciągnęły się z serem w dół w miarę rosnącego zdziwienia na twarzy Tal Rashy, nie mogącej odnaleźć odpowiedzi na zmianę w zachowaniu Charlie – przynajmniej dopóki pocisk czerwonej papryczki, jak rakieta z Wormsów nie trafił prosto w nos Grace. Co tu się odjaniepawliło?
Ej, prezesiku. – ściągnęła cebulkę i trafiła prosto w policzek Charlotte, zostawiając odrobinę sosy na skórze. – Nie startuj do mniejszych od siebie. – wystawiła ostrzegawczy palec, mrużąc oczy jak bazyliszek, przydając najmłodszej z towarzystwa jeszcze więcej śmiechu. – A ty się nie chichraj, skrzacie. – i oderwała mały kawałek grubego rantu, który rzuciła tak samo w Grace, jak Charlie z poważną miną. Długo nie wytrzymała, bo atmosfera diametralnie zmieniła się na luźniejszą, sprzyjającą dziecięcym śmiechom i bieganiu szczeniaka dookoła stołu od jednego człowieka do drugiego zbierającego doświadczenie w starożytnej sztuce żebrania. Nie umknęło jej uwadze brak oswojenia z podobnymi sytuacjami z córką, dlatego ostrożnie pod stołem szturchnęła ją nogą, a zaskarbiwszy uwagę uśmiechnęła ciepło, kiedy Grace walczyła ze skaczącym Gustavem, aby nie dorwał się do pieczarki na podłodze. – Zostaw już to – nachyliła się po skosie do talerza blondynki, zabierając sztućce, natychmiast wciskając cały kawałek pizzy do ręki mamuśki Hodges. – i ściągnij obcasy. – bo na pewno posiedzą tu jeszcze trochę, więc szkoda tych pięknych stópek na takie katusze.
Pomimo wielu prób namówienia Charlie to Tal Rasha została skazana na zmęczenie dziewczynki w drobnych grach typu Twister. Szczytem zaangażowania okazało się wydawanie komend (pewnie tylko dlatego to robiła) przez panią Hodges – prawa ręka na czerwony; był niebieski, ale w ten sposób ustawiała al-Hazir tak „jak chciała” – a także odgadywanie szarad córki, dopóki nie nadeszła pora na ostatnie trzydzieści minut przed planowanym snem. Czworonóg korzystał z wielkiej poduszki w pokoju Grace pomiędzy pluszowymi minionkami i wraz ze swoją ludzką przyjaciółką czekał już tylko na jedno…
Bach! „W pustyni i puszczy” zasłoniło niewielki katalog dokumentów – po chamsku, bo to była w końcu randka – na stole, do których usiadła Charlotte, kiedy Tal Rasha zajmowała się dosuszeniem włosów dziewczynki.
Odłóż te finanse i przeczytaj jej chociaż jeden rozdział na dobranockę – uniosła dłoń konkretnie. – Jesteś na randce ze mną. Albo to zrobisz, a potem miło posiedzimy, albo wracam do domu. – nie ma alternatyw ani innych rozwiązań, przy czym nie była ani trochę złośliwa czy zła. Obiecała, że nie zdradzi tej małej tajemnicy-życzenia Grace, które wyszeptała jej na uszko i dlatego to nie ona teraz siedziała przy łóżku siedmiolatki z otwartą książką w połowie. – Kiedy już zaśnie, nie budź od razu Gustava. – ten wulkan energii nie da im żyć po całym dniu.
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 6 Styczeń 2019, 23:37   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Odnalezienie w Charlotte rodzicielskiego zaangażowania, takiego porządnego a nie od prezentu do prezentu, było jak odkrycie Atlantydy. Wielu się zastanawia gdzie jest, chociaż w rzeczywistości to tylko mit pisany przez szalonego wariata. Al-Hazir z pewnością była szalona nie tylko dlatego, że stawiała Hodges warunki, które innym nie uszłyby na sucho, ale również przez wiarę w matczyne możliwości kogoś, kto o wiele lepiej czuł się przy dokumentach niż własnej córce. Nie obiecywała przecież, że odda się temu pomysłowi całkowicie. Na koncert przytaknęła, bo ile taki trwać może, ale pilnowanie córki bądź co bądź musiało przeciągnąć się do później pory, więc pojawienie się dokumentów w tzw. międzyczasie, to raczej nic zaskakujące. Nie w przypadku Hodges, która westchnęła ciężko puściwszy dokumenty i chwilę przyglądała się książce o dwóch białych dzieciach i murzynach. Zalatywało rasizmem na odległość, ale skoro Grace w swej kolekcji miała ów książkę, to niech będzie.
- Zgoda, ale potem chce nagrodę. – groźby groźbami, ale nie będzie robić nic za darmo, nawet jeśli jako matka powinna. To za tę cebulę na policzku i tłuszcz na palcach od pizzy, której zapach ciągle czuła na opuszkach (było w łazience Harveya było do bani). Przynajmniej, kiedy nikt nie widział, zdążyła rozpiąć koszulę o te dwa guziki, bo była w domu; nie swoim, ale rościła sobie do niego spore prawa zwłaszcza, że Harvey finansowo nie podołałby mając na karku również spore koszty prywatnej szkoły Grace. Charlotte nigdy nie wykorzystywała tego jako argumentu w kłótni, bo chodziło głównie o dobro córki, ale jak będzie trzeba to i tę kartę wyciągnie. Lepiej jej nie prowokować, bo to skończy się źle, czego nie można powiedzieć o czytaniu, które całkiem dobrze jej szło. Na początku miała tylko pewne problemy z wyborem miejsca, aż Grace sama zaproponowała by przysiadła na skraju łóżka, co było wręcz zbawienne, bo nie widziała siebie kulącej na jednym z małych krzesełek dla dzieci.
- " ...I Wielki Duch na prośbę dobrego Mzimu obroni was od napaści i od niewoli, i od szkód w waszych polach… i od lwa, i od pantery, i od węża, i od szarańczy… – Niech tak uczyni…”
- Nie są zbyt postępowi, prawda?
- Skąd znasz takie słowa? – elitarna szkoła to jedno, ale wszystko miało swoje granice.
- Podczas świąt powiedziałaś wujkowi Karmelowi, że partia Trumpa to niepostępowy beton-konserwowy. – od kiedy dzieci pochłaniały wszystko co usłyszały? Od zawsze. Mówi się, że nauka najlepiej przychodzi właśnie za młodu, co oznaczało również, że wszystko co wyczytane, wysłuchane i zaobserwowane, silniej zakorzeniało się w młodym umyślnie. Nic dziwnego, że ona sama była aż tak spaczona. Dobrze, że chociaż Grace wyjdzie na ludzi.
- Jesteś niemożliwa. – uśmiechnęła się pod nosem siląc na jakiś gest, lecz wtedy zadzwonił telefon i już wiedziała, że to nie byle kto a Harvey. Szykowało się kazanie za to, że odesłała nianię, że nie powinna tak bez zapowiedzi pakować się do jego domu zmieniając zdanie i teraz on biedny musi wrócić a chciał.. tu mu przerwała w trakcie nie okazując żadnych emocji by Grace nie wyłapała, że rodzice znów się kłócili. Jednostronnie, ale jednak. Hodges krótkimi komunikatami dała do zrozumienia, że były mąż nie musiał wracać do domu, zaś ona zostanie z córką i na pewno sobie poradzi. Po tym od razu przekazała słuchawkę córce najpierw jednak uprzedzając dubbingowca by nieco zmienił ton. Po wszystkim się rozłączyła i wróciła do czytania aż mała padła albo ze zmęczenia albo z wrażenia, bo to najpewniej pierwszy raz, kiedy mama czytała jej na dobranoc (w ogóle) w towarzystwie Bernarda i Alexa.
Odłożyła książkę na półkę i dbając o porządek w tym domu postawiła sobie za cel domknięcie szafy, której drzwi blokowało coś pluszowego. Wielki Misiak ledwie mieścił się w środku, ale to nie on zwrócił uwagę Hodges.
- Grace stwierdziła, że jesteś jak Martha, bo się ciebie słucham.zostaw sztućce, zdejmij buty, kręć wskaźnikiem, nie mów zielone kiedy jest żółte. Odsunęła się od framugi, o którą stała oparta przez chwilę obserwując al-hazir. Wykorzystała to, że nie miała na sobie obcasów i cichymi kroczkami dotarła na dół nie zamierzając się ujawniać, dopóki kobieta sama jej nie przyuważyła. – I jak? – rozchyliła ramiona, co z dłońmi schowanymi w kieszeniach wprawiło w ruch skórzaną kurtkę. – Nadal całkiem nieźle leży. – musiała przyznać, uprzednio sprawdzając swe odbicie w łazienkowym lustrze. Obróciła się wokół własnej osi ujawniając jakąż to kurtkę na sobie miała, bo to właśnie odkrycie, które dostrzegła w szafie córki. King Bruce Lee Karate Master. – Dzwonił Harvey. Nie wróci na noc – dodała, gdy znów złapała spojrzenie Tal Rashy nie chcąc zdradzać, że to nie była przyjemna rozmowa. – a ja odprawiłam nianię, więc jeżeli masz ochotę na niezapowiedzianą noc z Bruce’m Lee, to ja nie stanę wam na przeszkodzie. – jakby faktycznie mówiła o mistrzu karate a nie sobie noszącej ów imię na skórzanej kurtce.
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 7 Styczeń 2019, 12:53   

Po sprawdzeniu czy aby na pewno Charlotte spełnia swą matczyną powinność, zeszła po schodach z powrotem do salonu w duchu stwierdzając, że życie byłego męża różniło się znacznie od tego, co prezentowała jego ex. W kąciku przy regale pełnym książek o anatomii aparatu mowy, nauki prawidłowej dykcji i lekcji logopedycznych na papierze stał kosz z drobnymi pluszakami, co wystawały spod wieka, którego nigdy nie szło domknąć przez przeładowanie pluszem. Na ścianie obok ramki z Jimmy'm Hendricksem i jego słynną odwróconą gitarą na półeczce tkwiły poukładane kolorami opakowania gier z dzisiejszym Twisterem; świętością były Scrabble z edycji limitowanej Disneya, które nawet Grace wyciągała jedynie na “specjlane” okazje. Gdyby miały więcej czasu, na pewno siedmiolatka zaskoczyłaby kobiety swoim bogactwem językowym, niedostosowanym ani trochę do wieku, choć miała problem z wypowiedzeniem słowa “rasizm”. Gdzieś w trakcie sprzątania ze stołu - z wyłączeniem dokumentów Charlie, które pozostawiła nienaruszone nie z lenistwa a czystego szacunku wobec pracy pani prezes - jej uwagę przykuła opuszczona przodem do blatu fotografia. Powiedziała sobie, że tylko rzuci okiem, bo to przecież nic złego dać upust drobnej ciekawości, ale najpierw będzie tak dobra i nastawi wąską zmywarkę w kuchni. Akcenty. Znowu. Magnesy z literkami trzymały obrazki, które już wcześniej zdążyła przeanalizować, a po podpisie w prawym dolnym rogu i dziecięcej kresce wiedziała, kto był autorem tych kolorowych prac wspieranych przez świecówki Crayona - o ile Harvey nie miał dziwnego zboczenia wieszania własnych prac na lodówce i specyficznej kreski.
Minęło może dziesięć minut odkąd maszyna zaczęła płukać uwalone talerze i drugie tyle gdy skończyła pakować porwane kartony pizzy do kosza na tekturę, a zatrzymała się przy ramce z uśmiechniętymi rodzicami i malutką dziewczynką na rękach ojca. Tal Rasha stworzyła własną historię rodzinnego zdjęcia i z szacunkiem należytym postawiła prosto wśród pozostałych fotografii dokumentujących okres dorastania Grace. Przesunęła jeszcze dwa centymetry w prawo, aby kąt zgadzał się z resztą i pogrążona w zamyśleniu doszła do wniosku, że nie posiadała żadnego zdjęcia najmłodszej z rodzeństwa al-Hazir. Nie zdążyła zabrać choćby sztuki z albumu, mając w portfelu jedynie ukryte ujęcie ze swoich lat dwudziestych, a dziesiątych Hakkana.
Zastanawiała się w trakcie obracania paczki papierosów w dłoniach na skórzanej pufie czy wspomnienie o Ayi kiedyś przestanie być wyraźne. Sześć sztuk mentolowych L&Mów - na złość, nie lubiła ich, ale tylko takie zostały w sklepie a szkoda się wypalić - postukiwało we wnętrzu z plastikową zapalniczką żarową, im bardziej drążyła temat, usilnie chcąc wypalić w pamięci gorącym metalem każdą rysę twarzyczki młodszej siostrzyczki. Zaklinała neurony, aby jej nie zawiodły.
Wetknęła papierosa do ust i wstała z pufy, zamierzając wyjść na niewielki taras, aby nie pozostawić przykrego zapachu ciężkiego dymu w domu, lecz w tej samej chwili Charlie odezwała się. Tal Rasha spojrzała przez ramię, opuszczając powolutku opakowanie papierosów.
Mądrala z niej. – uśmiechnęła się a biała bibułka po środku ust podniosła dyskretnie wraz z kącikami ku górze na widok znajomej kurtki Mistrza Karate. Wetknęła paczkę do tylnej kieszeni jasnych jeansów, zgarnęła papierosa za prawe ucho i zagwizdała, jak zalotnicy z Grease na widok Sandy w skórze, co mówiło wszystko, czego nie mogłaby ująć w kilku prostych słowach. Podeszła do Charlie, aby dłońmi przejechać po ramionach, połach kurtki, grubym zapięciu stylizowanym na ramoneskę z porządnym suwakiem i z bliska przyjrzała się całości. Badass.Ty Springsteena poznałaś – zaznaczyła, chwytając za kołnierz i przyciągnęła bliżej z szatańskimi zamiarami jasne usta, znowuż pogrywając na ostatnich centymetrach. – tak będzie tylko fair. – gdy po tak długim czasie mogła z nią być bez obaw o cokolwiek.
Noc jeszcze młoda, a Harvey nie wracał szybko do domu. Grace i Gustav ‘Guzz’ grzecznie spali, więc co miało pójść nie tak? Odnalezienie sypialni i bezkarne pogniecenie pościeli? Bez problemu, a Charlie z rozwianymi włosami na granatowej poduszce wyglądała coraz lepiej z każdym rozpiętym guzikiem i brakiem spódniczki, która zaległa na zimnej podłodze tuż obok białej bluzeczki al-Hazir. Opróżnienie barku mężczyzny? Nie miał nic zadowalającego - nawet wódki - ale niszowy gin zmieszany z cytryną i likierem curacao zdał jako tako egzamin (tylko szklaneczka). Zapewnienie rozrywki innej niż seks? Nic trudnego, zwłaszcza, że o dziwo Carmichael był dumnym posiadaczem aparatu analogowego, więc grzechem byłoby nie skorzystać i przeznaczyć prawie całą kliszę na to jedno ujęcie blondynki na krześle przy ledwo spuszczonych żaluzjach (ten facet chyba lubił lata siedemdziesiąte), bez ubrania poza wysokimi butami, kurtką i pozostawionymi śladami czerwonej szminki, którą Tal Rasha własnymi ustami ozdobiła szyję, dekolt i wszystkie te miejsca, których nikt nie zobaczy na zdjęciach, bo były tylko jej.
Dostanie wścieklizny, jeśli się dowie, że noszę jego koszulę i w jaki sposób spędzam z tobą noc w tej sypialni. – mruknęła pomiędzy pocałunkami. – Ale nie znam go, więc jest dobrze. – tak naprawdę Harvey powinien być wdzięczny. Nie każdy mężczyzna mógł pochwalić się taką historią nudnej sypialni. Siedziała wygodnie na udach Charlotte z przewieszonymi nogami przez podłokietnik krzesła sesyjnego, mozolnie zawijając jasne kosmyki na palce przy uchu i smakując ust Hodges według uznania.
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 7 Styczeń 2019, 21:07   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Love is the drug and I need to score~ (klik). Tak było.
Harvey wściekły jak osa? Nie przeszkadzało jej to, chociaż patrząc z perspektywy rozwodu najpewniej nie zasłużył sobie na takie traktowanie, bo to Charlotte była powodem ich rozstania. To jej należało robić świństwa a nie na odwrót tylko, że kobieta miała mocno wygięty kręgosłup moralny i wcale nie myślała w takich kategoriach. Właściwie to miała do niego żal, że nie rozumiał tego, co zrobić musiała, a potem również do siebie, iż nie zorientowała się w porę, jak bardzo Carmichael ją drażnił. Był przesłodzony w swej istocie niczym ogromna beza zrobiona z samego cukru. Z początku dobry, ale z czasem robiło się niedobrze od nadmiaru czystej sacharozy. On chciał więcej a ona miała już dość i choć to nie był główny powód ich rozłąki, to wszystkim wyszła ona na dobre. Niekoniecznie Grace, ale z czasem pojmie, że i dla niej to życie potoczyło się dobrze, nie licząc kłótni rodziców, za które należały się Harveyowi te wszystkie nieprzyjemności. Mężczyzna załaził Charlotte tak głęboko pod skórę, że z ogromną rozkoszą zajęła jego sypialnię wraz z Tal Rashą. Robiła tam wszystkie nieprzyzwoitości i bawiła w sposób niewychodzący poza jej naturalną strefę dobrego wychowania. Poza tym, nieopodal spało dziecko, więc to była w miarę cicha rozkosz przy użyciu tłumiącej ją poduszki.
- Przeżyje to. – były mąż, w którego wewnętrzny spokój wierzyła, chociaż w odniesieniu do niej ostatnio był bardziej wybuchowy niż po tym, jak jeden z nauczycielki oskarżył Grace o kradzież paru dolarów od koleżanki tylko dlatego, bo jest czarna. – Najwyżej urządzimy sobie kolejną rundę kłótni ex małżonków.jeżeli się dowie, co było istotne, ale Charlotte machała na to ręką, którą przesunęła po zewnętrznej stronie uda al-Hazir aż po pośladek i śmiało wsunęła pod koszulę przy tym karmiąc swe oczy ciemną otchłanią drugiego spojrzenia. – ”Lecz choćby oczy jej były na niebie, a owe gwiazdy w oprawie jej oczu, blask jej oblicza zawstydziłby gwiazdy.” – Shakespeare chodził za nimi, jak wiele innych ładnych słów mówionych szeptem, w tajemnicy najsłodszej, jak usta te miękkie i ciepłe smakowane pomiędzy rozmowami a niespodziewaną myślą, że dla nich warto przeżyć choćby setkę takich kłótni. – Poza tym, wyglądasz w niej o wiele lepiej. – na ułamek sekundy zerknęła na koszulę by po chwili znów swymi lodowato błękitnymi tęczówkami spojrzeć na Tal Rashe tak, jakby to tylko ona mogła je rozgrzać; rozgrzać ją. Pięknie i niepokojąco zarazem, lecz nawet strach przed utratą warto było stłumić dla tych drobnych chwil razem, razem wśród innych i oddzielnie by móc zatęsknić.
- Tylko nie zapomnij zabrać kliszy. – to jedno musiała mieć pod kontrolą, chociaż jeżeli faktycznie zostaną przyłapane, to zdjęcia będą najmniejszą zgrozą dla ex męża. – Grace ją znajdzie i zobaczy, że podwędziłam kurtkę. – bo to oczywiście było najważniejsze w tym wszystkim, co podkreśliła delikatnym rozbawionym uśmiechem. – A potem zapyta nas, czy będziemy się całować. – przewidziała wszystko, czemu sama sobie przytaknęła całkowicie przekonana, że właśnie tak będzie a ona wtedy zrobi to, co teraz, czyli raz jeszcze czule ucałuje Marokańską Księżniczkę, Syrenkę, Pegaza, Springsteen’a, Hachiko… - Zdziwi się, jak zobaczy zdjęcia na okładce Forbes’a. – każdy byłby zszokowany. – Nadawałyby się. – nadal mówiła cicho i z nutką przekonania, acz z cwanym uśmieszkiem, bo droczyła się tylko wcale nie zamierzając dzielić z kimkolwiek tymi przeżyciami.
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 7 Styczeń 2019, 23:07   

Słodziła w nieprzesadny sposób - wyrafinowany, starannie wyważony, aż chciało się więcej i więcej. Dokładnie tak widziała te miłe akcenty, co padały raz po raz z ust Charlotte, przy czym nie chciała się temu ani trochę opierać, bo chciała wierzyć choćby przez moment, że wszystko było prawdą. Komplementy, dotyk, uśmiechy i droczenie pomiędzy nimi; skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie brała na to wszystko minimalnej korekty, tak jak zapewne teraz Hodges na moment odłożyła narkotykowy peryskop na bok żeby zwyczajnie chłonąć i smakować tkaną przez obie kobiety atmosferę, gęsią skórkę, ilekroć chłodne dłonie dotykały rozpalonej skóry Marokanki, mieszankę znajomych perfum i lawendy, którą przesiąkły ubrania al-Hazir z wyjątkiem koszuli Harveya, którą Charlie uważała za swoją „ulubioną i dlatego powinna zniknąć z szafy tego nudziarza”. Teraz należała do Tal Rashy – na pewno mężczyzna nie zauważy deficytu zbyt zajęty próbowaniem dojść do tego czy jego ex nie podłożyła nigdzie ukrytej kamery albo nie zrobiła Grace prania mózgu.
Krótko spojrzała na leżący u krawędzi łóżka wiekowy aparat, zwrócony obiektywem do pogniecionej pościeli. Nie musiała jej tego przypominać – zamierzała tego dopilnować, bo klisza miała dla niej bezcenną wartość, co bez słów potwierdziła najpierw rozbawionym prychnięciem, a potem uspokajającym całusem w skroń.
Może i tak, ale… – powolutku wsunęła dłoń pod kurtkę na wysokości obojczyka i z wyczuciem poczęła odsłaniać mleczną skórę, aż obnażyła miejsce pamiętające ślad po zębach naćpanego baranka. – ... te odbitki zachowam dla siebie. – paznokciami nakreśliła okrąg, jakby pieczętowała przysięgę pięknym głosem, którym mogłaby opowiadać te mniej grzeczne bajki na dobranoc. – Chciwy świat niech zazdrości, bo nigdy nie zobaczy tego, co ja. – a było na co patrzeć i z wypiekami na policzkach przyjdzie jej czekać, aż zdjęcia w prowizorycznej (McGyverowskiej) ciemni zaczną wyglądać. Córeczka tej seksownej mamusi nigdy nie dowie się o istnieniu tych fotografii, chyba, że sama przetrzepie ruderę Tal Rashy bez ostrzeżenia, a w to – z całą sympatią do siedmiolatki – szczerze wątpiła. Wcale nie tylko przez przezorność Charlotte, która zdecydowanie nie pozwoliłaby dziewczynce na eskapady do dzielnicy Canaryville, gdzie za samo chodzenie w biały dzień po ulicach można dostać guza. „Darmol” był codziennością w tamtej części Chicago. Sama również dopilnowałaby, aby ten cukrowy aniołek trzymał się z dala od takich miejsc; to, że Rama tam mieszkała i miała jeszcze zdrowe, niepołamane nogi, nie oznaczało, iż wszystko było w porządku.
Jak wspominasz swój pierwszy raz? – pytanie z zaskoczenia? Wywróciła oczami wobec zdziwienia kobiety. – Tylko jedno ci teraz w głowie… Z Grace, Charlie. Krótka przerwa, przyjemności później. – zaznaczyła uważnie, przesuwając dłoń pod kurtką niżej na okrytą pierś, brzuch i tak z powrotem ku górze do miejsca po zębach. Nieopodal tkwił ślad ust al-Hazir, które w większości straciły charakterystyczną czerwień. Zaledwie pierwsza runda… Pierwsza i połowa drugiej, jeżeli liczyć tę małą sesję zdjęciową jako grę wstępną do części drugiej. – Powiedziała mi, że nigdy jej nie czytałaś, bo byłaś zapracowana – mała nie trzymała buzi na kłódkę, co to, to nie i wcale też nie skarżyła się ani nie ubolewała marudnie. Zwyczajnie była wyrozumiała w swym dziecięcym smutku. – a jednak zamiast mnie poprosić, abym się nią zajęła, odłożyłaś firmę na bok, gdy tak bezczelnie ci przerwałam. – to należało podkreślić pytającym uniesieniem jednej brwi i łagodnym, ale cwanym uśmiechem, gdy dyskretnie palcami rozmazała szminkę przy mostku. Intrygujące wzory rodem z samego Maroka powolutku okrywały trzon, jak inkantacje lub uspokajające czary, co by pani matka nie wściekła się za zwyczajną ciekawość.
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 8 Styczeń 2019, 13:21   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Zaskoczyła ją nie tylko samym pytaniem, ale jego istotą oraz znaczeniem, bo zmusiła do skupienia się na czymś, co Charlotte starała się ignorować. Co czuła czytając córce? Jak to przeżywała? Pytanie brzmiało raczej, czy w ogóle to do niej przemawiało. A powinno? Skomplikowana sprawa warta przemilczenia, którego w tej chwili Tal Rasha uznać nie chciała z początku tylko rozmazując szminkę na jasnej skórze, lecz potem tak uparcie się w nią wpatrywała, że zmusiła Hodges do sięgnięcia nieco głębiej; niestety tyczyło się to jej własnego wnętrza i prawdopodobnie istniejącej duszy.
Powędrowała spojrzeniem w stronę okna dając sobie chwilę na przemyślenie tej kwestii, która była dla niej tak samo problematyczna, jak ostatnie zachowanie przy stole. Wykrzesanie z siebie czegoś innego niż do tej pory wymagało sporo wysiłku, wręcz ogromnego, jak przerzucenie cegieł z jednego kontenera do drugiego.
- Harvey był pewien, że dziecko mnie zmieni. – poszła na około, bo nadal nie znała odpowiedzi na zadane pytanie. - Nie wziął tylko pod uwagę, że ja nie potrafię być standardową matką. – jej własna taką nie była i ona także miała z tym problem, chociaż wszyscy mówili, że bardziej wdała się w ojca. Co za różnica? Obojga nie było w domu, traktowali dzieci w taki a nie inny sposób, więc czy to w nią czy w niego, nie robiło wielkiej różnicy. - Przynajmniej raz był szczery sam ze sobą i przyznał na głos, że nie chce by nasza córka stała się taka, jak ja. – nawet nie miała o to żalu. – Też tego nie chce. – dodała po krótkiej chwili, po której zdecydowała się wrócić spojrzeniem na kobietę. – Nie chce by stała się kimś, kto nie potrafi określić, co czuł czytając swej pociesze. – i miała wrażenie, że tego już nie zmieni, bo z automatu zamykała się na te przeżycia, których całkowite doświadczenie przypomni o tym, potłumiła najbardziej. – By czuła potrzebę zamykania się we własnej skorupie. – dlatego unikała siedmiolatki by ta gdzieś w trakcie nie wyłapała zachowań matki. Prędzej mogłaby zostać drugim ojcem, ale nie do przesady, bo będzie przesłodzona jak Carmichael i ten jego głos podkładany pod bajkowe (równie przesłodkie) postacie. - Zawiedziona? - musiała o to zapytać, bo mimo starań al-Hazir i jej przekonującego, wręcz bezczelnego, szantażowania Hodges, niewiele się zmieniło. Właściwie nic, nie licząc jednego małego doświadczenia z czytaniem do snu.
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 8 Styczeń 2019, 14:04   

Melancholia dyskretnie wtargnęła do sypialni Harveya, otaczając je jak ciężki dym, przez który trudniej łapało się wdech, czyniąc za to wydech przyjemnym doznaniem; nie ma bodaj nic milszego od czystego odpuszczenia.
Pokręciła z wolna głową, odpowiadając na pytanie. Zawiedziona była tylko raz w towarzystwie Charlotte i obecnie nic innego nie zapowiadało przykrej powtórki z rozrywki. Kiedy mowa o Grace, matkowaniu oraz wątpliwościach, nic nie potrafiłoby złamać szacunku czy zrozumienia Tal Rashy, dopóki w ruch nie wchodziły rękoczyny, a tego Hodges nigdy nie podjęła się wobec dziewczynki. Tak, gdyby chodziło o przemoc, wtedy byłaby zawiedziona lecz teraz? W momencie otwierania się tego rzadkiego kwiatu?
Czekoladowe tęczówki utkwiły w niebieskiej toni, a łagodny uśmiech na parę chwil zniknął, ustępując cząstce spokoju, jaką pragnęła zaszczepić w tej kobiecie, bo tak odebrała całą wypowiedź – „nie wiem, w co wsadzić ręce w takich sytuacjach, a nie chcę zrobić jej krzywdy samą sobą”. Może tego nie widziała, ale al-Hazir miała pewność, że to matczyny instynkt (jego setna procenta) przemawiały w głęboko skrywanym smutku.
Teraz nie jesteś zamknięta. – boa zamknięty, boa otwarty. - Mówiłam ci już, że twoje oczy się zmieniają, kiedy z twoich ust płynie prawda? – pytanie retoryczne, pamiętała to, jak wczoraj. – Gdy o niej mówisz, również są inne – odgarnęła pasmo jasnej grzywki na bok i pogładziła policzek Charlie. O tym również pozostali nie musieli wiedzieć. – lecz to nadal ty. – niezmiennie, bezsprzecznie, niepodważalnie, a każdy, kto będzie się z nią kłócić w tej kwestii, skończy marnie. Nawet były mąż. – Myślę, że znasz odpowiedź, ale nie umiesz jej nazwać, bo to coś nowego w twoim życiu. Jak... skok ze spadochronu albo jazda na nartach. – czytanie dziecku historyjek na dobranoc; nie każdy mógł być bohaterem w cudzym domu. – Może poznasz ją, jeśli… zgłębisz temat? – nie wiedziała, jak ująć w fachowych słowach ludzi biznesu prostą rzecz „spędzaj z nią więcej czasu”, aby a) nie urazić i b) nie zniechęcić Charlotte to próbowania. – To cię nie zmieni – od razu ją uspokoiła. – ale na pewno pozwoli ci lepiej poznać siebie samą. – skorupa, dystans, chłód, niewiedza – wszystko mogło zniknąć, jeżeli tylko da temu szansę. Wsunęła ukradkiem palce w mleczną dłoń i ścisnęła delikatnie, bo nic złego przecież się nie działo. To nic złego, to nic złego…I wcale nie musisz robić tego w pojedynkę.
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 8 Styczeń 2019, 19:10   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Przymknęła powieki czując się lżejsza o tych parę zasad, powinności i konieczność walki ze światem, której nie musiała toczyć w tej konkretnej chwili, u boku zaklinaczki niedoceniającej wpływu, jaki miała na innych. Nie rozumiała, czemu al-Hazir nie doceniała się w sposób w jaki powinna, co ktoś mógłby nazwać ślepym parzeniem na daną osobę. Tylko, że Charlotte ją widziała. Dostrzegała wszystko włącznie z tym za co kobieta mogła się potępiać. Nie znała każdego faktu z jej życia, ale cokolwiek do tej pory usłyszała lub widziała nie przyćmiło sposobu, w jaki patrzyła w ciemne oczy. Tylko tutaj, w tej chwilowej bańce, mogła sobie na to pozwolić; na zmianę w oczach, której nikt inny dostrzec nie powinien, bo to kiedyś wpakuje ją albo Tal Rashe do grobu.
Zerknęła na ich dłonie nie mogąc powstrzymać się od głębokiego wdechu, podczas którego klatka piersiowa uniosła tak wysoko, że kurtka odezwała z cichym pomrukiem nieco już postarzałej skóry. Przegryzła dolną wargę i nieco szybciej, bez uprzedzenia, wyciągnęła szyję by sięgnąć do ust, które ucałować chciała, co jednocześnie było odpowiedzią na ostatnie słowa. Zdania zaginęły gdzieś w przestrzeni a rozum starał się kontrolować wszystko to, co zamierzało wyjść spoza jego rejonu, z okolic centralnych, tuż pod żebrami, gdzie pustkę grzało drugie serce.
- Nie boisz się. – szepnęła tuż po odsunięciu na dwa centymetry, co raczej miało być stwierdzeniem, że ona sama nosiła w sobie wiele obaw w kwestii zbliżania się do drugiej osoby. – Świat dał ci w kość a ty się nie boisz tego, czego ja obawiam najbardziej. – jak? Straciła siostrę, rodzice, którzy kochać powinni (chociaż to tylko mrzonka, której ona również nie doświadczyła), wyrzucili Tal Rashe z domu, a potem tułała się po krajach, gdzie nie zawsze trafiała na ludzi dobrych oraz uczciwych na tyle by przyznać do błędu po zrobieniu świństwa. – Jesteś szczera z tym, co czujesz, nie kryjesz urazy, wręcz prezentujesz ją śmiało, nie oszczędzasz w dobroci, nie uciekasz przed delikatnością i rozumiesz to, co dla mnie jest rzadkością. – w tym al-Hazir miała rację. Charlotte była inteligenta, robiła w życiu wiele rzeczy, ale w przypadku emocjonalnych więzi z innymi, była jak dziecko we mgle, które cicho zazdrościło towarzyszce, tego ogromu doświadczeń w kwestii dla niej nieosiągalnej. – Nie boję się uczuć. – oszczędność ich wynikała z prostej przyczyny. – Boję się stracić tych, których nimi obdarzyłam. – czasem też czuła, że to z ich powodu dochodziło do ów straty, dlatego trzymała dystans, była zimna i zamknięta w skorupie, do której nieświadomie stworzyła furtkę; boczne przejście, przez które wkradały się ciepłe dłonie, jakich dotyk pamiętała już na całym swym ciele.
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 8 Styczeń 2019, 20:05   

Richard. – bezgłośnie poruszyła ustami, bo tego imienia nie wypowiadało się głośno, jeżeli nie wiązało się bezpośrednio z opowiedzeniem historii przez blondynkę. Niepisana umowa – nie drażniła, bo sama nie chciała być drażniona. – Boję się. – sprostowała prędko, zmieniając snop reflektora na siebie. – Lecz o wiele bardziej pragnę ciepła, niż chodzenia po wiecznej zmarzlinie. – nawet gorące piaski Sahary bywały zimne, a odkąd zniknęło jej Słońce nie czuła czystego szczęścia. Nie było nikogo, kto mógłby ją ogrzać, a nawet jeśli – wyłącznie na chwilę. Selina świadkiem pociągu do Barcelony i wylanych łez. – Straciłam już wszystko, co tylko mogłam. – mruknęła po chwili zamyślenia, lokując podbródek na obojczyku ze śladem szminki. – To nie sztuka cieszyć się życiem pełnym niczego. Więcej kosztuje świadomość, że to jedyna szansa. – jedyne życie zagrożone przez poglądy ślepych na prawdziwe pojęcie umiłowania innych. Pamiętała o tym nawet wtedy, gdy mogła spokojnie schować jestestwo w ramionach Charlotte, jak teraz kiedy skóra kurtki o charakterystycznym zapachu przyciskała koszulę Harveya na plecach Tal Rashy. Ja cię obronię.Boję się, ale wolę żebrać o miłość, niż mieć puste ręce bez fantomowego ciepła, bo najpiękniejszy wschód wzrusza mnie w przykrości, przypominając o niczym. – niczego bardziej w świecie nie chciała posiadać, jak bezgranicznego uczucia, które mogła w kimś ulokować. – Taka już moja dola. – balast z jakim albo przyjmowało się ją w swe progi, albo odrzucano – nic pomiędzy. Aya była dzieckiem, które nie znało zła wobec innych i to na nią przelała wcześniej całe kochanie, bo zwyczajnie nie cierpiała z jej powodu – do czasu. Narkotyki dolały oliwy do ognia. – Nie odsuwaj Grace. – nie nakazywała ani nie prosiła. – “Dorośli nigdy nie potrafią sami zrozumieć. A dzieci bardzo męczy konieczność stałego objaśniania.” – zacytowała oryginał kolejny raz udowadniając, że Mały Książę nie był wyłącznie dla maluczkich. – Nic nie robiąc, stracisz ją mocniej i bardziej, niż starając się wszystkiemu na przekór. Poza tym, widzisz ją jako zwykłego dubbingowca? – wjazd na ex musiał być, dodając odrobinę humoru. – Bo jak dla mnie mogłaby podbić świat.
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 8 Styczeń 2019, 21:39   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Historia z Richardem miała drugie dno, ale z całego serca jakim go kiedyś kochała, nie potrafiła ciągle tępić za jego uczynek i to, że pozwolił siostrze przeżyć ogromną bezsilność wobec nagłej decyzji i wciąż jeszcze ciepłego ciała wiszącego na sznurze. Nienawidziła go, gdy miała gorsze dni i czuła się osamotniona, ale zarazem uwielbiała, bo tylko dzięki niemu jakoś przetrwała w domu milczących wariatków, którym sama również się stała. Nie potępiała siebie za to wciąż uważając, że nie była gorsza od rodziców, ale zarazem miała świadomość, że jej podejście nie należało do najcieplejszych.
Była wieczną zmarzliną.
Zaś ona ciepłem, którego słuchanie budziło w Charlie potrzebę oddania jej wszystkiego, co miała i zapewnienia, że choć źle jeszcze być mogło, bo świat do kolorowych nie należał, to odnajdzie spokój, choćby chwilowy, dający ukojenie dla zbolałej duszy.
Uśmiechnęła się pod nosem, bo chciała dla córki jak najlepiej, nawet jeśli jej marzeniem będzie zostanie dubbingowcem. Uszanuje to, chociaż mała nadawała się do większych rzeczy. Była na tyle bystra by faktycznie podbić świat, jako ktokolwiek, kim chciałaby zostać. Byleby nie było to kierowanie firmą, bo tego Charlotte chciała uniknąć nie zrzucając na barki Grace tak ogromnej odpowiedzialności. Poza tym, nie była krwią z krwi Hodges’em, więc miała w sobie więcej z człowieka niż wspomniana część rodziny. Powinna to wykorzystać, być bardziej ludzka dla świata, który kiedyś na pewno o niej usłyszy, lecz o wiele mniej ust będzie mówić o niej złe rzeczy. Tego chciała dla niej Charlotte.
- Zgrzeszę teraz względem rozumu – zapowiedziała, bo była realistką. Nie wierzyła w przesądy ani wybujałe stwierdzenia, których realizacja nie byłaby możliwa, ale skoro wyznała swą największą obawę często prześladującą ją w koszmarach, to mogła również dać się ponieść i powiedzieć coś, o co nigdy by się nie oskarżyła. – mówiąc, że chciałabym zatrzymać ten moment na dłużej. – by nie powiedzieć, że na wieczność, bo to już nie tylko grzech względem rozumu, ale również zniewaga wobec nauki. – Rozmawiać z tobą o rzeczach ważnych, bo nie jest ci obojętne, jak żyć i nie boisz się o tym mówić, nawet jeśli serce boli a oczy – ah te oczy. – Zamknij je. – poprosiła rozplątując ich splecione dłonie, żeby móc swą położyć na policzku i na moment unieruchomić kobietę, na której powiekach złożyła drobne pocałunki. – i mnie nakłaniają do mówienia, w czym nie ma nic złego chyba, że me pragnienie twego ciała. – kolejny grzech na koncie. – Byłaś dziś taka podniecająca, że przez chwilę miałam ochotę namówić Mateo by jeszcze raz sprowokował cię do solówki, ale – przesunęła spojrzeniem po przydużej koszulki i gołych nogach, które wcześniej ciągle gładziła. – wtedy może nie siedziałabym tutaj i nie mogłabym zrobić tego. – jeszcze raz złapała dłoń Tal Rashy w swoją i ucałowała jej zewnętrzną stronę. – Tego. - usta powędrowały na szyję zostawiając na niej mokry ślad. – Ani tego. – kolejny pocałunek z początku tylko muskający ciepłe wargi, w które wpiła się nieco łapczywiej, jak spragniony wody dubbingowiec.
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 9 Styczeń 2019, 09:17   

Płynnie przechodziły od jednego do drugiego, jak w dzisiejszych tańcach na zajęciach u Mateo. Od słów wyznań po pełne uczucia i pożądania pocałunki, którymi została zasypana, oddając równie zapalczywie podarowaną dobroć. Wpakowała dłonie znowuż pod kurtkę, niecierpliwie zsuwając ją do łokci, bo dalej przeszkadzało krzesło. Ukradkowe uśmiechy, niema wdzięczność za komplementy, których słuchała równie chętnie, co obaw, chłonąc całość, bo część to za mało. Zadrapała paznokciami skórę na brzuchu pełnym śladów po szmince i brnęłaby dalej, gdyby nie nieśmiałe pukanie w drewno.
Mamo? – cichutki głos dochodził zza zamkniętych drzwi sypialni, na które obie spojrzały równocześnie i znowu po sobie. Praktycznie pozbawione ubrań miały zostać przyłapane na rzeczach o których Grace pewnie już coś wiedziała ze szkoły, ale nadal…
Ubierz coś. – co oznaczało, że ona kupi jej trochę czasu, niechętnie wstając z wygodnego krzesła, ale jak mus to mus. Poprawiła zapięcia koszuli w pośpiechu, ciesząc z faktu szerokich barków chuderlaka dubbingowca i upewniwszy przy drzwiach, że Charlie wycofała się w bardziej prywatne miejsce (łazienka ex), powolutku otworzyła drzwi, napotykając małego skrzata ściskającego Alexa z uwieszonym nań Bernardem w drobnych rączkach. W oczach błysnęło, a nieśmiało pociągany nosek z wykrzywionymi usteczkami sugerował znawczyni tej ekspresji jeden scenariusz z życia wzięty.
Rama… – nie potrafiła wydusić z siebie wiele, przylgnąwszy do Tal Rashy, jak przerażony niedźwiadek do swej mamy (przyszywanej). Drżała, choć była ciepła. – Rama… – jęknęła w koszulę, zaciskając palce na materiale.
Och, kochanie... – zerknęła we wnęke drzwi poszukując czworonożnego przyjaciela dziewczynki, lecz po Gustavie ani śladu. Kucnęła, uwalniając się z kurczowego chwytu pociągającej nosem Grace i omiotła wzrokiem zapłakaną, napuchniętą buzię. – Miałaś zły sen? – otarła kciukiem mokre policzki. – Przestraszyłaś się. – kiwanie główką. – Już wszystko dobrze – objęła chude ramionka i przytuliła do siebie mocno od razu kładąc dłoń na miękkich włosach. – jesteś bezpieczna. – czy już wystarczy? Rzut okiem do tyłu – Charlie już była ubrana, a po kurtce ślad przepadł. Skinęła doń, chcąc jeszcze coś cicho wymamrotać do blondynki, gdy Grace mruknęła niezrozumiale w mokrą szyję al–Hazir. Gorące łzy dziewczynki były jak jad – paliły i bolały pustynne serce.
“Chodź” zdawały się mówić usta, kiedy uniosła Grace na ręce; a pluszaki też swoje ważyły. Posadziła maluczkich na łóżku z rozwalonymi poduszkami, jak na wojnie. W takich chwilach nie miało to znaczenia.
Pójdę zobaczyć, co z Gustavem. – otwarty kod, przekaz podprogowy. Charlie musiała zająć się córką, nie ma innej opcji. – Chcesz trochę ciepłego mleka? – zapytała kładąc dłoń na wąskim kolanku i z ulgą przyjęła marną namiastkę potakiwania. – W porządku. – powoli do celu. Będzie dobrze. Czule ucałowała czółko na odchodne i zanim zniknęła za drzwiami sypialni, posłała pokrzepiający uśmiech kobiecie.
”Dasz radę.”
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 9 Styczeń 2019, 18:02   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


W drodze do łazienki udało jej się zgarnąć dolną bieliznę, którą całe szczęście dzisiaj na sobie miała z racji krótkiej spódniczki i zaplanowanych w niej tańców. Gdyby nie to drugie, zapewne zrezygnowałaby z tej drobnej garderoby mając teraz spory problem w ubraniu się przed Grace. Zdołała jeszcze wsunąć dłoń do szafy, z której wyjęła pierwszą lepszą koszulkę byłego męża, czego pożałowała po zniknięciu w łazience, gdzie dostrzegła nadrukowaną nań grafikę (klik). Inne możliwości? Żadnych, nie licząc ręczników, ale te czyste tkwiły poza zasięgiem jej ręki, czyli w szafie w pokoju (najpewniej, ale skoro nie znalazła ich w łazience, to musiały być właśnie tam). Kontrolnie jeszcze sprawdziła te części ciała, których koszulka nie zakrywała, a mogły tam znajdować się pojedyncze ślady szminki i stanęła w progu między łazienką a pokojem. Z dystansem obserwowała Grace i zajmującą się nią al-Hazir czując narastającą panikę w chwili, gdy kobieta oznajmiła chęć sprawdzenia, co z Gustavem. Miała ochotę powiedzieć, żeby nigdzie nie szła, bo mając przed oczami niedawny obraz Tal Rashy z małą od razu dostrzegła kontrast między tym a swym zachowaniem, którym się odznaczy. Pierwsza myśl? Zostawić dziecko samo sobie, bo świat był okrutny i Grace powinna nauczyć się w nim funkcjonować. Druga, to rzucenie jakieś wzniosłej sentencji o strachu – Strach jest wytworem wyobraźni. To kara, cena , jaką płaci się za wyobraźnię. – lub innymi, którymi karmili ją rodzice, po ów słowach zostawiających samą. Całkiem nieźle na tym wyszła, bo teraz nikt jej nie podskoczy, ale czy faktycznie chciała by Grace jej nienawidziła, jak ona swego ojca? Wspominając wydarzenia sprzed ponad roku czuła, że tak, bo wtedy przynajmniej nikt nie odnajdzie w dziewczynce słabości Hodges, którą można wykorzystać. Nie chciała tego kolejny raz fundować dziecku ani nikomu innemu i to również powstrzymywało Charlie przed zbliżeniem.
Jeden niepewny krok w stronę łóżka. Drugi, gdy siedmiolatka obróciła się na bok tak, że teraz patrzyła prosto na nią kuląc wraz z mocno tulonymi pluszakami.
- To nieprawda. To tylko sen. – wydusiła z siebie szukając w głowie odpowiednich słów, ale żadne nie wydawało się na tyle dobre, którymi wcześniej Tal Rasha raczyła małą. Postawiła na milczenie, podczas którego powoli wsunęła się na łóżko jednocześnie rozchylając kołdrę tak by i Grace się pod nią schowała. Również bokiem położyła się naprzeciwko córki, która gwałtownie przysunęła jeszcze bliżej i wcisnęła w anonimową wersję obrazu Edvarda Muncha. Na marne czekać na słowa, które nigdy się nie pojawiły, ale przynajmniej pozwoliła by mała uspokoiła się w jej ramionach wraz z czym znów pojawił się żal do własnych rodziców. To była tylko chwila, bo wiedziała, że teraz czując coś takiego, niczego nie zmieni a jedynie rozchwieje się emocjonalnie, czego przecież przeżywać nie chciała.
Przyłożyła palec do ust sugerując Tal Rashy, że siedmiolatka właśnie zasnęła i zaraz zaniesie ją do pokoju. Napotkała protest, ku któremu wyszła naprzeciw sugerując, że mogły spać razem we trójkę. Łóżko było duże a ona i tak wstanie niezdrowo wcześnie, więc wszystko się rozmyje i może Grace się nie zorientuje (co po tekście z całowaniem i przyłapaniem ich obu w sypialni Harveya nie robiło już różnicy).

Tak jak przewidziała, obudziła się o piątej rano ze świadomością, że musiała trochę nadrobić, więc po cichu zeszła na dół, gdzie w łazience przebrała się w wczorajsze ubrania. Prysznic weźmie w pracy i tam też zaopatrzy się w świeży strój, co i tak wzbudzi w Rachel oraz innych pracownikach ogromne zastanowienie, czemu szefowa przyszła w ubraniach z wczoraj.
Znalazła dokumenty tam, gdzie je wieczorem zostawiła, od razu wszystko zgarniając i zabierając do kuchni. W trakcie oczekiwania na kawę przejrzała elektroniczny terminarz zaktualizowany przez asystentkę i listę wczorajszych połączeń z dopiskami Rachel, dzięki której wiedziała, czy warto do kogoś oddzwaniać.
Resztę czasu przesiedziała z kawą w kubku (bo Charmichael nie miał filiżanek), przeglądając dokumenty i wykonując dwa istotne połączenia, na które mogła sobie pozwolić po szóstej rano. Około siódmej nie była już sama. Nie usłyszała cichych kroków al-Hazir głównie przez trzeci telefon, który dzisiaj wykonywała. Była właśnie w trakcie rozmowy, gdy zauważyła i powitała delikatnym uśmiechem, co zmusiło również to sprawdzenia godziny. Musiała pilnować czasu, ale nie zapomniała też o krótkim buziaku w trakcie nie słuchania rozmówcy po drugiej stronie. Kiwnęła głową na paczkę płatków i wzruszyła ramionami, bo choć śniadanie mogło być bardziej wykwintne, to ona jakoś specjalnie nie miała ochoty grzebać po szafkach byłego męża by szukać wszystkiego co niezbędne do przyrządzenia choćby jajecznicy. Wprawdzie sama jeść nie będzie, bo nie miała ochoty, ale nie karze głodować całej reszcie.
Rozmowa choć stricte biznesowa zawierała w sobie wiele elementów z branży komputerowej, co brzmiało nietypowo w ustach Hodges, która przecież musiała być obeznana w światku przeznaczonym głównie dla nerdów w okularach i przydużych swetrach.
- Też tak chce. – odparła Grace ostatni raz przecierając zaspane oczy, które wlepiały się w siedzącą na blacie al-Hazir. Ona też chciała tak zjeść śniadanie. Nie było zmiłuj zwłaszcza, że sama wstała wcześniej (również z przyzwyczajenia) i już nawet umyła rączki. Tylko Bernard i Alex musieli zostać przy stole, bo jak raz wejdą na blat to ciągle będą chciały, jak to zwierzęta. Tylko Gustavowi się to nie podobało, bo został sam na podłodze, więc z tego wszystkiego chodził za wciąż rozmawiającą w salonie Charlotte a gdy się rozłączyła, to miał okazję złapać ją za kostkę. Smaczny kąsek dopóki znów nie użyje swego ostrego tonu. – Dwudziestego piątego o siedemnastej. Zapamiętaj. – Hodges akurat wróciła w momencie, gdy mała po raz drugi podała datę recitalu w szkole, uprzednio rozwodząc się na temat, dlaczego Tal Rasha powinna przyjść tam razem z Gustavem (który podobno już wpisał to w swój kalendarz).
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 9 Styczeń 2019, 20:19   

Płatki kukurydziane z miodem i mała czarna – prościej się po prostu nie dało. Zrezygnowała ze standardowej dawki zielonej herbaty przez ewidentny niedostatek godzin snu oraz bunt przyzwyczajonego organizmu do wczesnych godzin (ale nie aż tak) pobudek. Odnalazła w tym jednakże partnerkę porannych zbrodni i wychodząc lekkim, cichym krokiem z sypialni, pozostawiając najmniejszych w krainie Morfeusza – ale bez koszmarów – zeszła na powitanie szarego dnia; ciężkie chmury i balansująca pomiędzy zerem a minusem temperatura zapowiadała spadek śniegu lada chwila. Dobrze, bałwanek Grace na podwórku zyska dodatkowe warstwy.
Mhmmm. – mruknęła przeciągle w kubek z tańczącą, różową ośmiornicą. Aktoreczce wyjątkowo zależało na obecności Tal Rashy pomiędzy innymi widzami na spektaklu szekspirowskim, a ona nie była kimś, kto odmówiłby bez konkretnego powodu. Wczesna godzina jednakże owocowała w żarty i żarciki, jak choćby szturchanie Grace stopą, ilekroć ta próbowała wdrapać się na blat kuchenny.
Raamaaaaa! – oburzyła się małolata, aż policzki nadmuchała i pod boki podparła z dziecięcą powagą, co więcej przydawała komizmu, aniżeli czegokolwiek, co tylko dziewczynka chciała osiągnąć. – Mówię poważnie! Będzie mi smutno, jeżeli nie przyjdziesz. – tak prawie na zabój. – A Gustav specjalnie przesunął wizytę w psim spa.
Doprawdy?
Tak.
Mhmmm. – siorbnęła ostentacyjnie, przyuważywszy Charlotte.
Rama!
Szantaż emocjonalny (wyssany z mlekiem z kawy matki) nijak zdał egzamin odwrócenia uwagi Marokanki, bo ostatnia już próba wskoczenia zakończyła się fiaskiem – stópką w czółko, co o dziwo wywołało więcej śmiechu, niż złości Grace. Dziewczynka potarła brwi i zaczęła się cofać. Dwa drobne kroczki i bum – blokada. Zerk do góry – nabuzowana mina.
Mamo – poważny ton prawie na miarę młodego prokuratora, w którego właśnie wcielała się córka Hodges. – Rama się ze mnie nabija.
Rama się ze mnie nabija~ – powtórzyła z rozbawieniem, małpując wysokim głosikiem Grace, która założyła ręce z naburmuszoną miną. Stojąc tuż obok Charlie wyglądała jak jej młodsza, bardziej egzotyczna wersja, za to równie nieustępliwa. – Nie robię ci niczego, czego bym nie zrobiła twojej mamie.
Ją też stopą szturchasz?
Jak mam ochotę jej podokuczać.
Mamo – tym razem ton przypominał surowego wychowawcę niesfornej klasy. – Nie powinnaś pozwalać Ramie trzymać cię pod butem. – małe, wredne, Hodgesowe… Al–Hazir prawie udławiła się resztką kawy, mocno bijąc się piąstką w mostek podczas kaszlu. – Co mówię to prawda! – i wyszła dystyngowanym krokiem obrażonej damy, wołając po drodze Gustava, który już stał z gryzakiem w progu wejściowym.
Załóż ka… ekhu… kapcie! Ekhu, ekhu! – bo gołe stópki z rana nie tyle zapraszały przeziębienie, co ząbki szczeniaka, który od początku miał zabójcze intencje przegryzienia tętnic przy kostkach.
To stópki wodza niedźwiadków brunatnych spod znaku Ursa Major!
Ona jest niemożliwa. – zwróciła się do Charlotte, ocierając kącik lewego oka nadgarstkiem. – Przypomina mi w takich momentach ciebie. – i wcale nie musiała być przy tym związana krwią z matką. Z kim poprzestajesz, takim się stajesz. – Innym razem mam déjà vu. – westchnęła ciężko ze smutnym uśmiechem wpatrując w pusty kubek w dłoniach, ale tylko na chwilę, nie więcej, niż kilka sekund. Zadarła głowę i zsunęła się z blatu, lądując miękko na palcach, zabrawszy ze sobą pustą miskę po płatkach. Powinna coś zrobić też dla Grace, bo uparta siedmiolatka zapewne teraz będzie grała z nią w "udawaną obrazę". – Jak poszła rozmowa?
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 9 Styczeń 2019, 22:29   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


To najpewniej było najzdrowsze rodzinne zachowanie. Wprawdzie stopa na czole to jak pieczęć pełna bakterii zebranych z domowej podłogi, ale wszystko to, co widziała, dalece odbiegało od Hodgesowego domu. Nie teraz, a kiedyś jej własne doświadczenia z rodzicami i to, jak aktualnie zachowywała się przy córce. Niby miała się rozluźnić jak Tal Rasha? Nie potrafiła. Chyba jej szybciej kaktus na głowie wyrośnie niż choć raz zaprezentuje zachowanie podobne do tego, którego aktualnie była świadkiem. Obserwuj i milcz, to właśnie robiła w dłoniach ciągle ściskając telefon, obok którego przeszła obrażona Grace oraz Gustav całe szczęście dający spokój jej kostkom.
Siedmiolatka jednak nie dała spokoju z samego rana, bo skoro była sobota, to trzeba zacząć ją w pełni szaleństwa z bajkowymi piosenkami. Pierwsza w ruch poszła Moana [url= https://www.youtube.com/w...A](klik)[/url], kolejno Pocahontas, Mulan, Herkules, Frozen i wiele innych.
Hodges powróciła spojrzeniem na al-Hazir i nadal nic nie mówiąc podeszła do niej, zapewne zajętej zmywaniem, bo w zmywarce stały czyste rzeczy, po czym objęła od tyłu coraz mniej martwiąc się tym, że Grace zobaczy więcej niż trzeba.
- Mam ich w garści. – stwierdziła śmiało, chociaż nadal nie znała odpowiedzi. – Jedno spotkanie w cztery oczy, może przy drinku, zamknie sprawę. – czuła to w kościach, ale w razie czego przygotuje na wspomniany wieczór parę asów by definitywnie rozwiać wszelkie wątpliwości lub chęci dalszego ‘zastanowienia się’. Tu nie było nad czymś myśleć ani zwlekać, jak ona nie zamierzała odsuwać w kąt pytania, które nasunęło się po poprzednich słowach Tal Rashy. – Twoje deja vu. – cicho odniosła się do tematu po uprzednim pochyleniu i złożeniu krótkiego całusa w szyję. – Nie musisz tego robić, jeżeli źle się z tym czujesz. – przebywając z Grace, której zachowanie i przekomarzanki z nią, wprawiały al-Hazir w melancholijny nastrój. Charlotte nie chciała by w jakiś sposób czuła się z tego powodu gorzej niż powinna i choć do tej pory nie dostrzegła wielkiego bólu w jej oczach (przy Grace) to wiedziała, że mógł być on ukryty głębiej, gdzieś w pustym kubku, w który parę chwil temu Rama wpatrywała się siedząc na blacie. Musiała wiedzieć, że posiada opcje i Hodges nie zamierzała jej do niczego zmuszać najwyraźniej w świecie dbając o jej uczucia.
- Swoją drogą – dodała nieco później, po uzyskaniu odpowiedzi na poprzednie słowa. – trzymasz mnie pod butem? – zapytała z nutką rozbawienia acz z dozą powagi, jakby faktycznie ominęło ją coś bardzo ważnego, co było przedziwne, bo to przecież kobieta, która dostrzegała wiele. Jedno przyznać jednak musiała; Tal Rasha mogła do niej przemówić chyba, że rozchodziło się o kwestię, w której całkowicie się nie zgadzały.
Uśmiechnęła się nieco szerzej gotowa skraść szybki pocałunek, lecz wtedy do ich uszu, pomiędzy jedną piosenką a drugą, dotarło znaczące chrząknięcie. Hodges od razu się wyprostowała i spojrzała za siebie dostrzegając ex męża bardziej wstrząśniętego od niej samej. Zaskoczył ją swą nagłą obecnością, ale to tyle w temacie bycia w szoku. Z niczego innego nie zamierzała się spowiadać.
- W samą porę. – idealne powitanie byłego, przed którym z ociąganiem odkleiła się od al-Hazir nie kryjąc się z tym, że robiła wszystko specjalnie, ale też prawdziwie, bo jeszcze nie skończyły porannego rytuały. Wprawdzie żaden nie istniał, lecz wszystko przychodziło naturalnie, jak w pierwszy poranek, gdy al-Hazir została u niej w domu racząc śniadaniem przyrządzonym przez Marthe.
- Chyba jednak trochę za późno. – ocenił na swoje oko, które zignorowała.
- Grace ma się dobrze. – miło, że pytał. A niby to ona była ignorantką. – Tylko jeszcze nie jadła śniadania, bo – nie dokończyła, gdyż Grace nagle podbiegła do taty, z którym przywitała się należycie dużym uściskiem, a potem kazała puścić, bo bawiła w berka z Gustavem w salonie.
- Nie mów, że kupiłaś jej psa. – wpada raz na jakiś czas i oczywiście przynosi ze sobą prezenty. Cała Hodges.
- To Gustav. Należy do Tal Rashy. – rzuciła okiem na towarzyszkę dając do zrozumienia, że to właśnie o niej mowa. Nawet od razu ich sobie przedstawiła. Tal Rasho to Harvey i na odwrót, lecz mężczyzna nie był skory nawet do uścisku dłoni rzucając niezbyt pochlebne spojrzenie na widok swej koszuli na ciele obcej ‘baby’.
- Masz tupet dziewczyno. – znów nazwał ją dziewczyną, co było strasznie irytujące, bo czasy liceum dawno się skończyły a ona już przekwitła (khe khe) na tyle by z szacunkiem określać ją mianem kobiety a nie byle jakiejś dziewczyny. – Nie dość, że na ostatnią chwilę pakujesz się do mego domu nagle zmieniając plany, to jeszcze
- Jeszcze co, Harv? – zapytała najostrzej jak potrafiła uprzedzając go przed kolejnymi słowami. Lepiej żeby przemyślał to, co chciał powiedzieć, bo inaczej poranek skończy się gorzej niż tylko sprzeczką ex małżonków, z którego jedno chyba zaraz dostanie zawału na widok zgrabnego i znacznie młodszego ‘swego’ odpowiednika. Zgrabne i młodsze owszem, ale ewidentnie Tal Rasha nie była jego odpowiednikiem; no fuckin way.
- Jesteś gorsza niż – znów nie miał okazji dokończyć wypowiedzi, bo do kuchni wbiegła Grace tuż za Gustavem chowającym się za al-Hazir. – Pora już na was. – nie chciał kłócić się przy córce, dlatego zacisnął zęby i całym sobą starał się nie gapić na nogi wystające spod jego własnej koszuli. Czemu w ogóle (i jakim prawem) ją na sobie miała? Co chciała osiągnąć ex żona przyprowadzając tutaj? Jeżeli pragnęła wbić mu nóż w plecy to się udało.
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 10 Styczeń 2019, 13:41   

Nic nie musiała, a wszystko mogła – w granicach rozsądku, środków do życia oraz własnych zdolności. Spędzanie czasu z Grace i zajmowanie się nią, droczenie, jakby znowu miała te dwadzieścia parę lat oraz wiecznie uczepioną do nogi żywą kulę (jak miło) nie wymagało żadnego zaangażowania pieniężnego, nie wykraczało poza to co potrafiła, a rozsądek podpowiadał „że przecież to tylko dziecko – ergo nic złego, żaden czarci pomiot”. W uśmiechu dziewczynki nie widziała tej samej niewinnej radości, co u siostry, a śmiejące oczy nie przypominały swym odmiennym kształtem tych Ayi, ale nie o „naczynie” a „symbol” rozchodziła się poruszona kwestia. Charlotte najpewniej to wiedziała lub podejrzewała, kiedy Tal Rasha na krótko przestała pocierać zmydloną gąbką wnętrze kubka po kawie.
Nie czuję się z tym źle. Tylko… inaczej. jak dawniej, a tamto życie zostawiła za sobą na rzecz chwycenia wolności za rogi, jak torreador. Skończy albo z przebitym płucem, albo jako zwycięzca. Coś nad czym przyjdzie jej się zastanowić jeszcze kilka – jeśli nie kilkadziesiąt – razy po drodze, lecz tymczasem miała inne rzeczy na głowie. Choćby taką Charlie i jej odwracanie kota ogonem, zgrywanie oraz łaskoczące kark usta, które wywoływały drobny uśmiech na twarzy okalanej zmierzwionymi włosami a’la poranna burza prosto z łóżka. Prychnęła więc rozbawiona, odkręcając lekko kurek z ciepłą wodą. – A trzymam? – zapytała figlarnie unosząc brwi i odwracając głowę lekko w bok. Ledwo przytknęła zadowolona nosek do jasnego policzka, gdy ostentacyjne chrząknięcie zza pleców przerwało poranną sielankę. Odruchowo zakręciła wodę, jakby to jej marnowanie było powodem niezadowolenia nikogo innego, jak samego ex Charlie. Dyskretnie wytarła mydliny z dłoni o szmatkę przewieszoną przez kran i zaraz też przekonała się, jak bardzo zdjęcia potrafiły kłamać.
Na fotografii był wyższy i znacznie sympatyczniejszy. Młodszy również, a jego głos brzmiał jak przedziwny głos, ale coś kojarzyła go z ostatniej reklamy maszynek do golenia Wilkinsona – „Ostrze mocniejsze niż stal! Tylko dla prawdziwego mężczyzny!” – tam również miał odrobinę lepsze podejście, niźli teraz. Po prawdzie, przyłapanie na niczym ważnym minus noszenie jego koszuli bawiło al-Hazir, tak samo, jak ta niechęć do uściśnięcia świeżo umytej dłoni, kontrastująca z nieudolnymi próbami niezerkania na jej gołe nogi czy dogadania Charlotte za bycie matką raz na ruski rok – ale lepsze coś, niż nic. Zwłaszcza dzisiaj; była z niej dumna.
Zabiorę nasze rzeczy i będzie po wszystkim. – uniosła dłonie w pokojowym geście, jakby nigdy nic, a i tak dostała nieprzychylne spojrzenie Carmichaela, co założył ręce w obronnym geście. Po co pieklić się tak z rana? I o co? Grace była cała, zdrowa, miała się dobrze i dopóki facet nie zerknie do swojej sypialni zbyt szybko, powinno być dobrze. Powinno. Lepiej nie prowokować ojca na jego terenie, więc bez skrępowania pomaszerowała przez kuchnię, powstrzymując chęć zostawienia całusa na ustach blondynki. Och, to byłby cios w twarz, lecz nie bardziej, niż możliwość oglądania stąpających lekko nóg po jego podłodze, w jego domu, w kierunku jego sypialni i osłoniętych ledwo-ledwo przez JEGO koszulę. Gustav został w kuchni, stając obok Charlie, jak mały ochroniarz; jemu również musiał Harvey śmierdzieć.
Rama – Grace wleciała wprost na kobietę w korytarzu, uwieszając na nodze, jak Bernard na jej plecach. – Idziecie już?
Za chwilkę.
Uch… – dziewczynka posmutniała, bo liczyła, że będzie mogła zjeść śniadanie razem z mamą i jej przyjaciółką. – Szkoda. – poluzowała uścisk, nie widząc sensu w dalszych próbach zatrzymania Tal Rashy, a to tknęło kobietę do tego stopnia, że zaproponowała niewielki układ. Z każdym kolejnym słowem oczy siedmiolatki robiły się większe i większe, aż na hasło „Zapytaj czy możesz” mała torpeda wyleciała z korytarza, wlatując prosto do kuchni. Jakikolwiek nie byłby spór rodziców, stukot nóżek w niedźwiedzich kapciach musiał go przerwać, bo ucichli na chwilę przed wejściem Smoczątka.
- Tato! Mamo! – opamiętała się po chwili, stając równiutko przed rodzicami, bo etykieta nie pozwalała na takie „frywolne” zachowanie. – Tal Rasha powiedziała, że przyjdzie z Gustavem na nasze przedstawienie w szkole – ale to nie był koniec komunikatu, który poprzedził staranny zwrot w kierunku Charlotte. – jeśli ty też pójdziesz. – jedna godzinka mogła zmienić wiele w grafiku Hodges, ale skoro miała ją pod butem. – I zaproponowała, że pójdziemy na wafle na śniadanie z pieskiem. – tu już nie wytrzymała, bo aż potupała z radości, doskakując do taty, który ledwo co wrócił, a został zdegradowany do poziomu kreta z Żuław targanego za nogawkę przez jego jedyne dziecko. – Możemy?
Klisza, kurtka, ubrania, torby i pościelenie łóżka – chyba dopięła wszystko na ostatni guzik, zostało tylko… Gustav podniósł nóżkę i złoty strumień poleciał na podeszwę produkującego się w niskich tonach Harveya, który jeszcze nie zauważył, że stąpał po podmokłym gruncie.
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 10 Styczeń 2019, 17:04   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


- Co ty wyprawiasz? – warknął Harvey tuż po tym, gdy al-Hazir zniknęła z jego pola widzenia. - Mieszasz jej w głowie. – córce oczywiście, co miało swoje podstawy w nagłej zmianie decyzji Hodges, która na dodatek przyprowadziła ze sobą obcą dla niego kobietę. Do jego domu! Do córki! Był zły, bo jak nie mógł doprosić Charlotte o spędzenie chwili czasu z córką, tak trafiał na coś takiego; na nagłą zmianę decyzji i gołe nogi jakiejś młodej laski. Od razu zaczął podejrzewać ex małżonkę o chore gierki przy użyciu kobiety na wynajem, co gdyby powiedział na głos, skończyłoby się dla niego gorzej niż by mógł podejrzewać. Charlotte znosiła te wszystkie kłótnie tylko ze względu na jako taki szacunek wobec niego, więc jeszcze nie odczuwał konsekwencji swych czynów, lecz wystarczy złe słowo na temat nieodpowiedniej osoby, a urządzi mu takie piekło, że się nigdy po tym nie pozbiera. Na ile teraz znikniesz? Miesiąc? Dwa? – dopytywał kiedy ona milczała oczekując na swoją kolej, wcale nie zamierzając odpowiadać na jego słowa. Cokolwiek teraz powie, będzie użyte przeciwko niej.
W porę jednak wpadła Grace oznajmiając wszem i wobec decyzję podjętą przez al-Hazir. Niebieskie oczy automatycznie zerknęły w stronę korytarza, na którym Marokanki już dawno nie była, nagle stając pod odstrzałem Harveya pytającego, czy ona też zamierzała iść (bo przecież nie puści córki z jakąś obcą babą). Przytaknęła, na co ten zdziwił się niezmiernie przez chwilę biorąc pod uwagę to, że może faktycznie jego była żona postanowiła się zmienić, ale szybko pozbył się tej myśli. Nie wierzył w ów cuda, dlatego wciąż obstawiał chęć wbicia mu noża między żebra a nie szczere intencje oraz zmianę postawy Hodges.
Brwi unosiły się coraz wyżej kiedy faktycznie trzy panie opuściły jego dom, ale to wcale nie miał być sielankowy dzień ani długie śniadanie. Nagła decyzja nijak wpasowała się w aktualne plany Charlie, która i tak już sporo spraw odłożyła na bok. Nie spędziła z Tal Rashą oraz Grace zbyt wiele czasu. Po pół godzinie podjechał po nią uber, zaś DeVita miał za zasadnie poczekać na resztę i odwiedź do domu.
Proste.
z/t x2
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Strona wygenerowana w 0,31 sekundy. Zapytań do SQL: 7