Poprzedni temat «» Następny temat
Salstar Parking
Autor Wiadomość
Chicago


Chicago

Wysłany: 1 Czerwiec 2016, 13:15   Salstar Parking

[align=center:391113a0ce][/align:391113a0ce]
 


profil
 
Claudius Osbourne


Jestem w Chicago od
urodzenia



38
uczy muzyki

i gra innym na nerwach

Mieszkam w
Gold Coast

Claudius Tierney

Osbourne

Wysłany: 6 Listopad 2016, 21:00   
   Mów mi -  Wiko
   Multi -  B. Clayton, D. Gleason, E. Fitzroy, K. Hathaway, T. Whitley.


/Po wszystkim.

Od momentu, w którym zupełnie przypadkowo spoufalił się i zaprzyjaźnił z whiskey, ta zamieszkiwała jego cztery ściany praktycznie bez przerwy. Nie dość, że nie widział w tym niczego złego, to właściwie całkiem nawet mu to odpowiadało - mógł po nią sięgnąć w dowolnej chwili i nikt nie kiwał groźnie palcem, wygłaszając mu nad uchem kazania. Na nie akurat nie miał najmniejszej ochoty, w przeciwieństwie do alkoholu, którego wypicie zawsze wydawało się być zbyt kuszącą wizją. Może był trochę znudzony, zarówno sobą, jak i wszystkimi dookoła, ale z drugiej strony, co miałby niby zrobić w obecnej sytuacji? Po prostu, któregoś wieczora, siedząc z butelką w dłoni na kanapie zorientował się, że tak naprawdę nie ma zielonego pojęcia, co znaczy wziąć się w garść. Co robiła osoba, która brała się w garść? Naprawiała wszystko to, co zdążyła zepsuć w przeszłości? Niby jak? Rzucała porcelanowym talerzem o podłogę, pstrykała palcami, a on magicznie wracał do poprzedniego, perfekcyjnego stanu? Przepraszała za swoje błędy, świetnie. Tyle że już dawno je popełniła, więc przepraszanie nie miało w tym momencie według Klaudiusza żadnego sensu. A że ostatnimi czasy coraz więcej rzeczy traciło, w jego mniemaniu, swój pierwotny sens, był całkiem poirytowanym człowiekiem i zachowywał się, jakby irytowało go absolutnie wszystko. Nie wysypiał się, bo najzwyczajniej w świecie nie mógł, a ktoś przecież musiał uczyć gówniarzy muzyki w szkole, ktoś musiał wstawać rano z kanapy i opiekować się dwoma sfinksami, które narzekały smutnym miauczeniem na wiecznie wracającego do domu schlanego w trupa właściciela. Szkoda tylko, że schlany w trupa właściciel nie zwracał jednak uwagi ani na miauczenie, ani tym bardziej na puste miski i brak karmy w szafkach. Sprawdziany sprawdzał na wiecznym kacu, bez końca krzywiąc się przy tym i narzekając na migreny, a kiedy nie musiał się trzymać pionu, chwytał po butelkę, wracając do swojego świata. Tego, w którym wcale nie czuł się samotnie, gdzie nie wspominał swojej rodziny i gdzie właściwie w ogóle nie myślał. O niczym ani o nikim innym, tylko o sobie.
Tak było najprościej. Dni mijały w dziwnie szybkim tempie, a kiedy nadchodziły noce, sen przychodził z większą łatwością. Proste, prawda? I jako że nie myślał o zmianie tego mechanizmu, według którego żył od dłuższego czasu, tamtego wieczora robił po prostu to, co zwykle. Opróżniał kolejne kieliszki z rzędu, rozbierając wzrokiem pobliskie kobiety, które wydały mu się interesujące, by na koniec na wpół świadomie opuścić dany klub czy bar i udać się tam, gdzie go nogi poniosą. Tym razem, podśpiewując cicho pod nosem jakiś kawałek Led Zeppelin (co, znając Klaudiusza, było pewnie jego ulubionym Dazed and Confused), szedł pokracznie chodnikiem. W dodatku, wcale nie było tak późno, jeszcze nawet nie wybiła druga w nocy. - Nie, proszę ja ciebie, ja nie chcę się żenić. W ogóle, na chuj to komu? Związki, miłości, gówno. Bleh. - prychnął pod nosem, orientując się nagle, że znajdował się na podziemnym parkingu. Jakim cudem tam zaszedł, nie miał pojęcia. - Ja, kurwa, pierdolę. - wzruszył lekko ramionami, zsuwając się powoli po ścianie, by na koniec klapnąć na ziemi i zwinąć się w kulkę. No, tego jeszcze nie było.
 
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Bree Harrel


Jestem w Chicago od
http://78.media.tumb

Wysłany: 7 Listopad 2016, 00:34   
   Mów mi -  Pacia
   Multi -  B. Conner, N. Harlow, C. Hayes, R. Hudson, J. Larson-Wheeler


#10
outfit

Zajęć na uczelni miała coraz mniej, wielkimi krokami zbliżał się moment oddania magisterki, na który absolutnie nie była przygotowana, a rozpoczął się już listopad. Miała coraz więcej wolnego czasu i praca w weekendy na stanowisku kelnerki przestała jej wystarczać - chwytała się coraz nowszych zajęć, wyprowadzała psy sąsiadów, roznosiła gazety i pilnowała sklepu pani Adams w wieczory, kiedy musiała odebrać synka z przedszkola. Nuda sprawiła, że w końcu zdecydowała się podjąć kurs prawa jazdy i pokazać, kto rządzi na ulicach Chicago. Zdała za drugim razem, a dzisiejszego dnia odebrała prawo jazdy z urzędu. To był idealny dzień na świętowanie, dlatego po krótkiej kolacji z Imogen i po dziesiątkach gratulacji złożonych przez telefon, Bree zdecydowała się pojechać do Owena, aby nie tylko pochwalić się zdanym prawkiem, ale również sprawdzić, czy Hudson jeszcze w ogóle żyje. Podobno miewał się dobrze - oczywiście, jeśli wierzyć w jego nazbyt optymistyczne opowiastki, jak świetnie mu się pracuje w barze, jak cudownym bratem jest Ross i jaką cudną przyjaciółką jest Harrel, że w ogóle zdecydowała się odwiedzić starego kumpla w środku tygodnia. Obejrzeli wspólnie film, tak samo jak kiedyś, obrzucając telewizor popcornem za każdym razem, kiedy aktor powiedział coś nieśmiesznego, zupełnie jak za czasów liceum. Oboje nie pili, ani szampana, ani wina, ani tym bardziej piwa. Owen był na odwyku, z kolei Bree planowała wrócić do domu swoim autem bez konieczności wzywania taksówki. Pili sok pomarańczowy jak w podstawówce i zagryzali go paluszkami, śmiejąc się i przede wszystkim rozmawiając - nadrabiali czas, który stracili, kiedy Owen znajdował się w ośrodku leczenia uzależnień. Znowu czuła się jak nastolatka, znowu czuła, że może wszystko. Poza tym Owen obiecał, że jeśli nie uda jej się napisać magisterki, załatwi jej pracę w Primary Night Club. Wtedy tylko pacnęła go dłonią w czoło, ponieważ to oczywiste, że ją napisze, prawda? Postanowiła wracać do domu w momencie, gdy zegar wybił pierwszą. Ross wrócił do domu, psując atmosferę i chęci do dalszej rozmowy, dlatego Bree pomachała Hudsonom swoimi kluczykami od auta przed nosem i wyszła, odprowadzana do windy przez Owena. Nie zjechał z nią na dół, musiał ogarnąć popcorn sprzed telewizora przed snem - chociaż jeśli chodziło o Bree, ostatnią rzeczą, o jakiej myślała w tej chwili, był właśnie sen. Opatuliła się cieplutko, próbując nie szczękać zębami, kiedy znalazła się na parkingu podziemnym znajdującym się pod apartamentowcem. Sądziła, że jest sama, ale męski głos utwierdził ją w przekonaniu, że jednak nie. Początkowo planowała zawrócić na górę, jednak stwierdziła, że do odważnych świat należy i poszła zbadać teren. Znaczy - planowała wsiąść do auta i odjechać, jak gdyby nigdy nic, ale słowa, jakie wypowiadał siedzący nieopodal jej auta mężczyzna, sprawiły, że podeszła do niego i przyjrzała mu się dokładnie z góry. Był starszy od niej, trochę przystojny i niesamowicie schlany. Ups. - Wiem coś o tym - zaczęła. Skrzyżowała ręce na piersiach, przestąpiła z nogi na nogę. - Miłość, związki. Do bani to wszystko - zapewne mówiła tak tylko dlatego, że od czasów liceum nie mogła znaleźć sobie kogoś na dłużej niż miesiąc. A kiedy facet zwinął się w kulkę, westchnęła jedynie ciężko. Powinna odjechać, a nie pomagać pijanym świniom. Jednak współczucie i empatia zaczęły grać w jej duszyczce pierwsze skrzypce. Przyklękła obok niego i przejechała dłonią po jego włosach. - No już, rusz się, to nawet załapiesz się na podwózkę do domu. Jeszcze się przeziębisz i co? Żadna kobieta nie jest godna takiego poświęcenia - stwierdziła, zakładając, że tego mężczyznę rzuciła kobieta. Zdarza się.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Claudius Osbourne


Jestem w Chicago od
urodzenia



38
uczy muzyki

i gra innym na nerwach

Mieszkam w
Gold Coast

Claudius Tierney

Osbourne

Wysłany: 8 Listopad 2016, 17:03   
   Mów mi -  Wiko
   Multi -  B. Clayton, D. Gleason, E. Fitzroy, K. Hathaway, T. Whitley.


Wspomnienia studiów zawsze wprowadzały go w dziwny, nostalgiczny nastrój, kiedy dosyć mocno żałował, że tamte czasy już dawno się skończyły. Czasy wiecznych imprez, picia po kątach i przede wszystkim spędzania trzech czwartych doby z kumplami. Wtedy życie wydawało im się dziecinnie proste, beztroskie, pozbawione wszelkich przeszkód, by podbić świat, a kolejne sesje jakimś cudem zaliczały się same. Nawet, jeżeli kończył z bardzo przeciętnymi wynikami, to i tak pękał ze szczęścia, że w ogóle zdał. Miał tamtą grupkę ludzi, którzy razem z nim dzielili pasję, zamiłowanie do aktorstwa, którzy mieli dla niego czas i spotykali się, kiedy wychodził z takową propozycją. A teraz? Nie dość, że gdzieś w tej otchłani dorosłego życia zniknęli jego kumple, to tak samo zapodziała się ta grupka ludzi. Klaudiusz został sam ze sobą, z ręką w nocniku dosłownie, a i tak udawał, że wcale tak nie było. Że on ma się świetnie, że to świat jest tutaj stroną przegraną i inny układ zdarzeń nie będzie brany pod uwagę. Zabawne, jak jeszcze kilkanaście lat temu czuł się panem świata, wraz ze swoją ekipą podbijając wszelkie okoliczne bary czy kluby, łamiąc serca zarówno kobietom, jak i mężczyznom. Taki był z niego pierdolony Don Juan w środowisku naturalnym. No, po części jest nim nadal, bo wciąż z pasją zwiedza obce łóżka, sprowadza do mieszkania obce kobiety, a większość wieczorów spędza poza swymi czterema ścianami, tyle że.. Ma już na karku całe trzydzieści sześć lat i w tej kwestii wcale nie cofa się w czasie, bo starzeje. I choć zachowaniem często przypomina bardziej zbuntowanego nastolatka, to w gruncie rzeczy gdzieś tam w głębi duszy wiedział, że powinien się kiedyś wreszcie ogarnąć. A że to kiedyś odkładał nieustannie na później było zupełnie inną sprawą. Jego problemem, tylko i wyłącznie. - Co? - kompletnie zdezorientowany, uniósł powoli łeb, by znaleźć wzrokiem źródło, z którego dotarł do niego ten całkiem przyjemny kobiecy głos. Uśmiechnął się nawet delikatnie, kiedy poczuł, jak mierzwi jego włosy. Przemiła istota, pijanego Klaudiusza miała już dawno, z trzeźwym nie powinna też mieć żadnych kłopotów. Ale to rano, nie teraz. - Nieeee, nikt mnie nie zostawił, spoko. - machnął niedbale ręką. - Po prostu, coraz częściej świat próbuje mnie ostrzec przed tym, żebym nie został starym samotnym prykiem, rozumiesz. Ale ja po prostu nie lubię związków. Zresztą, nigdy nie byłem w prawdziwym, takim poważnym, wiesz. A zaraz mi czterdziestka, kurwa, stuknie. Nie narzekam, odpowiada mi takie życie, ale.. Co, jeśli oni wszyscy mają rację? Myślisz, że ktoś przyjdzie na mój pogrzeb? - no tak, po pijaku robił się bardziej gadatliwy niż zwykle. Jeżeli więc Bree myślała, że tę sprawę załatwi szybko i bez przeszkód, to będzie musiała się nieźle rozczarować i posiedzieć z Osbourne'm co najmniej pół godziny, pogadać, by dopiero później móc podyktować swoje warunki. Chociaż, z drugiej strony, kto go tam wie, co mu nagle odpierdoli. Może zamieni się w potulnego baranka, grzecznie wpakuje do samochodu i pozwoli zawieźć pod apartamentowiec. Tyle że nic nie zmieniało faktu, iż potrzebował rozmowy. Chociaż przyznać się nie zamierzał, to naprawdę, brakowało mu tego bardziej, niż kiedykolwiek.
 
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Bree Harrel


Jestem w Chicago od
http://78.media.tumb

Wysłany: 9 Listopad 2016, 20:44   
   Mów mi -  Pacia
   Multi -  B. Conner, N. Harlow, C. Hayes, R. Hudson, J. Larson-Wheeler


Niedługo Bree będzie musiała pożegnać się ze studenckim życiem - skończą się referaty, chodzenie na uczelnię i znoszenie widoku profesorów, którzy wyglądali, jakby pozjadali wszystkie rozumy dostępne na świecie. Trochę bała się tego momentu. Bała się, że nie zdoła znaleźć sobie przyzwoitej pracy i będzie musiała zarabiać w przyszłości jako kelnerka, aby miała się z czego utrzymywać. Oczywiście, ona nie musiała studiować ani tym bardziej pracować - już posiadała firmę ojca, filię sklepów meblowych, ale wychodziła z założenia, że to jest sukces jej dziadka i ojca, nie jej. Ona również chciała osiągnąć coś w życiu, nie chciała spoczywać na laurach i tłumaczyć się nazwiskiem. Co jak co, ale większość Amerykanów kojarzyła jej nazwisko - w każdym większym mieście znajdował się sklep firmowy ojca, z nazwiskiem Harrel wypisanym na wielkim, niebieskim bilbordzie. Poza tym Bree nie wyobrażała sobie życia jako właścicielka sklepu, nieważne jakiego. Nie lubiła papierkowej roboty, nie lubiła kontrolować ludzi, a niewątpliwie z tym to się równało. Od dziecka jej marzeniem było tworzenie rysunków dla jednego z wydawnictw komiksów, Marvela albo DC - osobiście wolała DC, świadczyło o tym ostatnie Halloween, kiedy przyszła na imprezę w Starym Dworze przebrana za Harley Quinn. Filmową co prawda, ale zawsze. Poza tym nie wyobrażała sobie życia w sztywnej, eleganckiej garsonce, z kokiem upiętym na środku głowy. Zdecydowanie wolała zwiewne sukienki, szpilki i wiatr we włosach. Przyklękła przy Klaudiuszu, wzdychając ciężko. Była zdecydowanie zbyt dobra dla ludzi - przecież już dawno mogłaby leżeć w łóżku. Jednak kiedy Osbourne się wyprostował, zdała sobie sprawę, że spił się bardzo przystojny człowiek. Zawsze uważała mężczyzn przed czterdziestką, w garniturach, z kilkudniowym zarostem - za niesamowicie przystojnych. Niedawno przecież zakończyła związek z Jake'em, który był zaledwie kilka lat starszy od tego tutaj faceta. Nawet pod wpływem alkoholu jej się spodobał, no patrzcie. Uśmiechnęła się delikatnie, słysząc jego tłumaczenia. - Po co związki? - zadała pytanie mocno retorycznie, ale nie zdziwiłaby się, gdyby jej odpowiedział. - Zresztą, nie jesteś sam. Mój jedyny długi, poważny związek zakończył się w liceum. Po prostu oboje mamy pecha do ludzi - od razu przeszła na ty, mimo że nawet nie znała jego imienia. Kto po alkoholu by się przejmował, w jaki sposób się do niego zwraca? Chyba tylko feministka. - Ja mogę przyjść, jeśli mnie poinformujesz - parsknęła Bree, dopiero po chwili zdając sobie sprawę ze swojego faux pas. Żaden trup jeszcze nikogo nie poinformował o swoim pogrzebie, a niech to! I tak klękała teraz obok Klaudiusza, dość nieporadnie, ponieważ na nogach miała kremowe szpilki pasujące do sweterka. - To jak? Wstajemy? Możemy porozmawiać o związkach w aucie - zasugerowała, biorąc mężczyznę pod ramię, aby w każdej chwili być gotową wstać razem z nim. Według niej raczej sam nie dałby rady się podnieść, ale już nieraz asekurowała mężczyzn większych od niej. Owen był tego najlepszym przykładem. Nieraz wlokła go w stronę taksówki z tajemniczych melin, w których ćpał. Teraz jednak nie myślała o żadnych melinach - priorytetem było doprowadzenie Osbourne'a do auta, gdzie w środku panowało przyjemne ciepełko, sprzyjające rozmowie. Jak na pijanego Klaudiusz rozumował całkiem... dobrze.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Claudius Osbourne


Jestem w Chicago od
urodzenia



38
uczy muzyki

i gra innym na nerwach

Mieszkam w
Gold Coast

Claudius Tierney

Osbourne

Wysłany: 11 Listopad 2016, 18:23   
   Mów mi -  Wiko
   Multi -  B. Clayton, D. Gleason, E. Fitzroy, K. Hathaway, T. Whitley.


Nienawidził referatów, profesorów jeszcze bardziej, ale w gruncie rzeczy studia były chyba najlepszym okresem w całym jego marnym życiu. Tyle że jeśli chodzi o ambicję, z Bree nie dogada się w tej kwestii na pewno, bo kim on takim wielce, do cholery, był? Nikim; tylko jakimś bardzo pospolitym nauczycielem muzyki w jeszcze bardziej pospolitej szkole, mając niejednokrotnie do czynienia z totalnymi tępakami, którzy ledwo potrafili narysować klucz wiolinowy. I choć nie narzekał, naprawdę, tak czasami miał serdecznie dość. Nie chodziło tu nawet o pracę, ale o niego samego. A zdarzało się, że o wszystkich ludzi dookoła; gdy irytowała go absolutnie każda rzecz, jaką napotykał na swojej drodze i gdy potrafił być naprawdę irytującym człowiekiem. Grunt, że Bree nie znalazła go w takim stanie, wtedy szybko mogłaby zmienić o nim zdanie. Chociaż wiadomo, nic nie zmieniało akurat faktu, iż buźkę posiadał całkiem urodziwą, co tak często i tak niecnie wykorzystywał. Szkoda tylko, że nie do ambitniejszych celów, niż zaciąganie obcych kobiet do łóżka. Cały problem polegał na jego odwróconym systemie wartości, przez co Klaudiusz nie do końca działał tak, jak powinien. Zdarza się. Tak samo, jak zdarzały się cuda, tak samo zdarzały się też porażki, chociaż w przypadku Klaudiusza to drugie występowało ze znacznie większą częstotliwością niż pierwsze.. Ale co mógł na to poradzić? Odgórnie przyjął, że nic i dał sobie spokój z próbowaniem polepszenia swojej obecnej sytuacji życiowej. Proszę bardzo, oto, gdzie go takie myślenie doprowadziło - prosto na podziemny parking. - Nie wiem. Nigdy w żadnym nie byłem w sumie. Ale z opowiadań słyszałem tylko, że są chujowe. Bardzo chujowe, więc nah, podziękuję. - machnął lekceważąco ręką, sprzedając Bree swój piękny, czarujący, typowo klaudiuszowy uśmiech. Bo czarować mógł zawsze, co nie. Na pewno nie zamierzał rezygnować z okazji, to totalnie nie byłoby w jego stylu. A przede wszystkim w stylu pieprzonego kobieciarza, którym przecież był. - Serio? To bardzo miłe z twojej strony, wiesz? Przynajmniej powiesz im, żeby grali mi nad grobem Led Zeppelin, a nie jakieś kościelne chały i niewypały. Nie lubię tego. Pogrzeby zawsze są tak zajebiście smutne i w ogóle, stypy nie mają żadnego sensu i w sumie to tak wcale nie powinno być. Kiedyś myślałem sobie, że ja chciałbym, żeby na moim pogrzebie zrobiono ogromną imprezę. Taką co najmniej na dwieście osób. Żeby wszyscy pili dużo wódki, zapominali o swoich problemach i korzystali z życia. - cisnęło mu się na usta, żeby dopowiedzieć "jak ja", ale ostatecznie ugryzł się w język, ślepia wlepiając w tamtym momencie w te należące do Bree. Całkiem ładne zresztą. Może był pijany, ale urodziwe kobiety i ich wdzięki doceniał nawet, kiedy był schlany w trupa. Na wzmiankę o aucie skrzywił się z niezadowoleniem, co najmniej jak pięciolatek, któremu ktoś właśnie zabrał zabawkę. - Nie chce mi się.. Możemy tu chwilę zostać? Tylko chwilę. Proo-sz-sz..ę. Proszę. Proszęproszęproszę. Przytulę cię, jak będzie ci zimno. W ogóle, jesteś naprawdę ładna. Nigdy tego nie mówię kobietom tak wprost, zwykle zamiast tego zaciągam je do łóżka, ale nie każdy lubi seks w samochodzie, co nie. - może rozumiał nienajgorzej, ale na pewno nie zastanawiał się za bardzo, co właściwie mówił.. Chociaż tego nie robił nawet na trzeźwo, cóż. Peszek.
 
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Bree Harrel


Jestem w Chicago od
http://78.media.tumb

Wysłany: 12 Listopad 2016, 23:32   
   Mów mi -  Pacia
   Multi -  B. Conner, N. Harlow, C. Hayes, R. Hudson, J. Larson-Wheeler


Bree chciałaby zostać nawet nauczycielką, gdyby wiedziała, że osiągnęłaby to jedynie za pomocą swojej ciężkiej pracy. Nie uważała tego zawodu za pospolity ani pozbawiony perspektyw, wręcz przeciwnie - trzeba było wykazać się odpowiedzialnością, której jej, niestety, brakowało, aby nie tylko nauczyć, ale również w pewien sposób wychować uczniów. W szkole dzieci spędzały mniej więcej połowę swojego życia, co sprawiało, że ich wychowawcami byli nie tylko rodzice, ale również nauczyciele. Może aspiracją Bree nie była posada nauczycielki w szkole, chyba że miałaby uczyć plastyki albo zajęć artystycznych, po prostu myślała, że po skończeniu liceum już nigdy nie przekroczy progu murów szkolnych. Jednak gdyby zdecydowała się na taki krok, musiałaby skończyć szybki kurs pedagogiczny; pytanie brzmiało, czy dałaby radę? Oczywiście, nie mówię tu o zdaniu kursu, bo to nie było problemem. Problemem było dopilnowanie, aby dzieci wyniosły coś z lekcji. Nie chciała spoczywać na laurach, chciała się rozwijać, chciała pokazać dzieciom rzeczywistość, a przede wszystkim - chciała pokazać, że nie jest jedynie pustą blondyneczką, która polega jedynie na swojej urodzie. Miała do zaprezentowania o wiele więcej, była w końcu inteligentna, a szczytem jej możliwości na pewno nie było zarządzanie sklepem meblowym. Przynajmniej tak myślała. Kto wie, może w przyszłości będzie koleżanką z pracy tego tutaj pijanego pana? Oczywiście, nie zdawała sobie sprawy, kim był, czym się zajmował ani jak miał na imię. Jeszcze. To była tylko kwestia czasu, kiedy dowie się o nim czegoś więcej. Ona zrobiła już pierwszy krok i nie zamierzała się wycofać. Pytanie brzmiało - czy Claudius będzie miał tyle odwagi następnego ranka, aby jej podziękować za to, że zwróciła na niego uwagę, na biednego, leżącego, pijanego człowieka. Osbourne miał szczęście, że akurat przechodziła. - Pewnie, single mają lepsze życie. Nie muszą się martwić o drugą połówkę, nie trzeba kupować więcej jedzenia... Z tym byłby wielki problem. Nawet dla siebie zapominam kupić jedzenia - zaśmiała się, rozładowując atmosferę. W zasadzie nie było nawet czego rozładowywać - byli swobodni, rozmawiali, zupełnie nie przejmowali się tym, co pomyśli drugie. Nie znali nawet swoich imion i to właśnie było piękne w przypadkowych spotkaniach i znajomościach. - Przekażę im - pokiwała głowę z lekkim uśmiechem, ciągle klęcząc przy Klaudiuszu. Miała już chłodne kolana; parking nie był dobrym miejscem na pogaduszki, ale wyglądało na to, że spędzą tutaj trochę więcej czasu. Przysiadła na krańcu swojego płaszcza blisko mężczyzny, stykając się z nim ramionami. - Wiesz, czego ja bym chciała na swoim pogrzebie? Mnóstwo kwiatów, ale nie sztucznych wieńców, tylko takie, rozumiesz, żywe. Polne, stokrotki, róże, fiołki, wrzosy. I najlepiej żeby jedyną muzyką był szum wiatru na cmentarzu. Niech pożegnają mnie w ciszy i spokoju, a, i muszą, koniecznie muszą ubrać mnie na biało. W ogóle chciałabym umrzeć całkiem młodo, chyba - zamyśliła się, dając ponieść się wyobraźni. Już sam opis ich wymarzonych pogrzebów - jakkolwiek to nie brzmiało - powinien uzmysłowić im, że są z kompletnie dwóch różnych światów. Jednak skoro Bree rozpoczęła już rozmowę, nie potrafiła tak po prostu wstać i odjechać. Również zerknęła w oczy Osbourne'a, dość zadziornie. Znała różne typy pijanych ludzi. Agresywni, smutni. A Klaudiusz był bardzo zabawny i przede wszystkim - szczery. A od rozmowy nikomu jeszcze nie stała się krzywda. - Czyli mam rozumieć, że jestem wyjątkowa. Takie komplementy przed seksem, no proszę - zaśmiała się, kręcąc głową. - Wiesz, zwykle nie mówię tego mężczyznom wprost, ale jesteś bardzo przystojny. Zwykle ich ignoruję - dodała, parodiując go i pukając palcem w jego klatkę piersiową.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Claudius Osbourne


Jestem w Chicago od
urodzenia



38
uczy muzyki

i gra innym na nerwach

Mieszkam w
Gold Coast

Claudius Tierney

Osbourne

Wysłany: 24 Listopad 2016, 22:23   
   Mów mi -  Wiko
   Multi -  B. Clayton, D. Gleason, E. Fitzroy, K. Hathaway, T. Whitley.


W tym wszystkim problem pojawiał się w momencie, kiedy człowiek przestawał się starać, przestawało mu zależeć na tym, żeby nie stać cały czas w jednym miejscu i nie ruszać z niego swojego leniwego tyłka nawet o kilka kroków dalej. Klaudiusz znalazł się w bardzo podobnym stanie całkiem dawno temu, tkwił w nim do dnia dzisiejszego i wydawało mu się, że właściwie to nie ma żadnego innego wyjścia, jak tylko pogodzić się ze swoim marnym losem, przyjąć go potulnie i zaakceptować. Nie miał ani żadnych większych ambicji, ani poważnych planów na przyszłość, bo nawet ona wydawała mu się być tak bardzo odległa, że najczęściej zwyczajnie o niej zapominał. Było trochę tak, jakby żył z dnia na dzień, nie myśląc o nadchodzącym jutrze i nawet nie nastawiając się, że w ogóle nadejdzie. Bo przecież mogło wcale nie nadejść, Klaudiusz mógł zupełnie przypadkiem wpaść pod jakiś samochód czy inną ciężarówkę i radośnie zginąć na miejscu, żegnając się z popierdolonym światem raz na zawsze. Czy tego chciał - nie miał zielonego pojęcia, ale zdarzyło mu się już kilka razy przyłapać na snuciu podobnego scenariusza w tym swoim bardzo małym rozumku. To wcale jednak nie było tak, że planował swoje samobójstwo. Po prostu.. Czasami, jak każdy względnie normalny człowiek, przeżywał emocjonalne kryzysy tudzież gorsze chwile, nie radził sobie z tym najlepiej i najczęściej kończył na kanapie z butelką alkoholu. A to, że wspomniany trunek coraz częściej dotrzymywał mu towarzystwa było już zupełnie inną kwestią - kwestią, której za wszelką cenę starał się unikać i którą omijał bardzo szerokim łukiem za każdym razem, gdy tylko pojawiała się na horyzoncie. - Czy lepsze to nie wiem, bo według definicji jest samotne i puste, ale na pewno mają mniej zmartwień. Naprawdę zapominasz kupować dla siebie jedzenia? Hej, nie powinnaś tak robić, jeść trzeba, no nie? Ale zawsze w razie czego mogę być tym chłopaczkiem-frajerem z Nietykalnych i każdego ranka przynosić ci świeże rogale z piekarni. - zaśmiał się pod nosem, nie odwracając wzroku od swojej rozmówczyni. Klaudiusz miał to do siebie, że nigdy nie odbierał sobie żadnych przyjemności, więc teraz, skoro mógł patrzeć do woli i korzystać, to korzystał. Proste. Nieznajoma okazała się być niezwykle sympatyczną, przyjazną, pełną uroku osobistego osóbką, która z jakichś powodów zdecydowała się usiąść z obcym pijakiem i porozmawiać. To się nie zdarza, przynajmniej nie w życiu Klaudiusza. - Trzymam cię za słowo. - odpowiedział, dodając do tego ciepły uśmiech. Pozytywnie zaskoczony, bardzo zaciekawiony nową osobą, nie miał najmniejszej ochoty ruszać się z miejsca. Zwłaszcza, kiedy Bree jednak usiadła tuż obok niego, decydując się najwyraźniej na spełnienie jego prośby. Doceniał, serio. Nawet, jeśli nie było tego po nim nigdy widać. - Lubisz kwiaty, prawda? I biały kolor? Jest całkiem ładny, byłoby ci w nim ładnie. Niekoniecznie w towarzystwie trumny, ale no, wiesz, o co chodzi. - nie widział żadnego problemu w tym, że rzeczywiście byli z kompletnie różnych światów. Przeciwieństwa się przyciągają, prawda? Jakoś tak to leciało. - Wiesz, że zabrzmiałaś, jakbyś naprawdę miała ten seks w planach? - wypiął dumnie pierś, spoglądając na nią z rozbawieniem. Niby żartował, ale oczywistym było, że nie miałby nic przeciwko. Nigdy nie miał w tej kwestii. - Dziękuję. - odparł, chwytając ją za palec, którym bezczelnie pukała w jego klatkę. - W takim razie dlaczego mnie nie zignorowałaś? - no, nie rozumiał biedaczek, to chciał wyjaśnień. Też proste.
 
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Bree Harrel


Jestem w Chicago od
http://78.media.tumb

Wysłany: 27 Listopad 2016, 19:46   
   Mów mi -  Pacia
   Multi -  B. Conner, N. Harlow, C. Hayes, R. Hudson, J. Larson-Wheeler


Bree od zawsze chciała być panią własnego losu, swoich łez, uśmiechu. Nie chciała, aby ktokolwiek decydował za nią w jakiejkolwiek kwestii, nawet rodzice. Dlatego nie podobało jej się, kiedy tata przepisał na nią salon meblowy bez konsultacji z nią; jakby liczył na to, że dzięki temu spełni aspiracje Bree i będzie mogła dostatnio żyć, nadzorując produkcję i sprzedaż mebli. Niestety, ojciec nie uszczęśliwił jej w ten sposób - sprawił jedynie, że za każdym razem, gdy przejeżdżała obok siedziby firmy, czuła dziwne wyrzuty sumienia. Z jednej strony, przez wzgląd na wolę ojca, nie chciała sprzedawać udziałów, z drugiej - zarządzanie taką firmą kompletnie jej nie interesowało. Często stawała naprzeciw różnym decyzjom, buntowała się, pokazywała swój charakterek, udowadniała swoje racje i stawiała na swoim, ale co zrobić w momencie, kiedy ostatnią wolą ojca było pozostawienie firmy w rękach rodziny? Utah - jej starszy brat - zrezygnował z prowadzenia salonu już dawno, jeszcze przed uroczystym odczytaniem testamentu, zostawiając firmę i ostatnią wolę ojca na głowie Bree. Nie wiedziała jeszcze, co zrobi. Na razie kończyła swoje wymarzone studia, a co dalej - czas pokaże. Może otworzy własną galerię i wystawi tam swoje prace? Albo wyjedzie na warsztaty prowadzone przez sławnych artystów z całego świata w Waszyngtonie. Od dziecka chciała znaleźć się na takich warsztatach. Jednak to nie był dobry temat do rozmyślań w środku nocy, siedząc na parkingu obok nieznajomego człowieka, którego imienia nawet nie znała. Odwróciła głowę w jego stronę - nie wyglądał na bardzo pijanego, nawet słowa wypowiadał całkiem wyraźnie. No i był przystojny, a to dodatkowo działało na jego korzyść; już nie wspominajmy o wodzie kolońskiej, która skutecznie maskowała woń alkoholu. - Mam wielu znajomych i nikt mnie nie ogranicza. Nie lubię, jak ktoś mnie ogranicza, wiesz? Dlatego gdy tylko skończyłam osiemnaście lat wyprowadziłam się z domu. Już sześć lat żyję na swoim garnuszku, jak ten czas zleciał! No i spokojnie, nie gorączkuj się tak. Imogen, znaczy moja przyjaciółka, dba o mnie z całego serduszka. Wynosi śmieci, kupuje jedzenie, nawet obiadki gotuje i przypomina mi o urodzinach moich znajomych - powiedziała Bree, troszeczkę się rozczulając. Imogen naprawdę była kochaną osóbką, złotą. W podzięce Bree powinna wykupić cały nakład jej książki we wszystkich księgarniach. Zaraz potem zaśmiała się pod nosem, słysząc propozycję Klaudiusza. Był taki uroczy. Nawet po alkoholu. - Muffinki czekoladowe z piekarni na River North są zajebiste. Trafisz do mnie? - spytała zadziornie, nawet nie myśląc o tym, aby dać mu swoją wizytówkę z adresem i numerem, ponieważ... cóż, nie posiadała jej. Biedna dziewczyna. Jeszcze nie była na tyle sławna albo wpływowa, aby drukować swoje wizytówki. - Wiem - skwitowała krótko, a delikatny uśmiech nie znikał z jej twarzy. Uroczy nieznajomy był nie tylko uroczy, ale również zabawny, no proszę. - Lubię białe piwonie - rzuciła nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki, wzruszając ramionami. Tak, chciałaby zostać pochowana w towarzystwie setek piwonii. Najlepiej, gdyby ktoś je posadził przy jej grobie, ale tego nie mówiła już na głos. - Nie rozmawiajmy o trumnach, jest taka piękna noc. Na pewno świecą gwiazdy na zewnątrz. Chociaż nie jestem pewna - mruknęła, zerkając wymownie na sufit garażu podziemnego. Mogli wybrać sobie inne miejsce na schadzki. Jednak o tym również nie myślała zbyt długo - zaraz uśmiechnęła się zadziornie do Klaudiusza. Seks? - Dawno nie miałam w planach seksu. A ty masz w planach seks? - spytała, puszczając do niego perskie oczko. Kiedy ujął ją za palce, z zadowoleniem poczuła, że jego dłonie są ciepłe. Czy tylko ona była takim zmarzluchem? A później przewróciła oczami. Pijani ludzie byli tacy ciekawscy, a Bree nie miała w sobie ani krzty instynktu samozachowawczego. - A wiadomo? Może byłbyś nieprzytomny. Gdybym uratowała ci życie, byłabym w gazetach, może nawet w telewizji - zażartowała. Oczywiście, że nie pomagałaby ludziom dla atencji.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Azrael Addams
[Usunięty]

Wysłany: 2 Grudzień 2016, 20:25   

style

Chociaż to dziwne, Azrael był tego dnia przepełniony energią. I to nie tą złą, zwaną wkurwieniem, a zwykłą, dobrą energią, której po prostu było aż nadmiar. Niestety, dnia wcześniejszego nie domyślił się, że teraz będzie tak, a nie inaczej, i na wszelki wypadek te najważniejsze sprawy w pracy załatwił właśnie wtedy. I dziś tego pożałował, bo z pozostałą robotą uwinął się szybciutko nad ranem, a skoro tak, to nic innego mu nie pozostało. Jednak na dupie usiedzieć nie potrafił, więc pojechał do rodziny, co by może któreś z rodzeństwa lub rodzice czegoś potrzebowali. Do spędzenia z nim czasu nagle był chętny aż nikt, tłumacząc się, że są zajęci, zmęczeni, nie mają czasu albo zwyczajnie mówili, że nie mają ochoty siedzieć akurat z nim. No, ale jak już zaoferował swoją pomoc - każdy z ręką w górze i gotową listą zakupów w niej! No oczywiście, kochani bracia i siostry, tylko wykorzystują najstarszego, eh. Lecz tego dnia nie miał zamiaru narzekać, póki miał w sobie tę moc, zdecydował się ją wykorzystać. Więc zabrał listy zakupów od dwóch sióstr oraz brata, a dwóm pozostałym obiecał podzwonić po znajomych załatwiając im potrzebne cosie czy odwołując wizyty u lekarza. Taka niewolnicza sekretarka się z niego zrobiła, aż niewiarygodne! Wyzywając rodzinkę i krzycząc, że cała reszta pieniędzy zamieszka w jego portfelu, wyszedł z rodzinnego domu i zaraz znalazł się w samochodzie. Trzeba było jechać! No więc pojechał, zaparkował na pobliskim parkingu podziemnym, a sam pokierował się do najbliższego supermarketu. Kupił wszystko, co było potrzebne jemu lub jego 'szefom', czy jakby tu nazwać osoby, które rozkazały mu zakupić sobie przeróżne drobiazgi. O dziwo uwinął się z tym wszystkim dosyć szybko, tak przynajmniej mu się wydawało, dlatego też po niedługim czasie był znów przy samochodzie z siatami na ramionach.
Kończąc pakować kupione przedmioty do bagażnika, kątem oka ujrzał gdzieś w oddali kobietę, która najwyraźniej miała mały lub większy problem z samochodem. Być może dosłyszał również jakieś brzydkie słowa wychodzące z jej ust, co go nie widziło, bo i on by się zdenerwował, gdyby zgasło mu auto akurat, kiedy chciałby wyjechać z parkingu. Zamknął bagażnik i zablokował samochód, po czym podszedł wolno do brunetki. Przez chwilę stał w bezruchu, korzystając z tego, że pozostał niezauważony i przyglądając się temu, co robiła dziewczyna. Po nieco dłuższej chwili położył dłoń na dachu samochodu, lekko się opierając, a pewnie cichy hałas [jezu bo nie wiem jak to nazwac...] sprawił, że kobieta w końcu go dostrzegła. Uśmiechnął się półgębkiem, przenosząc wzrok z samochodu na nią i z niej na samochód.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale...wie pani, może mógłbym pomóc? - zagadnął, bo przecież nie będzie się w nic wtrącał bez zgody właścicielki samochodu. Przestał się opierać i stanął przed maską auta, która pewnie była już podniesiona. - Wie pani chociaż z czym problem i po prostu nie może sobie poradzić, czy nawet przyczyna jest nieznana? - zadał kolejne pytanie i chyba zabrzmiał trochę jak lekarz, nauczający statystkę, co sprawiło, że zachciało mu się śmiać. Powstrzymał się od śmiechu, jedynie uśmiechając się szerzej niż wcześniej i spuściwszy speszony wzrok, przyjrzał się akumulatorowi i tym innym, na którym nie znam się w ogóle, więc nie będę się na tym skupiać...

Zgodnie z regulaminem nie minęło dziesięć dni od ostatniego postu w wątku bez zakończenia rozgrywki znacznikiem "/ZT". Wraz z partnerką do gry powinniście dołączyć do wątku pozostałych graczy lub przynajmniej uwzględnić w swoich postach ich obecność.
~ Leanne
 
 
Chloe Walsh


Jestem w Chicago od
http://gifimage.net/

Wysłany: 2 Grudzień 2016, 21:19   
   Mów mi -  Paula


Outfit

/Po wszytkich grach

Jak zawsze rano przed pracą Walsh odąd straciła dziecko musiła wyjść rano się przebiec. Mimo to, że mineło niecałe dwa tugodnie ona to dalej przeżywa, a bieganie pozwalało jej na to by mogła zapomnieć chodź na chwilę. Jak tylko dowiedziała się, że jest w ciąży to od razu zaczęła szykować pokój maluchowi, a teraz nie potrafi tam nawet wejść. Boi się, że gdy tylko zobaczy to łóżeczko i resztę rozklei i załamie się na nowo, a dopiero co się pozbierała. Pewnie jeszcze jej trochę czasu zajmie pogodzenie się z tym, że nie zobaczy tego maleństwa, ale na pewno nie zrezygnuje z dziecki, jak nie będzie mogła urodzić to zaadoptuje maleńzstwo, które czeka na dom. Kiedy wróciała z poranne przebieżki, wzkoczyła pod prysznic i zaczęła się szykować do pracy. Po kilku dniach wolnego miała sporo zaległości, a jeszcze po pracy musiała wskoczyć na zakupy bo jej lodówka świeciła już pustka a musiała coś jeść, przez te kilka dni nie wychodziła z domu. Gdy była ogarnięta już, ruszyła do pracy. Oczywiść zaraz po przyjściu szefostwo ciepło ją przywitało jak zawsze. Musiała im powiedzieć dlaczego wzięła te kilka dni wolnego, zrozumieli ją i wspierali też. Może nie byli przy tym fizycznie, ale sms i telefonami jej pomogli się pozbierać za co im będzie dziękować. Z uśmiechem na twarzy zaczeła pracować. Mimo, że miała dużo papierkowej roboty, cieszyła się bo to dawało jej możliwość tego by nie myślała o tym co się stało.
Kiedy w końcu na zegarze wibiła godzina szesnasta Chloe z radością wyszła z pracy z teczką pełną dokumentów. Zabrała nieskończoe papiery do domu by się czymś zająć. Oczywiście musiała jechać na zakupy, których nie lubi. Mimo, że jest kobietą woli posiedzieć w domu i coś poczytać niż szlajać się po sklepach w poszukiwaniu niepotrzebnych rzeczy. Zaparkowała auto na parkinu podziemnym i szybko wskoczyła do sklepu. Wiele jej nie było trzeba bo w końcu mieszkała sama, dlatego szybko się z tym uwinęła. Gdy miała już wszytk, z powrotem ruszyła na parking i spakowała zakupy na tyle siedzenie a potem sama usadowiła sie na siedzeniu kierowcy. Gdy chciała odpalić auto , coś syknęło po czym auto umarło. Cicho przeklnęła pod nosem i wyszła z auta wcześniej otwierając maskę. Totalnie sie na tym nie znała więc kilka razy z jej ust wydobyło sie przekleństwo. Nie wiedziała, że ktoś ją obserwuje. Dopiero gdy usłyszała jak toś kładzie rękę na dachu, zorientowała się, że nie jest sama przy aucie. Podniosła głowę i spojrzała na mężczynę, który stał obok jej auta - Serio ? Zapytała się jak idiotka, a po chwili zorientowała się jak to musiało zabrzmieć. Gdy mężczyna uśmiechną się szerzej ona zrobiła to samo i lekko pokręciła głową. -Uratowałby mi pan życie, kompletnie się na tym nie znam. Nie wiem co mogło pójść w tym aucie. Spojrza błagalnym wzrokiem na brunet, który już zaczął coś tam oglądać. Dla niej motoryzacja to czarna magia, wolała zostawić to kumś kto na tym się zna.
Zgodnie z regulaminem nie minęło dziesięć dni od ostatniego postu w wątku bez zakończenia rozgrywki znacznikiem "/ZT". Wraz z partnerką do gry powinniście dołączyć do wątku pozostałych graczy lub przynajmniej uwzględnić w swoich postach ich obecność.
~ Leanne
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Azrael Addams
[Usunięty]

Wysłany: 4 Grudzień 2016, 17:28   

Azrael lubił pomagać. Dawało mu taką jakby...no nie wiem, satysfakcję? Poczucie przydatności. Każdy lubił czuć się potrzebny, a on właśnie tak się czuł gdy tylko mógł komuś pomóc. Co innego, jakby się na motoryzacji nie znał, ale skoro to i owo wiedział, nie mógł tej kobiety zostawić samej, nie wyciągając do niej nawet pomocnej ręki. Pooglądał przez chwilę samochód od wewnątrz i zewnatrz, po czym dał dziewczynie znak dłonią, że zaraz wróci. Poszedł oczywiście do swojego samochodu po jakieś narzędzia, które z pewnością przydadzą się w ogarnianiu, co tam się mogło wydarzyć, że auto nie chce odpalić. Kurtkę ściągnął i zostawił na przednim siedzeniu, po czym zamknął samochód i wrócił do kobiety. Wziął jeden z kluczy i zaczął coś przekręcać, coś sprawdzać, raz po raz próbując odpalić. W międzyczasie zerkał na właścicielkę auta, uśmiechając się pocieszająco.
- Śpieszy się pani gdzieś? - zagadnął z nutą ciekawości w głosie. Kto wie, może kobieta jechała właśnie na urodziny swojego dziecka albo coś w tym rodzaju co było równie ważne? Addams rzecz jasna nie chciał się wtrącać, ale jeśli naprawdę zależało jej na dotarciu w jakieś miejsce w ciągu następnych dwudziestu minut, to chyba nie będą mieli wyboru i zostawią samochód tutaj, a on zawiezie ją swoim, po czym wróci tutaj i naprawi ten należący do niej. Jeszcze nie zdążył powiedzieć tego na głos, co dziwne, bo coraz częściej głośno myślał, a teraz jakoś nie. No, nieważne. Przerwał na chwilę robotę i przesunął dłonią po włosach. - Od dawna samochód tak...nagle zgasa? Czy to pierwszy raz? - no tak, ich rozmowa bedzie chyba polegała na samym zadawaniu pytań, bo dotychczas Azrael ani razu nie powiedział nic, co nie kończyło się znakiem zapytania. Eh, to niezły początek znajomości. No, ale musiał poznać problem, aby znaleźć jego rozwiązanie, inaczej nie uda mu się nic zrobić, niestety. - Przepraszam na moment.. - powiedział po chwili, wyciągajac z kieszeni komórkę. Siostra pytała, o której wróci do domu z ich zakupami. Posłał całej zgrai esemesa, że zastał go mały wypadek i będzie później niż myślał, a następnie schował telefon z powrotem. Co jak co, ale oni nie mogli narzekać, że się spóźni. W końcu to on był na tyle dobry, by w ogóle zrobić im jakiekolwiek zakupy, nie narażając ich na niemiłe spotkanie z pogodą, która nie była specjalnie ładna. A równie dobrze mógł ich olać po całości, stwierdzając, że nie chce mu się i woli zająć się samym sobą. Był dla nich zdecydowanie za dobry! - Ma pani po kogo zadzwonić w razie czego? No, rozumie pani...mąż, brat, ojciec? - zadał kolejne pytanie. Jeżeli nie - zostaje jej tylko on, a wtedy on z chęcią pomoże jej dotrzeć do obranego celu.
 
 
Chloe Walsh


Jestem w Chicago od
http://gifimage.net/

Wysłany: 4 Grudzień 2016, 21:05   
   Mów mi -  Paula


Chloe miała podobnie, kiedy któraś z przyjaciółke prosiła od razu rzucała wszytko i biegła z pomocą. Dla Masie z kawą biegła do szpitala a do Kitty z jakimś jedzeniem w końcu była w ciąży co było do wybaczenia. Gdyby Walsh znała sie na autach pewnie by sama sobie naprawiła, ale że ona n8c nie wiedziała na ten temat to wolała się tego nie tykać bo tylko by to zepsuła i auto by już w ogóle nie pojechało. Gdy mężczyzna na chwilę podszedł swojego auta uważnie mu się przyjżał a dokładnie jego tyłkowi, którym już skradł jej serce. Kiedy wrócił uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Gdy zapytała się czy gdzieś się spieszy, pomyślała przez chwilę i spojrzała na niego. -Nie już na dziś wszytko mam załatwione odpowiedziała i sięgnęła do auta po wodę, po czym upiła spory łyk, w miedzyczasie jak odstawiła wodę do auta zmieniła sobie buty z szpilek na trampki. Było tak jej wygodnie a coś czuła, że to długo może potrwać . Kiedy jej zbawiciel grzebał coś przy aucie ona siętylko przyglądała, nie wiedziała co mogło pujść nie tak jeszcze rano normalnie jej odpaliło a tu niespodziaanka. Gdy mężczyzna przerwał na chwilę pracę i spojrzał na nią przeczesując swoje włosy, uśmiechnęła się. -Właśnie nie dziś pierwszy raz nie odpala a rano wszytko było okey. odpowiedziała szczegółowo na jego pytanie stwierdziała , że może mu to pomóc w naparawie tego auta a jak nie to będzie musiał kuppić nowe. No tak zadając pytanie jej cały czas może to wyglądać dziwnie, ale może dzięki temu doprowadzi jej auto do stanu jazdy a to było jej bardzo potrzebne. Gdy mężczyzna ją na chwilę przepeosił spojrzala na niego i uśmiechnęła się, to był znak, że jej to nie przeszkadza. Przez chwilę pomyślała, że to żona pisze do niego. W sumie po co ona o tym myśli po prostu jej ppmaga i tyle. Upomniała sie kilka razy w myślach by nie wypbrażać sobie nie wiadomo czego. Po stracie dziecka nie potrafiła myśleć o niczym innym tylko o tym jak dać mu lub jej na imie, ale dziś chyba to się zmieni. Meżczyzna dalej zajmował się jej autem a ona mu się bezwstynie przyglądał. Miała okazje dobrze obejrzeć sobie mężczyne. Jego szczeka była zaciśnięta jakby się na czymś skupiał. Oczy miał cały czas skierowane na silnik. Bardzo rzadko widziała kogoś tak skupionego i to jej się podobało nawet bardzo. Gdy zadał jej pytanie czy ma kto po nià w razie czego przyjeć posmutniała. Nie miała tu nikogo bliskiego nie wspominając o mężu bo na to się szybko nie zapowiadało. -Nie mam męża odpowiedziała pewna siebie. Chciała by wiedział, że jest sam ale po co, on mógł kogoś mieć a Walsh sobie wyobraża za dużo.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Claudius Osbourne


Jestem w Chicago od
urodzenia



38
uczy muzyki

i gra innym na nerwach

Mieszkam w
Gold Coast

Claudius Tierney

Osbourne

Wysłany: 15 Grudzień 2016, 00:20   
   Mów mi -  Wiko
   Multi -  B. Clayton, D. Gleason, E. Fitzroy, K. Hathaway, T. Whitley.


Kwestii ojca raczej nie pomógłby jej rozwiązać, bo sam miał średnio ciekawe doświadczenia, jeśli chodziło o jego własnych rodziców. Nie, żeby ich nie kochał czy nie doceniał, jak wiele dla niego zrobili, ale w takich kategoriach mógł właściwie mówić raczej o matce. Wyłącznie o matce, przecież ojca nigdy nie było. Spierdolił jeszcze przed przyjściem Klaudiusza na świat, najwyraźniej nie zamierzając zbytnio tracić czasu na jakieś durne ojcostwo. Zdarza się, tak? Zdarza i zdarzyć może każdemu, bez zadawania żadnych pytań i ostrzegania. Życie nigdy nie zastanawia się, kiedy nie powinno kopnąć w dupę - jeżeli już pyta o cokolwiek, to raczej o ostatnie słowa przed kolejną porażką, chociaż to i tak nikogo nie interesuje. Co zresztą Osbourne rozumiał. Nie protestował, biernie przyjmując zarówno porażki, jak i wygrane, znacznie bardziej skupiając się na aktualnym stanie zdrowia swojej butelki whisky. To nazywać pijaństwem? W życiu.
- Wątpię, żeby ktokolwiek na tym świecie lubił być ograniczany w jakikolwiek sposób. Ja też nie lubię. Tylko nie mogę zrozumieć, jakim cudem udało ci się żyć na własną rękę tak od razu? Skąd miałaś na wszystko pieniądze? Mam prawie cztery dyszki na karku i nadal czasami boli mnie ta bezlitosna pustka w moim portfelu. - mruknął, wykrzywiając swój urodziwy ryj w lekkim grymasie niezadowolenia. Nie, żeby narzekał, w końcu miał to poniekąd na swoje życzenie, mądrze wydając pieniądze głównie na alkohol. Nikt mu przecież nie powiedział, że życie pijaka będzie łatwym życiem. - To dobrze. Nie chciałbym, żebyś przypadkiem umarła z głodu czy coś w tym stylu. - stwierdził beztrosko, aczkolwiek całkowicie szczerze. Z nieznanych mu jeszcze wówczas powodów najzwyczajniej w świecie chciał dla Bree jak najlepiej; nie miał wprawdzie najmniejszego pojęcia, dlaczego zależało mu na zupełnie obcej osobie, ale nie zamierzał się również ze sobą kłócił, bo dobrze wiedział, że to zawsze było w finalne bezowocne. - Powinienem dać radę. - zaśmiał się na wzmiankę o muffinach, chociaż w tamtym momencie brał to całkiem na serio. Co z tego, że nie zdał sobie sprawy z tego, że w gruncie rzeczy raczej na pewno nie trafi do kobiety bez znajomości adresu, ale z drugiej strony, kto by się przejmował taką błahostką w stanie upojenia alkoholowego? Na pewno nie Klaudiusz. - No i skąd ja mam wiedzieć, czy właśnie zaprosiłaś mnie bezpośrednio do łóżka, czy tylko się zgrywasz i sprawdzasz, czy nie jestem dupkiem i czy się na ciebie nie rzucę z obślinioną brodą? - jęknął nagle żałośnie, spoglądając na Bree z udawanym wyrzutem. Chyba nie zamierzał w tamtym momencie ani iść do żadnego łóżka, ani tym bardziej rzucać się na Bogu ducha winną istotę. Aż tak nieczułym chamem nie był, wbrew wszelkim pozorom, jakie świat mu przypisywał. - Czy jeżeli odpowiem, że z Tobą nie miałbym nic przeciwko, to dostanę w ryj? Już nie raz mi się oberwało za szczerość, ugh. - nie był tym faktem ani jakoś szczególnie rozbawiony, ani też zasmucony, bo.. Zwykle zapominał o takowych incydentach z zawrotną prędkością. Właściwie zapominał o wielu rzeczach. Kiedy dotknął jej dłoni i zorientował się, że są zimne jak lód, bez zastanowienia objął zaraz drugą i zaczął grzać jej łapy własnymi. Chyba mógł, no nie? To w końcu nie było rzucanie się z obślinioną brodą. - Hey, to ma sens w sumie! Ale miałaś jakieś przykre doświadczenia z facetami? Bo tak to trochę zabrzmiało i wiesz, jeżeli jest ktoś, kto Ci coś zrobił, to tylko daj mi namiary. Wpierdolę i własna matka go nie pozna. - wypiął dumnie pierś, spoglądając na Bree z szerokim uśmiechem pełnym bardzo obiecującej satysfakcji. Taki był z niego dżentelmen!
 
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Bree Harrel


Jestem w Chicago od
http://78.media.tumb

Wysłany: 24 Grudzień 2016, 18:53   
   Mów mi -  Pacia
   Multi -  B. Conner, N. Harlow, C. Hayes, R. Hudson, J. Larson-Wheeler


Przez całe swoje życie ojciec nie pozwolił odczuć Bree, że jest niekochana. Wręcz przeciwnie. Faworyzował ją jako swoje jedyne prawdziwe dziecko, przy okazji w niezbyt subtelny sposób odtrącając resztę jej przyrodniego rodzeństwa. Mama Bree - niestety -miała to do siebie, że nie potrafiła być wierna jednemu partnerowi. Małżeństwo z panem Harrelem było jej po prostu na rękę. Posiadała dobre nazwisko, dostęp do wspólnego konta z sześcioma cyferkami na liczniku i wiecznie zapracowanego męża, który mimo wrednego charakterku pozwalał na liczne zdrady. Z pozoru wydawali się rodziną idealną, ale tylko z pozoru. O ile Bree miała słodkie życie jako najmłodsza córeczka w wielkim domu, na dodatek rodzona córka pana Harrela, o tyle jej starsze siostry nie miały tego przywileju. Maine, Idaho i Dakota ciągle kłóciły się z jej ojcem, ciągle pyskowały i były rozstawiane po kątach. W końcu z panem Harrelem, pod którego dachem mieszkały, nie łączyło ich nic oprócz pani Harrel - ich matki, a zarazem żony pana Harrela. Swoją drogą, każda z sióstr Bree nosiła nazwisko po swoim ojcu, ponieważ pan Harrel nigdy nie pozwoliłby na użyczanie swojego nazwiska owocom zdrady własnej żony. Tak nazywał je zwykle podczas kolacji, w których nie uczestniczyli rodzice jego albo żony. W każdym innym aspekcie życia zdawali się być bardzo dobranym małżeństwem - kochali się na swój sposób, a dogadywanie się ze sobą przychodziło im z trudem, ale koniec końców potrafili dojść do porozumienia.
- No... mój tata prowadził salon meblowy. Nie kojarzysz sieć salonów Harrelów? Najlepsze meble ogrodowe i salonowe, drewniane komody i fotele bujane? Nie? Z początku tata wszystko opłacał, studia, podręczniki, mieszkanie, dopiero z czasem zaczęłam sobie dorabiać w restauracjach i kawiarniach. Nie potrzebowałam już pomocy, rozumiesz. No, a teraz... znaczy, po śmierci taty, firma należy do mnie. Jednak planuję ją sprzedać, wiesz? Prowadzenie sklepu meblowego mnie nie kręci. Chciałabym podróżować albo ratować ludzi. Albo sprzedawać moje obrazy i wystawiać je na aukcjach charytatywnych. W końcu jeśli sprzedam firmę, to będzie mnie na to stać. Prawda? - urwała Bree, nagle potrząsając swoimi długimi, blond włosami i na pewno niechcący zaczepiając nimi o twarz Klaudiusza, który siedział zdecydowanie zbyt blisko niej, ale nocna aura i szczęście z powodu odebrania prawa jazdy wprawiało ją w niesamowity nastrój błogości i bezpieczeństwa. Sztucznego albo i nie, ale jednak bezpieczeństwa. - Wiesz co? Czuję się, jakbym znała cię od lat, a nawet nie znam twojego imienia. Wstydź się, tajemniczy nieznajomy. Będę cię tak nazywać, nawet jeśli się przedstawisz. To nawet trochę romantyczne. Pomyśl sobie, odwiedzisz mnie kiedyś na łożu śmierci, a ja ci powiem żegnaj, tajemniczy nieznajomy - zamruczała ze zdradzieckim uśmiechem, odgarniając włosy na bok. Troszeczkę dziwił ją fakt tak nostalgicznych rozmyślań w środku nocy, w końcu już dawno powinna być w łóżku, już dawno powinna szykować się na uczelnię, aby mogła się wyspać i zaliczyć ostatnie zajęcia w tym roku, ale rozmowa z Klaudiuszem była zbyt wciągająca. Powinien się cieszyć, że nawet w stanie upojenia alkoholowego mężczyzny Bree, całkiem trzeźwiuteńka, nie odgoniła go spod swojego auta, a zamiast tego nawet przysiadła się i rozpoczęła drugi monolog. Puściła Klaudiuszowi perskie oczko, kiedy stwierdził, że da radę do niej trafić - spróbowałby nie! No, pomińmy już to całe bycie trzpiotem Bree i nawet nienapomknięcie o adresie albo numerze telefonu. Swoją drogą, na pewno czekała ich długa noc; Bree na pewno nie pozwoli Klaudiuszowi wracać taksówką. - A chciałbyś się rzucić? - odbiła dość sprawnie piłeczkę z zaczepnym, delikatnym uśmiechem. Trochę jej schlebiało podejście Osbourne'a, z drugiej strony w głowie zapaliła jej się czerwona lampeczka, która zapalała się zawsze, gdy zapomniała o czymś ważnym. Zapewne Imogen kazała jej uważać na nieznajomych; ale właśnie to było najpiękniejsze w spotkaniach z nieznajomymi. Nigdy nie mogliśmy być pewni, jak nas zaskoczą. Pozytywnie lub... negatywnie. - Nie, nie dostaniesz w ryj. Na pewno nie ode mnie - sprostowała szybko, zaraz z miłym zaskoczeniem obserwując, jak Klaudiusz opatula jej palce swoimi dłońmi. Znowu się uśmiechnęła. Nie podejrzewała go o taką małostkowość. Momentalnie rączki się jej rozgrzały, ale nie zamierzała wyswobadzać się z tego subtelnego uścisku. - Spokojnie, zaliczyłam tylko zdradę narzeczonego dwa lata temu, ale mój przyjaciel już skutecznie dał mu w kość. Mam pecha w miłości, nikt mnie nie chce - zaśmiała się. Czas płynął, oni rozmawiali. W końcu Bree wtuliła się w jego ramię, wzdychając ciężko. - Słuchaj, tajemniczy nieznajomy. Albo jedziemy do mnie, albo sama jadę do mnie. Jaka decyzja? - spytała, przecierając zaspane już oczęta. Będzie potrzebowała solidnego bodźca, aby ją rozbudzić.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Claudius Osbourne


Jestem w Chicago od
urodzenia



38
uczy muzyki

i gra innym na nerwach

Mieszkam w
Gold Coast

Claudius Tierney

Osbourne

Wysłany: 29 Grudzień 2016, 01:14   
   Mów mi -  Wiko
   Multi -  B. Clayton, D. Gleason, E. Fitzroy, K. Hathaway, T. Whitley.


Dorastając jako jedynak, niewiele wiedział o nierównym traktowaniu. Powiedziałby raczej, że może tylko dokonać porównania nierównego traktowania ze złym, bo to nie było mu obce. Przecież wielokrotnie dostawał po dupie pasem, był zamykany na klucz w schowku na miotły pod schodami niczym Harry Potter, a nawet zdołał przyswoić pokaźną kolekcję przekleństw. W jego domu nie było mowy o faworyzowaniu ani w ogóle o okazywaniu uczuć w jakikolwiek sposób. Może dlatego Klaudiusz był emocjonalnym zjebem? Nie znał się nawet odrobinę ani na uczuciach, ani na emocjach ani w ogóle na czymkolwiek tego pokroju. W jego przypadku nie było więc mowy nawet o jakiejś poważniejszej czy głębszej pogawędce, bo to by się po prostu nie udało. Był zbyt dużym, niedojrzałym dzieckiem, żeby rozwodzić się na skomplikowane tematy, które wymagają użycia mózgu. Skoro organ nieużywany zanika.. Ten należący do Klaudiusza już dawno to zrobił.
- Czy kojarzę.. Teraz ci chyba na to pytanie nie odpowiem. - podrapał się trochę niepewnie po karku, spoglądając na nią przepraszającym wzrokiem. W swoim obecnym stanie średnio potrafił kojarzyć chociażby nawet te podstawowe fakty, a co dopiero nazwy salonów meblowych. Za dużo od niego wymagała. - Zależy, za ile ją sprzedasz, no nie. Bo wiesz, jedna firma może być warta mieszkania Britney Spears, a druga mojego. A to diametralna różnica. Ale na ratowanie ludzi możesz dać nawet tyle, ile dostałabyś za moje mieszkanie. Czasami nawet nie trzeba pieniędzy do ratowania, no nie. - czymże była składnia zdaniowa, kiedy w głowie szumiało od alkoholu? Nieważną i niewartą chociażby odrobiny uwagi pierdołą, którą nikt nie zamierzał się przejmować. Zwykła strata czasu, nic więcej. Klaudiusza jeszcze by głowa rozbolała od tego całego zastanawiania się nad zachowaniem poprawnej składni, cholera. - Boże, faktycznie się nie przedstawiłem! Wybacz, kretyn ze mnie. - mruknął, prychając pod nosem z niezadowoleniem. Chyba był zawiedziony samym sobą w tamtym momencie. - Claudius Osbourne. Przepraszam, że musisz mnie poznawać w mojej pijanej odsłonie, mam nadzieję, że przez to się jakoś nie zrazisz za bardzo.. A tajemniczy nieznajomy brzmi zajebiście. Tak tajemniczo i w ogóle. - pokiwał z ogromnym zaabsorbowaniem głową, uśmiechając się szeroko do Bree. Nie, żeby koncepcja romantyczności mu się jakoś spodobała, ale naprawdę nie miał nic przeciwko. Przynajmniej w tamtym momencie, będąc nieźle schlanym (i bardzo, ale to bardzo zainteresowanym nową znajomą) Klaudiuszem. Czyżby dopiero po wlaniu w siebie niezliczonej ilości drinków przestawał przysłowiowo patrzeć tylko na dupę i cycki? Zwracał uwagę na sposób, w jaki Bree się do niego uśmiecha, jak puszcza do niego oko, a nawet jak na niego patrzy. Wprawdzie ciężko było mu skupić się na tylu szczegółach w jednym momencie, ale tragicznie też mu nie szło. Chyba. - Co by się stało, gdybym powiedział, że tak? - nie przeszkadzało mu prowadzenie rozmowy w trybie przypuszczającym, ani to, czy zamierzali tak do rana, czy tylko do momentu przekroczenia progu domu Bree. On mógł tak długo. - Nie, żebym nie lubił dostawać w ryj. W łóżku lubię. Trochę agresji chyba jeszcze nikomu jakoś bardzo nie zaszkodziło, no nie? Wiesz, w przypadku obopólnej zgody. Bo tak bez to chyba gwałt by był. A ja nie jestem gwałcicielem. W ogóle nie jestem takim złym człowiekiem, wiesz? Tylko niektórzy myślą, że jest ze mnie pijak, nierób, chuj i kretyn. Trochę racji mają, ale trochę to przecież nie cała racja. - poskarżył się pannie Harrel dość żałośnie, jak na dojrzałego mężczyznę. Zabrzmiał raczej jak chłopiec, któremu właście zabrano sprzed nosa czekoladę. Zdziwił się również, kiedy Bree nie zabrała tak po prostu rąk po krótkiej chwili, bo nie sądził, żeby serio ufała jakiemuś tam nieznajomemu. Przecież był dla niej nikim. Kolejnym pijusem, którego droga czystym przypadkiem skrzyżowała się z jej własną, marudzącym i jęczącym kozłem ofiarnym, który nie radził sobie najwyraźniej za dobrze z samym sobą. A z życiem tym bardziej. Gdy jednak wtuliła się w jego ramię.. Z pijusa i kozła ofiarnego zamienił się w bardzo dumną emocjonalną kluskę, która uznała ten gest za objaw niewyobrażalnej uroczości i wydała z siebie bliżej nieokreślony dźwięk uradowania. Zaraz objął ją tym szczęśliwym ramieniem, przyciskając trochę bardziej do siebie, coby więcej ciepła zatrzymali, wiadomo! Nawet potarł trochę jej bark. - Mgghh. Okay. Jedziemy do Ciebie. - tak, jak powiedzieli, tak pewnie zrobili, więc możesz ich przenieść do mieszkania Bree, gdzie po zamknięciu drzwi Klaudiusz zatoczył się i wylądował twarzą na jednej ze ścian, przez co zaśmiał się wniebogłosy. A potem spojrzał pytająco na towarzyszkę. - Muszę spać sam? - chciałam kończyć, serio. Ale no, jakoś tak. Nie wyszło. Życie.

/zt. x2
 
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Maurice Wyatt
[Usunięty]

Wysłany: 5 Sierpień 2017, 03:56   

Serce waliło mi jak oszalałe na samą myśl o tym, co zaraz miało się stać. Moja lewa dłoń coraz mocniej zaciskała się wokół scyzoryka, dyskretnie ukrytego w kieszeni skórzanej kurtki. Prawa zaś nerwowo poprawiała włosy, co i raz lądując na twarzy, aby trudniej było ją rozpoznać. Czułem się jakbym miał zaraz kogoś zamordować. Albo sam zostać zamordowany.
Wszystko zaczęło się jeszcze kilka godzin temu. Wstałem, wziąłem szybki prysznic i zjadłem szybkie śniadanie, omijając porannego papierosa. Mimo tego i tak byłem spóźniony. I na głodzie. W ostatnich dniach zdarzało mi się to dosyć często. Próbowałem powstrzymać się od wybrania „tego” numeru i muszę przyznać, że szło mi całkiem nieźle. Trzeci dzień na trzeźwo. Nie wciągnąłem się na tyle, aby leżeć na podłodze i zdychać z bólu, jednak niewiele mi do tego brakowało. Bez przerwy huczało mi w głowie, a nogi i ręce wydawały się ciężkie, tak jakby ktoś przywiązał mi dziesięć kilo piasku do każdej z kończyn. I akurat wtedy, kiedy chciałem opuścić tę Sodomę i Gomorę (czyt. dom, w którym jest mi dane mieszkać), sam diabeł stanął mi na drodze i zniszczył resztki mojej nadziei na lepsze jutro. Mam na myśli Franka – mojego współlokatora, który mimo tego, że wprowadził się dopiero miesiąc temu, już zdążył zaleźć mi za skórę. Dowiedział się bowiem, że siedziałem i to nie za byle co. Wielkie mi halo. Osobiście, wolałbym dzielić mieszkanie z BYŁYM przestępcą, aniżeli z taką hieną. Koleś pracuje w jakimś dobrze prosperującym banku, siedzi za biurkiem i naciąga ludzi na kredyty. Z tego co mi wiadomo, to współpracownicy też mają go za zwykłą szuję, co skacze za szefem, aby dostać najważniejszy na świecie awans. Jego żarty? Seksistowskie lub rasistowskie. Hobby? Piwo i darcie mordy przy telewizorze. I naprawdę nie rozumiem, za jakie grzechy musiał uczepić się akurat mnie. Zaczął mi grozić, że powie właścicielowi domu o tym, czego się o mnie dowiedział i pewnie wylecę na ulicę. I nie wątpię w to; na pewno by to zrobił, gdybym nie zgodził się na jego gierki. Podobno ktoś rozpowiadał bardzo niemiłe rzeczy na jego temat (KTO BY SIĘ SPODZIEWAŁ?), a on chciał dać mu nauczkę, ale jako że jest tchórzem i palantem, zmusił do tego mnie. Chciałem mu nawet zapłacić, ale jedyne co mi zostało, to kilka centów, walających się gdzieś na podłodze lub pod łóżkiem. Dlatego skończyłem tak, jak skończyłem. W pracy nerwowo gapiłem się na zegar, mając nadzieję, że koniec mojej zmiany nigdy nie nadejdzie, a ja nie będę musiał bawić się w chuligana. Ale klamka już zapadła. Było lekko po dwudziestej oraz dosyć chłodno, jak na lato w Stanach. Zszedłem po cichu na ostatnie piętro kilkupoziomowego parkingu i zacząłem szukać wzrokiem właściwego samochodu. Czarne audi. Czarne audi. CZARNE AUDI. A może ciemno-czerwone? Albo w ogóle to nie było Audi? BMW? Może Mercedes? Cholera, ja jeszcze niedawno miałem problem z odróżnieniem skuteru od motoru. Nie można wymagać ode mnie zapamiętania takich rzeczy. Nawet nie podał mi rejestracji. Nic, zupełnie. Jak zwykle – radź sobie sam, tylko niczego nie spapraj. Nagle dostrzegłem coś w typie tego, o czym opowiadał mi tamten pacan. Byłem pewien. Byłem pewien, że to ten. Przysięgam, dałbym sobie rękę uciąć. I w sumie dobrze, że nie dałem.
Szybkim krokiem ruszyłem w stronę samochodu. Pięć sekund i spadam, przecież to takie proste. Rozejrzałem się ostatni raz, po czym przyłożyłem scyzoryk tuż pod lusterkiem i sunąłem nim aż do samego końca. Następnie podrapałem jeszcze maskę. Muszę przyznać, że to całkiem fajne uczucie. Można wyładować emocje, tak na chwilę. W tym samym momencie usłyszałem kroki i kiedy się odwróciłem, ujrzałem mężczyznę idącego w moją stronę. Wiedziałem. Wiedziałem, że wpadnę. Uciekać? Nie, za późno. Widział moją twarz. I jakby tego było mało, tuż za nim odjechało to samo czarne audi, o którym wspominał Frank.
 
 
Ray Varnham


Jestem w Chicago od
urodzenia



25
trenuję boks

i wkurzam się na taką jedną

Mieszkam w
Streeterville

Ray Braden

Varnham

Wysłany: 21 Styczeń 2019, 00:04   
   Mów mi -  Patka
   Multi -  pustka


#7

Dzień wolny od pracy kojarzył się chyba wszystkim z odpoczynkiem oraz długim, relaksującym snem. Najpewniej Ray skorzystałby z tych cudownych dogodności, ale około dziewiątej poczuł długi, chudy palec wbijający mu się pomiędzy żebra. Brunet otworzył najpierw jedno oko, potem drugie i wymruczał dość niewyraźne co? w kierunku Layli, która znajdowała się tuż obok i to ona była winowajcą, jeśli chodziło o obudzenie boksera. Rozchodziło się oczywiście o śniadanie. Dwudziestopięciolatek zdawał sobie sprawę, że dziewczyna nie da mu wytchnienia, jeśli nie zdecyduje się na podniesienie z łóżka i przyrządzenie jej sycącego posiłku, który swoją drogą był przecież tym najważniejszym w trakcie trwania całego dnia. Varnham posłusznie ruszył do kuchni, ale kiedy po otwarciu lodówki przywitało go tam jedynie mizerne światło, westchnął ciężko. Nie miał ani jednego składnika do zrobienia chociażby najzwyklejszej w świecie jajecznicy. No nic... Czekała go wycieczka do sklepu czy to mu się podobało czy nie. Po uporaniu się z poranną toaletą i naciągnięciem ubrań na własne ciało, pożegnał się z Laylą i ruszył na misję zakupy. Sportowiec zdecydowanie miał nie najlepszy dzień. Okazało się, że osiedlowy sklep, w którym zazwyczaj zaopatrywał się w najbardziej potrzebne produkty został zamknięty na czas inwentaryzacji. Mężczyzna musiał udać się w nieco dalszą wycieczkę, ale nie zamierzał tego robić na piechotę, wrócił się pod apartamentowiec, w którym zamieszkiwał i z podjazdu zabrał swoje Subaru. Skoro już musiał jechać dalej to może odwiedzenie supermarketu nie było wcale takim złym pomysłem; od razu zabierze składniki na obiad. Droga do miejsca docelowego zajęła mu nie więcej niż dziesięć minut, Ray wjechał swoim samochodem na parking podziemny, aby tam pozostawić je na czas pobytu w Targecie. Drzwi nie chciały się jednak domknąć, a Varnham powoli tracił cierpliwość do dzisiejszego poranka. Co jeszcze miało się wydarzyć? Może pod zadaszeniem zacznie na niego padać deszcz? Albo w ogóle to miejsce się zawali i tutaj zginie? Dzisiaj chyba wszystko było możliwe.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Lana Conners
[Usunięty]

Wysłany: 21 Styczeń 2019, 00:42   

#1

Dlaczego matki mają takie wyczucie czasu, że dzwonią w momencie najgorszym z możliwych? Taka przynajmniej była mama Lany, kobitka tak potrafiła wyczuć moment, że dzwoniła zawsze dokładnie wtedy, gdy Lanka znajdowała się na samym środku jednego z ruchliwszych skrzyżowań w mieście. Dziewczyna jednak nie była z tych, którzy prowadzą telefoniczne dyskusje za kołkiem. Uważała, że jest to skrajnie nieodpowiedzialne zachowanie, dlatego tez już kwadrans później znajdowała się na parkingu podziemnym, w najlepsze gawędząc ze swoją mamuśką. Lana już dobre dwa lata temu wyprowadziła się z rodzinnego domu do apartamentu, jednak jej mama była tak zatroskaną, a jednocześnie i ciekawską osobą, że musiała zadzwonić do córki przynajmniej raz dziennie. Dziewczynie jednak wcale to nie przeszkadzało, gdyż mama była jej najlepszą przyjaciółką i osobą, której mogła powiedzieć dosłownie wszystko.
Taka była zagadania, że z początku zupełnie nie zauważyła, że nieopodal zatrzymał się pewien samochód. Dopiero po chwili zwróciła na to uwagę, bo zirytował ją fakt, że ów ktoś nie potrafi zamknąć drzwi auta. No jak tak można! Nieważne, że drzwi się zacięły! Juz miała powiedzieć nawet o tym mamie, gdy dotarło do niej, na kogo właśnie patrzy. Szybko zakończyła więc rozmowę telefoniczną i wysiadła ze swojego czerwonego auta, głośno trzaskając drzwiami.
-No nie wierzę, kogo ja widzę! Ray, we własnej osobie!- krzyknęła w jego kierunku. Po tym, jak bez słowa wyjechał z miasta nie sądziła, że jeszcze kiedykolwiek go zobaczy. Raczej stała się o nim zapomnieć i nawet jej się to udało. Była z siebie dumna, gdy w końcu przestała przepłakiwać całe noce po jego odejściu. A teraz proszę, ni stąd, ni zowąd, stoi przed nią, we własnej osobie. -Co ty sobie myślałeś? Że możesz mnie tak zostawić i bez słowa wyjaśnienia wyjechać uj wie gdzie? Czy ty jesteś normalny?! - z chęcią by go jeszcze pobiła, jednak powstrzymywał ją fakt, że na parkingu są kamery. Jeszcze później by się do niej doczepili, że bije niewinnego mężczyznę, który był bokserem w sumie... ale co z tego? Damska torebka w takich przypadkach to najlepsza broń, która pokona każdego. Dosłownie każdego.
 
 
Ray Varnham


Jestem w Chicago od
urodzenia



25
trenuję boks

i wkurzam się na taką jedną

Mieszkam w
Streeterville

Ray Braden

Varnham

Wysłany: 22 Styczeń 2019, 02:39   
   Mów mi -  Patka
   Multi -  pustka


Zawalenie się stropu podziemnego parkingu było niczym w porównaniu z tajfunem, który miał nawiedzić go w przeciągu kolejnej minuty lub dwóch. Jeśli tylko Ray miałby świadomość, że dzisiejszy dzień będzie tak fatalnie wyglądać to za żadne skarby świata nie dałby się namówić do opuszczenia mieszkania. Musiałby wtedy mierzyć się z nieprzyjaznym nastawieniem panienki Finch, ale chyba wolał to tysiąckroć bardziej niźli słuchanie wyrzutów od byłej partnerki. Właściwie to oficjalnie nigdy nie zerwali, Varnham po śmierci przyjaciela po prostu zmył się z rodzinnego miasta i słuch po nim zaginął. Tylko siostra oraz rodzice mieli jakiekolwiek pojęcie o wyjeździe dwudziestopięcioletniego boksera, ale i tak nie było dane poznać im kierunku podróży jaki obrał. Teraz stał, zmagał się z niewspółpracującymi drzwiami i będąc na nich skupionym, wzdrygnął się, gdy usłyszał kobiecy głos, niepozbawiony zupełnie negatywnego tonu. Nie był przygotowany na to, że w takim miejscu jak to natknie się na Lanę, unikał jej przecież skutecznie przez ostatnie tygodnie odkąd wprowadził się z powrotem do Chicago, a mimo to nie był w stanie uciec przed przeszłością. Pozostawiając niedomknięte drzwi odwrócił się twarzą w stronę jasnowłosej i słuchał kolejnych pytań ciskanych prosto w jego osobę.
- Lana? - zapytał zupełnie zdziwiony chociaż dobrze wiedział, że był to nikt inny jak właśnie jego eks. - W zasadzie to nie wiem nawet co ci powiedzieć. Powinienem był cię wtedy uprzedzić o swoich planach. - westchnął ciężko, chociaż to tłumaczenie było naprawdę marne. Minęły trzy lata, trzy cholerne lata, a sprawa z pozostawieniem panienki Conners nie zdołała się w żadnym stopniu zagoić, a przynajmniej biorąc pod uwagę punkt widzenia dwudziestodwulatki, która w obecnej chwili prawdopodobnie zadusiłaby Varnhama gołymi rękami, gdyby tylko otrzymała co do tego prawne pozwolenie.
- Nie planuj na mnie żadnego morderstwa albo kar godnych czasów średniowiecza, błagam. Ten dzień i tak już daje mi mocno w kość. - powiedział, starając się załagodzić nastawienie dziewczyny co do jego osoby. Mógł próbować, ale nikt nie zapewnił go, że w jakikolwiek sposób to zadziała i się sprawdzi!
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Lana Conners
[Usunięty]

Wysłany: 26 Styczeń 2019, 00:20   

Jeszcze nikt nigdy nie potraktował jej w podobny sposób. Zrozumiałaby wszystko, jazdy powód wyjazdu, jednak gdyby Ray w ogóle raczył jej powiedzieć co się stało i co planuje. Wystarczyło choć jedno, marne zdanie, cokolwiek, a sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Przecież ona przez pierwsze kilka miesięcy rozpaczała, płakała po nocach, przez cały czas zastanawiała się, czy Ray żyje, gdzie jest, czy może go porwali? Pewnie próbowała się tez kontaktować z jego rodziną, ale nie uzyskała od nich praktycznie żadnych informacji. Spławiali ją jak tylko mogli różnymi dziwacznymi wymowkami, byleby tylko nie zdradzić nic na temat tego, co się działo z chłopakiem.
-Och, naprawdę? Szkoda tylko, że wpadłeś na ten cudowny pomysł dopiero po trzech latach, geniuszu - prychnęła w złości. Była ciekawa, czy przynajmniej teraz wyjaśni jej, o co mu wtedy chodziło i dlaczego postąpił w ten, a nie inny sposób. Jednak chyba jak na razie to się na to nie zapowiadało. -Wiesz, co ja przeżywałam? Nie wiedziałam, czy Cię uprowadzili i wywieźli gdzieś do innego kraju, czy Cię zamordowali... obdzwoniłam wszystkie szpitale, znajomych, nawet do Twojej rodziny dzwoniłam ... ale niczego się nie dowiedziałam. Codziennie przeglądałam wiadomości, chociaż bałam się, że przeczytam w nich o Tobie, martwym, znalezionym gdzieś w lesie pod drzewem. Wiesz, jak mnie to zabolało? - patrzyła na niego i miała nadzieję, że chociaż w części jest w stanie sobie wyobrazić to, co ona czuła wtedy, gdy zniknął.
-I bardzo dobrze! Niech to będzie najgorszy dzień w Twoim życiu. A ja postaram się, by każdy następny był jeszcze gorszy od poprzedniego - już ona to załatwi tak, by zapamiętał ją do końca życia. By wiedział, że nie robi się takich rzeczy niby ukochanej osobie, której jednego dnia mówi się kocham cię, a drugiego zostawia się bez słowa i odchodzi.
 
 
Ray Varnham


Jestem w Chicago od
urodzenia



25
trenuję boks

i wkurzam się na taką jedną

Mieszkam w
Streeterville

Ray Braden

Varnham

Wysłany: 27 Styczeń 2019, 18:28   
   Mów mi -  Patka
   Multi -  pustka


Podczas swojego wyjazdu z Chicago, Ray był w stanie myśleć jedynie o rozpaczy, która nim kierowała. Niecodziennie traci się przyjaciela, z którym wychowywało się od piaskownicy i z którym dzieliło się tak dużo wspólnych chwili. Wtedy każda nawet najmniejsza rzecz w mieście przypominała mu o tej bolesnej stracie, a brunet nie widział innego rozwiązania jak tylko spakować swoje rzeczy i opuścić stan Illinois. Najrozsądniej byłoby ten fakt przedyskutować nie tylko z rodziną, ale także bliskimi takimi jak Lana, która w tamtym momencie życia była dla niego niezwykle ważna. Obecnie bokser był kompletnie zaskoczony jej obecnością na parkingu, a tym samym nie wiedział jak miał jej niby wytłumaczyć tamten niechlubny wyjazd, podczas którego tak wiele zdołało się wydarzyć. Wstrzymał oddech na krótką chwilę i słuchał tego co jasnowłosa pragnęła mu przekazać i boleśnie uświadamiała go jak kretyńsko się wtedy zachował, choć trzy lata temu wcale nie należał do grona zbuntowanych nastolatków.
- Nie zachowałem się rozsądnie, wiem. Derek umarł, a ja nie mogłem tutaj dłużej przebywać, wszystko przypominało mi o tej cholernej, niesprawiedliwiej śmierci, która postanowiła go zabrać z tego świata zdecydowanie za wcześnie. - powiedział. Sam nie pamiętał kiedy ostatni raz było mu dane rozmawiać o przyjacielu, nieprzyjemne uczucie prawie od razu pojawiło się wewnątrz jego klatki piersiowej, było to palące ukłucie, które tak silnie odczuwał również w momencie, gdy mierzył się z odejściem Dhalii. Dwudziestopięciolatek zacisnął usta w cienką linię i spróbował popatrzeć prosto w oczy byłej partnerki. - Tysiące razy próbowałem do ciebie zadzwonić i wszystko na spokojnie wyjaśnić, ale bałem się, że nie będziesz chciała mnie słuchać i bardzo szybko rezygnowałem z takich pomysłów. - dodał, wzdychając ciężko. Dlaczego ta konwersacja musiała odbywać się w tak nieprzychylnych warunkach? Sportowiec miał wrażenie, że każde wypowiedziane przez niego słowo pogrążało go jeszcze bardziej i dojście do porozumienia z panną Conners nie będzie wcale takie łatwe jak początkowo można by przypuszczać.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Lana Conners
[Usunięty]

Wysłany: 30 Styczeń 2019, 20:44   

Lana od zawsze była przekonana, że związki są po to, by wspierać się nawzajem, by mówić sobie o każdym, choćby najgorszym problemie. Ona sama oczekiwała od losu księcia na białym koniu, którego będzie szczerze kochać ze wzajemnością i z którym będzie do końca swoich dni. Gdy więc w jej życiu pojawił się Ray, była przeszczęśliwa. Kochała go najmocniej jak tylko się dało, zawsze przy nim była i była święcie przekonana, że ich szczęście będzie trwało wiecznosc. Tak się jednak nie stało, minęło już trochę czasu od tego momentu, gdy bez słowa ją porzucił. Starała się wymazać go z pamięci, zajmując się studiami, przyjaciółmi i karierą, jednak los chciał, by ponownie spotkała się z Rayem, na parkingu, w najmniej oczekiwanym momencie.
Gdy wiec tak stała i słuchała jego wyjaśnień, gdzieś w głębi serca czuła, że najzwyczajniej w świecie jej go żal i mimo tej całej złości, która przepełniała jej ciało, najchętniej w tym momencie rzuciłaby się w jego ramiona i powiedziała, że nadal go kocha i strasznie mu współczuje. Tak jednak nie mogła postąpić, uniosła jedynie brwi w geście zdziwienia, przez cały czas wpatrując się w chłopaka. -To przecież mogłeś mi powiedzieć o tym... przecież od tego chyba jest ta druga osoba, by rozmawiać o takich rzeczach...-westchnela cicho. Ona na pewno powiedziałaby swojej drugiej połówce, gdyby taka tragedia ją spotkała. No, ale ona to nie Ray najwyraźniej.-Mogłeś zadzwonić i wyjaśnić, przecież aż taka straszna chyba nie jestem, nie?- powiedziała, chociaż nawet, gdyby do niej zadzwonił, to pewnie byłoby dokładnie tak, jak chłopak powiedział: trzasnęłaby telefonem, w ogóle nie dopuszczając go do słowa, przy okazji wyzywając od największych dupków na świecie.
 
 
Ray Varnham


Jestem w Chicago od
urodzenia



25
trenuję boks

i wkurzam się na taką jedną

Mieszkam w
Streeterville

Ray Braden

Varnham

Wysłany: 4 Luty 2019, 02:50   
   Mów mi -  Patka
   Multi -  pustka


Prawdziwe życie diametralnie różniło się od historii miłosnych przedstawianych łatwowiernym nastolatkom. Książę na białym rumaku tak naprawdę był tylko niedoścignionym wzorcem dla każdego przedstawiciela płci męskiej, który chciał sprawić radość swej ewentualnej partnerce. Ray mógł początkowo wydawać się ideałem, ale jak każdy człowiek posiadał swoje wady, a jedną z nich i prawdopodobnie najgorszą w tamtym czasie było nieradzenie sobie ze stratą. Wtedy nawet przez krótką chwilę nie przemknęło mu przez myśl jak w momencie jego ucieczki, mogła czuć się Lana. Teraz doświadczył jej złości i bardzo żałował swojego postępowania, ale czasu nie był w stanie cofnąć, więc pozostały mu jedynie przeprosiny skierowane do dwudziestodwuletniej przedstawicielki płci pięknej.
- Działałem pod wpływem impulsu, okej? Nawet moi rodzice nie mieli świadomości gdzie dokładnie jadę. - powiedział. Przez całe trzy lata nie napomknął nawet krótkim słowem na temat Karoliny Północnej. Może bał się, że zrobią wszystko, aby z powrotem znalazł się w Chicago? Chyba sam do końca tego nie wiedział, ale wszelkie szczegóły wolał pozostawić w tajemnicy i chyba bardzo dobrze mu się to udało skoro nikt z bliskich nie zdołał do niego dotrzeć, gdy przebywał w White Oak.
- Niby nie, ale nie wiedziałem jak zareagujesz na moją ucieczkę. - westchnął, bo choć znał ją bardzo dobrze to niektórych zachowań nawet on nie był w stanie do końca przewidzieć. Po wypowiedzeniu tych słów zamilknął na dłuższą chwilę. Nie wiedział czy powinien zaproponować dziewczynie odbudowę przyjaźni, ale nie chciał dawać jej żadnych złudnych nadziei na coś więcej, a do tego pragnął być fair w stosunku do Layli, która swoją drogą wysłała mu kilka wiadomości. Varnham nie musiał zerkać na telefon, żeby wiedzieć, że to smsy od niej znalazły się w skrzynce odbiorczej. Bokser wysunął komórkę z kieszeni spodni i dosyć lakonicznie odpisał partnerce, na omówienie szczegółów spotkania Ray'a z Laną przyjdzie jeszcze pora, ale na pewno nie mógł zrobić tego w wiadomościach. Ta historia była na to po prostu za długa.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Strona wygenerowana w 0,25 sekundy. Zapytań do SQL: 9