Poprzedni temat «» Następny temat
Spalony budynek
Autor Wiadomość
Chicago


Chicago

Wysłany: 10 Sierpień 2016, 22:21   Spalony budynek

 


profil
 
Nikki A. Rhodes
[Usunięty]

Wysłany: 10 Sierpień 2016, 22:37   



Dzisiejszy dzień zapowiadał się wyjątkowo spokojnie. Wręcz za spokojnie! Za oknem cały czas było pochmurno, przez co cały wywiad nie miał ochoty... na nic, na dobrą sprawę. Co więcej, niektórzy skorzystali z pozornego spokoju i wyjechali załatwiać roboty terenowe, jak - na przykład - jej partner czy Matt. Jeśli jednak doświadczenie może czegokolwiek nauczyć policjanta - co sprawdziło się w tym przypadku - to się właśnie nazywa cisza przed burzą. Przekonały się o tym całe dwa wydziały CPD, gdy - ni z tego, ni z owego - rozkazano im udać się na miejsce ogromnego pożaru.
Jak dowiedzieli się po drodze, jakiś kompletny psychol wyskoczył z bronią do jednego z mieszkańców swojego budynku. Chcąc go postrzelić, przypadkiem trafił - we wcześniej przygotowane, kij wie po co - materiały wybuchowe i rozpętało się prawdziwe piekło. Cały budynek stanął w płomieniach, a choć na miejscu znalazła się już masa strażaków - z różnych remiz - do policjantów należał przede wszystkim obowiązek odnalezienia sprawcy. Bo tak, ten człowiek totalnie uciekł z bronią - a w związku z tym, że patrol nie mógł go odnaleźć, wprowadzono stan wyjątkowy w całym Streeterville.
To oczywiście nie zniechęciło kretyńskich gapiów, którzy znajdowali się nieopodal. Rhodes próbowała ogarnąć cały ten chaos od opuszczenia samochodu, ale doprawdy, nie było to łatwe. Szczególnie, że wszędzie było słychać krzyki, a dym skutecznie uniemożliwiał dobry wgląd na sytuację. Zanim jednak ruszyła wraz ze swoimi współpracownikami do pracy, skorzystała z ich idiotycznego namawiania się i odnalazła w tym czasie zupełnie inne miejsce. Doczłapała się do wozu strażackiego 81, a serce niemalże zaczęło jej przy tym stawać, dobra. Nawet, jeśli zdawała sobie sprawę z tego, jak niebezpieczna jest praca Jake'a - to teraz, gdy patrzyła na ogromną budowlę stojącą w płomieniach, zaczynało to do niej dochodzić.
Gorączkowo rozglądała się wokół, przerażona faktem, że nigdzie go nie dostrzega - ale mniej-więcej w tej samej chwili podszedł do niej, jeszcze bardziej czarny niż zazwyczaj (zero rasizmu, w sensie przez pożar nie XD) Bob. Westchnął ciężko, ale zanim wpadła w kompletny atak paniki, poinformował ją, że Jake zaraz powinien wyjść z następnym poszkodowanym (skąd oni wszyscy wiedzieli!) i sam ponownie ruszył w stronę budynku.
Miał rację - Averill jakąś minutę później wyczołgał się z budynku wraz z jakąś kobietą, którą od razu zaprowadził do ambulansu. Nikki, nie marnując nawet chwili, w przeciągu dwóch sekund dopadła mężczyznę i odruchowo zarzuciła mu ręce na kark. Przy okazji, przytuliła go pewnie tak mocno, że przez nią zaczął dusić się bardziej, niż przez dym.
- Nic ci nie jest. Nic ci nie jest. Dobrze - wymamrotała gorączkowo, dopiero teraz zaczynając - na powrót - trzeźwo myśleć. Zupełnie, jakby jej reprymenda miała zapewnić mu bezpieczeństwo. Tak czy siak, wszystko działo się bardzo szybko, więc delikatnie odsunęła głowę i omiotła wzrokiem jego, równie zabrudzoną co Boba, twarz. - Obiecaj mi, że będziesz na siebie uważał, dobra? Wiem, że to twoja praca, ale to nadal cholernie niebezpieczne, a ten psychol nadal tutaj jest i... po prostu masz uważać. Jasne?
Tak, jakby miał inne wyjście, patrząc na jej - przepełnione zmartwieniem - oczy! Nawet wyrzuciła z pamięci te idiotyczne ,,jeśli chciałaś zaciągnąć mnie do łóżka..." okej, niech doceni!
 
 
Jake Averill
[Usunięty]

Wysłany: 10 Sierpień 2016, 23:43   

#24 po wszystkim na pewno

O ile dla jednostki wywiadowczej ten dzień - aż do teraz - pozostawał wyjątkowo nudny, o tyle dla remizy strażackiej z North Park, obfitował w wszelkiego rodzaju wezwania, poczynając od zepsutego czujnika dymu w jednej z restauracji, poprzez wypadek na Pulaski Road i wreszcie, na pożarze kamienicy w Streeterville kończąc. Już przed przyjazdem ostrzeżono ich o powadze zagrożenia, więc kiedy na miejscu pojawiły się także wozy strażackie z innych remiz, dla nikogo nie było to żadnym zaskoczeniem. Szczęście w nieszczęściu - to wóz 81 znalazł się jako pierwszy na miejscu zdarzenia, więc to im przypadło dowodzenie nad akcją ratunkową.
Widząc, gromadzące się wokół płonącego budynku, oddziały policji, odruchowo rozejrzał się za Rhodes, a kiedy nigdzie jej nie dostrzegł, odetchnął, chyba z ulgą, i wszedł do środka. Jeszcze tego by mu brakowało, żeby Nikki rozpraszała go swoją obecnością. Bo bez wątpienia by się o nią martwił - nawet jeśli nie groziło jej nic ze strony szalejącego ognia - wciąż był świadom tego, że szukają mężczyzny odpowiedzialnego za te całe zamieszanie. Świadomość, że jej tu nie ma zadziałała na niego kojąco i pozwoliła stuprocentowo skupić się na wykonywanej pracy.
Na zewnątrz znalazł się znacznie później niż Bob, bo napotkał na swojej drodze trudności w postaci walącego się stropu. Ostatecznie z pomocą innego strażaka udało mu się obejść przeszkodę i już po chwili dostał się do drzwi frontowych i opuścił budynek, oddając na wpółprzytomną trzydziestolatkę w ręce sanitariuszy. Na krótki moment pozbył się maski gazowej, by zaczerpnąć świeżego powietrza i był gotowy wrócić do środka, gdy czyjeś ręce oplotły jego kark. Czasami zdarzało się, że rodziny ofiar rzucały się mu na szyję z podziękowaniami i choć było to niezwykle miłe, bywało także niezmiernie irytujące. Szczególnie, kiedy przeszkadzano mu w wykonywaniu jego pracy. - Wszystko będzie w porządku. Czy mogłaby pani... - wrócić za policyjną taśmę? Nie mogłaby. Bo była policjantką. I od razu rozpoznał jej głos. Objął ją w pasie, przy okazji z pewnością brudząc czarną sadzą. Cholera. Miało jej tu nie być! Serce chyba podeszło mu do gardła i nie miał najmniejszej ochoty jej puścić, nawet jeśli jej zachowanie znów stanowiło dla niego zagadkę. Przez ostatnie kilka dni nie dała nawet znaku życia, a teraz rzucała mu się na szyję.
Kiwnął głową, spoglądając jej w oczy. - Jak zawsze, Rhodes. - Nawet postarał się o uśmiech i obejrzał się za siebie, bo jednak, powinien za chwilę znaleźć się z powrotem w budynku. Bob już zdążył wrócić do środka, najpewniej po tym, jak dostał wezwanie przez radio. Powrócił wzrokiem do jej twarzy. - Muszę wracać... Nic mi nie będzie. Złap go. Znajdę cię później. - rzucał zdawkowo, bo czas się kurczył i w takiej sytuacji jak ta, nie było możliwości, by mogli normalnie porozmawiać. Odsunął się od niej, robiąc krok w tył, ale zdołał jeszcze chwycić jej dłoń w swoje rękawice. Napotkał naglące spojrzenie porucznika, więc odruchowo ją puścił, ze zbolałą miną.
- Tylko uważaj na siebie, Rhodes. I nie daj się zabić. - dodał, nim maska gazowa znalazła się znów na jego twarzy. Rzucił jej ostatnie spojrzenie, nim oddalił się w stronę stojącego w płomieniach budynku. Krzyknął coś w stronę swoich współpracowników, nie oglądając się już za siebie. Ale to wstrętne uczucie, że nie powinno jej tu być, wcale go nie opuszczało. Od kilku dni niczego tak nie pragnął, jak móc jej dotknąć, ale gdyby mógł cofnąć czas, pewnie zrezygnowałby z tego życzenia. Wystarczająco dużo jego przyjaciół było dziś w niebezpieczeństwie. Martwienie się jeszcze o Nikki było ponad jego siły. Zwłaszcza, że po raz pierwszy spotykali się w pracy, odkąd... wszystko między nimi stało się skomplikowane.
 
 
Nikki A. Rhodes
[Usunięty]

Wysłany: 11 Sierpień 2016, 00:47   

Nikki była, mimo wszystkiego co się stało, chyba odrobinę bardziej pewna siebie w tej ich relacji. Nawet przez chwilę nie wątpiła, że Jake odwzajmni jej uścisk. Dlatego też, gdy tylko to zrobił, mocniej wtuliła twarz w jego szyję, kompletnie nie przejmując się sadzą.
- No oczywiście, że go złapię - obiecała, przez sekundę nie kryjąc niezadowolenia z tego, że się odsunął. Równie szybko jednak, zorientowała się, że oboje są w pracy i robią to, co do nich należy, więc jedynie ciężko westchnęła. Aż taką egoistką być nie mogła, w środku mogły być dzieci! - Jak zawsze, Averill - odparowała, nawiązując do jego poprzednich słów i machinalnie ściskając rękawicę mężczyzny. - Zawsze mnie znajdziesz.
Nie powiedziała już nic więcej. Pewnie jedynie posłała mu spojrzenie, które polecało, żeby się pospieszył - i kiwnęła głową na to, by nie dała się zabić. Nawet przez chwilę, przez ten cały czas, nie pomyślała o sobie; jej myśli wędrowały wokół Jake'a, znajomych strażaków, współpracowników i pewnie biednych, uwięzionych w budynku ludzi. Jak wielu z nich nie da się uratować?
Nie zastanawiała się nad tym dłużej; po odprowadzeniu Jake'a spojrzeniem, na powrót stała się idealną profesjonalistką. Dołączyła do swoich znajomych z wydziału, a kiedy już podzielili się najważniejszymi informacjami, rozdzielili się na dwójki i porozchodzili w różne strony.
Nie było ani Elliota, ani Charlesa, ani nawet Matta - ale podejrzewam, że mimo wszystko i tak nie skończyła w duecie z Dawsonem. Przydzielili ją, dajmy na to, do Davisa - i ruszyli w jedną z ulic położonych blisko miejsca zdarzenia.
Nie wiem, ile czasu zajęło im chodzenie - opustoszałymi, przez ten stan wyjątkowy - drogami, ale w końcu doczekała się jakiejś akcji. Dostrzegła cień mężczyzny gdzieś pomiędzy budynkami i pokierowała Davisa, jak najlepiej zorganizować pościg. Oczywiście, w pewnym momencie się rozdzielili - by złapać go w taki sposób, żeby nie miał możliwej drogi ucieczki - ale tym razem się nie udało.
- Kurwa mać - wrzasnęła, nie kryjąc zniecierpliwienia, gdy trafiła w ślepą uliczkę. Przed sobą miała tylko wysoki mur i nie miała pojęcia, jak temu gnojkowi udało się go przeskoczyć, ale najwyraźniej... ups. Zdążyła zaledwie się odwrócić, stuprocentowo pewna, że to Davis do niej dobiegł i rozpoczął osłanianie, ale dokładnie w tej samej chwili kompletnie osłupiała. - Poczekaj, poczekaj. W porządku. Nie musisz strzelać - poinformowała odruchowo, unosząc obie dłonie do góry.
Stał przed nią młody chłopak, na oko dwudziestoletni, celujący do niej z pistoletu. W jego oczach dostrzegła kompletny obłęd i przerażenie, ale sama też... wyjątkowo się zestresowała. Gdzie, do chuja, podział się Davis?
- Nie ruszaj się! - wrzasnął, kompletnie zrozpaczony tą całą sytuacją. Dawno nie widziała kogoś, kto bałby się tak bardzo. - Nie ruszaj się, bo cię, kurwa, zastrzelę!
Nie wiedziała, czy byłby do tego zdolny - niemniej, nauczona doświadczeniem, trzymała dłonie w górze i początkowo nie ruszała się z miejsca. Po prostu wpatrywała się w niego kojącym spojrzeniem, kręcąc delikatnie głową.
- Nie musisz tego robić - odezwała się spokojnie, nie przerywając kontaktu wzrokowego. - To był wypadek. Nie zrobiłeś tego umyślnie. Rozumiem to. Wszystko da się jakoś załatwić - poinformowała, widząc, jak biedak bije się z myślami. Bądź co bądź, był tylko przerażonym dzieciakiem. Może chorym, a może ten sąsiad sam się prosił, who knows! Widząc, że jej słowa przynoszą skutki i przestępca się waha, powoli zrobiła krok do przodu. Nie zaprotestował, co dodało jej jeszcze więcej pewności; - Rzuć broń. Obiecuję, że nie dopuszczę, żeby stała ci się krzywda.
Miała wrażenie, że dzieciak naprawdę jej uwierzył - już chyba nawet zadrgał, by odłożyć spluwę, ale wtedy stała się najgorsza z możliwych obecnie rzeczy. Davis się kurwa pojawił. I strzelił, chyba ostrzegawczo - chociaż może po prostu spudłował, kretyn - w stronę dzieciaka. Ten, wystraszony, odruchowo nacisnął na spust i wszystko, co poczuła Nikki, to ogromny ból gdzieś w okolicy swoich żeber. To, co stało się później, rejestrowała już dosyć nieprzytomnie - oddano kolejne strzały, dzieciak padł na ziemię i przestał się ruszać, a Davis w trakcie sekundy znalazł się przy niej.
- RHODES! - wydarł mordę tak głośno, że pewnie połowa policjantów w okolicy zdołała go usłyszeć, ale zaraz też wyciągnął to specjalne radyjko i coś tam do niego gadał. - Nie trać przytomności, słyszysz? Już tutaj idą - przysiągł, przytrzymując jej ciało. No bo, upadła na kolana - i dodatkowo, odruchowo zakrywała ranę, z której krew lała się tonami, swoją dłonią. - Tylko nie trać...
- Zamknij mordę - wycharczała z olbrzymim trudem, wolną dłoń zaciskając w pięść. Ledwo łapała oddech, kręciło jej się w głowie i miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje dzisiejsze śniadanie, ale jakoś dawała radę. Próbowała. Dlatego, że wcześniej to komuś obiecała. - Szybciej... - mruknęła już znacznie słabiej, powoli przymykając powieki.
GDZIE, DO CHOLERY, BYŁ JAKE? TO JEGO TUTAJ POTRZEBOWAŁA! Teleport, achtung!
 
 
Jake Averill
[Usunięty]

Wysłany: 11 Sierpień 2016, 02:13   

No oczywiście, że to ona była bardziej pewna siebie w ich relacji. To Jake był zdany na jej łaskę i gdyby tylko zadzwoniła, przybiegłby do niej jak pies z wywieszonym jęzorem. Jednego dnia go odpychała, by następnego wpadać w jego objęcia, niczym w marnej komedii romantycznej. Bo, nie licząc problemów z jego rozwodem, on nie zrobił nic, by dać jej odczuć, że jej nie chce. To Nikki powodowała zamieszanie swoim brakiem zdecydowania i asertywności!
- Potraktuję to, jako obietnicę. - oznajmił z nikłym uśmiechem, który przemknął przez jego twarz. Tym razem nie miał już problemu ze skojarzeniem jej słów z odpowiednią sytuacją. Obiecał jej, w tej jej pieprzonej, rozwalonej kuchni, że zawsze ją uratuje. No cóż, z tym może być dziś ciężko. A tak bardzo pragnął wywiązać się z tej przysięgi.
W każdym razie, uwierzył jej; uwierzył, że naprawdę ma to na myśli i odrobinę go to uspokoiło. Wszedł do budynku pewniejszy, bo przecież zobaczy ją znowu, już za kilkanaście minut, całą i zdrową. Tak sobie przynajmniej wmawiał, dopóki nie odciął się całkowicie od świata zewnętrznego i nie skupił na tym, by namówić czteroletnią dziewczynkę na to, by wyszła spod łóżka. Nie był w stanie sam jej wyciągnąć, a ta tylko w przerażeniu wlepiała w niego swoje wielkie ślepia. Panowanie nad swoim zdenerwowanym głosem w tej sytuacji było trudne, ale ostatecznie zdołał uspokoić ją na tyle, by namówić do opuszczenia swej kryjówki chwilę zanim płomienie całkowicie odcięłyby im drogę ucieczki.
Gdy w środku nie było już nikogo, bynajmniej nikogo, kogo mogliby jeszcze uratować, znalazł się na zewnątrz, korzystając z chwili wytchnienia, kiedy strażacy z wozu gaśniczego zajmowali się opanowywaniem płomieni. Ściągnął kask, uprzednio z rąk zsuwając grube rękawice i wtedy go tknęło. Gdzie jest Rhodes? Rozglądał się, obracając wokół własnej osi. Najpierw jeden, a później drugi raz i z każdą kolejną chwilą, w której jej nie dostrzegał, jego niepokój narastał do niewyobrażalnych rozmiarów. Pomimo tego, że był bliski ataku paniki, wyłapał jakieś poruszenie wśród funkcjonariuszy, którzy gorączkowo wymieniali się informacjami przez radio. A kiedy sanitariusze ruszyli w nieznanym mu kierunku, sam podszedł do młodo wyglądającego stróża prawa i niezbyt elegancko (nie, żeby się przejmował), złapał go za fraki i zapytał, co się stało. Jake to się powinien nauczyć szacunku do innych ludzi tak w ogóle, policjantów już w szczególności. No, ale to jeszcze nie był ten moment, w którym dopuszczał do siebie możliwość, że JEJ się coś stało. Niestety, szybko wyprowadzono go z błędu.
Podejrzewam, że znalazł się tam w podobnym czasie, co znajomy mu zespół ratowników medycznych. Przepchnął się przez powoli gromadzący się tłum, składający się zarówno z gapiów jak i służb porządkowych. Zatrzymał się, gdy jego wzrok napotkał Nikki w kałuży krwi. Przez kilka sekund, które wydawały mu się całą wiecznością, nie był w stanie się poruszyć. Czuł, jakby powoli tracił grunt pod nogami. Dosłownie. Bo w głowie mu zawirowało i wszystko wokół widział jak przez mgłę. Zamrugał kilkukrotnie. Nawet nie wiedział, w którym momencie pochylał się już nad jej twarzą. Przesunął dłonią po jej policzku, ale skarcony przez zajmujących się nią sanitariuszy, był na moment zmuszony ją cofnąć. Zacisnął oczy, próbując odgonić napływające do nich łzy. - Hej, Rhodes... - odsunął się, by umożliwić im wsunięcie kobiety na nosze - Miałaś się nie dać zabić, pamiętasz? Więc lepiej się postaraj. - rzucił ostrzegawczo, wstając w tym samym momencie, w którym ratownicy ruszyli w stronę stojącego już nieopodal ambulansu. Otarł oczy swym ramieniem, po czym ścisnął mocno jej dłoń, choć to wcale nie uspokoiło drżenia jego rąk. - Widzimy się za chwilę w szpitalu. - Pokiwał głową, jakby samego siebie chciał zapewnić o słuszności tego stwierdzenia. - Rhodes, obiecaj mi to. Do cholery, Rhodes? Rhodes?! - Odprowadził ją pod same drzwi ambulansu i jak przypuszczam, kiedy kobieta straciła już przytomność, spojrzał błagalnie na jedną z ratowniczek. Pokręciła przecząco głową, nie pozwalając mu zabrać się z nimi.
Obserwował zamykające się drzwi wozu oraz to, jak znika za zakrętem. Wyciągnął dłoń w bok, zatrzymując tym samym podchodzącego do niego Davisa. Nie znał go i w tej chwili na pewno nie chciał słuchać jego tłumaczeń ani zapewnień, że wszystko będzie dobrze. Zaklął siarczyście, po czym zgiął się w pół, kryjąc twarz w dłoniach. Jego przepełniony bezsilnością krzyk słyszała chyba cała przecznica. To się nie mogło dziać. Nie mógł stracić jej w ten sposób. Niech rzuca w niego szklankami i wyprasza ze swojego mieszkania w środku nocy. Niech go nienawidzi; nie chce go w swoim życiu. Byleby tylko żyła. To ten rodzaj tęsknoty, który był w stanie znieść.
Stał tak jeszcze przez moment, dopóki ktoś nie zacisnął palców na jego ramieniu i nie zaproponował udania się do szpitala.
 
 
Nikki A. Rhodes
[Usunięty]

Wysłany: 11 Sierpień 2016, 02:38   

To nie był pierwszy raz, kiedy Nikki faktycznie została postrzelona. Sęk w tym, że jeszcze nigdy nie wyglądało to chyba tak poważnie - bo jakie było, w rzeczywistości, miała dowiedzieć się dopiero w szpitalu. Zdając sobie jednak sprawę z tego, jak dużo krwi wylatuje z rany - a także, jak przerażony jest Davis - zaczęła podejrzewać, że kula trafiła w jakiś konkretny nerw.
Przez to wszystko, sama się wystraszyła - początkowo nawet wpadła w tę fazę paniki, gdy tylko sanitariusze pojawili się tuż obok. Na całe szczęście, przeszło jej od razu, gdy dostrzegła twarz Jake'a i poczuła jego dłoń na swoim policzku, co natychmiastowo ukoiło jej nerwy.
- I nie dam - odpowiedziała, choć przyniosło jej to ogromny trud. Nie była jednak w stanie siedzieć cicho, gdy widziała, jaki jest przerażony. Gdy dostrzegła w jego oczach łzy, po raz pierwszy w życiu. Bo wtedy, gdy rozmawiali podczas rocznicy, skutecznie się chował nie. - Będzie dobrze, kochanie - obiecała, a zaledwie sekundę później się skrzywiła. Ciężko ocenić, czy z bólu - który caaały czas był ogromny - czy raczej przez to, że musiało być z nią źle, skoro już nie wahała się przed nazywaniem go w ten sposób.
Pozwoliła, by ścisnął jej dłoń - sama niekoniecznie miała teraz siłę ten uścisk odwzajemnić - i skupiła się na głębokim oddychaniu, bo tak jej kazali ratownicy. Zachowaj przytomność, zachowaj przytomność, zachowaj przytomność dla niego...
Rhodes naprawdę nie chciała zamykać oczu. Szczególnie teraz, kiedy Jake już znajdował się blisko i tak bardzo o to prosił; nie pragnęła niczego innego, jak go uszczęśliwić. Sęk w tym, że to było silniejsze od niej. Nie panowała już nad zawrotami głowy; nawet, gdy na niego patrzyła, obraz zdawał się być znacznie bardziej zamazany, niż jeszcze chwilę temu. Powieki też stały się cięższe, a ból... o, ironio, chyba trochę zmalał. To pewnie znaczyło, iż lada moment miała odpłynąć całkowicie, coby przestać cokolwiek czuć. Przynajmniej fizycznie. Bo serce, samo w sobie, krajało jej się już od samego patrzenia na niego! Tak czy inaczej, w końcu faktycznie osiągnęła swój limit i wygodniej ułożyła głowę na noszach, biorąc jeszcze kilka, dosyć ciężkich, wdechów. To stało się już wtedy, kiedy wsuwali ją do karetki, a on rozpaczliwie prosił o tę jedną obietnicę.
- Przepraszam - wyszeptała niemal nieświadomie, pozwalając sobie na zamknięcie oczu. Mimo wszystko, wcale nie czuła, żeby to miał być jakikolwiek koniec. Rhodes prędzej skopałaby dupę szatanowi i Bogu, jeśli uznać, iż istnieją, niżeli pozwoliłaby sobie teraz umrzeć. Nie. Nie, kiedy wreszcie poczuła coś, na co czekała całe swoje, pieprzone, życie. Nie zamierzała zostawić Jake'a samego. Za bardzo go kochała, żeby to zrobić - nieistotne, co powiedziałaby medycyna! Po prostu musiała chwilę odpocząć. Tylko tyle.
Albo aż tyle.

//ztx2
 
 
Owen Hudson


Jestem w Chicago od
dziecka



28
ratownik medyczny

świat stanął na głowie, zostanie ojcem!

Mieszkam w
Streeterville

Owen

Hudson

Wysłany: 1 Sierpień 2017, 23:45   

    /a nie wiem, jakoś po wszystkim pewnie


Są miejsca, które Owen powinien omijać szerokim łukiem. Jednym z takich miejsc jest właśnie ten spalony budynek. Budynek, który od dłuższego czasu jest gotowy do rozbiórki - nie trzeba być geniuszem, by zorientować się, że stanowi on realne zagrożenie. Przecież może zawalić się w każdej chwili, czyż nie? Owen doskonale o tym wiedział, nie tylko dzięki temu znaczkowi "X", który znajduje się na fasadzie budynku, lecz chociażby przez to, że sam przed laty doprowadził do pożaru w tym miejscu. Tego drugiego - pustostan po pierwszym pożarze był miejscem wręcz idealnym dla zbuntowanych nastolatków - czyli dokładnie takich typów, jak Owen. Wówczas pełna strzykawka i możliwość "dania sobie w żyłę" były dla niego ważniejsze, aniżeli ogólne bezpieczeństwo. Będąc na haju, któreś z dzieciaków postanowiło "pobawić się" zapałkami. Lub zapalniczką. Tak czy inaczej, budynek stanął w płomieniach, tyle że nikomu nic się nie stało. Na szczęście. Oczywiście, jeśliby nie liczyć samego przedawkowania Hudsona, co uziemiło go w szpitalu na kilkanaście następnych dni. Dzisiaj jednak nie przyszedł tu, by naćpać się bez świadków. O dziwo, wcale nie uciekał od swojego życia, które wcale nie było idealne. Nie przyszedł tu też po to, by powspominać stare dobre czasy, gdy prócz ćpania, nie miał żadnych innych zmartwień. Pogrążony w ciemności, niepewnie stawiał kolejne kroki, jakby czegoś szukał. A szukał! Przeraźliwie żałosne wycie ściągnęło go w to miejsce, a on, jak się można było spodziewać, nie mógł przejść obojętnie, gdy ktoś potrzebował pomocy. Problem w tym, że Owen przekonany był, że to dziecko lub... dziecko rozpaczliwie próbuje zwrócić na siebie uwagę, lecz gdy Hudson znalazł się w środku, szybko zdał sobie sprawę, że to nie dziecko, a jedynie.. kot. Właściwie, koty. Kotka z kilkoma maluchami. Chyba ktoś musi się nimi zaopiekować, no nie..?
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Amelia Dawson


Jestem w Chicago od
http://i.imgur.com/3

Wysłany: 8 Sierpień 2017, 09:56   
   Mów mi -  Patka, Lotka


Poznanie siostry było dość ciekawe. Co prawda nie mam jeszcze pojęcia, jak to się skończyło dla nich, ale załóżmy, że może dobrze. Amelia po fakcie stwierdziła, że dobrze zrobiła iż powiedziała o tym prosto z mostu. Dla Bree pewnie był to szok ale jak inaczej miała załatwić tę sprawę? Nie chciała kłamać, udawać kogoś, by potem powiedzieć, o co jej tak naprawdę chodzi.
Dawson wracała właśnie samochodem z lotniska. Miała za sobą kolejną podróż służbową. Znów była w Europie na kilka dni, które miło spędziła. Lubiła latać do krajów europejskich. Co prawda pogoda nie zawsze jej odpowiadała, ale nie marudziła też nachalnie na ten temat. Od czasu do czasu rozglądała się po drodze i zmarszczyła brwi, kiedy zauważyła, jak młody mężczyzna wchodzi do budynku, do którego nie powinien wchodzić. Przez jej głowę przeleciały różne myśli i to niekoniecznie pozytywne. Dlatego też zjechała na pobocze i się zatrzymała. Wolała się upewnić, czy aby przypadkiem ten ktoś nie planuje popełnić głupoty.
Zatrzasnęła za sobą drzwi od samochodu i ruszyła przez ulicę. Przeszła pod taśmą, która jasno mówiła, że nie wolno wchodzić i ostrożnie weszła do środka. Trochę niewygodnie jej się stąpało, bo miała na sobie szpilki, ale zaczęła się rozglądać. Musiał być tutaj niesamowity pożar i się dziwiła, ze w ogóle jeszcze nie rozebrali tego budynku. Na samą myśl o pożarze się wzdrygnęła, bo wróciły wspomnienia z Hiszpanii, gdzie był pożar i którego niestety była ofiarą. Blizny codziennie jej o tym przypominały. Szła dalej i po kilku chwilach końcu dostrzegła nieznajomego.
- Przepraszam…Wszystko w porządku?- spytała trochę nieśmiało i po chwili usłyszała miałczenie. Zmarszczyła brwi i spojrzała dalej. Dostrzegła kota z małymi kotkami. Ten widok ją rozczulił.
- O matko- mruknęła bardziej do siebie i ostrożnie podeszla bliżej, kucając przed nimi. Pogłaskała po kolei wszystkie maluchy i ich matkę. - Nie powinny tutaj być. W sumie nas też nie powinno- stwierdziła, zerkając kątem oka na nieznajomego.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Owen Hudson


Jestem w Chicago od
dziecka



28
ratownik medyczny

świat stanął na głowie, zostanie ojcem!

Mieszkam w
Streeterville

Owen

Hudson

Wysłany: 15 Sierpień 2017, 11:05   

Owen bywał nieprzewidywalny o czym doskonale wiedzieli jego bliscy – począwszy od Rossa przez Cassidy, skończywszy właśnie na Bree. To Bree była świadkiem tego, jak Hudson wielokrotnie tracił kontakt z rzeczywistością będąc pod wpływem narkotyków. Zdarzało się nawet, że wyjmowała zużyte strzykawki z jego ramienia, bo sam odleciał szybciej, niż skończył dawać sobie w żyłę. Wstydził się tego i zapewne właśnie dlatego odkąd wyszedł z ośrodka, ani razu nie wspomniał o tamtych wydarzeniach. Nic. Milczał uparcie, jakby to właśnie miało w czymś pomóc. Nie pomagało. Nadal wracał do miejsc takich, jak ten spalony budynek, czasem przejeżdżał nieopodal klubów, przed którymi spotykał się z dilerami, a niekiedy bezmyślnie odwiedzał mieszkania, w których ukrywał się przed rodzeństwem, Cassidy, Lacey i przede wszystkim, Bree. W tym momencie nie próbował zniknąć im z oczu tylko po to, by chwilę później odlecieć. Usłyszał coś, co nie pozwoliło mu przejść obojętnie obok tego pieprzonego pustostanu, nawet jeśli w ogóle nie powinien tu wchodzić. Ani on, ani – jak się okazało – Amelia, której zapach perfum zaalarmował chłopaka o jej obecności w tym miejscu, jeszcze zanim usłyszał jej kroki oraz głos. Nie odpowiedział na jej pytanie, bo najzwyczajniej w świecie, nie zdążył. Nie zdążył, gdyż obecność zwierzaków błyskawicznie zwróciła uwagę kobiety. I samego Owena, który zaraz tylko pokręcił głową na boki.
- Dlatego sądzę, że powinniśmy je stąd zabrać i jak najszybciej opuścić to miejsce. – mruknął wyraźnie zaniepokojony nie tylko samym otoczeniem, ale i stanem budynku, który powinni opuścić. A potem jak gdyby nigdy nic, przyjrzał się blondynce, a jedna z jego brwi powędrowała do góry – Nie żeby zbytnio mnie to interesowało, ale.. - tu urwał, na moment przenosząc wzrok na zwierzaki, a następnie z powrotem na kobietę – Co tu robisz? - rzucił wprost, darując sobie wszelkie uprzejmości, co było normalne dla Hudsona. Prychnął cicho, nie czekając na odpowiedź blondynki i jak gdyby nigdy nic, kucnął przy kotce i jej maluchach, próbując ocenić ich stan. Aha, nie miał wątpliwości, nie mogły tu zostać.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Amelia Dawson


Jestem w Chicago od
http://i.imgur.com/3

Wysłany: 17 Sierpień 2017, 14:08   
   Mów mi -  Patka, Lotka


Cóż, może z czasem wyjdzie na jaw, że Owen zna się z Bree, która jak się okazało – jest przyszywaną siostrą Amelii. Co prawda miały różnych ojców, ale jej to nie przeszkadzało i dlatego też postanowiła ją poznać. Matkę już nie koniecznie chciała poznawać.
- Racja - zgodziła się z nieznajomym. Kotki jak kotki ale oni również nie powinni przebywać w takim miejscu. Dawson bardziej się obawiała tego że chłopak chciał sobie jakąś krzywdę zrobić czy coś w tym stylu. Bo po co innego mógłby tutaj chcieć wejść? Istniała jeszcze opcja, że to właśnie kotki usłyszał, no ale jednak…
- Ciebie mogę spytać o to samo- stwierdziła, patrząc na niego. Kucnęła też przy kotkach i bez większego zastanowienia, wzięła je sobie na ręce. - Widziałam jak wchodziłeś, co dla mnie raczej nie było normalne, bez obrazy. Po prostu wyobraziłam sobie czarne scenariusze, więc poszłam za tobą- wyjaśniła po krótce, wzruszając ramionami. Podrapała też jedną z kotek za uchem. Niby wolała psy, ale jednak kociaki też były urocze.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Owen Hudson


Jestem w Chicago od
dziecka



28
ratownik medyczny

świat stanął na głowie, zostanie ojcem!

Mieszkam w
Streeterville

Owen

Hudson

Wysłany: 27 Sierpień 2017, 23:03   

Nie powinno ich tu być, to pewne. Tyle że Owen to Owen i czasem robi rzeczy, których robić nie powinien. Powiedzmy, że w tej chwili działał w słusznej sprawie i nie miał oporów, by wejść do budynku, który stanowił dla nich realne zagrożenie. Widział ryzyko, owszem. Jednak nie mogło to zagłuszyć tej chęci sprawdzenia, czy aby na pewno nikt nie potrzebuje pomocy. I nie pomylił się jakoś bardzo. No a w końcu rozumiał obweu blondynki. Niejednokrotnie został posądzony o coś, co było mu w danej chwili obce. Gdyby poszła za nim w to miejsce kilka miesięcy wcześniej - jej obawy byłyby co najmniej słuszne. Nic więc dziwnego, że jej słowa skwitował przede wszystkim grymasem.
- Często to robisz? - spytał w pewnym momencie, troszkę podirytowany jej lekkomyślnością - Chodzisz za nieznajomymi w miejsca takie jak to z obawy, że może zrobić sobie krzywdę? A co jeśli tobie stałoby się coś złego? - nie był złośliwy, tak samo jak nie był głupi i ślepy. W końcu miał młodszą siostrę, którą kochał bardzo, bardzo mocno i już nieraz pozwalał sobie na podobne monologi w jej towarzystwie. Zresztą, powiedziałby wszystko, byle tylko zrozumiała, że świat wcale nie jest idealny. Skrzywił się nieznacznie, lecz zaraz wziął się w garść. Czuł się odpowiedzialny nie tylko za siostrę, ale i w tej jednej chwili również że tę dziewczynę, której nie powinno tu być. Jego zresztą też.
- Chyba lepiej zawieść je do weterynarza... - dodał nieco łagodniejszym tonem. Możliwe, że przepraszającym. Cóż, był ratownikiem i wiedział co zrobić z rannymi ludźmi. A co ze zwierzętami?
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Amelia Dawson


Jestem w Chicago od
http://i.imgur.com/3

Wysłany: 29 Sierpień 2017, 09:49   
   Mów mi -  Patka, Lotka


Amelia po pożarze stała się dużo wrażliwsza. Zawsze była wrażliwa na krzywdę innych, ale po tym zdarzeniu było to bardziej zauważalne. Nie potrafiła tego wytłumaczyć. Więc dla niej było to teraz coś normalnego, że poszła za nim. Kiedyś była stewardessą i gdyby nadarzyło się jakieś niebezpieczeństwo, miała dbać o pasażerów i im pomóc w nagłym wypadku. Pewnie to się w niej zakorzeniło i dlatego tak reagowała na niektóre sytuacje.
- Uwierz mi, że zdaję sobie sprawę z konsekwencji. Mam za sobą niejedną krzywdę- mruknęła w odpowiedzi, może trochę niegrzecznie. Pewnie zabrzmiało to też trochę dziwnie. Mógł sobie pomyśleć cokolwiek. Odruchowo poprawiła sobie upięcie włosów, które było po boku i zakrywało jej blizny na szyi, które odrobinę wystawały z kołnierzyka. Miała już wprawę w zakrywaniu tego, co ją spotkało. Zmierzyła go tylko wzrokiem. Przypuszczała, że raczej nic złego nie miał na myśli. Przecież ten budynek mógł się zawalić w każdej chwili.
- Pewnie tak- kucnęła i sięgnęła po kociaki, by wziąć je na ręce. Od razu zaczęły jeszcze bardziej miauczeć i przymilać się, kiedy przytuliła je do siebie. Uśmiechnęła się, bo jednak ten widok potrafił rozczulić.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Owen Hudson


Jestem w Chicago od
dziecka



28
ratownik medyczny

świat stanął na głowie, zostanie ojcem!

Mieszkam w
Streeterville

Owen

Hudson

Wysłany: 7 Wrzesień 2017, 12:15   

Wbrew pozorom, ta dwójka miała ze sobą wiele wspólnego. Przeszłość - gdyby nie ona, pewnie żadne z nich nie znalazłoby się w tym miejscu. Żadne z nich nie narażałoby się tylko po to, by uratować zwyczajne kotki. Gdyby tylko Ross wiedział, co właśnie wyprawiał jego młodszy i nieodpowiedzialny brat! Ale nie wiedział i nic nie mógł zrobić. Może to i lepiej? Tak czy inaczej, Hudson nie odpowiedział na słowa blondynki, a wręcz bez słowa zlustrował ją wzrokiem, jakby w ten sposób chciał dowiedzieć się, co dokładnie miała na myśli. Nie naciskał, ani też nie zmuszał dziewczyny do zwierzeń - w końcu nie miał do tego prawa. W słabym świetle latarki dostrzegł to, co tak bardzo starała się ukryć, a jego jedyną reakcją było uniesienie brwi. Nic więcej. Westchnął i jak gdyby nigdy nic, zgarnął z podłogi resztę kociaków i wskazał gestem na jeden z korytarzy.
- Wynośmy się stąd. Pójdziesz pierwsza. Tylko patrz pod nogi, nie chcę, żeby coś Ci się stało. - to przecież nic nowego, że innych starał się przestrzec przed czymś złym, a sam wchodził w paszczę lwa. Taki już był, a dosłownie chwilę później popędzał blondynkę w kierunku wyjścia: skrót, jaki wybrał, znany był tylko nielicznym - czyli tym, którzy mieli wątpliwą przyjemność przebywania w tym miejscu przed pożarem. On sam rozluźnił się dopiero, gdy znaleźli się na zewnątrz. Przystanął w miejscu, w którym miał doskonały widok na swoje auto, by chwilę później posłać kobiecie pytające spojrzenie. No bo tak, to od Amelii zależało, czy wsiądzie do samochodu kogoś takiego, jak Owen.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Amelia Dawson


Jestem w Chicago od
http://i.imgur.com/3

Wysłany: 22 Wrzesień 2017, 10:39   
   Mów mi -  Patka, Lotka


Amelia nie wdawała się w szczegóły ani wyjaśnienia. No bo z jakiej racji? Poza tym nie znała go i nie miała pojęcia, kim był. Z resztą blondynka nigdy nie była jakaś wylewna na temat swojej przeszłości, tego co się stało, czy po prostu uczuć. Ci co ja znali, jedynie się domyślali, że coś było nie halo.
- W porządku - przytaknela bo nie widziała potrzeby, żeby się dogadywać. Szła ostrożnie tak jak mówił jej chłopak, patrzyła co chwila pod nogi, a kociaki znalazły sobie lepsze zajęcie, po postanowiły ja lizać i przymilac się do niej, na co zareagowała śmiechem. Było to po prostu takie słodkie i beztroskie.
Amelia spojrzała dalej, bo nie wiedziała z początku, czemu Owen posłał jej pytające spojrzenie. Kiedy zrozumiała, wskazała głową na samochód, który stał po drugiej stronie.
- Jestem swoim. Jeśli chcesz to możesz mi dać resztę, to pojadę z nimi do weterynarza. Albo możemy spotkać się na miejscu - zaproponowała. Bez sensu by było przecież żeby któreś z nich zostawiało swój samochód, jak i tak potem musieliby tutaj wrócić. Poza tym nie chciała na nim wywierać jakiejś presji. To czy też pojedzie będzie zależało od niego.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Lara Forester


Jestem w Chicago od
malucha z przerwami



30
DJ

Hey kid, love is for losers now

Mieszkam w
River North

Lara

Forester

Wysłany: 7 Listopad 2018, 15:04   
   Multi -  Oliver, Nicole, Anthony


#8

Przygotowywała się już od tygodnii, poświęcając jak najwięcej czasu treningom. Każda wolna chwila kończyła się wielogodzinnym wysiłkiem na siłowni i to nie tylko w formie poprawy kondycji, o którą dbała od jakiegoś czasu, ale także wdrożenie się w ten pęd ćwiczebny. Nie załatwiła wizyty u lekarza w związku z bólami pleców, bo jak na razie wszystko było do zniesienia, a ona nie mogła zrezygnować z walki. Wzięła kilka dni wolnego w pracy tłumacząc Vee, że musi pozałatwiać kilka ważnych spraw. Nie lubiła kłamać, ale nie widziała innego wyjścia jak po prostu zataić to, co miała zamiar zrobić. Nie podejrzewała, że walka może okazać się trudniejsza niż zakładała…


Zasłona i znów uderzenie
. Krok w tył i chwila spokoju. Walka wymknęła jej się spod kontroli. Powoli zaczynała tracić siły, jakby nagle ktoś powiedział, że nie da rady. Jeśli jesteś za słaby psychicznie to tuż po wejściu na ring, przegrywasz. Bez zbędnych ceregieli. Tak po prostu. Dlatego trzeba poświęcić dużo czasu na uspokojenie myśli przed walką. Ważne, aby nie załamać się w połowie, gdy coś nie wychodzi, któryś raz z rzędu. Trzeba przeanalizować wszystko na gorąco i ułożyć dalszy plan. Tak samo, jak teraz.
Wygrana była dla niej w tej chwili wszystkim. Nie mogła odpuścić, w końcu w grę wchodziły duże pieniądze, a sam fakt spotkania rywalki z dawnych lat dodawał pikanterii pojedynkowi. Ruszyła do przodu, cios w głowę. Chybiony, znów wróciła kilka kroków w tył. Walka trwała od kilku minut, a Lara miała wrażenie, jakby na ringu siedziała od dobrej godziny. Spojrzała na Skylar znad gardy i zrobiła kilka kroków w przód. Co mogła zrobić, żeby ją zaskoczyć?
Szybkim ruchem zbliżyła się na odległość, z której idealnie mogła posłać kopnięcie w piszczel kobiety. Trafiła. Zyskała dzięki temu trochę przestrzeni, co poskutkowało atakiem pięści raz za razem. Trzy ciosy były celne, resztę przeciwniczka zdążyła sparować. Znów chwila nerwów i wyczekiwanie na kolejny atak. Nie musiała za długo czekać, bo poczuła cios w udo. Był tak mocny, że przez chwilę zostawiła rękę zbyt nisko, co łatwo wykorzystała blondynka, atakując twarz Lary. Nie było ciekawie; poczuła krew na ustach, które szybko oblizała. Jak długo jeszcze Quinn wytrzyma na nogach? Czemu to nie jest takie proste? Wszystkie te pytania wędrowały po głowie krótkowłosej, przez co coraz mnie skupiała się na samym pojedynku, a więcej na myśleniu, które było zgubne w takich momentach. Chciała to już zakończyć, ale przeciwniczka dalej nie dawała za wygraną.
Łysy starszy mężczyzna, który jak później się okazało, był organizatorem dzisiejszej wali, stał tuż przy linach, uważnie obserwując przebieg pojedynku. Zakłady, które przyjmował stawiały Larę w lepszym świetle. Po powrocie z LA już kilka razy brała udział w tego typu rozrywce, zawsze kończąc walkę zwycięstwem. Faworytka jakich mało. Uśmiechnął się, gdy kolejny cios Forestser znalazł cel.
Jeden krok, drugi…kółeczko i znów atak. Tym razem to Lara broniła się, jak mogła i choć nie szło jej to najlepiej, na razie nic złego nie miało miejsca. Sparowała kolejny cios Quinn z lekkim uśmieszkiem. Chciała ją sprowokować, dzięki czemu ich walka byłaby szybsza. Zbliżyły się do siebie bardzo blisko i zaczęły wymianę ciosów. Tu pięść, tam kopniak w piszczel. Fakt, że walczyły bez ochraniaczy, dodatkowo stwarzał zagrożenie dla ich zdrowia. Wiadomo, nikt nie dbał tu o to, czy wyjdziesz ze złamaniem, czy zerwanymi mięśniami, liczyła się walka i zadowolenie tłumu zebranego wokół ringu. Co chwila krzyczeli, a to ‘Lej ją po mordzie!’ albo ‘Nie pierdol się z nią!’ lub ‘Co Ty kurwa robisz?’. Każdy był znawcą w tej dziedzinie, a jednak to one stały na deskach i okładały się równo kolejnymi ciosami.
Po mocnym kopnięciu w piszczel Lara zaprzestała obrony i ruszyła do kontry, trochę źle wymierzając cios, który chybił, przez co stała całkowicie odsłonięta. Sky na pewno nie pogardziła taką okazją i uderzyła z całej siły. Foresterówna poczuła wielki ból w prawej ręce, gdy starała się zasłonić klatkę przed ciosem. Tak duży, że na chwilę ją zamroczyło. Podwinęła rękę, broniąc się w tej chwili tylko jedną. Nie był to najlepszy moment na jakikolwiek uraz. Gdyby nie adrenalina najpewniej poddałaby tę walkę, ale dalej trzymała się na nogach, choć brzydki grymas wykrzywił jej twarz.
- Przerwa!- krzyknął organizator. Jeszcze nigdy się nie zdarzyło, aby przerwano walkę w połowie. Zawsze biło się do momentu, aż ktoś padnie nieprzytomny. Wtedy walkę uznawano za zakończoną. Więc co takiego się stało, że nagle zmieniono tę regułę? Nie wiedziała, ale potrzebowała tej przerwy i to cholernie, ze względu na coraz większy ból ręki.- Jakiś gość dobija się do Ciebie na telefon. Mówi, że to pilne.- powiedział jeden z chłopaczków obsługujących cały ten chlew.
Wielki łysy facet podszedł do Lary i złapał za rękę, dobrze widząc, że coś jest z nią nie tak. Jęknęła z bólu, po czym spojrzała w jego ciemne oczy.- Masz 2 minuty, żeby to załatwić i wracasz na ring!- warknął po czym udał się w kierunku Sky oznajmiając jej to samo.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Skylar Quinn


Jestem w Chicago od
zawsze



31
kaskaderka/dublerka

Slow pace?I mean,I don't want to live without you

Mieszkam w
Streeterville

Skylar Raina

Quinn

Wysłany: 11 Listopad 2018, 10:33   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Charlie


Walka z dupy i bardzo spontanicznie? To w stylu pijanej Skylar, która wszelkie zasady niegdyś wpojone na ringu zostawiła gdzieś na dnie wczorajszej whisky. Nie była pijana. Nie aż tak by nie ogarniać rzeczywistości. Nie zdążyła nawet dopić dzisiaj pierwszego drinka po pracy, gdy poczuła nagłą potrzebę wyżycia się na wszystkim dookoła. To u niej norma, ale agresja w takich ilościach ujawniała się tylko w ciągu alkoholowym, w który znów wpadła. Nie tak, jak kiedyś, gdy była nastolatką i nie dość, że piła bez umiaru to jeszcze biła po mordach kogo popadnie. Umiała upijać się z głową, po cichu by nikt się nie zorientował i żeby mogła robić to dalej bez utraty pracy, która teraz była dla niej najważniejsza.
Widać nie za bardzo skoro świadomie przyszła do tego miejsca. Możliwe, że nie zrobiłaby tego, gdyby nie ulotka, którą dostała wczoraj pod barem. Była tak pijana, że pewnie zasnęłaby zanim weszłaby na ring, dlatego odłożyła to na później z cichą nadzieją, że ochota jej przejdzie. Nie minęła, jak głód na alkohol, więc zamiast pić, poszła walczyć. Albo jedno albo drugie. Po wszystkim zapewne się urżnie, ale najpierw musiała dostać się do klatki bez kolejki, co nie było takie trudne. Zawodnicy się znaleźli, ściśle ustalone listy również istniały, ale gdy tylko powiedziała kim jest i jakie osiągnięcia miała na koncie, to od razu kupiła tym sobie bilet do najbliżej jatki. Ludzie chcieli zobaczyć ‘upadające’ gwiazdy na ringu zwłaszcza takie, które nie zrezygnowały z własnego przekonania lub z myślą, że już wystarczy, ale przez cholerną kontuzję, która znacznie spowolniła ciosy z prawej ręki.
Nie tylko picie, ale także umiejętności w walce znacznie zmieniły się u Skylar. To nie uliczne zaczepiani i okładanie się po pyskach gdzie popadnie a profesjonalna bójka, z porządną techniką, dobrym okiem, silnymi ciosami i mieszanką paru rodzajów sztuk walki, które trenowała do dziś, ale o zawodowstwie mogła już zapomnieć.
Nie zważała na nic, nie myślała, nie zastanawiała się ani nie rozgrzebywała starych ran. Wzajemnie były dla siebie jak nemezis, ale i bez tego Skylar okładałaby ją tak, jakby chciała zabić. Mogła mieć wolną prawą, ale lewą nadrabiała, zaś tytan (właśnie po prawej stronie) na ramieniu pozwalał jej przyjmować ciosy właśnie w to miejsce. Jeżeli chciała się osłonić to prawą stroną, na której ramieniu choć widniała wielka blizna prezentowana dzięki bokserce bez ramiączek, to każdy równie dobrze mógł pomyśleć, że ktoś ją tam porządnie zaciął, zranił albo cokolwiek innego. Tytan nie był pierwszą myślą, która przychodziła do głowy.
Za to jej pierwszą myślą była dobra technika i atak podsycany za każdym razem, gdy przyjmowała cios. Ból ją nakręcał a dzięki temu, że nie miała nic do stracenia, bo na kasie jej nie zależało, nie świrowała gdy coś nie wyszło.
- Co jest kurwa?! – warknęła do organizatora zła o to, że przerwał pojedynek. – Tak nie wolno! To wbrew zasadom! – była nakręcona, adrenalina na dobrym poziomie, więc doprawdy nie potrzebowała chwili na odetchnięcie i na to by jej mięśnie ostygły. Wyszła z ringu z zamiarem dobitniejszej rozmowy z gościem, który jakby nic dał im dwie minuty. Pieprzyła jego dwie minuty. – Wsadź je sobie w dupę. Tych walk się nie przerywa. Powinieneś to kurwa wiedzieć! – mała blondynka śmiała mu podskakiwać, co najwyraźniej spodobało się tłumowi nieopodal, który zgodnie wydał z siebie przeciągłe ‘uuuuu’. Niestety szybko dotarło do Quinn, że najwyraźniej jej dawna znajoma miała tutaj chody i mogła robić, co jej się kurwa podobało. Takiego wała.
Koleś mógł ją uspokoić względem siebie, ale co zamierzała zrobić idąc w kierunku szatni to już jej sprawa. Nie dała się nawet sprawdzić obsłudze przy stanowisku, by chociaż opanowali krwawienie z brwi, które powoli zalewało oko, napędzana złością o tą całą szopkę. Zanim weszła w długo korytarz splunęła szkarłatną cieszą. Dziąsło też miała uszkodzone i ruszyła dalej przed zakrętem czując nagły ból w okolicach lędźwi. Adrenalina powoli odpuszczała przez co odczuła skutki silnego uderzenia w nerki. Przez takie rzeczy nie przerywało się nielegalnych walk w klatkach.
Musiała przystanąć i oprzeć się o ścianę by złapać wdech i to właśnie wtedy do jej uszu dotarł nie tylko głos Forester rozmawiającej przez telefon, ale również sens słów. Przyszła by się wyżyć, by dać upust swej agresji, więc nie zależało jej na zwycięstwie. O dobre imię też nie walczyła, bo te straciła już dawno. Wprawdzie nie w oczach publiki, ale samej siebie, której nienawidziła. Mogła odpuścić.
Zacisnęła zęby i zawróciła korzystając z pozostałych sekund, podczas których chłopcy nieco ją ogarnęli. Teraz już widziała na dwoje oczu, ale na jak długo? Dawała trzydzieści sekund. Tyle wystarczy by wyjść, oddać parę ciosów i z kretesem paść na deski.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Lara Forester


Jestem w Chicago od
malucha z przerwami



30
DJ

Hey kid, love is for losers now

Mieszkam w
River North

Lara

Forester

Wysłany: 12 Listopad 2018, 01:39   
   Multi -  Oliver, Nicole, Anthony


Główny organizator nawet nie miał zamiaru rozmawiać z blondyną. Był zbyt zajęty, by choć poświęcić chwilę na jej niezadowolenie. Najzwyczajniej w świecie zlał ją mimo głośnych krzyków tłumu. Miał ważniejsze sprawy na głowie.- Dwie minuty!- dodał jak gdyby nigdy nic i oddalił się w kierunku swojego ‘biznesowego’ towarzystwa.
Lara czym prędzej zwinęła się z klatki i ruszyła po swój telefon. Walka szła zupełnie nie po jej myśli. Nie doceniła Sky i teraz miała tego efekt najprawdopodobniej w postaci złamanej ręki. Trzymała ją mocno przy ciele, bojąc się zrobić nią jakiś gwałtowniejszy ruch. Niech ją tylko jutro Valka w pracy zobaczy z gipsem. Miała poumawianych klientów, którzy czekali na tatuaże od tygodni. Zaraz będzie, że jest nieodpowiedzialna i głupia, bo przed walką o tym nie pomyślała. Ale w drugą stronę, nie podejrzewała, że wpadnie na Quinn, byłą mistrzynię kick-boxingu, co przecież zwiększało ryzyko kontuzji.
Wpadła do prowizorycznego pokoju, gdzie w starej rozlatującej się szafce miała schowaną torbę. Wyjęła z niej szybko telefon, dbając przy tym o to, aby nie zahaczyć nigdzie bolącą ręką. Pięć nieodebranych połączeń nie wróżyło niczego dobrego. Po chwili znów rozległ się dzwonek. Nie miała wyboru, musiała odebrać, chociażby z tego powodu, że przerwa dobiegała końca.
- Nie obchodzi mnie, skąd weźmiesz pieniądze… Nie baw się ze mną w żadne gierki Forester. Oddasz nam tę forsę dzisiaj…- wydobyło się ze słuchawki zaraz po tym, gdy Lara przyłożyła go do ucha. Dźwięk był na tyle głośno, że nawet umarły by usłyszał, a na domiar złego, nie dopilnowała tego, by drzwi były zamknięte.- albo możesz zacząć martwić się o swoje znajome. Cohen, Blackwood…wymieniać dalej?
Teraz dopiero zrozumiała jak poważna jest ta sprawa. Na początku myślała, że na luzie pospłaca długi ojca, lecz ten zaciągnął je u kolegów morderców. Nie mogła dopuścić, by komukolwiek stała się krzywda.- Nie mam takich pieniędzy, ale zdobędę je, dajcie mi czas!- bo choć walka była dobrze płatna to i tak musiałaby znaleźć resztę pieniędzy.- Dajcie mi tydzień…- tyle powinno jej wystarczyć, aby coś skombinować.
- Masz czas do końca dnia. O północy chcemy widzieć pieniądze!- odparł niski głos z pełną stanowczością, po czym się rozłączył.
Świetnie! Musiała coś zrobić. Może mogłaby jakoś przekonać Skylar, że ta wygrana jest dla niej bardzo ważna? Nie…w sumie to nie wchodziło w grę, była zbyt dumna, aby o coś takiego prosić, a błagać nie miała zamiaru, mimo naglącej potrzeby zdobycia pieniędzy.
Myśl Lara…myśl!
Nagle do pomieszczenia wbiegł chłoptaś na posyłki, obwieszczając, że przerwa się kończy. Wzięła, szybko przetarła spocone czoło i wróciła do klatki, nawet nie zdążając zawinąć ręki w bandaż. Ból stawał się coraz większy, to też zacisnęła mocno zęby. Musiała się wziąć w garść, dla własnego dobra. Od razu ruszyła do ataku nie czekając na jakikolwiek ruch przeciwniczki. Prawej ręki w ogóle nie opuszczała, a przy wymierzaniu ciosów skupiała się maksymalnie, aby trafiły w ciało, a nie przestrzeń obok. Kilka kopnięć w piszczele. Zasłona. Kolejny atak i tak w kółko.
- Ile to jeszcze potrwa?!- zawołała, domagając się głośniejszego dopingu ze strony tłumu.- Poddaj się Quinn, póki masz jeszcze szanse!- nie żeby ona miała jakąś przewagę, bo na pewno tak nie było, zwłaszcza przez rozwaloną rękę.- Już przegrałaś!- oj, prowokowała ją i to ostro, ale w głowie miała tylko fakt, że musi wygrać. Mocna w gębie to ona od zawsze była, więc starała się też przenieść to na deski.- Zmiataj do domu!- tłum znów wzniósł głośny ryk, bo zdecydowanie to, co mówiła krótkowłosa, przypadło im do gustu.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Skylar Quinn


Jestem w Chicago od
zawsze



31
kaskaderka/dublerka

Slow pace?I mean,I don't want to live without you

Mieszkam w
Streeterville

Skylar Raina

Quinn

Wysłany: 12 Listopad 2018, 22:00   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Charlie


Potrzebowała tego. Walki, adrenaliny i bólu przy każdym ciosie. To dawało jej nie tylko satysfakcje, ale również karało za błędy, które popełniła. Nie te na ringu, ale w życiu. Karała samą siebie za to, że znów piła, że bez alkoholu nie potrafiła poczuć się normalnie, ale teraz.. teraz czuła. To nic, że niszczyła sobie organizm, co mogło doprowadzić do tragedii. Nie bała się jej. Wolała to, od ciągłego powtarzania sobie, że była do niczego. Nie potrafiła być normalnym człowiekiem nawet na trzeźwo, więc już się nie starała, ale chociaż to – walkę – mogła zakończyć dobrze przy okazji czując cokolwiek. Ból w tej chwili był jej sprzymierzeńcem, pożywką i paliwem do dalszego działania. Tyle wystarczyło. Mogła sobie odpuścić, bo zwycięstwo nie było tym, na czym jej dzisiaj zależało. Dostała po mordzie, wyżyła się, więc mogła dać za wygraną, czego ani trochę nie ułatwiły słowa Lary. Dla własnego dobra mogłaby się zamknąć.
Zacisnęła szczękę gotowa zabić, co bardzo mocno popierał chochlik w jej głowie. Kolejny trup to kolejne poczucie winy i powód do picia. Sky mogłaby ją pobić do nieprzytomności, a potem walić po głowie aż do momenty, gdy ktoś łaskawie ociągnąłby ją od Forester. Mogłaby to wszystko i zapewne nie miałaby żadnych oporów, gdyby ciągle była tamtą nastolatką, którą niegdyś poznała Lara.
Zmieniła się, a przynajmniej chciała w to wierzyć.
Przeszła do agresywnego ataku zmuszając kobietę do wycofania się w stronę kratki. Jedno silne uderzenie w prawą rękę, którą ciągle tamta starała się chronić, wystarczyło by Lara wpadła na skraj ringu przez moment nie mając gdzie uciec. Jeden cios u dołu, ale nie w kobietę a kratkę, by tamta chcąc się obronić nieco pochyliła do przodu co pozwoliło Sky na wsunięcie drugiej ręki za jej głowę. Przywarła do drugiego ciała w formie przytulaska i ciągle napierała ręką na potylicę Lary, której ucho miała tuż przy swoich wargach. – Grabisz sobie. – warknęła wściekle, czego nikt inny nie mógł usłyszeć. – Potrzebujesz tej kasy, więc dla swego dobra; zamknij się. – puściła ją i gwałtownie odepchnęła drugą ręką oddalając od brunetki o dwa małe kroczki. Zrobiła to nie tylko ze względu na wspomniane pieniądze, ale również by nie doprowadzić do momentu, w którym faktycznie nie przestanie bić Lary aż tamta zdechnie. Nie chciała uwalniać w sobie tego potwora. Nie była nim, dlatego przy przyjęciu pozycji i złapaniu kontaktu wzrokowego z Larą delikatnie drgnęła ręką ku górze wskazując na ranną skroń. Uderzy tam, zaleje oko, ograniczy widoczność i wtedy Sky będzie mogła udawać, że już sobie nie radzi. Plan prosty. Pytanie tylko, czy Forester go wykorzysta?
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Lara Forester


Jestem w Chicago od
malucha z przerwami



30
DJ

Hey kid, love is for losers now

Mieszkam w
River North

Lara

Forester

Wysłany: 13 Listopad 2018, 01:50   
   Multi -  Oliver, Nicole, Anthony


Jej sytuacja była ciężka. Nie dość, że wkopała się w walkę ze swoją nemezis lat szczenięcych, to jeszcze musiała ją wygrać, a bez dwóch sprawnych rąk to prawie niemożliwe. Jednak nic innego nie wchodziło w grę. Nigdzie nie znajdzie stu tysięcy od ręki, to też musi zakończyć to jak najszybciej.
Agresywny atak przeciwniczki zaskoczył ją i nie zdążyła w porę obronić się przed uderzeniem. Poczuła ogromny ból, przez co jak najszybciej starała się oddalić. Tamta jednak dopadła do niej szybciej, niż to można było przewidzieć. Słowa, które usłyszała, zbiły ją z tropu. Słyszała jej rozmowę? Wie o pieniądzach? Chce dać jej wygrać? Coś jej tu śmierdziało i to wcale nie była krew jednej lub drugiej. Czemu tak łatwo miałaby dostać swoją wygraną?
Nie lubiła takich gierek, ale w swojej sytuacji chyba musiała to rozważyć. Rzadko zdarza się taka szansa, a jeśli kobieta dodatkowo, chce jej pomóc to, dlaczego nie skorzystać? Musiałaby schować swoją dumę do kieszeni i przestać zgrywać wielką wojowniczkę. Miała mniejsze doświadczenie, co przekładało się na nikłe szanse zwycięstwa w tym starciu. Co więcej, jeśli miałaby walczyć kolejne kilka minut, mogłoby dojść do jeszcze gorszych obrażeń. Już i tak wykorzystała fakt, że ma tutaj chody i pozwolono na przerwanie walki. Normalnie byłoby to niedopuszczalne. Chyba warto posłuchać w tym wypadku rozumu. Będzie miała dług u Skylar, niepieniężny. Ale długi trzeba spłacać i kobieta prędzej czy później na pewno się o to upomni. Teraz dla Lary liczyło się zwycięstwo.
Znów była gotowa do ataku, lecz zobaczyła, co tamta jej sygnalizuje. Dokładnie zrozumiała, co miała na myśli i po chwili już napierała na nią swoimi ciosami. Owszem, było to pójście na łatwiznę i zdecydowanie nie grało z jej wewnętrznymi zasadami, ale musiała coś poświęcić, Nawet jeśli będzie czuła odrazę do samej siebie. Wszyscy będą bezpieczni i to chyba w tej chwili powinno się dla niej liczyć. Wymierzyła cios, idealnie trafiając w skroń Quinn. Momentalnie polała się krew, a jej ilość troszkę zbiła z tropu Forester. Może za mocno uderzyła? Tłum zawył z zachwytu. Nie cieszyli się pięknem walki a samym momentem, gdy któraś z nich zalewała się krwią. Bestie… pomyślała, ale podniosła lewą dłoń w geście triumfu. Wiadomo to jeszcze nie koniec, ale musiała pokazać, że ma wszystko pod kontrolą. Nie byłaby sobą, gdyby czegoś od siebie również nie dodała.
- No i co to twój marny koniec?- spytała na tyle głośno, aby każdy z ludzi tu zebranych wiedział, że czas na finał. Była w swoim żywiole i musiała podsycać apetyt publiki. Nie potrafiła zawrzeć gęby na kłódkę. Z całej siły kopnęła Sky w piszczel mając nadzieję, że tamta upadnie. Jeśli miała na tyle szczęścia, że to wyszło, doskoczyła do niej na tyle, by móc raz po raz okładać ją nie tylko po twarzy, ale również brzuchu, rękach. Adrenalina była na tak wysokim poziomie, że nawet uderzyła prawą rękę, czego rzecz jasna pożałowała. Znów ten cholerny ból. Przestała... tylko po to, aby po chwili wstać i z uśmiechem pomachać tłumowi, skandującemu jej imię.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Skylar Quinn


Jestem w Chicago od
zawsze



31
kaskaderka/dublerka

Slow pace?I mean,I don't want to live without you

Mieszkam w
Streeterville

Skylar Raina

Quinn

Wysłany: 15 Listopad 2018, 15:33   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Charlie


Miało boleć. Chciała się ukarać i choć wszystko wyglądało tak, jakby robiła przysługę Larze, to w rzeczywistości obie coś na tym zyskają. Quinn potrzebowała tego bólu, chciała cierpieć by się ukarać, co praktycznie było w zasięgu ręki. Olać dotychczasową walkę. Najlepsze dopiero miało przyjść a ona naprawdę była gotowa się poddać.
Co ty odpierdalasz?! Walcz!
Cios w twarz, rana się otworzyła, krew zalała oko i ograniczyła widoczność. Nie z takimi utrudnieniami dawała sobie radę, ale teraz miała odpuścić. To nie mistrzostwa a pokuta, o którą sama się prosiła.
Broń się!
Kopniak. Straciła równowagę i gdyby sięgnęła po pokłady determinacji to mogłaby ustać na nogach. Nie chciała.
Zabij ją! Zniszcz!
Nie słuchała. Nie tego cholernego głosu namawiającego ją nie tylko do śmiertelnej walki, ale również picia. Znała go aż za dobrze. Towarzyszył Sky odkąd tylko pamiętała, ale nie zawsze był taki głośny. Nie zawsze pozwalała mu przejąć kontrolę i teraz też walczyła nie zamierzając dać mu satysfakcji z wykreowania kolejnej sytuacji, po której powinna zalać ją fala ogromnego poczucie winy.
Poczuła ciężar na swoim ciele w miarę możliwości ochroniła rękoma twarz. Cała reszta nie liczyła się aż tak bardzo jak facjata, która i tak już nie wyglądała najlepiej. Spięła się cała i przyjmowała na siebie kolejne ciosy aż niespodziewanie Forester postanowiła wstać. Mogłaby ją wykończyć, doprowadzić do takiego stanu, że może jakimś cudem obudziłaby się za pół roku. Nie zrobiła tego. Chociaż tyle dobrego.
Z ledwością przewróciła się na bok opierając dłoń o podłogę splamioną jej krwią. Splunęła raz i drugi. Wyglądała tak, jakby zamierzała wstać, ale nie dała rady. W sumie było w tym sporo prawdy. Czekała tylko aż ogłoszą cholerne zwycięstwo. Aż to wszystko się skończy a ona będzie mogła cierpieć w domu, bo nie było mowy by poszła do szpitala. Zapewne powinna, ale ‘takiego wała’.
Nie pamiętała kto i kiedy pomógł jej przetransportować się do szatni. Zapewne był to jeden z gacków organizatora, który również nieco porządniej pozlepiał ranę na skroni, co nie zmieniało faktu, że powinna to cholerstwo zaszyć. Weźmie kurwa zszywacz; tak mu pewnie powiedziała każąc spadać.
Korzystanie z syfiastych pryszniców nie wchodziło w grę. Zarzuci płaszcz i dotoczy się do domu, gdzie wstępnie oceni straty. O ile w ogóle będzie dała rady nałożyć wierzchnie odzienie, bo nawet zarzucenie płaszcza na ramiona sprawiało jej sporo problemu. Wszystko bolało, ale to dobrze, cieszyła się, chociaż ciało reagowało zupełnie inaczej. Jeżeli po drodze nie zemdleje z bólu to będzie cholerny cud.
Dom. Dotrze tam i może mdleć do woli, bo jak już umierać to tylko w swoich czterech ścianach.
z/t?
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Strona wygenerowana w 0,26 sekundy. Zapytań do SQL: 10