Poprzedni temat «» Następny temat
Seneca Playlot Park
Autor Wiadomość
Chicago


Chicago

Wysłany: 1 Czerwiec 2016, 10:16   Seneca Playlot Park

[align=center:f3b03fc50e]
[/align:f3b03fc50e]
 


profil
 
Austin Jackson
[Usunięty]

Wysłany: 11 Lipiec 2016, 16:04   

/ start!

Austin uwielbiał swoją siostrę. Chyba była jedyną stałą kobietą w jego życiu, ba, jedyną kobietą która go naprawdę rozumiała. Może też nie rozumiała, właściwie nigdy nie pytał jej o to w prost (i jak by to wyglądało, rozumiesz mnie siostro? Chyba by go wzięła za jakiegoś wariata prawdziwego!), ale trwała przy nim kiedy robił różne głupoty, nie krytykowała go jakoś mocno. Czasem oberwał od niej książką kucharską po głowie, ale co to jest, trochę przemocy w rodzinie, chyba wychodzi na zdrowie!
Zwolennikiem bezstresowego wychowania nie był, jak można się domyślić, uważał że klaps jest wychowawczy i czasem niezbędny. Sam nie wiedział czy przekonałby się chociażby do takiego karnego jeżyka, jak Perfekcyjna Niania.... Super niana? No jakkolwiek ona się tam nazywała, preferowała! A dlaczego rozmowa o dzieciach? Dlatego że siedzieli sobie na placu zabaw, jak widać. Dzieci na szczęście nie było, dlatego mogli sobie wybrać najfajniejsze huśtawki i zajadać na nich cheesy z Mc'a.
- Czy te kanapki są jakieś strasznie małe, czy mi się wydaje? Wieki ich nie jadłem, może dziecku wydają się większe, bo dzieci są małe? - rozkmina o kanapce? Dlaczego nie! Spojrzał pytająco na siostrę, a potem na colę zostawioną z boku, uznając jednak że później może się napić, na razie huśtanie!
 
 
Ellie Rutherford
[Usunięty]

Wysłany: 4 Sierpień 2016, 00:43   

// dzień po wizycie u Theo stajl

Co zrobić by wynagrodzić córce krzyki rodziców? By zapomniała o tym, że wczoraj mamusia i tatuś się kłócili i mówili, że się rozstaną? Zabrać na plac zabaw! Oczywiście, że tak! Przecież tym można było odkupić wszystkie winy, zwłaszcza gdy tatuś zostawał w domu i ryzyko jakiekolwiek sprzeczki było minimalne. Oczywiście nie był to taki zwykły wypad na plac zabaw, bo gdy Gracie usłyszała o tym kto najprawdopodobniej tam będzie to jak na kobietę przystało, nieważne w jakim wieku stała i wybierała sukienki. Ellie miała wielki problem w przekonaniu swej pociechy, że piękna, długa różowa sukienka w żaden sposób nie pasuje do takiego miejsca. Mała chciała poczuć się jak księżniczka i ciężko było jej wytłumaczyć, że tylko się zniszczy. Ostatecznie za pomocą magicznej różdżki, jaką była informacja, że pójdą na dobre lody Gracie stała przy drzwiach gotowa jeszcze przed swoją mamą i zniecierpliwiona tupała nóżką. Ellie też tego potrzebowała, ostatnio miała tyle na głowie, tyle problemów z którymi sobie nie radziła, że potrzebowała spędzić trochę czasu z dala od wszystkiego. A tym wszystkim mógł po prostu być John... Był trochę jak osa, która lata i denerwuje człowieka choć tak naprawdę poważnego nic nie robi, irytuje tylko swoją obecnością, przypomina jak potrafi użądlić, zranić. Tutaj było podobnie, bo wystarczy, że szurał kapciami, czy znowu poszedł do garażu gdzie ciągle słychać było jak pracuje i Ellie już wychodziła z siebie. Przez mężczyznę, któremu ślubowała miłość... To zabawne.
Gdy młodsza i starsza Rutherford pojawiła się na placu zabaw ukochanego młodszej jeszcze nie było z tego powodu Gracie była wyjątkowo niezadowolona i nie omieszkała oznajmić tego swojej mamie marudząc, że powinny już iść na lody. Cóż, Ellie nie miała pewności czy będzię Gallagher ze swą pociechą, miała napisać do niego, ale przez odwiedzenie córki od pomysłu z sukienką całkowicie zapomniała o tym i miała za swoje. Już niemalże zaczynała się modlić i jakby wszystkie jej modły zostały wysłuchane córka nagle z uśmiechem pobiegła w kierunku wejścia na plac zabaw gdzie pojawił się Hector ze swoją pociechą.
- Dzięki Bogu, że dzisiaj tutaj przyszliście, bo moje dziecko by zwariowało nie widząc swojego ukochanego - i mówiąc to nawet się zaśmiała, bo czyż miłość takich maluchów nie była słodka? Pewnie nawet dzieci pobiegły do jakieś piaskownicy czy na zjeżdżalnię trzymając się za ręce, a Ellie uśmiechnęła się szeroko do Hectora, no naprawdę cieszyła się, że go widzi, nawet nie tylko ze względu na Gracie, ale lubiła z nim rozmawiać, tak po prostu. - Co tam słychać? Jeszcze nie znalazłeś mojego nazwiska w kartach pacjentów? - zapytała poruszając brwiami. Niby sobie żartowała choć za takim niepozornym żartem kryło się zdecydowanie więcej, bo prawda była taka, że Ellie faktycznie przez to co się dzieje jeszcze trochę, a będzie musiała się zgłosić do mężczyzny jako pacjentka.
 
 
Hector Gallagher


Jestem w Chicago od
X

Wysłany: 5 Sierpień 2016, 00:00   

Czy ludzie nie byli doprawdy różni? Zdawali się przypominać siebie, ale tak naprawdę w niczym nie byli podobni jeden do drugiego. Hector wiódł szczęśliwe dzieciństwo i to samo zapewniał młodemu, który tak naprawdę był promyczkiem na jego pochmurnym niebie. Przypominał mu o dniach, które utracili. O czasie, w którym nie było już mowy, że coś się zmieni. Zdawał się być nawet rozkosznie odcięty od dramatu, który rozegrał się w ich życiu kilka lat temu, a to za sprawą wielu osób, które pomogły Gallagherowi stanąć na równe nogi i sprawiły, że meżczyzna nie widział świata po za Ericiem. Oczywistym zatem był też fakt, że potrzebował wielu przyjaciół, ale tak naprawdę zamykał się przed nimi i w żaden sposób nie umiał się otworzyć, bo się tego obawiał. Pokrętnymi metodami docierał do miejsca, gdzie nie znał odpowiedzi na żadne pytanie, a to go frustrowało. Potem robił się zły i nieznośny, ale najgorsze w tym wszystkim było to, że nie miał najzwyczajniej w świecie siły. Oczekiwał czegoś niezwykłego, jakiegoś cudu, ale ten nie nadchodził. Czasami rozważał też krótkie wakacje - chociażby w Meksyku, ale nie potrafił się wyrwać i rzucić tego wszystkiego, co tutaj miał. Dopiero po przyjeździe do Chicago zrozumiał, że tu jest jego życia, a przecież rozegrał się tu też największy dramat, który zamknął Hectora na wszelkich mozliwych płaszczyznach i przez to - nie chciał wychodzić ze swojego bezpiecznego kokonu, w którym czuł się dobrze. Tak, po prostu.
Ellie zaś poznał stosunkowo niedawno, a może minęło już wiele miesięcy? Kiedy miał tylko wolne popołudnie, od razu przychodził na plac zabaw z synem. Czasem umawiał się z kobietą w jakimś kinder garden, a następnie pozwalał bawic się dwóm pociechom, które ewidentnie nie widziały świata poza sobą. Lubił ją i przez to dało się wyczuć, że nie odmawiał jej spotkań, gdy tylko je proponowała, a działo się to stosunkowo często, chociaż, czy aby na pewno? Hector pogubił się w czasie. Nie wiedział jaki jest dzień tygodnia, a już na pewno nie zdawał sobie sprawy z tego, czy cokolwiek ma prawo się wydarzyć. Zazwyczaj nie miało i to przez czuł się jak skończony idiota, który nie ma pojęcia, co dzieje się dookoła. Co jeśli Clara miała rację?
Wpadli z synem na plac zabaw i od razu dostrzegł małą dziewczynkę. Uśmiechnął się nawet, kiedy to od razu pognała z Ericiem w stronę piaskownicy, a następnie skierował wzrok na jej matkę.
-Wybacz, ale zatrzymał nas dzisiaj lunch na mieście - odpowiedział od razu i skinął głową dla potwierdzenia swoich słów. Było to jednak wierutne kłamstwo, bo Gallagher oczywiście uciął sobie popołudniową drzemkę, by choć na momnt zapomnieć o pracy, obowiązkach i wielu innych - nieprzyjemnościach. -Wyglądają rozkosznie... Czekam aż się jej oświadczy i oboje nam oznajmią, że się pobierają, a może... Już to zrobili? - zapytał i wydawał się szczerze zaintrygowany swobodą, którą się kierowali. Przygryzł policzek od środka, bo rozmyślanie na temat jestestwa dwójki dzieci, których nie ograniczały żadne problemy wydawało się być iście ciekawe. -Ciebie? Na kartach moich pacjentów? Dlaczego? - zapytał i bezczelnie zignorował pytanie, które dotyczyło jego osoby. Nienawidził mówić o tym, co się u niego działo, bo zazwyczaj była to pustka, którą wypełniała praca i syn, a także chlejne wieczory z przyjaciółmi. -Masz problemy, prawda? - nie naciskał, ale jeśli niemo wołała o pomoc, to był najlepszy moment, żeby się otworzyć.
 


profil kalendarz karta postaci
 
Ellie Rutherford
[Usunięty]

Wysłany: 9 Sierpień 2016, 00:24   

Bycie rodzicem było w końcu darem, ale też i pewną odpowiedzialnością. Ellie też nigdy nie mogła narzekać na swoich rodziców. Zapewniali jej wszystko, starali się, wspierali, kochali i uszczęśliwiali każdego dnia. Mogła spokojnie dorastać nie będąc obciążoną żadnymi innymi problemami, które z pewnością znacznie wpłynęłyby na jej psychikę, ale też i całe życie. Wiedziała o tym i była za to wdzięczna. Wdzięczna ilekroć patrzyła na swojego męża, na mężczyznę, który nie poznał nigdy tego co to znaczy beztroska, czy prawdziwe szczęśliwe dzieciństwo. Widziała jak się starał, poświęcał dla ich córki, Ellie też próbowała. Ile to już razy chowali swoje urazy byleby tylko choć na chwilę stworzyć dla małej obrazek kochającej się rodzinki. Jak rodzic mógłby kiedykolwiek zrobić coś takiego swojemu dziecku? Dobra, poprawię się, jak dobry rodzic mógłby coś takiego zrobić? Każdy ma czasami swoje problemy, każdy ma uczucie, że wszystko go przerasta i chce się rzucić wszystko w cholerę i uciec, zapomnieć. Z dziećmi nie ma tak łatwo i dla nich trzeba się starać. W pewnym sensie Ellie starając się dobrze wychowywać swoją córkę chce w ten sposób spłacić to, że sama była dobrze wychowywana. Trzeba żyć, starać się, choć w ostatnim czasie kobieta miała problemy ze wstawaniem z łóżka. Czasami nawet uśmiechnięta minka Gracie nie była w stanie jej poprawić humoru, dlatego czuła, że wariuje, a przecież tak bardzo się starała!
Teraz jednak patrząc na dwójkę dzieci myślała tylko o tym kiedy to się stało. Nie tak dawno jej córka twierdziła, że chłopcy są okropni, obrzydliwi i poza tatą nigdy żadnego nie dotknie. Tak, John był wtedy bardzo zadowolony. A teraz? Ellie nie nazwałaby tego miłością, z pewnością w takim wieku to nie była miłość, ale tak bardzo lubiła tego chłopca i co się Rutherford też podobało to to, że on tak samo lubił ją. Mieli jej błogosławieństwo krótko mówiąc. Nawet teraz słysząc słowa swojego znajomego szatynka roześmiała się kiwając potwierdzająco głową.
- Powiem Ci kiedy znajdę jakiś pierścionek, choć Gracie już jak ich maluje to jako szczęśliwą rodzinkę z dwójką dzieci, nie wiem skąd się jej to bierze - powiedziała i nawet wywróciła oczami choć tak naprawdę była tym wszystkim rozczulona. Chciała w końcu szczęścia dla swojego dziecka, a nic nie uszczęśliwiało małej tak jak te zabawy z synem Hectora. Kobieta wolałaby dalej rozmawiać na temat dzieci, ale skoro w końcu sama zaczęła ten temat wspominając o jego pacjentach to musiała to zakończyć. Nie była skryta, nie czuła też potrzeby zwierzania się mu ze swoich wszystkich problemów, nie byli w końcu tak blisko, ale może gdyby co nieco wspomniała, może coś by jej poradził, albo przepisał jakieś magiczne tabletki? Efekt placebo też się nada.
- No dobra, może nie jest ze mną jeszcze tak źle... Po prostu, wszystko mi się ostatnio sypie i nie radzę sobie, ale poradzę, chyba. Znaczy nie, no, na pewno sobie poradzę. Ale może znasz jakieś magiczne tabletki, takie co to tylko najlepsi psychiatrzy znają? - czy ona naprawdę to powiedziała? Niejako prosząc go o jakąś super receptę? Ona? Odpowiedzialna matka, w tym momencie brzmiąca jakby z choinki się urwała, ale jak to mówią tonący i brzytwy się chwyta, a ona naprawdę już nie wiedziała powoli co robić.
 
 
Rachel Dominguez
[Usunięty]

Wysłany: 25 Maj 2017, 22:18   

/począteczek
Rachel już chyba przyzwyczaiła się do Chciago. Wciąż okropnie mocno tęskniła za Bostonem, jakby nie było to miasto było jej domem przez tak wiele lat i zdąrzyła zapuścić korzenie! Ba była przekonana, że naprawdę zostanie tam juz do końca swoich dni. Jednak życie pisze własne scenariusze i po rozwodzie postanowiła zmienić miasto. Chciała zacząć od nowa, a nie zrobiłaby tego w pełni wciaż mieszkając w Bostonie. Pracę znaleźć było łatwo. Wystarczyło dopytać w wydziale FBI w Bostonie i poprosić o przeniesienie gdziekolwiek. Koniec końców wybrała Chciago. Dzieciakom przyzwyczajenie się nie zajeło długo. Najwięcej problemów miała z tym najstarsza pociecha Crystal. Teraz już jest bardzo dobrze i rodzinka Dominguezów daje wobie pięknie radę bez pomocy pana domu. Mają swoją rutynę i tyle.
Dzisiaj Rach postanowiła zabrać całą trójcę na lody i spacer. Crystal spędziła z nimi może z godzinkę i pojechała do znajomej się uczyć. Nie pozostało nic innego Rachel jak zabrać najmłodsze towarzystwo na plac zabaw. Niech się wyszumią trochę to i w domu będzie spokojniej. Jak tylko się pojawili na miejscu to dzieciaki zapomniały o istnieniu mamy i póściły się pędem do dzieciakow. Pani patolog pozostało jedynie znaleźć wolne miejsce na ławce i rozkoszować się kilkoma godzinami spokoju. Dobrze chociaż, że wzięła ze sobą książkę to nie będzie się tak przeokropnie nudzić. Co chwilę spoglądała znad książki by sprawdzić gdzie są jej dziwci i czy nie broją by zaraz wrócić do przerwanego zdania. Któreś z dzieci krzyknęło 'wujek' ale Rachel nawet nie podniosła wzroku. Wiedziała doskonale, że to na pewno nie jedno z jwj dzieci, bo nie mieli w Chicago żadnej rodziny. A ukochany wujek dzieciaków już jakiś czas temu urwał z nimi kontakt.
 
 
David Wall


Jestem w Chicago od
całkiem niedawna



49
Szukam nowej drogi

u boku Benjamina

Mieszkam w
Gold Coast

David Paul

Wall

Wysłany: 5 Czerwiec 2017, 03:13   

Jego życie zmieniło się już w momencie, kiedy spotkał Benjamina ten pierwszy raz, przed kawiarnią. Kiedy się dosiadł i dał poznać jako... osoba niestabilna psychicznie, chora. Wtedy jeszcze nie wiedział, jak bardzo ten człowiek wpłynie na jego codzienność. Jak bardzo zawróci mu w głowie, ile problemów przez niego napotka i - żeby nie było - jak bardzo szczęśliwy będzie. Spotkanie Benjamina odbiło się na najbliższych Dave'a, w tym Rachel, niestety. Miłość, każdy wie jak to działa i... trzeba mu wybaczyć, serio. Powodem zerwania jego kontaktów z Dominguez nie był jedynie Benjamin, były to wydarzenia jakie spotkały go w życiu, te złe, tragiczne wręcz. Musiał sobie jakoś z tym poradzić, dobrze, że miał Claytona, bez niego... Umówmy się, był on jedyną osobą, która mogła pomóc mu wstać i powrócić do normalności. Nikt inny, żaden psycholog, żaden inny człowiek na świecie - to musiał być on.
Teraz jego życie uległo wielkiej zmianie, już nie był agentem FBI, już nie mieszkał w Bostonie, w którym zarzekał się, że umrze. Tylko czy zmienił się z charakteru? Nie wydaje mi się, to natomiast trzeba poddać ocenie publicznej, a raczej ludziom z bliskiego grona, którzy znali go wcześniej. Wraz z Benjaminem zamieszkali tutaj, w Chicago. Clayton kupił inną redakcję, a Wall... cóż, robi obiadki. Jak na razie nie ma planów zawodowych, FBI unika szerokim łukiem, a... gdzie indziej by pasował? Sam nie miał zielonego pojęcia, więc jak na razie zajmuje się ich wspólnym domem i jak na razie jest zadowolony.
Dziś Benjamin opuścił ich łóżko dość szybko, zapowiadając, że wróci późno. David nie miał się co dziwić, niedawno się tu wprowadzili, Clayton nie jest długo właścicielem nowej redakcji, więc musi się z wszystkim zapoznać, ogarnąć i zrobić wszystko po swojemu - znał go przecież. Zatem rano trochę się poobijał, posprzątał w domu po ich wczorajszym wieczorze... nie łóżko; wersalkę i też nie po tym, o czym myślisz. Posiedzieli dłużej grając na konsoli, pijąc piwko i jedząc niezdrowe żarcie, pozwalają sobie na to czasem, serio. Później wyszedł na miasto, ot tak pochodzić, pooddychać świeżym powietrzem i zapoznać się z okolicą. Nawet nie wiedział kiedy zawędrował do parku, gdzie chwilę później pojawił się przed placem zabaw. Krzyk i hałas, który wydobywał się z huśtawek, zjeżdżalni i wszystkich innych wymyślnych urządzeń do zabawy dla dzieciaków. Wszystko zadziało się tak szybko, że przez jakiś czas nie wiedział co się dzieje, jak ma się zachować. Usłyszał jedynie krzyk "wujek", wydobyty z ust dwójki dzieciaków, które już sekundę później przytulały się do niego na wysokości ud. - Sophie? Marcus? Co wy tu robicie? - to wyrwało mu się mimowolnie, lecz trzeźwy umysł szybko powrócił i wziął dwójkę urwisów na ręce. - Nieważne, jak super was widzieć! Ale urośliście, matko. Marcus, z Ciebie to już niezły kawaler, za niedługo stary wujek nie będzie miał siły Cię podnieść. Sophie chyba ma nowe kolczyki, co? Niech was uściskam. - kończąc przytulił dwójkę dzieciaków do siebie by rozglądnąć się za Rachel, przecież musiała tu być. - Nie jesteście tu sami, prawda? Gdzie mama?
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje telefon IG
 
Rachel Dominguez
[Usunięty]

Wysłany: 10 Czerwiec 2017, 11:06   

Rachel nie miała pewności czy jeszcze kiedykolwiek spotka na swojej drodze Davida. Chciała by tak było, ale wiadomo jak to w życiu bywa. Każde z nich miało nowe, zupełnie inne życie. Rachel od nowa próbowała sobie ułożyć świat w Chciago, z trójką dzieciaków i to samotnie. No dobra... miała Deborah, ale to były początki, do tej pory to były jedynie randki. Rachel miała już swoje latka, a przy blondynce zachowywała się jak typowa nastolatka. Działy się z nią cuda, których nie potrafiła do końca wytłumaczyć. To było dobre, bo przynajmniej wiedziała, że jest ktoś (oprócz dzieci) dzięki komu się uśmiechała się więcej i patrzył w przyszłość nieco inaczej. Tak, miała cichą nadzieję, że to nie zakończy się na randkach.
Słyszała słowo wujek, ale w życiu nie podejrzewałaby, że to słowo padło z ust jej dwójki dzieciaków. Uniosła głowę by się rozejrzeć i sprawdzić co wyczynia Soph. Oczy zrobiły się jak spodki kosmiczne gdy wreszcie zauważyła swoje dzieci w ramionach znajomej postaci. Potrząsnęła nawet głową, bo to może jej umysł jedynie płatał figle, ale tak nie było. Odłożyła książkę, wstała z miejsca i praktycznie powstrzymywała się by nie puścić się pędem w stronę najlepszego przyjaciela.
-David- tyle jedynie potrafiła z siebie wydobyć. Gdyby powiedziała coś więcej to pewnie zaraz by się popłakała i tyle byłoby z tego wszystkiego. Dzieciaki jakimś cudem odkleiły się od wujka i pozwoliły mamie się poprawnie przywitać, co oczywiście Rachel zrobiła. Momentalnie przytuliła się do Davida i przymknęła oczy, bo już było naprawdę blisko do płaczu. Praktycznie łzy to miała w oczach. I te milion pytań, które się kłębiły w głowie w gym momencie, aż pragnęły się wydostać.
 
 
David Wall


Jestem w Chicago od
całkiem niedawna



49
Szukam nowej drogi

u boku Benjamina

Mieszkam w
Gold Coast

David Paul

Wall

Wysłany: 27 Czerwiec 2017, 00:40   

Był święcie przekonany, że wraz z opuszczeniem Bostonu, które poprzedzone było całkowitym zerwaniem kontaktu z wszystkimi bliskimi znajomymi - już nigdy ich nie spotka. I tak zapewne będzie ze znaczną większością, ale... To było cholera do przewidzenia, że ich drogi się złączą, kto by jednak pomyślał, że będzie to tak szybko. Mowa tu oczywiście o Rachel i jej dzieciakach. To z nią właśnie miał najbliższy kontakt, najczęstszy i prawdę mówiąc znali się jak łyse konie. Brakowało mu jej, jednak wszystkie takowe myśli były szybko rozwiewane przez osobę trzecią, która aktualnie w życiu Davida gra pierwsze skrzypce i nie zanosi się na to, by przestała. Piękne zrządzenie losu, że on, jak i Dominguez wylądowali tutaj, w Chicago, najprawdopodobniej w pobliskich dzielnicach. Życie pisze niesamowite scenariusze, a on już coś o tym wiedział.
Zapewne i jemu oczy zaszkliłyby się łzami, jednak wypatrzył to na oczach przyjaciółki - halo, jest facetem, stworzy oparcie. Chwilę później wpadła mu w ramiona, a on bez słowa przyłożył głowę na jej bark w ciszy gładząc dłonią po plecach. Trochę im to zajęło, na tyle długo, że nawet dzieciaki wróciły do swoich zabaw, a oni dopiero po kolejnej chwili odkleili się od siebie. - Może to dziwnie zabrzmi, ale nie spodziewałem się, że się jeszcze kiedyś spotkamy. - stwierdził i... cholera, chyba nawet mu pojawiła się łezka w oku, którą zaraz chciał zatuszować, uśmiechając się w ten swój własny, ciepły sposób. Wyjątkowy - to na pewno. - Masz jeszcze trochę wolnego czasu? Usiądziemy? Chyba powinniśmy chwilkę porozmawiać, co? - zagadnął, bo naprawdę wiedział, że jest winien jej sporo wyjaśnień, a sam miał również kilka pytań w jej stronę.
- Co robisz w Chicago? Nie mów, że rozstałaś się z mężem. - zaczął pierwszy, chyba się odrobinę bał pytań przyjaciółki. Doskonale wiedział, że źle zrobił. Wiedział, że powinien ją we wszystko wtajemniczyć, że pomogłaby mu - albo chociaż starałaby się to zrobić. Zjebał, ok? Ale wtedy to nie było tak proste. Na pewno nie było, zwłaszcza, że przecież prawie odebrał sobie życie.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje telefon IG
 
Rachel Dominguez
[Usunięty]

Wysłany: 12 Lipiec 2017, 01:28   

David był jednyną osoba na tej kuli ziemskiej, z którą była tak blisko. Była zła, że po prostu lata przyjaźni rzucił w błoto i przestał się odzywać i wiele razy w duchu mówiła sobie, że jeśli kiedyś się na siebie natkną to mu zasadzi kopa w dupę. Jednak po takiej długiej rozłące gdy go zobaczyła to ta cała złość jakby zniknęła. Był tutaj i to się liczyło. Nie potrafiła od tak wyrzucić tylu lat przyjaźni przez okno i to przez co? Głupotę raczej, bo kązde po prostu poszło w swoją stronę. Takie bywa życie, a ona święta też nie była bo równie dobrze sama mogła podnieść słuchawkę i spróbować się do niego dodzwonić.
Gdyby nie to, że byli w publicznym miejscu to by się tu i teraz po prostu rozkleiła, ale nie mogła i potrzebowała chwili w jego ramionach by się uspokoić i nie rozbeczeć jak dzieciak. -Mnie to mówisz - uśmiechnęła się lekko i zaraz skinęła głową by zaprowadzić go do ławki, którą chwilę temu okupowała. Była szczęśliwa, naprawdę szczęśliwa, że David na nowo pojawił się w jej życiu. Nie była pewna czy to na chwilę czy też dłuzej, ale nawet gdyby to było głupie pięć minut to i tak będzie ok. Teraz wiedziała, że żyje i ma się nawet dobrze, a przynajmniej wyglądał teraz na okaz zdrowia. Spojrzała jeszcze w stronę placu gdzie brykały jej dzieciaki i zaraz całą swoją uwagę skupiła na przyjacielu.
-W Chciago mieszkam. - wyciągnęła w jego stronę dłoń, na której zawsze lśniła złota obrączka, kórej teraz nie było. Nawet ślad, kóry zwykle miała na palcu, zniknął. -Sam się o to prosił -wzruszyła ramionami. A jeszcze pamiętała czasy gdy we trójkę stanowili zgrany team bostońskiego FBI. Wiedział, że w małżeństwie Dominguezów nie działo się dobrze, ale David nie miał pojęcia, że przez ostatnie pół roku bycia ze sobą, Aidan przygruchał sobie dużo młodszą panienkę. Nie zamierzała mu tego mówić, a przynajmniej nie teraz. -David, gdzie ty mi zniknąłeś - konkretnie i na temat. Chciała wiedzieć wszystko, ale zadawanie miliona pytań w niczym nie pomoże.
 
 
Nathaniel Jacobs


Jestem w Chicago od
Zawsze



31
Ma hotel

Coraz lepiej idzie mu w związki

Mieszkam w
Gold Coast

Nathaniel Rowan

Jacobs

Wysłany: 8 Sierpień 2018, 20:58   
   Mów mi -  Nati
   Multi -  Alex Hamilton


    #5

Czy w życiu Nathaniela nigdy nie ułoży się tak, że będzie mógł spokojnie sobie żyć zajmując się tym co lubi najbardziej? No chyba nie, taki toż już jego urok. Ale co to by było za życie gdyby każdy miał w nim tak jak by chciał. Wszyscy prowadzili by wygodne, pełne szczęścia życie w dostatku, jednak w końcu by chyba i to się znudziło, tak przypuszczał, ale w sumie jeśli dobrze spojrzeć, to prowadzi życie w dostatku, od dziecka i czy jest przez to szczęśliwy? Taa śmiechu warte. Odkąd pamiętam w ego rodzinie były spory dotyczące pieniędzy, ale bardziej ze strony rodziny jego pożal się boże matki, która jest szalenie roszczeniowa jeśli chodzi o kwestie spadkowe. Tata nie był taki, dziadek tak samo, szanowali ludzi i pieniądze jakie mieli, ponieważ zarobili je swoją ciężką pracą i zaangażowanie, wiedzieli, że to nie przychodzi łatwo. Nie każdy to potrafi docenić, a szkoda.
Dzisiaj Nate postanowił wybrać się z córeczką na spacer na plac zabaw. Miał dzisiaj do załatwienia kilka spraw na mieście i wyrobił się w miarę szybko, nie chciało mu się wracać do firmy, więc pojechał do domu. W domu przebrał się w coś wygodniejszego, spakował do torby butelkę wody, soczek dla Zoey i poszedł przygotować córeczkę na dwór. Po kilku chwilach z dziewczynką w spacerówce powolnym krokiem udał się na plac zabaw.
- No chodź malutka, idziemy na huśtawkę. - powiedział uśmiechając się do małej na co ona wyciągnęła w stronę taty swoje pulchne rączki. Włożył dziecko do dostosowanej do jej wieku bujaka i delikatnie zaczął huśtać. Było tak przyjemnie na dworze, dobrze zrobił, że wybrał się na spacer.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Reagan Golightly


Jestem w Chicago od
dwóch lat



29
uczy biologii

powoli wszystko wraca do normy

Mieszkam w
Lincoln Park

Reagan Emily

Golightly

Wysłany: 9 Sierpień 2018, 12:26   

    #11

Potrzebowała odsapnąć, od wszystkich problemów i chyba całego swojego życia, które w żaden sposób nie zmieniło się drastycznie, bo pojawiło się zbyt wiele pokus na jej drodze. Ciągłe imprezy nie miały rozwiązać jej problemów, a wręcz przeciwnie. Lance skutecznie odciągał ją od problemów, ale ile jeszcze mogła tak wytrzymać? W dodatku na głowie miała remont mieszkania, które zostało zalane przez sąsiada, ale wierzyła też, że Drea poradzi sobie z ubezpieczycielem i chociaż większość z tego pokryje ubezpieczenie. Odkąd pamiętała od zawsze miała problem z pieniędzmi, w jej domu nigdy jakoś nie przelewało się, ale mimo wszystko jej rodzina zastępcza radziła sobie w życiu codziennym. Reagan jednak pragnęła czegoś więcej, może tak bardzo nie różniła się od tych kobiet, które uwielbiały wygodne życie? Pragnęła tylko, aby było ją stać na to wszystko, czy to grzech? Nie chciała przejmować się tym, że musiała oszczędzać, aby starczyło jej pieniędzy do końca miesiąca. Jak taki człowiek chciał wziąć odpowiedzialność za małą istotę? Zoey. To o niej w ostatnim czasie myślała Golightly. Chciała ją w końcu zobaczyć. Może w ten sposób wszystko poprzestawiałoby się w tej jej chorej głowie? Może przejrzałaby w końcu na oczy? Bo przecież dziecko nie było niczemu winne, że jeden z rodziców jest dosyć wybrakowany, a sama Golightly nie wiedziała, czego tak naprawdę chciała od życia.
Korzystając z dzisiejszej pogody postanowiła wybrać się na spacer, aby dać także swobodę Drei, która w dalszym ciągu z nią mieszkała i była wdzięczna, że w takich chwilach nie była sama. Obecność kuzynki znacznie poprawiała jej nastrój po powrocie z pracy, bo przynajmniej miała do kogo otworzyć buzię. Gadanie do siebie nie było chyba niczym normalnym. Rea mogła zawsze zwrócić się do Shelley, ale domyślała się, że i ona miała swoje problemy i nie chciała jej dorzucać własnych. Przechodząc przez park, zauważyła znajomego mężczyznę. Musiała aż zatrzymać się w miejscu i schowała swój telefon do kieszeni. Nathaniel, i to w dodatku z małą Zoey. Musiała spróbować. Podeszła w ich kierunku niepewnym krokiem i zatrzymała się jakieś dwa metry przed nimi. – Cześć, Nate. – odezwała się w końcu, a jej wzrok powędrował w kierunku małej, która siedziała na huśtawce, całkowicie nieświadoma wszystkiego. – Jest podobna do ciebie. – zagadała, bo nie wiedziała, co mogłaby w tej chwili powiedzieć, a to była jedyna rzecz, która przychodziła jej do głowy.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Nathaniel Jacobs


Jestem w Chicago od
Zawsze



31
Ma hotel

Coraz lepiej idzie mu w związki

Mieszkam w
Gold Coast

Nathaniel Rowan

Jacobs

Wysłany: 14 Sierpień 2018, 18:24   
   Mów mi -  Nati
   Multi -  Alex Hamilton


Gdyby Reagan została z Nathanielem to przecież żyła by tak jak zawsze marzyła. Dla niego pieniądze ważne nie są i mogła by je wydawać jak by tylko chciała, jednak dziewczyna wybrała swoją drogę i teraz jest już za późno na rozważania co by było gdyby, można w ten sposób zadawać wiele bezsensownych pytań, na które na pewno teraz sie nie odpowie. Jest jak jest i trzeba przejść z tym do porządku dziennego. Jacobs naprawdę nie chciał tego wszystkiego rozpamiętywać, gdyby tak robił to pewnie nadal siedział by w domu i wyglądał jak Andrzej Menelaos spod piątki, który chodzi w starym zapierdziałym dresie w kolorze rzygowej szarości oraz kubotach i oczywiście w białych skarpetkachdo kolan! Obowiązkowo! Jednak jak widać, chcieć to móc!Dlatego też postanowił nie utrudniać za bardzo kontaktów Reagan z Zoey, jednak najpierw musi sie upewnić, że ta nie ucieknie po raz kolejny gdzie pieprz rośnie. Po częściwiedział co to oznacza wychowywać sie bez matki, bo jego własna miała praktycznie wcale sie nim nie interesowała, wolała wygodne życie i podróże, podczas których towarzyszyli jej niezliczeni kochankowie. Jako dziecko był wychowywany przez nianie i tatę, kiedy ten znalazł trochę czasu pomiędzy natłokiem obowiązków. Wiele razy tłumaczył synowi dlaczego tak jest i młody Nathaniel to rozumiał, więc starał sie jak najwięcej bywać ze swoją małą córeczką, dlatego też właśnie dzisiaj wybrał sie z małą na plac zabaw. Nie mógł sie napatrzeć jaką radość sprawia dziewczynce to wyjście, w końcu przyszła na swój ulubiony plac zabaw ze swoi tatą! Bawił się z nią i nie zauważył zbliżającej się Reagan, właściwie to za bardzo się nie rozglądał, bo nie było po co, nie zauważył wśród rodziców żadnych znajomych twarzy, a jakoś na nawiązywanie nowych znajomości jakoś nie miał ochoty, nie był jakis gburem czy cos, ale teraz chciał po prostu pobawić się z dzieckiem, a nie prowadzić dziwne rozmowy z kimś obcym. Słysząc znajomy głos odwrócił się.
- Cześć. - powiedział nie przestając bujać ciemnowłosej dziewczynki. Oryginalnie się przywitał, co nie. Nate ty mistrzu podrywu i konwersacji. - W końcu jestem jej ojcem, trochę musi być do mnie podobna. - odparł wzruszając ramionami, co było tak bardzo do niego nie podobne. Dziewczynka wyciągnęła do niego swoje rączki mówiąc nie wyraźne „weź”, kiedy zrobił jak chciała Zoey z zaciekawieniem, oczywiście w ramionach taty, przyglądała się Golighlity z ciekawością dwuletniego dziecka. Nate szepnął do niej, aby powiedziała ja ma na imię. - Zoey- odparła dziewczynka z dumą, jedna maj dziej to brzmiało jak Zjojej, ale to co! Ciemnowłosy uśmiechnął się szeroko całując córkę czule w główkę.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Reagan Golightly


Jestem w Chicago od
dwóch lat



29
uczy biologii

powoli wszystko wraca do normy

Mieszkam w
Lincoln Park

Reagan Emily

Golightly

Wysłany: 16 Sierpień 2018, 15:25   

Reagan sama tak naprawdę nie wiedziała, czego wtedy chciała od życia. Przecież miałaby aż nadto wygodnego życia, ale to nie chodziło o to, że chciałaby wykorzystać przez to Jacobs’a. Aż tak chamska nie była. Sprawa też leżała w tym, że ona nie wiedziała już czy tak naprawdę chciała pakować się w jakiś poważny związek. Oczywiście, wtedy było na wszystko za późno, bo pojawiło się dziecko. Nic dziwnego, że uciekła jak tchórz bez żadnego słowa. Ale żałowała. Naprawdę teraz żałowała swojego występku i za wszelką cenę chciała, aby Nate pozwolił jej chociaż uczestniczyć w życiu córki. Nie zasługiwała na medal matki roku, nie wiedziała też czy poradzi sobie z tym wszystkim, ale chciała sprawdzić się. Może ta mała istota zmieniłaby jej podejście do całego życia? Nie oszukujmy się, Golightly zachowywała się trochę jak nastolatka, która zmieniała zdanie co minutę, a jedyne co było jej w głowie, to właśnie imprezy. To chyba czas, aby pokazać wszystkim, że potrafiła zmienić się.
Dobrze było widzieć go szczęśliwego, a przede wszystkim zobaczyć małą Zoey. Wydawać by się mogło, że w tej chwili jej skamieniałe serce nieco topnieje na widok córki. Nic dziwnego, że uśmiechnęła się delikatnie i praktycznie w ogóle nie odrywała spojrzenia od małej. Była trochę jak zaczarowana, już nawet Jacobs jej tak nie interesował, jak Zoey. – Mhm, jesteś jej ojcem. – burknęła pod nosem, zdając sobie sprawę, że dalej miał w planach traktować ją jak powietrze, jak ktoś nieważny dla całego świata; jak kogoś zepsutego. Może i miał rację? Zmniejszyła jednak dzielącą ich odległość i spojrzała na małą i uśmiechnęła się szeroko, gdy ta wypowiedziała swoje imię, dosyć niewyraźnie, ale jednak. Wyciągnęła do niej rękę, chwytając jej małą rączkę i ściskając delikatnie. – Cześć, Zoey. Jestem Reagan. – nie musiała nic więcej mówić, bo nie było takiej potrzeby. Ciężko jej było patrzeć na to wszystko, jak przez jedną głupotę straciła wszystko. Po chwili odwróciła się jednak, aby zetrzeć łzę, która zdążyła spłynąć po jej policzku. Wytarła ją dłonią i odetchnęła głęboko, starając się bardziej nie wybuchnąć. Nic z tego wszystkiego nie było łatwe.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Nathaniel Jacobs


Jestem w Chicago od
Zawsze



31
Ma hotel

Coraz lepiej idzie mu w związki

Mieszkam w
Gold Coast

Nathaniel Rowan

Jacobs

Wysłany: 18 Sierpień 2018, 16:48   
   Mów mi -  Nati
   Multi -  Alex Hamilton


Pojawienie się dziecka powoduje, że człowiek całkowicie przewartościowuje swoje życie, które z wejściem małego człowieka w nasze życia zmienia się o trzysta sześćdziesiąt stopni. Jesteśmy odpowiedzialni nie tylko za siebie, ale również za nasze dziecko, któremu daliśmy życie. Tak właśnie było w przypadku Nathaniela, co prawda na początku miał sporo kłopotów z małym dzieckiem. Nie ma się czemu dziwić, nigdy nie zajmował się maleństwem, jednak musiał się nauczyć, bo nie miał wyjścia. Skończyło się jego beztroskie życie, no dobra, Nate nie miał beztroskiego życia, zawsze coś się działo w jego życiu odkąd pamiętał. Nie potrafił się bawić beztrosko jak inne dzieci, babcia zawsze ze śmiechem powtarzała, że Jacobs już urodził się dorosły, było w tym trochę prawdy, ale co miał zrobić, że taki jest? Nie miał zamiaru zmieniać swojego charaktery tylko i wyłącznie przez swoją powagę. Był jaki był i ci co go znali po prostu musieli z tym żyć, jak się komuś coś nie podoba to nie musi się z nim zadawać. Prosto, zwięźle i na temat.
- Powiedziałem coś się tak? - powiedział zdziwiony jej reakcją. Nic złego nie powiedział przecież. Był ojcem Zoey. Dziewczynka zaczęła się wiercić, więc znów włożył ja do huśtawki. - Gdybyś się jej przyjrzała to zobaczyła byś, że ma twoje oczy i ten sam uśmiech. - dodał i podszedł do malutkiej, aby ją pobujać. Córeczka nie wiedziała kim jest Reagan, ale jak to ona miała z zwyczaju po prostu zaczęła dziewczynie opowiadać co robiła dzisiaj/ - A wies Rekan, ze jadłam dzisiaj takiego duzego loda?! Dobly był, ale miał lodzynki a ja ich nie lubie. - mówiła, a jej małe czekoladowe oczka lśniły, na co Nate się zaśmiał. Opowiadała Golighlity co robiła i dlaczego nie chciała spać i tak dalej. Zoey bardzo dobrze mówiła jak na dwuletnie dziecko, dlatego też nie miała problemów z komunikowaniem się. Nate spojrzał na Reę i widział w jej oczach łzy, ale co miał na to poradzić?
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Reagan Golightly


Jestem w Chicago od
dwóch lat



29
uczy biologii

powoli wszystko wraca do normy

Mieszkam w
Lincoln Park

Reagan Emily

Golightly

Wysłany: 21 Sierpień 2018, 12:53   

Ona w porównaniu do Nate’a wystraszyła się. Wystraszyła się całego rodzicielstwa, i wolała uciec, niż wziąć za to odpowiedzialność. Od zawsze ciągnęło ją do wielkiego świata, chciała liznąć wszystkiego, póki jeszcze była młoda i miała ku temu okazję. Sama zepsuła możliwość bycia matką, poznania samej Zoey i uczestniczenia w jej, jak i Jacobs’a życiu. Ale żałowała. Naprawdę żałowała, że postąpiła w taki, a nie inny sposób. Wolała wziąć pieniądze i zniknąć, bo miała też świadomość, że matka mężczyzny nigdy nie zniknie z ich życia. Utrudniałaby wszystko, gdy ci próbowaliby żyć szczęśliwie. Jak widać podczas swojej nieobecności zdążyła zauważyć, że daleko jej było do jakichkolwiek zobowiązań; do kochania drugiej osoby. Nie tyczyło się to jednak córki, którą chciała odzyskać ze wszystkich sił. I wiedziała, że przed nią jeszcze długa droga, zanim Nate pozwoli jej zbliżyć się do małej. Zresztą, gdyby była na jego miejscu, z całą pewnością potraktowałaby go w taki sam sposób. Bo ona nie potrafiła nikomu ufać, poza swoimi przyjaciółmi. Więc przypuszczam, że Nate musiałby kajać się przed nią, żeby odzyskać córkę. Znała też jego i wiedziała, że nie prędko wybaczy jej to wszystko. – Nie. – odpowiedziała krótko, bo rozmowa zdecydowanie nie szła w dobrym kierunku. Zresztą, co miała powiedzieć? A to, że nie była w najlepszym nastroju to już inna sprawa. Nie odpowiedziała jednak na jego kolejne słowa. Skąd ona miała wiedzieć, że mała jest do niej podobna? Czy miała możliwość przyjrzeć się jej kiedykolwiek? Oczywiście, że nie. Dlatego udała, że Jacobs nic takiego nie powiedział, a sama wzruszyła lekko ramionami, bo nie chciała go rozjuszać. Nie było sensu. Na pewno nie przy Zoey. Nie mogła oderwać swojego wzroku od dziewczynki, słuchała jak zaczarowana jej słów i łapała się na tym, że uśmiech sam pojawiał się na jej ustach. Podeszła bliżej i kucnęła przy niej, gdy ta znajdowała się na huśtawce. – Nie lubisz rodzynek? – zapytała, robiąc specjalnie zdziwioną minę i chwyciła za huśtawkę po przeciwnej stronie, huśtając ją razem z Nathaniel’em, ale nie przejmowała się teraz jego obecnością. – Ja też nie lubię rodzynek. – skrzywiła się, śmiejąc do dziewczynki. – Wiesz, gdyby tata pozwolił, to zabrałabym cię kiedyś na taaaakie dobre ciacho. – powiedziała na koniec, i tutaj spojrzała znacząco na Jacobs’a, bo przecież musiał wyrazić na to zgodę.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Nathaniel Jacobs


Jestem w Chicago od
Zawsze



31
Ma hotel

Coraz lepiej idzie mu w związki

Mieszkam w
Gold Coast

Nathaniel Rowan

Jacobs

Wysłany: 31 Sierpień 2018, 19:42   
   Mów mi -  Nati
   Multi -  Alex Hamilton


Nathaniel nie miał zamiaru zastanawiać się nad tym jakie motywy kierowały Reagan kiedy to ich zostawiła. Podjęła decyzję i takie a nie inne są jej konsekwencje i trzeba się w tym wszystkim pogodzić. On prowadził swoje życie jak najlepiej umiał, poradził sobie bez niej mimo, że bardzo ją kiedyś kochał, a teraz? Teraz sam nie widział, miał mieszane uczucia, jedno było pewne, że to rozstanie spowodowało szybkie dorastanie i brak czasu na jakiekolwiek komplikacje, tutaj czytaj na randkowanie. Nie miał kłopotów z rozstaniem, kłótni o byle co i tak dalej. Mógł skupić się na ważniejszych rzeczy, ale to nie oznacza, że unikał kobiet jak ognia. Nie uciekał z krzykiem najdalej jak pieprz rośnie z babskim krzykiem z ramionami w górę. Flirt od czasu do czasu był miłym odświeżeniem w jego życiu, czasami wychodził na miasto, oczywiście kiedy miał z kim zostawić małą i trochę się pobawić, jednak nie trwało to zbyt długo, bo nie pił ani grama alkoholi, a przyjaciele mówili mu, że jest drętwy i sztywny, uważali, że dobra zabawa nie może się odbyć bez picia i jakiś tam narkotyków, no cóż. Nie ma zamiaru się kłócić, ich wybór w jaki sposób chcą się bawić, on tego nie lubił, więc wychodził i wracał do domu.
Na słowa dziewczyny wzruszył tylko ramionami. Powiedział jej prawdę, a poza tym starał się być miły, no dobra był miły, ale i tak było mu trudno.
- Pożyjemy zobaczymy. - powiedział na jej propozycje. Na nic nie musiał się godzić, ewentualnie mógł, jednak jak na razie nie chciał. - Nie, siom dzifne, takie ble. - odpowiedziała dziewczynka marszcząc zabawnie brwi, jak to dzieci robią kiedy mówią o czymś dla nich ważnym. - Lily zabiela mnie na takie pycha ciastko, z klemem!- zawołała z entuzjazmem Zoey. Nathaniel uwielbiał rozmawiać z tym dzieciakiem, bo musiał przyznać, ze Zoey jest bardzo mądrym dzieckiem jak na swój wiek. Był z niej cholernie dumny.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Reagan Golightly


Jestem w Chicago od
dwóch lat



29
uczy biologii

powoli wszystko wraca do normy

Mieszkam w
Lincoln Park

Reagan Emily

Golightly

Wysłany: 1 Wrzesień 2018, 10:50   

Zrobiła to, postąpiła bardzo nierozsądnie, ale doszła w końcu do wniosku (z małą pomocą), że lepiej jak zrobiła to właśnie wcześniej, niż miałaby zostawić ich samych, gdy to Zoey byłaby przyzwyczajona do swojej mamy. Nie mogła cofnąć czasu, i nic, co by zrobiła nie zmieni nastawienia Jacobs’a względem niego. I nie, nie miała mu tego za złe. Zaakceptowała to, starała się żyć z tym normalnie. A to, że w dalszym ciągu pozwalała sobie na imprezy to już inna sprawa. Zawsze była nierozsądna, myślała zbyt szybko i działała pod wpływem chwili. Dlatego też uważała, że nie pasowała do Nathaniela, bo w porównaniu do niej zawsze stąpał twardo po ziemi. I pod żadnym względem nie przypominał swojej matki, za co była mu dozgonnie wdzięczna. Już sam fakt, że nadal tutaj był i pozwalał jej tak rozmawiać z córką o czymś świadczył. Może nie był wcale taki zły jak myślała o nim w pierwszej chwili, gdy chciał uniemożliwić jej kontakt z własnym dzieckiem? W każdym razie, cieszyła się. I to tak naprawdę. Była wdzięczna za te chociażby pięć minut rozmowy. – Słyszałaś, Zoey? Jest szansa, że zabiorę cię na naaaajlepsze ciacho w mieście – nie odrywała spojrzenia od dziewczynki, śmiejąc się razem z nią ze wszystkiego, co mówiła Zoey. Nie wiedziała, że aż tak będzie tęsknić za własnym dzieckiem, i że zakocha się w niej w tak szybkim tempie. – Zoey, a lubisz truskawki? – próbowała utrzymać z nią rozmowę, zachęcić ją w jakiś sposób, żeby nie zniechęciła się do niej od razu. Po urodzeniu nie pałała jakoś sympatią do dziecka, ale mogło to też być spowodowane całym szokiem, przecież wiele matek przechodzi przez coś takiego. – A Lily to.. – od razu zainteresowała się tym faktem i miała nadzieję, że dziewczynka powie coś więcej na ten temat. – Twoja niania? Ciocia? – nie miała zamiaru odpuścić, nawet jeśli Nate miałby coś przeciwko tym pytaniom. Zresztą, sama nie wiedziała po co pyta o takie rzeczy, przecież nic już nie miała do Jacobs’a.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Nathaniel Jacobs


Jestem w Chicago od
Zawsze



31
Ma hotel

Coraz lepiej idzie mu w związki

Mieszkam w
Gold Coast

Nathaniel Rowan

Jacobs

Wysłany: 1 Wrzesień 2018, 19:54   
   Mów mi -  Nati
   Multi -  Alex Hamilton


Każdy miał swój rozum i indywidualnie decydował o swoich decyzjach i postępowaniu w różnych sytuacjach życiowych. Nathaniel nie miał zamiaru i nie chciał też rozwodzić się nad tym co było, czego zabrakło, a tym bardziej jak mogło czy powinno wyglądać jego życie. Już dawno się tego nauczył, wiele rzeczy brakowało w jego życiu, chociaż nie powinno, ale co miał zrobić? Chciał mieć normalną mamę, jak prawie każdy, ale nie miał. Jako mały, kilkuletni chłopiec nie wiedział, że jego mama może zachowywać się inaczej, ba, nawet powinna zachowywać się inaczej względem swojego syna, córki, a przede wszystkim męża. Wielokrotnie widział jak jego ukochany tata cierpi przez to co ta suka mu robi, ale co miał zrobić? Tata nie chciał się z nią rozwodzić, czemu? Tego nie wiedział, na jego miejscu kopnął by taką kobietę głęboko w dupę, a prawa do majątku nie miała bo mieli intercyzę, więc nic by nie dostała. Sama była bogata, ale wiedział, że jej pieniądze szybko się skończą i kiedyś będzie chciała je od niego, ale w tym temacie czeka panią Jacobs pewna niespodzianko, o której nie wie, ale kiedyś walnie ją to prosto w jej wypełnioną silikonem i botoksem pysk. Jeżeli chce mieć jakieś pieniądze na swoje przyjemności to niech ruszy się i idzie do pracy, on nie będzie jej utrzymywał. Chce się od niej odciąć już na zawsze, może zabrzmi to tragicznie, ale nie zmartwił by się gdyby nagle zniknęła, zarówno on jak i Gwen mieli by święty spokój i mogli by w końcu odetchnąć z ulgą bez obaw, że ta się kiedyś pojawi w ich życiu i przewróci je do góry nogami. Pomarzyć zawsze można, prawda? Za marzenie nie ma kary.
Oboje są dorośli i głupie przepychanki, czy też groźby nic nie zmienią. Dla niego, jak już wielokrotnie powtarzał najważniejsze było dobro i szczęście jego malutkiej dziewczynki. Dlatego zdecydował się powoli dopuszczać Reagan do Zoey, miał nawet jeden pomysł, aby pokazać, że nie jest jej wrogiem, ale nie będzie go omawiał przy małej, jak na razie.
- Lubię, z cuklem, ale tata nie kaze mi jeś za duzo z cuklem, ale same też są dobre. - powiedziała mała Jacobs machając nóżkami w powietrzu, umiała się bujać, ale Nate to robił mechanicznie. - To moja ciocia.- odparła tylko Zoey, cóż, mówiła prawdę. Czasami wpadała do nich jego ciotka, siostra ojca, która zabierała ją na ciastko do jej cukierni, oczywiście Nathaniel też dostawał, bo ciocia twierdziła, że jest za chudy i powinna o niego bardziej zadbać, nie zaprzeczał, bo kochał te eklery czy pączki z bitą śmietaną posypane cukrem. Pycha! Do tego kawa i tak Nate mógł funkcjonować.
Dał znak Golighlity, aby na chwile odeszli od Zoey.
- Jeśli chcesz pokazać, że naprawdę zależy ci na niej. - tu wskazał głową na dziewczynkę, jednocześnie patrząc czy wszystko z nią w porządku. - Możesz jechać z nami na Hawaje. Lecimy za trzy dni.- dokończył czekając na jej reakcje. Jeśli chce na nowo zbudować więź z córką to się zgodzi, bo nie ma lepszego momentu na poznawanie dziecka niż wakacje, a zwłaszcza, że Nathaniel ma tam dom, w którym swobodnie będą się czuli, a nie w hotelu, chociaż hotel też tam mieli, zbudował go jeszcze jego ojciec.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Reagan Golightly


Jestem w Chicago od
dwóch lat



29
uczy biologii

powoli wszystko wraca do normy

Mieszkam w
Lincoln Park

Reagan Emily

Golightly

Wysłany: 2 Wrzesień 2018, 19:21   

Ona mogła sobie gdybać i gdybać, a z tego gdybania i tak nie wyszłoby nic konkretnego. Cóż, przynajmniej dotarło do niej, że popełniła wielki błąd, ale chciała to naprawić. Chciała mieć w końcu normalny kontakt z własnym dzieckiem, i być może zacząć jakoś funkcjonować. Może udałoby jej się poprawić relacje z Nate’m? Choć tak naprawdę nie chodziło tutaj o nic więcej, bo nie był jej nic winny, a i ona jemu. Miłość się skończyła, po cichu liczyła też na to, że Jacobs ruszył do przodu i znalazł sobie kogoś, z kim mógłby spędzić naprawdę ładnych parę lat swojego życia, bo zasłużył na to wszystko. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie był złym facetem, on po prostu trafił na nieodpowiednią kobietę, która dopiero po czasie zdała sobie sprawę z tego, że nie jest odpowiednią partią dla Nathaniela. Nigdy też nie ukrywała, że jej relacje z jego matką są dosyć napięte, bo ta stara prukwa nie akceptowała Reagan ze względu na pieniądze, których jej rodzina nie miała zbyt wiele. I wszystko poszło. Zadziałała pod wpływem chwili i tak wszyscy ją widzieli. Nauczyła się żyć z tym i zaakceptowała fakt, że była okropnym człowiekiem, a swojej natury nie mogła do końca zmienić. Zostało jej tylko zaakceptowanie siebie i nowego/starego życia w Chicago, choć może z początku nie chciała tutaj wracać.
Nie mogła napatrzeć się na Zoey, od której już z daleka biła pozytywna aura i zarażała nią samą Golightly, a jej nastrój znacznie się poprawił. Nigdy nie przypuszczałaby, że dziecko ma aż tak wielki wpływ na dorosłego. Chyba zaczynała przeżywać drugą miłość, bo tą pierwszą zawsze był Jacobs, ale to raczej rozmowa na inną dekadę. – Są pyszne z bitą śmietaną, wiesz? Kiedyś zrobimy sobie babski wieczorek. – uniosła mały palec w geście przysięgi i pokazała Zoey, aby zrobiła dokładnie to samo i uścisnęły się za małe palce, śmiejąc się wniebogłosy. Mogłaby zostać tak już na wieczność, ale wiedziała, że nie było to możliwe już ze względu na samego Nate’a, którego wzroku starała się unikać, a skupiała się bardziej na własnej córce. Skinęła głową, odchodząc kawałek z mężczyzną, ciekawa co takiego chciał jej powiedzieć. I o mamo! O mały włos nie zakrztusiła się własną śliną, a jej oczy zaczęły błyszczeć ze szczęścia, ale nie zachowywała się jak wariatka. Przyjęła to spokojnie, tak neutralnie. – Oczywiście, że mi na niej zależy. – odpowiedziała od razu, bo chyba jednak wciąż miał ku temu wątpliwości. – Hawaje. Trzy dni. Okej, myślę, że uda mi się wziąć trochę wolnego. – to wszystko działo się za szybko i miała wrażenie, że to jakiś sen z którego będzie musiała obudzić się. Podeszła z powrotem do Zoey, zaczynając bujać ją i śmiać się ze wszystkiego, co dziewczynka jej mówiła. – Dziękuje, Nate. – powiedziała na koniec, obdarzając go nawet delikatnym uśmiechem.

/ztx2 <3
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Juniper McCamley


Jestem w Chicago od
Urodzenia



21
Studentka

Ringo, Rocky & Blues

Mieszkam w
Streeterville

Juniper

McCamley

Wysłany: 9 Luty 2019, 23:10   
   Multi -  Isaac, Sheldon


Juniper nigdy nie sprawiała większych problemów wychowawczych, ale, wbrew przekonaniom jej mamy, wcale to nie oznacza, że jest święta. Wie o tym każdy, z kim przyszło spędzić jej trochę więcej czasu. Często robiła rzeczy, z których jej rodzina nie byłaby zadowolona, gdyby się tylko o nich dowiedziała. W końcu jaka matka byłaby dumna z faktu, że jej córka w środku nocy, niczym jakiś menel, imprezuje na placu zabaw? McCamley jednak niekoniecznie się tym przejmowała. Kochała swoją rodzinę, ale nie zamierzała rezygnować z tych wszystkich głupot, których od czasu do czasu się dopuszczała. Tym bardziej, że wcale nie uważała, że robi coś złego. Nigdy nikomu nie zrobiła żadnej krzywdy, ani nic z tych rzeczy. Chciałoby się powiedzieć, że nigdy nawet prawda nie złamała, ale niestety mijałoby się to z prawdą. Już same spożywanie alkoholu w miejscu publicznym nie jest legalne... June uważała jednak, że nikomu nie będą przeszkadzać. Ludzie albo już smacznie spali, albo imprezowali - tych pierwszych nie obudzą, jeśli będą zachowywać się w miarę cicho, a tym drugim nic nie przeszkadza.
Jak do tej pory faktycznie udawało im się zachowywać ciszę. Nie były jeszcze pijane, ba, nawet wstawione nie były. Dopiero zaczynały imprezę i zdążyły zaledwie wypić niecałe dwie puszki piwa.
- Wiesz co? - Spojrzała na przyjaciółkę, chociaż przez panujący półmrok i tak prawie jej nie widziała. - Mojego brata ostatnio nieźle popierdzieliło. Przyłapał mnie na paleniu trawki i umówił na terapię. Zagroził, że jeżeli tam nie pójdę, powie o wszystkim mamie, a ta chyba by mnie zabiła - powiedziała, nieco rozbawiona całą tą sytuacją. Nie wiedziała czy było to wynikiem działania alkoholu, czy rzeczywiście ją to śmieszyło. - A ja przecież nie jestem uzależniona - dodała jeszcze dla jasności i pociągnęła łyk piwa. Prawdopodobnie brzmiała, jak typowa ćpunka. Żadna uzależniona osoba, czy to od narkotyków, alkoholu, papierosów, gier czy czegokolwiek, nie przyzna się do uzależnienia. Ale ona naprawdę nie była i wiedziała, że Marion jej uwierzy.
- A co do trawki... Mam trochę przy sobie. Może tym razem uda mi się ciebie namówić, żebyś zapaliła - powiedziała i poruszyła znacząco brwiami. Szczerze mówiąc, liczyła na to, bo sama palić nie chciała.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum
 
Marion Hutchinson


Jestem w Chicago od
https://66.media.tum

Wysłany: 13 Luty 2019, 01:40   
   Mów mi -  Patka
   Multi -  Randall, Yosef, Ray, Sabrina


#4

W ostatnim czasie Marion bardzo potrzebowała odpoczynku i oderwania myśli od głupich decyzji, które zdołała podjąć w ciągu minionego tygodnia. Nic dziwnego, że nie była w stanie odmówić swojej jasnowłosej przyjaciółce i z miejsca zgodziła się na kameralne posiedzenie na placu zabaw. Z daleka od Englewood i Canaryville, czyli w miejscu teoretycznie bezpiecznym i zupełnie neutralnym dla dwudziestoczteroletniej przedstawicielki płci pięknej. Kolorowowłosa wiedziała, że towarzystwo Juniper może jej przynieść tylko i wyłącznie ukojenie zwłaszcza, gdy dowiedziała się, że oprócz dobrego towarzystwa, będzie tam również do dyspozycji alkohol. W umówionym miejscu nie stawiła się oczywiście z pustymi rękami - w sklepie całodobowym, znajdującym się za rogiem zakupiła kilka piw i paczkę papierosów. Z takim asortymentem przydreptała na plac zabaw, witając się z dwudziestojednolatką, która już na nią czekała. W tak doborowym towarzystwie czas mijał bardzo prędko, więc nim się spostrzegła, otwierała już trzecią puszkę piwa, pozostałe dwie zgniatając i wyrzucając obok zjeżdżalni, na której siedziały.
- Serio? Terapia przez marihuanę? - zapytała, nie dowierzając kompletnie w to czym podzieliła się z nią młodsza koleżanka. Zrozumiałe byłoby, gdyby narkotyki, po które sięgała studentka były silniejsze, ale trawka była w zasadzie nieszkodliwa, a wręcz uważana za coś prozdrowotnego. - Nie masz na niego jakiegoś haczyka? Jakbyś mu czymś zagroziła to na pewno nie byłby taki chętny do wypaplania wszystkiego twojej matce. - zaproponowała, upijając z dopiero co otwartej puszki spory łyk złocistego napoju. W takich przypadkach Hutchinson cieszyła się, że nijak nie była związana ze swoją familią i tak naprawdę mogła robić co tylko chciała.
- Ostatnim razem odmówiłam tylko dlatego, że się źle czułam. A teraz wyjmuj towar, siostro! - zachęciła ją, a szeroki uśmiech momentalnie zakwitł na twarzy młodej kobiety. Rzadko kiedy odmawiała narkotykom czy też innym używkom, więc cieszyła się, że jej przyjaciółka miała przy sobie blanty. - Następnym razem stanowczo musimy iść do jakiegoś klubu. - zaproponowała. Biorąc jednak pod uwagę ich ostatnią czasową rozłąkę, dwuosobowa impreza była znacznie lepszym rozwiązaniem, jeśli chciały choć trochę porozmawiać, a nie tylko skupiać się na piciu i tańczeniu.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Juniper McCamley


Jestem w Chicago od
Urodzenia



21
Studentka

Ringo, Rocky & Blues

Mieszkam w
Streeterville

Juniper

McCamley

Wysłany: 16 Luty 2019, 22:15   
   Multi -  Isaac, Sheldon


Zrezygnowana pokiwała głową.
Tak, jej brat z pewnością nie był normalny. Sam przecież był młody, powinien wiedzieć, jak to jest. Człowiek chce się bawić, próbować różnych rzeczy i ogólnie korzystać z życia, póki ma jeszcze na to czas. Może rzeczywiście nie każda młoda osoba sięgała po używki inne niż alkohol lub nikotyna, ale to jeszcze nie znaczy, że cała reszta jest zła i nie należy jej w ogóle ruszać. Wystarczyło znać umiar, swój limit i się tego trzymać. Zapalenie trawki, czy nawet zażycie narkotyków raz na jakiś czas, jeszcze nie świadczyły o uzależnieniu i naprawdę nie powinno się z tego robić nie wiadomo czego. Wysłanie jej na terapię było ogromną przesadą, ale niestety niewiele mogła z tym zrobić, jeśli nie chciała, aby mama się dowiedziała. Ona na pewno nie zrozumie, że jej córka pali jedynie od czasu do czasu, aby lepiej się bawić. Uznała by, że dziewczyna na pewno jest uzależniona i pewnie najchętniej zamknęłaby ją w ośrodku leczenia uzależnień.
- No właśnie nie. On ostatnio nawet do domu zbyt późno nie wraca - powiedziała po chwili zastanowienia. Jedyne co przyszło jej do głowy to to, że zdarzało mu się wracać do domu pod wpływem alkoholu, zanim stał się pełnoletni, ale wyciąganie tego teraz na światło dzienne było całkowicie bez sensu. Minęło tyle lat, że pani McCamley nie zawracałaby sobie nawet tym głowy. - Zachowuje się jak święty. W sumie jak tak teraz myślę o tym, to to aż trochę podejrzane - powiedziała w zamyśleniu. Przecież to nie możliwe, aby młody chłopak tak się zachowywał. Może coś przed nią ukrywa? Może wcale nie jest taki idealny? Chyba będzie musiała nieco bardziej zainteresować się tym, co robi jej kochany starszy braciszek.
- Powiedzmy, że ci wierzę - odpowiedziała, uśmiechając się szeroko. Palenie w towarzystwie było znacznie bardziej ciekawe. Nie to, żeby Juniper paliła w samotności... To znaczy tak, czasami jej się zdarzało, ale naprawdę rzadko. Dzisiaj jednak musiała zapalić, bez względu na to, czy Marion by się zgodziła czy nie. - Koniecznie - powiedziała, wyjmując skręta. - Niestety mam tylko jednego, ale myślę, że jakoś się podzielimy - mruknęła, podając jointa przyjaciółce. Z drugiej kieszeni wyciągnęła zapalniczkę i po chwili dziewczyny mogły zacząć palić.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum
 
Marion Hutchinson


Jestem w Chicago od
https://66.media.tum

Wysłany: 24 Marzec 2019, 02:49   
   Mów mi -  Patka
   Multi -  Randall, Yosef, Ray, Sabrina


Bycie jedynaczką miało całe mnóstwo wad, ale jeszcze więcej zalet. Marion bardzo dobrze się w tym upewniała, gdy przyszło jej słuchać tego czym właśnie dzieliła się z nią przyjaciółka. Brat czy siostra byli tylko niepotrzebnymi kulami u nogi, a kiedy kolorowowłosa pomyślała o tym, że mały, niewinny dzieciak miałby obrywać od jej ojca to aż ją wewnętrznie nosiło. Wystarczyło, że ona i jej matka dostatecznie się nacierpiały. Nikt więcej nie musiał przechodzić przez to ziemskie piekło.
- Przypomnij mi.. Ile on ma lat? - zapytała zanim ponownie sięgnęła do alkoholu. Ci najbardziej podejrzani zwykle zachowywali się najporządniej, aby zmylić przeciwnika, bo przecież w końcu najciemniej zawsze jest pod latarnią. - Coś mi tu śmierdzi. Na bank coś kombinuje. Zapewne chce cię wkopać na ten odwyk, żeby odwrócić uwagę matki od siebie. - powiedziała. Nawet jeśli Hutchinson już zdołała trochę wypić to jej mózg ciągle działał na najwyższych obrotach. Jeszcze niebawem się okaże, że brat McCamley miał w zanadrzu coś gorszego niż sporadyczne popalanie marihuany przez jego młodszą siostrzyczkę.
- Jeden też jest dobry. Do następnego spotkania to ja postaram się coś skołować, chociaż ostatnio mam wrażenie, że policja kręci się ciut za blisko mnie, ale to może tylko moja bujna wyobraźnia. - wzruszyła ramionami. Po odpaleniu blanta, Mari zaciągnęła się narkotykiem i już po kilku dłuższych chwilach, uśmiechała się szeroko, oddając palącego się jointa swojej bliskiej kumpeli. - To zdecydowanie działa cuda. - dodała, opierając się o drewnianą balustradę. Ciężko jest opisać jak bardzo dwudziestoczterolatka uwielbiała ten moment zaraz po zażyciu narkotyków, gdy jej dusza znajdowała się dobrych kilkanaście metrów nad ziemią i tak łatwo dało się zapomnieć o bożym świecie oraz problemach, które czyhały na każdym możliwym kroku.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Juniper McCamley


Jestem w Chicago od
Urodzenia



21
Studentka

Ringo, Rocky & Blues

Mieszkam w
Streeterville

Juniper

McCamley

Wysłany: 20 Kwiecień 2019, 15:55   
   Multi -  Isaac, Sheldon


Juniper i jej brat przez większość czasu się dogadywali i naprawdę się kochać, choć żadne z nich nie wyrywało się jakoś szczególnie, aby się do tego przyznać. Zazwyczaj też mogli na sobie polegać i to raczej siebie nawzajem pytali o rady, kiedy nie wypadało wtajemniczać w to matkę. Można powiedzieć, że byli całkiem zgranym rodzeństwem, które jak każde inne ma swoje lepsze i gorsze chwile. Z tych powodów June nie chciałaby być jedynaczką, ani tym bardziej wymienić brata na kogoś innego, nawet jeśli momentami działał jej na nerwy jak nikt inny. Czasami jej się jedynie wydawało, że życie bez niego byłoby o niebo lepsze, zwłaszcza w chwilach takich jak ta, ale za każdym razem, kiedy się godzili, a złość jej przechodziła, dochodziła do wniosku, że ten jej brat wcale nie jest taki zły.
- Teraz trochę mi głupio, bo nie wiem - odpowiedziała, uśmiechając się nieco niezręcznie. Wiedziała, że brat jest kilka lat starszy od niej, ale naprawdę nie miała pojęcia o ile dokładnie. Pytała, zarówno jego jak i matkę, o to niezliczoną ilość razy, ale za każdym razem zapominała. Musi zapytać znajomych, którzy mają rodzeństwo, czym im też to się zdarza, czy po prostu jest okropną siostrą. - Myślisz? - Zapytała, zastanawiając się nad tym dłużej. Szczerze mówiąc, to wydawało jej się to trochę nierealne. Jej brat był raczej typem osoby, która woli trzymać się z dala od problemów. Chyba, że przez ten cały czas świetnie udawał, jednak taki scenariusz nie wydawał się Juniper zbyt wiarygodny. A nawet jeśli wpakował się w coś poważnego, raczej nie powinien użyć jej, aby zatuszować swoje wybryki. Na pewno nie kosztem wysłania jej na odwyk. - Nie wiem. To raczej nie w jego stylu. Mi się wydaje, że po prostu się o mnie martwi - powiedziała po chwili, kiedy wszystko sobie przeanalizowała. Taka opcja była bardziej prawdopodobna. McCamley przyłapał siostrę na paleniu i wystraszył się, że młoda wpakuje się w narkotykowe bagno, z którego sama nie będzie w stanie się wydostać. Dlatego postanowił zareagować i powstrzymać, jego zdaniem, nieunikniony bieg wydarzeń.
- Co znowu zrobiłaś, że zainteresowali się tobą? - Zapytała, biorąc od niego jointa, którym porządnie się zaciągnęła. Czuła, jak dym rozchodzi się po jej płucach. Kochała te uczucie.
Z każdym kolejnym pociągnięciem czuła się coraz bardziej szczęśliwa. Radość napełniała całe jej ciało, sprawiając, że świat, który nie zawsze był szczęśliwym miejscem, nabierał wyjątkowych kolorów.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Strona wygenerowana w 0,21 sekundy. Zapytań do SQL: 9