Poprzedni temat «» Następny temat
Ph.D Pub
Autor Wiadomość
Chicago


Chicago

Wysłany: 4 Czerwiec 2016, 17:22   Ph.D Pub

[align=center:55ab0d859e]
[/align:55ab0d859e]
 


profil
 
Vicky G. McFadden
[Usunięty]

Wysłany: 1 Lipiec 2016, 01:49   




Vicky sama do końca nie rozumiała, dlaczego właściwie skończyła dzisiejszy wieczór w barze. Po primo, Noah pracował - a przez wzgląd na to, że ostatnio często się sprzeczali, już teraz wyczuwała z jego strony pretensje, które mogły doprowadzić tylko do kłótni. Po secundo - i tak piekielnie się tutaj nudziła. Lisa zaciągnęła ją tu poprzez błaganie (niemal na kolanach), żeby McFadden została jej skrzydłową. Pech chciał, że była wyjątkowo dobrą skrzydłową, bo Lisa zniknęła z pierwszym kolesiem już jakieś piętnaście minut temu i nie zanosiło się na to, żeby szybko wrócili. Z kibla, chryste!
W każdym razie - obiecała poczekać i zamierzała dotrzymać słowa. Odpędziła od siebie już dwóch pseudo-ruchaczy, którzy wzięli ją za przebojową singielkę i koniec końców skończyła w barze. Wygodnie rozsadziła się na jednym z wysokich krzesełek i pstryknęła palcem na barmana, który zresztą szybko pojawił się obok.
- Mojito.
Zmusiła się nawet do delikatnego uśmiechu, a zaraz potem przeniosła wzrok na wnętrze pomieszczenia. Ze znudzeniem wodziła wzrokiem po obecnych tutaj ludziach; kilka par, kila samotnie pijących frustratów (tak trochę mogła przybić im piątkę) i kilka naiwnych gąsek pod wodzą podrywaczy. Normalny bar na chwilę przed północą. Już miała powrócić spojrzeniem do barmana, gdy coś kompletnie innego przykuło jej uwagę. Albo ktoś! Kilka metrów dalej, też przy barze, dostrzegła znajomą twarz. I przez chwilę miała wrażenie, że ktoś wylał na nią kubeł zimnej wody. No proszę, los się uwziął!
- Świetnie - mruknęła sama do siebie, wznosząc wzrok do sufitu. - Po prostu świetnie!
 
 
Dick Cunningham
[Usunięty]

Wysłany: 2 Lipiec 2016, 20:09   



Dick nie miał w zwyczaju chodzić samotnie po barach. Zwłaszcza, kiedy zaczął spotykać się z Meredith. Nigdy nie zwykł samotnie zachlewać mordy, ani tym bardziej biegać po takich spelunach tylko i wyłącznie dlatego, że miał nadzieję, że wyrwie jakąś łatwą pannę. Chyba za bardzo się obawiał, że załapie przy tym w gratisie jakąś kiłę, syfilis, albo inne dziadostwo. Dlatego też totalnie nie rozumiał części swoich kumpli, którzy to aż nad wyraz lubowali się w panienkach na jedną noc. I co w tym niby było takiego przyjemnego? Ale przecież to nie z tego powodu Cunningham się tutaj znalazł! Właściwie, zawdzięczał tę (nie)przyjemność swoim kumplom z pracy, którzy, nie wiedzieć czemu, uparli się, że cała ekipa powinna sobie gdzieś razem wyskoczyć. I szczerze mówiąc nie było źle. Dick bawił się z nimi naprawdę fajnie, do czasu. Jeden z nich odpadł już po pierwszych kilku szotach i jego przyjaciel (a może tak właściwie chłopak? Dick zawsze podejrzewał, że coś jest z nimi nie teges, ale otwarcie o tym nie mówili. A przecież coś dziwnego było w sposobie, w którym jeden drugiego głaskał po kolanie, kiedy tamten wyglądał jakby miał zacząć rzygać) musiał ewakuować go z klubu. Drugi znalazł sobie jakąś pannę, z którą teraz urzędował w jednej z lóż, a pozostała dwójka... no cóż... kiedy się upili nie byli już tacy zabawni. I w ten sposób Cunningham skończył siedząc z tą dwójką przy barze, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu jakiegoś zbawienia. I wtedy właśnie dostrzegł Vicky. Co prawda nie wydawało mu się, żeby miała pałać jakimś wielkim entuzjazmem na jego widok, ale chyba gorzej już być nie mogło, prawda? Poza tym, chyba wypadałoby porozmawiać o tym cholernym obiedzie, który ostatnio miał miejsce. Wziął więc swoje piwo i zsunął się z hookera, kierując się w stronę blondynki. - Proszę, proszę. Ostatnio wpadamy na siebie zadziwiająco często. Śledzisz mnie, McFadden? - zażartował, chociaż miał dziwne wrażenie, że jej nie będzie aż tak do śmiechu. I w sumie nie mógł jej za to winić. - Na mój rachunek - rzucił do barmana, kiedy ten podał Vicky jej drinka.
 
 
Vicky G. McFadden
[Usunięty]

Wysłany: 3 Lipiec 2016, 00:25   

Vicky naprawdę nie potrafiła pojąć tego, dlaczego los ostatnimi czasy się na nią uwziął. Raz w życiu wyszła do baru i musiała spotkać w nim akurat Dicka? Dicka-jestemodniedawnachłopakiemtwojejkuzynki-Cunninghama? Ależ oczywiście, że tak! Nie była z tego zadowolona - ba, nawet błagała w duchu, żeby tylko do niej nie podszedł! - ale nie posłuchał mentalnych wskazówek i już po chwili siedział tuż obok. McFadden zdecydowała się zaledwie zerknąć na niego spod byka, a zaraz potem odwróciła wzrok w drugą stronę, udając szalenie zainteresowaną zieloną butelką ginu.
Biorąc pod uwagę fakt, że była szalenie porywczą osobą, musiała włożyć całą siłę woli, by zignorować jego pytanie. Niestety - wszelkie starania utknęły na panewce, gdy tylko odezwał się po raz kolejny.
- Na twój rachunek? Zupełnie jak w dniu, w którym się poznaliśmy, nieprawdaż? Też w barze. Komiczne, jak ta historia zatacza koło - stwierdziła, nie mogąc się powstrzymać i wbijając w niego spojrzenie pełne złowieszczych ogników. Pewnie gdyby mogło zabijać, zginąłby na miejscu! - Czasy, w których stawiałeś mi drinki, minęły bardzo dawno temu. Jeśli to ma być jakiś pierwszy krok do zawarcia sojuszu, to możesz się pieprzyć.
Okej, zadziałała impulsywnie. Może nawet trochę przesadzała, ale z jej perspektywy to wszystko wyglądało jednoznacznie; może i on tylko się zabawiał, ale ona była naiwną małolatą, która mocno się w nim zauroczyła. Może nawet zakochała, tylko nie do końca chciała to przyznać? Nic dziwnego - zniknął z dnia na dzień, zamieniając jej codzienność w prawdziwą torturę. Duma nigdy nie pozwoliłaby jej tego przyznać, ale gdyby nie poznała Noah, prawdopodobnie nadal nie wróciłaby w pełni do normalności. Yep, jej poczucie własnej wartości spadło bardzo drastycznie, gdy została... porzucona jak pies, ok.
Tak czy inaczej - chociaż zapadła między nimi niezręczna chwila ciszy, Vicky bardzo długo nie potrafiła oderwać swojego spojrzenia od jego twarzy. Co gorsza, bardzo szybko przyłapała się na myśleniu o tym, o czym jeszcze niedawno rozmawiały z Cath. Wydawał się jeszcze przystojniejszy, a jak bardzo nie byłaby na niego wściekła - tego irytującego mrowienia w brzuchu też nie była w stanie powstrzymać. To było silniejsze.
- Czego ode mnie chcesz, Dick? - zapytała z rezygnacją, niepewnie przygryzając wargę. Nie tylko nie widziała sensu, ale i możliwości, żeby było między nimi w porządku. Właśnie dlatego przeniosła wzrok na szklankę ze swoim drinkiem i przez chwilę obracała ją w dłoniach, byleby tylko na niego nie patrzeć. Tak, zdecydowanie bardzo ją kiedyś zranił, skoro nadal to przeżywała. - Żebym nie wspominała Meredith, że jesteś zwykłym dupkiem? - pociągnęła wreszcie, wracając do niego odrobinę zagadkowym spojrzeniem.
 
 
Dick Cunningham
[Usunięty]

Wysłany: 4 Lipiec 2016, 00:58   

Nie umknęło jego uwadze, że Vicky nie ma ochoty z nim rozmawiać. Jasne, może i był nieco pod wpływem alkoholu, ale nie był przecież ślepy. Potrafił zauważyć jak bardzo go unikała. I nie wiedzieć czemu, nagle wydało mu się to strasznie zabawne. Owszem, zdawał sobie sprawę z tego, że musi być na niego cholernie obrażona i szczerze? Wcale jej za to nie obwiniał, miała ku temu pełne prawo. Ale sposób, w który go ignorowała i próbowała udawać, że wcale jej nie interesuje, był co najmniej komiczny. Do tego stopnia, że na jego twarzy zaplątał się nawet cień niewinnego uśmieszku. Który równie szybko jak się pojawił, równie szybko zniknął. Jasne, mógł się domyślać, że jej reakcja na jego słowa raczej nie będzie jedną z tych, które by go ucieszyły. Nastawiał się na różne rzeczy, naprawdę. Ale chyba nie sądził, że McFadden zareaguje aż tak agresywnie. Nawet uniósł nieco wyżej brwi, w geście zdziwienia. Już miał coś wtrącić po jej pierwszych słowach, kiedy ta dalej kontynuowała naskakiwanie na niego. Tym razem nie wydawało mu się to już takie zabawne. - Daj spokój, Vicks. Zluzuj. Chcę Ci tylko postawić drinka, a Ty zachowujesz się jakbym wymordował Ci pół rodziny. Nie zrobiłem przecież nic złego, nie musisz od razu pokazywać jak bardzo chcesz mnie rozszarpać. Nie dało się nie zauważyć, że nie pałasz do mnie sympatią - jak już wcześniej wspomniałam, ślepy nie był. Głupi też nie, a może jednak? Człowiek przy zdrowych zmysłach nie wpakowałby się w tak popapraną sytuację, prawda? Chociaż co on mógł wiedzieć o relacjach jakie łączyły Vicky z Meredith? Cholera, nie wiedział nawet o relacjach jakie łączyły Vicky z Noah! A to napawało go jeszcze większą grozą i... zniesmaczeniem. Jakoś starał się nie myśleć o tym, że jego kumpel mógł zabawiać się z młodszą McFadden. Wcale nie skakał z radości na tę wizję. Nie wiedział co jej powiedzieć. Nie miał pojęcia co zrobić, żeby nie wywoływać u niej tej chęci mordu. Może i miała rację? Może rzeczywiście było już za późno na próbowanie załagodzenia sprawy przez jakieś cholerne drinki? Jasne, zachował się wobec niej jak gówniarz, a przecież był dorosłym facetem. Powinien ponieść jakieś konsekwencje swojego zachowania, ale chciał jej pokazać, że tego żałował. Że głupio mu było z powodu tego, jak ją wcześniej potraktował. Ale dla niego to też nie było proste. Wbrew pozorom, naprawdę ją wcześniej polubił. Było w Vicky coś, co rzeczywiście go zaintrygowało, urzekło. Chciał się z nią spotykać, naprawdę. Ale wszystko skomplikowało się w momencie, w którym pojawił się na jej uczelni. Musiał dać sobie z nią spokój. Nie chciał jednak mieć w niej wroga. Kiedy zadała mu pytanie, zastanowił się nad odpowiedzią. Zanim jednak to zrobił, spojrzał na jej przygryzioną wargę i uśmiechnął się blado. - Nie rób tak - w sumie nigdy nie zastanawiał się nad tym, dlaczego to na niego działa. Ale chyba większość facetów tak miała. Kobiety nie mogły w ich towarzystwie przygryzać ust, to było złe. - Słuchaj Vicks, masz pełne prawo mieć do mnie żal, nienawidzić mnie czy jakkolwiek mam to nazwać. Serio, rozumiem to. I wiem, że jest to uzasadnione. Zachowałem się jak dupek, masz rację. I wiem, że nic Ci po moich przeprosinach, ale powinnaś wiedzieć, że naprawdę jest mi głupio... i przykro. Nie zasługiwałaś na coś takiego - naprawdę miał wyrzuty sumienia. Już wcześniej trochę go gryzło, ale teraz, kiedy spotkał ją po takim czasie, tylko utwierdził się w przekonaniu, że musiał ją zranić. A przecież nie planował tego zrobić. Naprawdę nie przypuszczał, że dla niej również mogło to znaczyć coś więcej. - Po prostu nie chciałbym, żebyś przy każdej okazji musiała się na mnie wściekać - no, ze zwalczeniem tego to raczej nie będzie łatwo. Tym bardziej, że McFadden naprawdę nie wydawała się skora do współpracy. - I wierz mi, Meredith nie ma tu nic do rzeczy - nie chciał jej w to mieszać, chociaż odnosił dziwne wrażenie, że Vicky miała do niego żal. Miała do niego żal o to, że spotykał się z jej kuzynką. Tylko dlaczego? Przecież sama miała już Noah.
 
 
Vicky G. McFadden
[Usunięty]

Wysłany: 4 Lipiec 2016, 13:59   

Sama Vicky sądziła, że ma pełne prawo do tego, by traktować go w taki sposób. W końcu, co innego jej po tym wszystkim pozostało? Był pierwszym facetem, którego obdarzyła szczerym uczuciem - i przejechała się na tym niemiłosiernie. Nie, żeby to nie przyniosło jej żadnych pozytywów; przynajmniej zaczęła uważać. Bardzo długo była zdystansowana do Noah, a gdy ostatnimi czasy wreszcie postanowiła mu zaufać - w mieście na powrót pojawił się Dick. Nie potrafiła tego zrozumieć! Tak, jakby los uwielbiał stroić sobie z niej żarty.
- Ciężko pałać sympatią do kogoś, kto potraktował cię jak zabawkę - odpowiedziała natychmiast, unosząc kącik ust w odrobinę smutnym uśmiechu. - Gdybym cię nie ignorowała, powiedziałabym o dwa słowa za dużo. Na przykład ,,imię Cunninghama doskonale odzwierciedla jego osobowość". To raczej upewniłoby ich w tym, że jednak się znamy - stwierdziła, nawet na niego nie patrząc. Zamiast tego, uniosła szklankę z drinkiem w nieco prześmiewczym geście toastu i za jednym razem wypiła całą jego zawartość.
Chyba po prostu chciała ułatwić sobie przebywanie w jego obecności. Bo owszem - nie potrafiła się rozluźnić. Dotychczas myślała, że to ten niezręczny obiad wywoływał w niej brak komfortu - ale najwyraźniej znacznie więcej wspólnego miała z tym jego bliskość. Właśnie dlatego tak usilnie unikała jego spojrzenia - a teraz, dla przykładu, utkwiła swój wzrok w barmanie i gestem wskazała, że chętnie napiłaby się tego samego. Najlepiej razy pięć, żeby już później nie prosić.
Odważyła się zerknąć na niego dopiero wtedy, gdy ją upomniał. Początkowo nie miała pojęcia, o co mu chodzi - i dopiero po chwili uświadomiła sobie, jak działało na niego przygryzanie wargi. Tym razem zrobiła to zupełnie nieświadomie - i pewnie, coby zrobić mu na złość, kontynuowałaby tę czynność - ale Dick rozpoczął swój monolog. I dzięki temu przypomniała sobie o wszystkim, co tak bardzo jej się w nim podobało. Od kilku miesięcy próbowała wykreować w głowie konkretny wizerunek Dicka; znacznie pomniejszając jego zalety, za to uwydatniając wady. Teraz, im dłużej mówił, tym bardziej te starania trafiał szlag!
Serio, przyglądała mu się oczami bambi jeszcze długo po tym, jak skończył mówić. Chciała być zła, chciała wykrzyczeć mu wszystko jeszcze z tysiąc razy, ale - nie wiedząc dlaczego - jego słowa naprawdę ją złamały! Byleby tego nie okazać, po chwili niezręcznej ciszy przerwała ich walkę na spojrzenia, by swoim dotrzeć do szklanki. Barman zdążył podać kolejnego drinka, a ona wolała idiotycznie bawić się rurką, niż okazać, że cokolwiek się teraz zmieniło.
- Wiesz co, Dick? - zaczęła wreszcie, oblizując usta i obracając się na krzesełku w taki sposób, by siedzieć przodem do niego. - Masz cholerną rację - stwierdziła, uznając to za najlepszy sposób, by chociaż udać twardą. Niespodziewanie zmniejszyła odległość między nimi do minimum; czuła jego oddech na swojej skórze, a przez chwilę nawet prowokacyjnie wodziła spojrzeniem po jego twarzy. Trwało to zaledwie chwilę, zanim wyszeptała wprost w jego wargi; - Mam prawo cię nienawidzić.
Po prostu nie mogę.
Nie dokończyła zdania - na powrót odsunęła się od niego na bezpieczną odległość, choć teraz ,,bezpieczną odległością" byłoby co najmniej kilka kilometrów. Sam zapach jego perfum sprawił, że zakręciło jej się w głowie i cholernie jej się to nie podobało. No, ale co się robi, gdy trzeba dodać sobie odwagi - i, co ważniejsze w tej sytuacji, nieco ostudzić emocje? Oczywiście, że wypiła kolejnego drinka. I faktycznie - już po chwili zaczęła czuć, że to pomaga jej się rozluźnić, przynajmniej odrobinę.
- Mogłeś mnie skrzywdzić, ale to już nieistotne. To przeszłość - odezwała się wreszcie, odgarniając za ucho kosmyk włosów i wzruszając niepewnie ramionami. - Nie wiem, co dokładnie jest między tobą i Meredith, ale jej skrzywdzić nie możesz, rozumiesz? - upewniła się, powracając do niego swoimi brązowymi tęczówkami. - Jeśli spróbujesz to zrobić, to chyba cię zabiję.
Kij wie, na ile procent mówiła poważnie, a na ile nie - ważne, że Vicky troszczyła się o swoich bliskich milion razy bardziej, niżeli o samą siebie. Od zawsze tak było. Tym bardziej ta sytuacja robiła się dla niego trudniejsza i trudniejsza.
 
 
Dick Cunningham
[Usunięty]

Wysłany: 9 Lipiec 2016, 20:28   

To nie tak, że on chciał jej w tym życiu mieszać. Nie, nie chciał stawać na jej drodze i nie chciał robić jej niepotrzebnego mętliku. Wolał jej tego oszczędzić. I chociaż może z początku ich znajomości było inaczej, rzeczywiście chciał wtedy, żeby skupiła się na nim. Żeby był tą nutką chaosu w jej poukładanym życiu to teraz... wszystko się zmieniło. Przecież własnie dlatego wtedy zrezygnował z ich relacji. Uciekł, bo nie chciał, żeby to wszystko zostało źle odebrane. Wiedział, że taka znajomość po prostu nie miała prawa bytu. Czy żałował? Owszem, bywały takie momenty, kiedy miał co do tego wszystkiego wątpliwości. Ale to było na początku. Jakoś udało mu się przekonać co do tego, że swoim postępowaniem jedynie działa na korzyść Vicky. Miał jej tym przecież zaoszczędzić późniejszego cierpienia. Tak to przynajmniej wtedy odbierał. - Daj spokój Vicks, wiesz, że to nie tak. Nigdy nie traktowałem Cię jak zabawki. Byłaś dla mnie cholernie ważna - zmarszczył brwi, mając wrażenie, że było to przecież jasne. W końcu to nie tak, że spotykał się z nią tylko i wyłącznie dla rozrywki. Naprawdę lubił jej towarzystwo. Mimo tego, że była od niego o wiele młodsza, dogadywał się z nią naprawdę dobrze. No i przede wszystkim, doskonale dała mu poznać, że była niezwykle wartościową i inteligentną dziewczyną. I musiał przyznać, że też zabawną. Bo o ile jej komentarz chyba miał na celu urażenie go, to bynajmniej Dick tego tak nie odbierał. Jasne, wiedział, że była na niego wściekła i że ma do tego prawo. A przecież człowiek w złości wiele rzeczy potrafi powiedzieć. Dlatego starał się ignorować te wszystkie przytyki. Nie wspominając już o tym, że był przecież ostatnią osobą, która mogłaby mieć jej coś za złe. W końcu w ich przypadku to on narozrabiał, ale uważał, że nie było już sensu płakać nad rozlanym mlekiem. Szczerze mówiąc całym tym swoim monologiem bynajmniej nie miał na celu postawienia się w lepszym świetle. Nie zastanawiał się nad tym żeby jakoś u niej zaplusować czy coś podobnego. Chciał po prostu, żeby Vicky mogła na to wszystko spojrzeć z jego perspektywy, która wyglądała zdecydowanie inaczej niż ta należąca do niej. On wcale nie chciał jej skrzywdzić, nawet jeśli ona tak to odczuwała. Chociaż prawda jest taka, że wiedział jak McFadden zareaguje. Doskonale wiedział, że jeśli zniknie z jej życia bez słowa, będzie się na niego wściekała. Ale plan przecież był taki, że już więcej mieli się nie spotkać. Nie sądził, że jego związek z Meredith pokrzyżuje im plany. Aż dziw, że wcześniej nie zrobił tego Noah! Przecież w normalnych okolicznościach pewnie pochwaliłby się Dickowi swoją nową panienką, tym bardziej, że było czym się chwalić. Dlaczego więc tego nie zrobił? Może przynajmniej Cunningham zaoszczędziłby sobie tych niezręczności przy Meredith, ech. Teraz już nic nie mogli na to poradzić. Pierwsze koty za płoty, Dick nie chciał jednak, żeby kolejne ich spotkania wyglądały właśnie w ten sposób. Zależało mu na tym, żeby relację z Vicky jakoś odbudować. Oczywiście nie na takiej stopie jak wcześniej, ale skoro i tak mieli się widywać to przecież mogli to robić w jakiś cywilizowany sposób, prawda? A przynajmniej z takiego założenia wychodził Cunningham. Nie odrywał od niej wzroku, a kiedy w końcu się odezwała, uniósł ku górze jedną brew. Kiedy przyznała mu rację, nieco zbiła go z pantałyku. Naprawdę nie sądził, że tak dobrze się to potoczy. Jednak jej późniejsza bliskość... Wyglądało to zbyt podejrzanie, a jednak było mu to tak dobrze znane. Przez chwilę poczuł się, jakby nic w ciągu tych ostatnich dziesięciu miesięcy się nie zmieniło. A później znów się odezwała i cały czar prysł. Pokręcił głową na boki, a później podniósł do góry dłonie w geście kapitulacji. Jeśli ona tak do tego podchodziła, nie mógł chyba zrobić na tę chwilę nic. Pozostawało już tylko z biegiem czasu pokazać jej, że rzeczywiście - nie musi chować do niego urazy. - Właśnie tego próbowałem uniknąć - mruknął tylko, upijając kilka łyków swojego piwa. Naprawdę uważał, że jeśli zakończy ich związek w taki sposób, oszczędzi jej tego co mogłaby czuć później. Ona chyba jednak widziała to inaczej. - Wcale tego nie planuję - odpowiedział tylko i po chwili zastanowił się nad sensem swoich słów. - Nie żebym w Twoim przypadku planował. Z resztą, nieważne - zbył to machnięciem ręki, bo nie sądził, żeby rozmowa na te tematy mogła poskutkować czymś pozytywnym. Sprawiało to jedynie, że Vicky jeszcze bardziej się denerwowała, a tego przecież chciał uniknąć. Miał ją jakoś udobruchać, a miał wrażenie, że osiągnie coś przeciwnego. Może powinien zmienić linię ataku? hehe. - Poza tym... Ty i Noah? - rzucił, kręcąc głową z nieznacznym rozbawieniem. To chyba nadal nie mieściło mu się w głowie. O ile dziwnym było, że spotykał się z jej kuzynką, tym dziwniejsze wydawało mu się to, że Vicky była dziewczyną Noah. Serio? Nie był w stanie tego pojąć. Chociaż pewnie był ostatnią osobą, której McFadden będzie chciała opowiadać o swoim związku. Nie mógł jej się dziwić.
 
 
Vicky G. McFadden
[Usunięty]

Wysłany: 10 Lipiec 2016, 16:55   

Nope, Vicky naprawdę nie odbierała tego w ten sposób. Kiedyś - jeszcze w czasach, gdy faktycznie się ze sobą spotykali - byłaby w stanie dać sobie rękę uciąć, że to nie tylko zwykły romans. Coś pomiędzy nimi było; coś na tyle silnego, że zakochała się po raz pierwszy w życiu. Sęk w tym, że nigdy nie zdążyła mu o tym powiedzieć - i teraz, po upływie czasu, uważała, że to bardzo dobrze. Nie tylko dlatego, że później zwinął się z dnia na dzień, zostawiając ją na lodzie. Raczej przez to, że atmosfera między nimi byłaby jeszcze cięższa niż w chwili obecnej, a tego chyba oboje chcieliby uniknąć.
- Teraz to naprawdę istotne - mruknęła sarkastycznie, nie mogąc powstrzymać się od bycia złośliwą. Ale hej, Dick chyba naprawdę nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo to wtedy przeżyła! Niemniej, Vics też nie zamierzała zawieść Meredith; a jeśli śmieszny ,,pokój" z Cunninghamem miał być czymś dobrym, to była w stanie się poświęcić. - Nie licz na to, że się zaprzyjaźnimy. To po prostu niemożliwe - zaznaczyła, przenosząc na niego przenikliwe spojrzenie. - Ale postaram się zachowywać w miarę przyzwoicie. Dla Mer i Noah, nie dla ciebie.
Za to naprawdę jej ulżyło, gdy dla odmiany przyznał, że nie planuje skrzywdzić Meredith. Nie, żeby cały ten związek nagle zaczął jej odpowiadać; trochę ciężko będzie przyzwyczaić się do obiadków, na których jej kuzynka obściskuje się z jej pierwszą miłością, no ale! Chyba trochę pocieszała się tym, że Dickowi też nie jest wygodnie przyglądać się jej i Noah. Co było nawet zabawniejsze, zupełnie jakby czytał jej w myślach - zaraz zadał pytanie właśnie o ich związek, na które Vics odruchowo na niego spojrzała.
- Aż tak cię to dziwi? - mruknęła, unosząc znacząco brew ku górze. Nie do końca potrafiła odgadnąć, czy ten fakt go szokował, czy po prostu - najzwyczajniej w świecie - mu przeszkadzał. - To żadna nowość, że lecę na starszych facetów. Jeśli myślałeś, że znikając robisz mi przysługę i znajdę sobie dzięki temu młodszego, to gratuluję głupoty - mruknęła - i chociaż chciała być poważna, to koniec końców uniosła kąciki ust w uśmiechu.
Sama nie wiedziała, dlaczego na wszystko starała się odpowiadać atakiem. To chyba był taki odruch bezwarunkowy, jeśli chodziło o Dicka - kiedy jednak zapanowała między nimi chwila milczenia, Vicky zdążyła ochłonąć. Westchnęła cicho, znowu zatrzymując swoje ciemne tęczówki na szklance.
- Nie wiedziałam, że w ogóle się znacie, jeśli o to pytasz. Z nami... po prostu tak wyszło - wyjaśniła pokrętnie, odgarniając za ucho kosmyk blond włosów. To prawda, jej relacja z Noah o tyle różniła się od tej z Dickiem, że wszystko było jakieś... łatwiejsze. - Trochę zdystansowałam się od facetów, byłam ostrożniejsza, a jemu... zaufałam. Ma w sobie trochę dzieciaka, ale jest chyba najbardziej wartościowym facetem jakiego poznałam - oznajmiła wreszcie, wzruszając powoli ramionami.
Bo faktycznie - była mu cholernie wdzięczna. Chociażby za to, że to właśnie dzięki niemu wróciła normalności i uśmiechała się chyba nawet częściej, niż kiedykolwiek. Tym bardziej i częściej miała sobie za złe, że nadal nie powiedziała dwóch słów, które tylko potwierdziłyby cały sens tego związku. Ale nie mogła; tak, jakby nadal nie nadszedł odpowiedni czas, ok!
 
 
Dick Cunningham
[Usunięty]

Wysłany: 14 Lipiec 2016, 20:29   

W ogóle to musisz mi wybaczyć opóźnienie, bo już ostatnio miałam dla Ciebie pół posta, ale oczywiście szlag mi go trafił i się usunęło, to się wzięłam i zdenerwowałam i teraz o, piszę Ci od nowa! Być może gdyby Dick miał jasność jak sprawa wtedy wyglądała, zachowałby się nieco inaczej? Szczerze mówiąc, tego właśnie się obawiał. Obawiał się, że Vicky się w nim zadłuży i później będzie jej trudno jeśli coś pójdzie nie tak. Nie przewidział tego, że dziewczyna rzeczywiście zdążyła się w nim już zakochał. Zakładał, że ich relacja była na to zbyt świeża, chociaż musiał przyznać, że i on zdążył się przywiązać do jej obecności. Poza tym hej, popatrzcie na niego, nie można było jej się dziwić, hehehe. - W porządku, jak dla mnie możesz to zrobić dla kogokolwiek, po prostu byłbym wdzięczny gdybyśmy mogli zachowywać się normalnie i nie chować żadnej urazy - prawdę mówiąc, nie wierzył już chyba w to, że coś takiego mogłoby być w pełni szczere ze strony Vicky. Miała do niego przeogromny żal i nic nie wskazywało na to, żeby jakoś szczególnie szybko miało jej to przejść. Nie winił jej za to, ale naprawdę wiele to utrudniało. W zasadzie, liczył na to, że dziewczyna dość szybko się po tym otrząśnie i będzie w stanie normalnie z nim rozmawiać. Jak widać, chyba się przeliczył. Potarł dłonią kark, nadal czuł się w tym wszystkim nieco zakłopotany. Nie wiedział co zrobić żeby sytuacja rzeczywiście się unormowała. Z jednej strony chciał przekonać jakoś Vicky do siebie, ale jak niby miał to zrobić? Gdyby nagle zaczął ją przepraszać, z takim nastawieniem mogłaby to odebrać jako jakąś próbę zalotów i jeszcze poleciałaby z tym wszystkim do Meredith. A przecież jej też nie chciał do siebie zrazić. Naprawdę zależało mu na starszej McFadden, zupełnie jak kiedyś na tej młodszej. Tylko, że tym razem nie przewidywał podobnego zakończenia. Naprawdę nie chciał tego wszystkiego spieprzyć. Może właśnie tym będzie w stanie zaskarbić sobie wybaczenie blondynki? Chociaż zawsze mogła go z tego powodu znienawidzić jeszcze bardziej. Kobiety bywały takie trudne do zrozumienia. Na jej pytanie, wzruszył bezradnie ramionami. Zaraz jednak uśmiechnął się z rozbawieniem, bo jej słowa trafiły totalnie w sedno. - To... dobrze. Nie wiem czy będę dla Ciebie wiarygodnym źródłem, ale Noah to naprawdę w porządku facet. No, chyba sama się już o tym zdążyłaś przekonać - prawdę mówiąc, kiedy jej o tym mówił, naprawdę chciał postawić przyjaciela w jak najlepszym świetle. Nie zmieniało to jednak faktu, że nadal odczuwał to dziwne uczucie. Może była to odrobinka zazdrości? Zapewne nie kłębiłaby się w nim gdyby chodziło o kogoś innego, ale fakt, że z Vicky spotykał się akurat Noah przyprawiał go o skręt kiszek. Czego, oczywiście, nie dawał po sobie poznać. - Poza tym, przyda mu się jakaś porządna dziewczyna. Cieszę się, że wam się układa - stwierdził ostatecznie i dopił swoje piwo do końca. Nie był pewien czy powinien próbować jeszcze z nią rozmawiać czy może po prostu oddać kufel i pójść? Ten dialog i tak nie przebiegał idealnie po jego myśli, ale z drugiej strony, nie chciał jej tutaj tak samej zostawiać. - Odprowadzić Cię? - wypalił naglę i nim zdał sobie sprawę z tego co powiedział, zastygł bez ruchu. Totalnie tego nie przemyślał, ale w zasadzie, co mu szkodziło zaproponować? Ryzykował jedynie to, że Vicky pobije go po drodze, ale przynajmniej mógł mieć pewność, że jej nic się nie stanie. Przecież Dick nie był jakimś typem spod ciemnej gwiazdy, który próbowałby ją zgwałcić w zaroślach.
 
 
Vicky G. McFadden
[Usunięty]

Wysłany: 18 Lipiec 2016, 00:53   

A ja, to na początek chciałam cię znowu przeprosić, bo jestem kompletnie ślepa i ogarnęłam, że mam ci odpisać dopiero co. O losie, no ale już się za to biorę, no!
Nadal uważała, że ,,nie chowanie do siebie urazy" było raczej średnio możliwe, ale przystała na tę propozycję. Wbrew pozorom, Dick miał na nią kiedyś ogromny wpływ. Co lepsze, chyba nadal - w pewien sposób - go miał, bo nawet gdyby chciała się z nim nie zgodzić, to coś sprawiało, że wierzyła, iż ma rację.
- Proszę bardzo, spełnię twoją prośbę - obiecała, unosząc szklankę z drinkiem do góry. - Zobacz, jakie mam dobre serce - dodała, poruszając z rozbawieniem brwiami i upijając sporo alkoholu ze szklanki.
Poza tym, chociaż nadal była na niego odrobinę zła, to przeprosiny i tak ociepliły jej stosunek do Cunninghama. Przeprosiny i niewielka ilość procentów, ale zawsze! Wcale nie miała ochoty dłużej ciągnąć kłótni - po primo, nie miała na to siły, a po secundo - teraz i tak nie przyniosłoby to żadnych korzyści ani jej, ani jemu.
- Porządny - przyznała wprost, kiwając zgodnie głową. Szkoda tylko, że nie do końca potrafiła to ostatnimi czasy docenić. Chociaż sprzeczki z Noah zaczęły się już jakiś czas temu, ostatnio Vicky miała nieodparte wrażenie, że to ona wywołuje je znacznie częściej. Kiedy jednak Dick dodał, że cieszy się, iż im się układa - przeniosła na niego pełne powątpiewania spojrzenie. Nie do końca potrafiła rozgryźć, czy faktycznie tak uważał, czy może jednak odczuwał to w podobny sposób do niej. - A ja cieszę z powodu ciebie i Meredith - skłamała, choć w przeciwieństwie do Cunninghama, raczej słabo ukryła, że to kompletne brednie. To znaczy, jak najbardziej życzyła jej szczęścia! Sama ciągała ją po barach, by kogokolwiek poznała, ale na Boga... dlaczego właśnie Dick?
Kiedy natomiast usłyszała jego propozycję, w pierwszym odruchu posłała mu zaskoczone spojrzenie. Tego się nie spodziewała, ale... wcale nie zareagowała jakoś gwałtownie. Najpierw zerknęła w stronę toalety, w której jakąś godzinę temu zniknęła jej przyjaciółka z nowym kolesiem - i zdała sobie sprawę, iż nie zanosi się, żeby szybko wyszli. I nawet, jeśli zamierzała być najwierniejszą przyjaciółką na świecie i poczekać - widok jakiegoś faceta, który właśnie puszczał do niej oczko i potrząsał dłonią, by zwróciła uwagę na kluczyki od porsche skutecznie odciągnął ją od tego pomysłu.
- Taaak, chyba tak - przytaknęła wreszcie, wracając do niego swoimi ciemnymi tęczówkami. - Wiesz, prawdopodobnie jestem najlepszą skrzydłową na świecie - pochwaliła się, jednocześnie podpowiadając mu, co właściwie tutaj robi. Zaraz potem uniosła wargi w pełnym rozbawienia uśmiechu i dodała; - Kto wie, może pewnego dnia skończę na ich ślubie?
Żartowała, ale... wcale by się nie zdziwiła, biorąc pod uwagę, jak udane było to pierwsze spotkanie!
 
 
Dick Cunningham
[Usunięty]

Wysłany: 22 Lipiec 2016, 00:32   

On naprawdę chciał wierzyć w to, że kiedyś uda im się przestać patrzeć na siebie spod byka. Właściwie, Cunningham wcale na Vicky tak nie patrzył. Wręcz przeciwnie, nadal ją lubił i nadal uważał, że jest wyjątkowo sympatyczną i wartą uwagi osobą. Nie miał do niej żadnego żalu, bo i nie miał powodu, żeby go mieć. To przecież on skazał to wszystko na straty i jedyną osobą, która mogła tu kogoś obwiniać była oczywiście McFadden. I pech chciał, że ona rzeczywiście odczuwała do niego jakąś chęć mordu, czego przecież Dick nie mógł nie zauważyć. Może i czasami bywał głupi, ale przecież nie był ślepy. - Nigdy w to nie wątpiłem - rzucił w odpowiedzi na wzmiankę o jej dobrym sercu. No cóż, kiedy jeszcze się ze sobą spotykali, Vicky wnosiła w jego życie naprawdę wiele dobrego. Nie miał wątpliwości, że było podobnie i z innymi osobami. Ona po prostu wydawała się mieć usposobienie takiego chodzącego promyczka. I może coś rzeczywiście w tym było. Albo po prostu Dick chciał tak uważać, nie miał co do tego pewności. Prawdę mówiąc, cała ta wymiana uprzejmości odnośnie ich nowych związków nijak do niego nie trafiała. Właściwie, było to dla niego skrajnie niekomfortowe uczucie, dlatego też chciał tę rozmowę jak najprędzej zakończyć. No, a przynajmniej ten jej fragment. I kiedy w końcu udało im się od tego odejść, miał ochotę odetchnąć z ulgą, czego oczywiście nie zrobił. Właściwie, kiedy zaproponował jej to odprowadzenie, miał wrażenie, że zaraz zleją go zimne poty. No cóż, raczej marnie to widział i szczerze się obawiał, że Vicky zjedzie go od góry do dołu, ale tego nie zrobiła. Właściwie, zbiło go to trochę z tropu, ale posłał jej uśmiech i to nawet rozbawiony! - Czasami niewiele potrzeba, żeby człowiek odkrył nowy talent - skwitował i wybacz mi ten badziewny post, ale już śpię. Zapłacił jeszcze rachunek, po czym zabrali rzeczy i wyszli z lokalu, a Dick odstawił Vicky całą i zdrową do domu.

/ zt.
 
 
Paul Wilde
[Usunięty]

Wysłany: 4 Wrzesień 2016, 15:30   

#8

Ogolił się przed kilkoma dniami. Czuł się nagi, ale szczecina szybko porastała jego policzki, odsuwając irracjonalne poczucie bezbronności. Pozorny powrót do cywilizacji ze slumsów własnej głowy (mogła być zabójcza — on czuł się bezpieczniej w jej wnętrzu, paradoks współczesnego świata). Nie oczekiwał komitetu powitalnego, parodii uśmiechów, gestów i słów; wyszedł wcześniej, w pogoni za nigdy nienapisanym artykułem, przeciętnym bagnem liter, rząd po rzędzie zapełniających wciąż ciepły, pachnący farbą drukarską papier. Nigdy nienapisany artykuł i przeciętne bagno liter były tylko mrzonką, której nie odnalazł, w końcu przekraczał dobrze znany sobie próg, nieodpalony papieros uginał się w kąciku ust, matowe spojrzenie samo ją odnalazło (nie szukał).
Zamiast zamówić butelkę, zamiast poddać się unoszącym w jej płynie pod większą kontrolą, niż przez ostatnie dni (a może przy zupełnym jej braku) skierował kroki do stolika. Siedziała, ze swoim nieodłącznym sokiem, którego znaczenia nie miał ochoty poznawać. Wiedział, że ona też go widzi; widzi irracjonalność podjętych decyzji. Nie przeszkodziło mu to iść, prostą drogą, porzucone pozory, ciągnięty jak na sznurku. Szarpał za każdym razem, gdy próbował zmienić irracjonalnie podjętą decyzję (nie robił tego — w gruncie rzeczy żadna z decyzji nie miała znaczenia).
Jesteś. — Usiadł naprzeciwko, słowo zabrzmiało głucho. — Bez kwiatów, świetnie. Przynajmniej tym razem nie będę musiał po tobie sprzątać. — Głos wrócił zza zasłony, przestał pobrzmiewać niby echem, z niewysłowioną ulgą ustępując miejsca drwinie, depczącej szaleńczo wszystkie nadzieje.
 
 
Poppy Lane
[Usunięty]

Wysłany: 4 Wrzesień 2016, 19:17   

Tylko raz czekała niepotrzebnie; śmiała się z samej siebie, kiedy wychodziła z lokalu. Zawsze miała nadzieję - tamtego dnia nadzieja ją zawiodła. Nie była długo sama - umiała znaleźć sobie towarzystwo i miejsce. Korciło ją, żeby uciec gdzieś daleko, zniknąć na dłużej, poznać nowe miasto i nowych ludzi. Została. Spędzała w pracy dodatkowe godziny, odrabiając na przyszłość swoje wynagrodzenie (czuła, że w końcu będzie musiała wyjechać, bo świat ją przytłoczy). Bukiety układały się same, bez udziału jej wzroku. Czas płynął, a ona się nie zastanawiała.
Jadąc przed wschodem słońca na targ kwiatów czuła, że dzisiaj powinna pojechać do baru. Kamelie, które stały na jednym ze stoisk - te doniczkowe, cięte przecież nigdy długo nie wytrzymywały - wyjątkowo przyciągały jej wzrok, kiedy po raz kolejny mijała je, krążąc dookoła targu. Wzięła do ręki doniczkę z różowym kwiatkiem; bezwiednie obracała ją w dłoniach, a potem szybko zapłaciła i wyszła z targu. Cały dzień pracowała z nieobecnym uśmiechem, a potem zabrała ze sobą, wychodząc na nieumówione spotkanie.
Musiała czekać, chociaż czuła, że nie czeka bezsensownie. Kostki lodu w soku zdążyły się rozpuścić, zanim się pojawił, ale przyszedł, w końcu przyszedł. Dlaczego się nie widzieli, to jej nie interesowało; każdy uciekał jak mógł. Prędzej czy później sama zechce zerwać sznurek, linę, łańcuch, który przecież czuła pomiędzy nimi. Może to był jego sposób, by nadpiłować go z jego strony.
- Właściwie mam je ze sobą - wyjęła spod krzesła doniczkę i postawiła na stoliku, przesuwając w jego stronę. - Możesz je ze sobą wziąć, nie musisz ich wyrzucać - odpowiedziała rozbawiona. Ogolił się; zauważyła i uśmiechnęła nieco szerzej. Tęskniła.
 
 
Paul Wilde
[Usunięty]

Wysłany: 5 Wrzesień 2016, 12:01   

Nie uciekał dla przyjemności, wiedzy, satysfakcji; uciekał z narzuconego samemu sobie przymusu, wzajemne koligacje nic dla niego nie znaczyły, mogłyby nie istnieć, tak mało zmieniały w raz podjętej decyzji (ta nie była irracjonalna). Nie zastanawiał się, czy czekała, kolejny mijający go cień bez twarzy, do tego sprowadzała się, gdy z całych sił starał się nie myśleć, warcząc na każdą ludzką istotę (cień bez twarzy), z którą musiałby wówczas się zderzyć.
Lepiej, że spotkał ją teraz; próby chronienia makowej dziewczyny przed nim samym w wariacki sposób łączyły się z chorobliwą potrzebą wystawiania siebie na jej działanie; uporczywe pragnienie dało się porównać tylko z innym, towarzyszącym mu od tak dawna, kojąco wyniszczającym. (Nie wiedział skąd brało się to nowe; kolejna rzecz, o której nie chciał myśleć.)
Kwiaty na stole powitał wędrującymi do góry brwiami, powolny gest mający tak wiele do przekazania; nie dowierzał, że wciąż to robiła, niereformowalny dzieciak, pięciu minut nie mogła spędzić nieotoczona kwiatami.
Ten sam wynik, dzieciaku. — Spuścił wzrok na koniec papierosa, ogień z zapalniczki rozżarzył tytoń. — Jak na kogoś, kto przywiązuje taką wagę do kwiatów, podchodzisz zaskakująco lekko do tego, że skazujesz je na śmierć. — Uśmiechnął się krzywo, papieros między wargami zniekształcił brzmienie ostatnich słów. To, czy kwiaty, które dla niej zdawały się być tak ważne, znalazłyby się w śmietniku, czy w jego rękach, nie miało znaczenia. Nie dbał o nie; nie potrafił, a może po prostu nie chciał. Nadrzędnym celem jego życia było dostrzeżenie dna butelki; z tym celem kolidowały wszystkie inne.
 
 
Poppy Lane
[Usunięty]

Wysłany: 5 Wrzesień 2016, 14:09   

Ucieczki nigdy nie dawały wiedzy, przyjemności, satysfakcji - gdyby tak było, byłyby tylko spontanicznymi wycieczkami bez żadnego znaczenia. Uciekanie miało sens tylko wtedy, gdy uwalniało od tego, co ciążyło. Przymus czy potrzeba, określenie nie miało znaczenia. Wszystko i tak pochodziło z wnętrza głowy, która nie była w stanie poradzić sobie z codziennością. Uciekanie odpychało demony (po prostu życie) na odległość, która pozwalała na egzystencję przez chwilę dłużej, tylko do kolejnej ucieczki.
Mogłaby się upierać, że nie potrzebuje ochrony. Największą krzywdę najczęściej robiła sobie sama, odpychając ludzi, na których zaczynało jej zależeć. Przez chwilę cieszyła się ich towarzystwem, a potem, póki jeszcze strata nie była zbyt duża… Znikała. Teraz czuła to samo. Brakowało jej go przez te kilka dni, kiedy się nie widzieli. To powinien być dla niej znak, że już czuje zbyt wiele, zbyt mocno się przywiązuje i z każdą godziną będzie gorzej. Zamiast kamelii powinna mu dziś przynieść śnieżyczki i nigdy więcej nie pojawić się w barze ani przed redakcją, ignorować swoje łzy i sprawić, żeby to on zapomniał o niej. Powinna - ale nie chciała.
- Nie chcę skazywać ich na śmierć, przecież mogę przypominać ci o ich podlewaniu, nie są aż tak wymagające - obruszyła się lekko, krzywiąc się na jego uniesione brwi. Umiała wytrzymać bez kwiatów dłużej niż pięć minut. One przecież miały swoje znaczenie (o którym on nie wiedział, i chociaż mogła mu o nim powiedzieć, wciąż się z tym powstrzymywała. Przy następnym bukiecie powie mu, obiecywała sobie. Za każdym razem). - Albo... Mogę sama przychodzić je podlewać? - Pytanie było na wpół żartem, na wpół serio. Nie sądziła, że Paul zgodzi się na jej wizyty w jego mieszkaniu, nie spodziewała się też, że nagle dostanie jego numer telefonu. Nie wyglądał na osobę zbyt kontaktową (a i ona przecież kontaktowa nie była).
 
 
Paul Wilde
[Usunięty]

Wysłany: 5 Wrzesień 2016, 15:46   

Mogłaby się upierać, ale on też by to robił; cicho, tylko dla siebie, zaciśnięte zęby i raz podjęta decyzja (nie zmieniał ich łatwo). Nie było w tym nawet odrobiny odpowiedzialności, nie było poczucia obowiązku, nie było szlachetnych gestów. Była tylko cierpka prawda, było proste przeświadczenie, nie demonizował siebie, nie idealizował jej (kłamstwo — to drugie; nieświadome kłamstwo)
Bawił go uporczywy temat kwiatów, uparty, niczym on, w kontraście upierający się głośno. Mógłby je wziąć, proste sprawienie komuś przyjemności; ale on nie miał zamiaru ustępować uporowi, woląc wciąż go podsycać. Umarłyby od cuchnącej atmosfery rozkładu w jego mieszkaniu; umarłyby tak samo, jak co dzień umierał on. Tylko, że on tego chciał — im makowa dziewczyna mogła zapewnić lepszy los (nie miało to znaczenia; dostrzegał tylko prawidłowość).
Nie potrzebował ich; mógłby po prostu powiedzieć. Zamiast tego wolał bawić się w te idiotycznie podchody, wznosząc mur za każdym razem, gdy śmieszna potrzeba prywatności zdawała się być naruszana. Teraz też nie odpowiedział; zdławił gorzkie komentarze i wstał od stołu, w końcu spełniając prawdziwy cel. Ignorował — największe ustępstwo, jakie wobec niej czynił.
Chyba nie masz co robić, skoro chcesz dołożyć sobie kolejne obowiązki. — Wrócił ze szklanką i butelką, rozbijając płyn o dno naczynia. Kojący łyk przywrócił go do rzeczywistości, nic się nie działo, a on był śmieszny z wznoszonym przez siebie murem; i tak nie kryło się za nim nic cennego. — Co to w ogóle za zielsko? — lekceważące słowa, krótkie skinięcie głową w stronę doniczki; mogła odczytać to, jak chciała — dla niego znaczyło tak.
 
 
Poppy Lane
[Usunięty]

Wysłany: 9 Wrzesień 2016, 22:56   

Było w przynoszeniu kwiatów trochę zabawy, drobna, nieustanna prowokacja. Wcześniej o nie nie pytał; może go zaskakiwały, a może irytowały, ale nie komentował ich. Jak długo ich nie rozumiał, tak długo miała przewagę, kolejny drobny aspekt gry. Poza tym mówiły do niego, mówiły rzeczy, których sama nie umiałaby powiedzieć wprost, tak jak dzisiaj (tęsknota; kamelie miały też drugie znaczenie i Poppy wolała o nim nie myśleć, zignorować je dla własnego dobra).
Wiedziała, że ciągnięcie tego dłużej było ryzykiem, skoro wreszcie je zauważył - nie chciała go drażnić. To tylko kwiaty. Mogły być językiem, w którym porozumiewała się najlepiej, ale wciąż były tylko zwykłymi roślinami, nie metaforą życia. Nie chciała jeszcze rozbijać tego wąskiego mostu przywiązania - nie kamelią, nie dzisiaj, jeszcze nie.
Krótka chwila samotności przyniosła głębokie wdechy powietrza wciąż przesyconego zapachem tytoniu. Pop przetarła twarz dłońmi, zmęczona długim dniem - nie odpuściłaby go jednak za żadne skarby. Właśnie odpoczywała, chociaż nikt inny rozmów, które wywoływały u niej takie napięcie, odpoczynkiem by nie nazwał. Lane zawsze wiedziała, że się wyróżnia.
- Doba jest za długa, coś muszę robić - Tu tkwiło kłamstwo, ale wzruszyła ramionami, pijąc swój sok w niemal odpowiadającym toaście bez słów. Nie potrzebowali toastów (umierająca trójka: on rozkładający się z własnej woli, przygotowana na śmierć ona i niczemu niewinny kwiatek, ich ofiara). Nie powstrzymała jednak uśmiechu radości, kiedy zainteresował się roślinką. A jednak mówił jej tak - nie rozumiała go wcale, chociaż rozumieć nie chciała. Po prostu zgadzała się podchodzić bliżej za każdym razem gdy jej na to pozwalał. - To kamelia japońska, właściwie nie wiem jakim cudem udało się wyhodować ją tak, żeby teraz zakwitła, nie zastanowiłam się nad tym kupując ją.
 
 
Paul Wilde
[Usunięty]

Wysłany: 11 Wrzesień 2016, 08:37   

Zauważał je od początku, dzwonki pokrzywolistne, informacja. Wybierał ignorancję, świadomy wybór, tak jak świadomy był upór, do którego nie zamierzał się przyznawać. Niechętnie, wbrew sobie, zbierał szczątki wiadomości, drobne puzzle, układając krawędzie obrazu. Nie chciał tego; przyłapując się, pił dwa razy więcej, trzy razy szybciej. Dla niego wąski most przywiązania bardziej przypominał stalowe łańcuchy; odbierał wszelką godność.
Tak. Jest za długa. — Nie widział w tym kłamstwa; odczuwał ciężar każdej minuty, godziny skracając do sekund dzięki zbawczemu wpływowi alkoholu. Przeżycie dnia z pełną jego świadomością wykraczało poza jego umiejętności, zbyt wiele musiał poświęcać, nie poświęcając tak naprawdę nic. Chętnie wyrzekał się myśli, ostrego umysłu, wspomnień; zalanie ich falą w kolorze gówna ułatwiało przetrwanie do jutra (a jutro rozpoczynał od nowa ten sam cykl — był koneserem przyzwyczajeń).
Uśmiech drażnił; czuł się jak przyłapany gówniarz, przyłapany tym uśmiechem, a świadomość prowadziła do cichego buntu obrony. Może nie chodziło o niego (łudził się), może chodziło o nią, o uśmiech wygranej; o tak, wyglądała z nim jak zwyciężczyni. Nie chciał wiedzieć, medal w jakiej kategorii tym razem udało jej się zdobyć, złoty puchar pełen jabłkowego soku.
Przeznaczenie — zadrwił, kwitując jej cud. Nie myślał tak; nie myślał, bo przecież nie rozumiał, nie znał znaczenia kwiatów, sam nie przyznałby im nawet najbłahszego. To uśmiech palił. To jego wina. Jej. Tylko i wyłącznie jej.
 
 
Poppy Lane
[Usunięty]

Wysłany: 17 Wrzesień 2016, 14:26   

Nie chciała tego; nie chciała być ciężarem, brzemieniem, nie chciała wywierać takiego wpływu. Nie chciała nikogo przy sobie wiązać, nie na siłę, nie przypadkiem, nie na tyle, by nie móc łatwo odejść, wiedząc jak bolą odrywane uczucia (łatwo przestało istnieć w jej słowniku kilka tygodni temu). Nie było jednak takiej rzeczy, która umiałaby powstrzymać po prostu bycie sobą. Musiałaby milczeć, nie patrzeć, nie reagować, nie czytać między wierszami, nie pić soku z antonówek, nie nosić ażurowo plecionego sweterka i długich, koralikowych kolczyków.
Doba była i zbyt długa, i zbyt krótka; śpiąc i pracując, nie przeżywała jak najwięcej, a powinna się przecież spieszyć. Ale ograniczona sobą, nie miała zbyt szerokiego pola do popisu i pustych, bezcelowych godzin zbierało się zbyt wiele. Tylko ucieczki były nigdy wystarczająco dalekie i długie.
Zakrztusiła się swoim sokiem - był tak blisko drugiego znaczenia, co z tego że drwina, to nie miało znaczenia (była świetna w ignorowaniu tego, czego nie chciała widzieć), ważne było to jak bardzo zbliżył się do czytania jej własnych - choć ukrytych w kwiatach - słów. - Teraz jest w twoich rękach - Nie mogła się powstrzymać, musiała skończyć, musiała uśmiechnąć się do niego jeszcze radośniej, nieświadomie promieniując jeszcze bardziej. Nie musiał jej rozumieć - nawet jeśli tego chciała.
 
 
Paul Wilde
[Usunięty]

Wysłany: 18 Wrzesień 2016, 00:56   

Popełniał błąd za błędem. Największy był jeszcze przed nim, teraz znów szykował się do popełnienia kolejnego, nawet o tym nie wiedząc. Intrygowała go i irytowała, drażniła i pobudzała do działania (a on nie chciał działać, chciał nurzać się w płynnym stanie zawieszenia, niemocy, bezczucia); przeklęta makowa dziewczyna. Drwina przybrała formę bumerangu, uderzając go nagle, prosto między oczy, mógł tylko upaść do jej stóp, pokonany. Suszyło go. Pił długo, dolał sobie, pił dłużej. Nerwowy gest, tak można byłoby zdiagnozować jego zachowanie; można, gdyby wystąpiło u innych — u niego było równie naturalne, co oddychanie. Ona już o tym wiedziała. Pozwolił jej poznać się od tej strony, raz czy dwa (nie widział sensu w liczeniu).
Nie próbował odwlec w czasie odpowiedzi, nie szukał jej uporczywie, mógł równie dobrze zostawić ją bez słów — niczego to nie zmieniało. Tak wiele razy nie mówił, brak słów, wyraz oczu, krzywizna wyginających się ust, to wszystko stanowiło słowa; potrafił z nich czytać, o tak, a jednak tym razem błądził jak ślepiec, jej uśmiech wciąż i wciąż interpretując jako zwycięstwo.
Irytowała, intrygowała, drażniła, pobudzała; przeklęta makowa dziewczyna, zagadka.
Popełnił błąd; przegrał w momencie, gdy ociekające słodyczą uśmiechu słowa w jego głowie rozbrzmiały poważnie. Zrezygnował i jednocześnie zdradził się, kilkoma słowami, które w pierwszym odruchu miały dać mu żałosne zwycięstwo. — W co ty grasz, dzieciaku? — wymamrotał, znów sięgając po szklankę; ona też mogła dać mu odpowiedzi.
 
 
Mistrz Gry


Mistrz Gry

Wysłany: 18 Wrzesień 2016, 11:21   



To miejsce było idealne na randkę, przynajmniej tak wydawało się Michaelowi - prostemu chłopakowi z River North, któremu spodobała się pewna dziewczyna. Bogata, piękna, na pierwszy rzut oka poza jego zasięgiem, ale stało się. Kilka dni temu wpadła na niego roztrzęsiona na ulicy przed jakąś dyskoteką, błagając go o pomoc. Zgubiła się i posiała gdzieś torebkę. Nie miała jak zadzwonić ani zapłacić za taksówkę, dlatego Michael podwiózł ją do domu swoim motocyklem. Romantycznie, prawda? Najwyraźniej Susan bardzo spodobała się ta przejażdżka, ponieważ dzisiaj zgodziła się na randkę. Zabrał ją do pubu, do którego często przychodził z kolegami. Myślał, że jej się tu spodoba. No, trochę się pomylił, ale nie miał pieniędzy na coś lepszego. Pili powoli drinki, rozmawiali. Miała taki słodki uśmiech! Szkoda, że zabrakło mu trzech dolarów, aby zapłacić za rachunek. Nie chciał jednak prosić Susan o pieniądze, dlatego, gdy tylko udała się do łazienki, nachylił się do Paula i Poppy, którzy siedzieli przy sąsiednim stoliku. - Ejjj... Hej, hej - zaczął niepewnie, poprawiając swoją motocyklową kurtkę, aby sprawić na nich nieco lepsze wrażenie. - Poznałem świetną dziewczynę, ale... no... zabrakło mi trzech dolców. Nie chcę wyjść przed nią jak lamus... albo sknera... poratujecie? - dodał niepewnie, krzywiąc się nieznacznie. Głupio mu było prosić ich o przysługę, ale... cholera jasna, chodziło o Susan. Najlepszą dziewczynę pod słońcem.
 


profil
 
Poppy Lane
[Usunięty]

Wysłany: 23 Wrzesień 2016, 21:43   

Zwycięstwo? Wygrana sugerowała, że Poppy w coś grała - że spotkania, kwiaty, rozmowy, to wszystko było dla niej grą, zabawą. Nie było - nie sprowadzała czegoś, co szybko stało się częścią jej życia do poziomu rozgrywki. Nie było przecież nagrody, nie było zasad, nie było kar za przewinienia. Była sobą - irytowała, intrygowała, drażniła, pobudzała go wyłącznie dlatego, że była sobą, kapryśnym dzieciakiem, makową dziewczyną, Poppy Lane. Wszystko co mówiła i robiła, robiła i mówiła szczerze, bo tak chciała, bo to ją cieszyło, bo dawała kawałek siebie (nigdy nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo chce się dzielić z kimś czymkolwiek - nadal nie była tego świadoma, nieświadomie oddając z siebie tak wiele).
- Gram? Nie rozumiem - Rzeczywiście nie zrozumiała; to był jej żart, ale przecież to miało sens, dawała mu kwiat, kwiat był w jego rękach, to wszystko się składało, on powinien zobaczyć to powierzchowne znaczenie, nie grzebać w dnach i podtekstach. Ona je widziała tylko przez chwilę, kiedy ją śmieszyły, ale przecież to nie o nie chodziło. Nigdy nie chodziło o nie. Pop pochyliła się ku niemu, opierając się o stolik - wpatrywała się w niego, w szklankę, na wylot. Nie wiedziała o co mu chodzi, chciała więc przeczytać to w jego oczach - zawsze przecież krzyczały.
Przerwano jej. Usłyszała głos obok, cofnęła się, spojrzała na chłopaka. Właściwie się ucieszyła, nie musiała przez kilka chwil zmagać się z tym, co powinna powiedzieć Paulowi. Wiedziała za to, co powiedzieć chłopakowi ze stolika obok. - Jasne - uśmiechnęła się do niego, nie tak promiennie jak wcześniej, nagle czując obciążenie całego, długiego dnia. Odwróciła się do swojej torebki, żeby wyjąć kilka brakujących dolarów, ale cały czas przecież mówiła - życzyła chłopakowi jak najlepiej, a jako kwiaciarka miała parę rad. - Kup jej tulipany, najlepiej różowe - Wyznanie miłości w postaci uroczych, różowych kwiatów wydawało się być działaniem, które powinno mu pomóc. Chciała, żeby jemu się udało - lubiła, gdy ludziom się udaje.
 
 
Paul Wilde
[Usunięty]

Wysłany: 24 Wrzesień 2016, 09:36   

Grzebał w dnach i podtekstach; grzebał — i to było jego porażką. Skoro on poniósł porażkę, ona automatycznie stawała się zwyciężczynią. Nie musiała grać — choć twierdziłby, że każdy gra, wszyscy grają w tej grze zwanej życiem (powiedziałby, gdyby im nie przerwano) — wystarczyło odczucie z jego strony. Może błędne, może wciąż odbierał ją nie tak, jak powinien, nic nie mógł na to poradzić i radzić nie chciał; zbyt wiele wymagałoby to zaangażowania z jego strony.
Milczał, na końcu języka pieszcząc cyniczne uwagi, każdą jedną, którą miał jej do przekazania. Choć zamierzał rzucać nimi z trafnością mistrza, na jego twarzy wciąż odbijał się tak rzadki do odnalezienia na niej spokój. Do momentu, gdy obce słowa wbiły się w gładką masę ich relacji; gwóźdź, irytujący, wbijany raz po raz.
Stanowczym gestem położył dłoń na jej dłoni, wstrzymując obrót pieniędzmi. Kiepski naciągacz? Żałosny kretyn? Nie obchodziło go to wcale; był irytującym gwoździem wbitym już na stałe i wciąż przekręcanym, drażniąc, a on postanowił wyrwać go warkniętym: — Spierdalaj. — Jeśli makowa dziewczyna chciała ratować żałosnych idiotów żałosnego świata, nie powinna tego robić przy nim.
 
 
Poppy Lane
[Usunięty]

Wysłany: 24 Wrzesień 2016, 12:07   

W grze zwanej życiem nie było wygranych - albo ona nie wiedziała, kto może się do takich zaliczać. Nie ona, na pewno; miała na koncie zbyt wiele kar, za wiele razy zbijano ją z planszy i kazano zaczynać od nowa, od kolejnego punktu gdzieś na początku. Teraz może miała lepszą passę, od kilku lat szła do przodu po prostu, bez cofania się, ale to był ten łatwiejszy fragment planszy. W końcu znów przyjdzie jeden trefny rzut kostką i kolejna kara ją zatrzyma. Ale dlaczego miała się przejmować; nie chciała grać. Nie chciała być zwyciężczynią, nawet jeśli on czuł się przegranym.
Nie znosiła, kiedy ktoś mówił jej jak ma żyć. Pierwszym instynktownym odruchem było szarpnięcie w tył, ale zbyt mocno przytrzymywał jej dłoń. Spojrzała na nie, powoli do jej zmysłów dochodziło ciepło drugiej ręki, suchej i twardej, chociaż przecież nie był robotnikiem, żeby mieć spracowane dłonie. Uśmiechnęłaby się, czując to wszystko - ale to nie zmieniało tego, że była zła. - To moje pieniądze - mówiła, powoli wyswobadzając rękę, kładąc za to swoją drugą dłoń na jego ręce - I ja mu je dam - podała chłopakowi parę dolców, których brakowało mu do rachunku. Posłała mu jeszcze uśmiech i odwróciła się do Paula. Teraz nie zmierzała od niego oderwać wzroku, choćby się waliło i paliło. Mógł być zazdrosny (zazdrosny? Naprawdę to słowo przemknęło jej przez myśl? To było ciekawe wrażenie, tak to nazwać), ale ona już zamierzała skupić się tylko na nim. Chłopak obok nie był żałosnym idiotą żałosnego świata - nie bardziej niż oni we dwoje tutaj. - Jak na kogoś, dla kogo całym światem jest to tutaj - wskazała brodą na butelkę i szklankę, nie osądzała, jej ton był bardzo konwersacyjny, bez śladu ironii - Za dużo uwagi poświęcasz nieistotnym wpływom jak on. Trzy dolary to nie majątek, a jemu uratują randkę. Dobry uczynek, a karma wraca, wiesz? - To nie było kazanie. Może tak brzmiało - pewnie tak to odbierze. Ale to nie było kazanie.
 
 
Mistrz Gry


Mistrz Gry

Wysłany: 24 Wrzesień 2016, 16:22   



Michaelowi naprawdę głupio było prosić nieznajomych o pomoc, zwłaszcza, że chodziło o pieniądze i nieprędko będzie miał możliwość, aby je oddać. Uśmiechnął się szeroko, widząc, jak Poppy podaje mu brakującą sumę pieniędzy, a zaraz potem spoważniał i przyjrzał się uważnie Paulowi. Spierdalaj. Było to jedno słowo, a jednocześnie mówiło tak wiele. Byli parą? Był o nią zazdrosny? Myślał, że Michael - on, Michael! - chce poderwać jego dziewczynę? Stropił się i zmalał o kolejne trzy centymetry, markotniejąc. Nie chciał wywoływać bójki w miejscu swojej pierwszej randki z Sue, mimo że ta zniewaga na to zasługiwała. Nawet później, kiedy Poppy wcisnęła mu owe trzy dolary do rąk, nie mógł pozbyć się wrażenia, że postąpił źle. Powinien wytłumaczyć Susan swoją sytuację i zabrać ją na spacer, a nie do baru. - Dzięki, dziewczyno. Wiszę ci przysługę - uśmiechnął się, upijając ostatni łyk drinka, który zakupił zaledwie kwadrans wcześniej. Kiedy Sue wróciła z toalety, uregulował rachunek, uśmiechnął się smutno do Poppy, starannie unikając wzroku Paula, po czym wyszedł na ulicę, trzymając Sue za rękę. Czekała go długa rozmowa z ukochaną.

[z/t]
 


profil
 
Paul Wilde
[Usunięty]

Wysłany: 24 Wrzesień 2016, 23:00   

Zaprotestowała. W pierwszej chwili nie wiedział, co z tym zrobić, zgubił się w jej stanowczej reakcji, tak samo jak jego manifestowanej dotykiem dłoni, gładkiej i delikatnej. Mogła mieć rację, jej pieniądze i jej wybór, a jednak postępował odruchowo, narzucając swoją decyzję (swoją opinię o żałosnym świecie i żałosnych idiotach dzień po dniu przeżywających swoje żałosne życia — tak, oni też się do nich zaliczali). Zamarł słysząc pierwsze zdanie; to nie była złość, bardziej zaskoczenie. Przywykł do komentarzy, przywykł do wydających wyrok spojrzeń i pogardliwych słów. Nie spodziewał się ich od niej; może się pomylił.
Idealizował ją.
Dotarło to do niego pierwszy raz (zapewne nie ostatni.)
Kazanie podsumował wzniesioną niczym do toastu szklanką; przepił doń tym, co stanowiło cały jego świat, przez wygięte w drwiącym uśmiechu usta przepłynęła ciecz, bardziej gorzka niż zwykle.
Odezwał się dopiero, gdy niechciany uczestnik ich rozmowy opuścił pub. Wcześniej pił. Ignorował. Nie odczuwał nawet najmniejszej ochoty, by kontynuować tę szopkę. — Nie słyszałaś, że karma to suka? Jeśli wraca, to tylko ta zła. Jeśli — podkreślił; a jednak kontynuował.
 
 
Poppy Lane
[Usunięty]

Wysłany: 25 Wrzesień 2016, 12:30   

Nie była ideałem. Może to i dobrze, że to zauważył? Nie narażał się na więcej rozczarowań jej osobą (mogła być pewna, że znalazłby do nich dużo więcej powodów niż chciałaby przyznać). Była człowiekiem, popełniała błędy, czasem je naprawiała, czasem nie uważała, że są błędami, a czasem wolała o nich zapomnieć. Pop nie chciała być ideałem - ideały przecież stawia się na piedestale i chroni za wszelką cenę, a ona chciała żyć i doświadczać, potykać się i wstawać, czuć i przeżywać.
Stwierdziła tylko fakt. Dał się przecież jej poznać właśnie od tej strony, raz czy dwa. Nie pogardzała, nie oceniała. Każdy miał swoje sposoby na ucieczkę, to był jego. Nie ingerowała w to, co Paul robił ze swoim życiem, bo nikt nie dał jej takiego prawa, a sama nie chciała wziąć go w swoje ręce - wbrew pozorom, szanowała jego granice.
Nie przeszkadzało jej milczenie. Wypiła do końca sok - powinna pójść po kolejną szklankę albo wyjść, tkwiła jednak na swoim krześle, cały czas patrząc się na niego. To był jego ruch, ona na razie nie miała nic do powiedzenia - chociaż wciąż nie wiedziała, jak ma przypominać mu o opiece nad kamelią lub sama się nią opiekować. U niego, bo do niego teraz należała ta roślinka.
- Słyszałam - wzruszyła ramionami, biorąc do ręki swoją pustą szklankę. Zaczęła się nią bezwiednie bawić, lekko wyginając wargi ku górze. - Ale cóż, podejmę to ryzyko. Też mogę być suką, jeśli karma tego chce - Jeszcze bardziej zadarła do góry brodę, taka z siebie dumna, taka wojownicza.
 
 
Paul Wilde
[Usunięty]

Wysłany: 26 Wrzesień 2016, 23:49   

Nie odbierał jej prawa do złośliwości, podłości, negatywnych emocji. Wciąż była człowiekiem, nawet jeśli tak prędko przyszło mu wyolbrzymienie pewnych jej cech, zaobserwowanie wzorców zachowań i przełożenie ich na każdą czynność, każdą przeżywaną minutę. Nie interesowało go spełnianie dobrych uczynków, nie obchodziła bezinteresowna pomoc; nie miał nic ponad pogardę, suche skurwysyństwo, dla ludzi, którzy naruszali swoją obecnością jego przestrzeń osobistą. Jego całym światem była zawartość butelki, a ci, którzy oddzielali go od niej choćby na nikłe sekundy, zasługiwali tylko na niewymuszone chamstwo.
Ona nie oddzielała. Przenikała się z alkoholem, tworząc upajający go duet.
Do tego momentu. Próbowała go moralizować, a potem rzucała wyzwanie światu. Rozbawiła go. Rozbawił jej upór, jej duma, zadarta hardo broda i niezłomność w spojrzeniu. — Życzę powodzenia, jeśli wydaje ci się, że wygrasz. — Znów przepił do jej słów, kolejny gorzki toast. Mógł wygiąć minimalnie kąciki ust, nim ukrył je w szklance, pijąc, znów pijąc, już nie tak gorzki płyn. Wszystko wróciło na swoje miejsce. A może wywróciło się jeszcze bardziej, tak bardzo, że nowy porządek wydawał się równie kojący, co stary. (Bzdura; świat nigdy nie był dla niego kojącym miejscem.)
 
 
Poppy Lane
[Usunięty]

Wysłany: 28 Wrzesień 2016, 20:49   

To była tylko opinia, którą równie dobrze mógł zignorować. Moralizowanie? Nie była odpowiednią osobą ku temu. Nie nadawała się na kompas moralny - przecież nie chciała odciskać swojego wpływu na cudzych życiach (obudziła się poniewczasie - na to już było dużo za późno, chociaż sama o tym nie wiedziała - a może cokolwiek podejrzewała, wybierając jednak błogą ignorancję?). Mogła bawić, tak, uważała to za dobry kierunek. Wywoływanie śmiechu sprawdzało się lepiej w jej przypadku(chciałaby wywołać na jego twarzy uśmiech, nie słabo widoczny grymas, który właśnie zobaczyła - chociaż i on wywołał u niej równie słabo widoczną radość).
- A jeśli wygram, to co? Załóżmy się o coś - Nie miała zamiaru się poddawać, dzisiaj chciała walczyć. Mogła być tylko kociątkiem, które wyciąga wciąż nieostre pazurki, ale mogła być też kocicą, której pazury wysuwają się z miękkiej łapy w najmniej oczekiwanym momencie. Kto wie?
Wciąż turlana szklanka przewróciła się z nieprzyjemnym dźwiękiem w niemal tej samej chwili, kiedy przebrzmiały jej słowa. Pop wzdrygnęła się, trochę zaskoczona brzękiem, który sama wywołała. Skrzywiła się, puste naczynie zwróciło jej uwagę mocniej niż powinno. Odstawiła je na moment, zdecydowana nie skupiać na nim więcej swojej uwagi. Ręce schowała pod stołem, splatając je mocno. Podniosła za to głowę, wciąż pewna i niezłomna. Wyzwanie zostało rzucone.
 
 
Paul Wilde
[Usunięty]

Wysłany: 30 Wrzesień 2016, 13:20   

Zaskoczyła go swoim wyzwaniem. Mógłby ją wykpić na tysiąc różnych sposobów, mógłby zgnieść wyzwanie w zarodku, gdy jeszcze było tylko niewinnie krążącą wokół nich ideą. Zrozumiał szybko, że wcale tego nie chciał. Nie; prosty zakład, słowa rzucone na wiatr, to wszystko dawało informacje. Nie gnało go w stronę hazardu, co dzień zakładał się z życiem i nie potrzebował do tego krupiera, który rzuciłby dla niego kośćmi. Nie chodziło o zakład, nie chodziło o wygraną; stawką była informacja, to o wiedzę toczyła się gra.
Ciekawiła go. Nie ona, jako ona — z tym jeszcze nie chciał się pogodzić, przyglądając ze znudzeniem pustej szklance, która niegdyś skrywała sok i nienazwane informacje. Ciekawiło go, czego mogła od niego chcieć, czym dla niej byłaby wygrana, co miałby zrobić korząc się jako przegrany. Nie wierzył w jej wygraną, nie tak naprawdę, nie w tym świecie, który dawał życie jedynie przegranym. Nie miało znaczenia, co później. Miało znaczenie, co teraz.
Satysfakcja ci nie wystarcza? — zadrwił, upił, odpalił nowego papierosa. Odnaleziona z nagła żyłka do hazardu drżała z podekscytowania, a on uparcie trzymał ją na wodzy. Nie mógł przesadzić, nie chciał się zdradzić, nie było uśmiechu ani błyszczących oczu, iskierka z zapalniczki pochłaniała całe światło. — Ty wybierz, co wtedy. To w końcu twoja wygrana. — Chciał wiedzieć, ciekawiło go to uparcie.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

REGULAMIN
OGŁOSZENIA
OGŁOSZENIA USERÓW
Z. WIZERUNKI
REZERWACJE
POSZUKIWANIA
NIEOBECNOŚCI
SPIS MULTIKONT
FABULARNE
SPIS STANOWISK
SPIS LOKACJI
DZIELNICE
TŁO FABULARNE
MISTRZ GRY
ZAMÓWIENIA
KTO ZAGRA?
1. Otwarcie: 17.06.2016
2. ZAPOZNANIE SIĘ Z REGULAMINEM JEST OBOWIĄZKOWE!
3. Spis multikont - aktualną listę znajdziesz tutaj
4. Aktualizacja regulaminu - więcej informacji.
5. 2/11/19 Zmiany w gronie administracyjnym: więcej informacji.
Styczeń 2020
booked.net

administracja
Leanne // Isabelle
Claudius
Strona wygenerowana w 0,2 sekundy. Zapytań do SQL: 7