Poprzedni temat «» Następny temat
Dancing with your ghost
Autor Wiadomość
Bowie de la Cruz


Jestem w Chicago od
ponad 2 lat



30
ex lawyer

She's my guilty pleasure

Mieszkam w
Streeterville

Bowie Waverly

de la Cruz

Wysłany: 8 Wrzesień 2019, 23:30   

Nie chciała tu przychodzić. Wolała upić się z resztą aktorów i przepaść w trakcie świętowania niż siedzieć przy stole i udawać, że było lepiej niż rzeczywistości.
Za dużo myślała albo nie robiła tego wcale.
Nieudana próba dotarcia do Nuńez, która potem całkowicie przepadła, utrwaliła ją w przekonaniu, że była emocjonalnie beznadziejna. Czemu nie mogła przestać się tym przejmować? Minęły trzy miesiące a ona ciągle pchała się tam gdzie nie trzeba; gdzie jej nie chcieli.
Usłyszała to wiele razy. W ten jeden jedyny uwierzyła i co? Nagle znów szła w tłum, żeby okazało się, że nikt tam na nią nie czekał?
Daj już sobie spokój. Przestań być taka..
Głos Paula wyrwał ją z zamyślenia nad dłubanym jedzeniem. Właśnie, musical. Czemu nie mógł trwać wiecznie? W nim mogła być w nim kim chciała a miała już dość swojej nadmiernej emocjonalności, przez którą niepotrzebnie pogrążała się w rozmyślaniu o czymś, o czym niektórzy już dawno by zapomnieli.
Postarała się o uśmiech i uniosła kieliszek z winem.
Dopiero pierwszy. Jeszcze mogła się wymigać.
- To w sumie, nie taki głupi pomysł. – nagle nawet Maya była za trasą koncertową córki z Tisdale. Lepsze to od pracy w podrzędnej taniej kawiarni, gdzie każdy podejrzewał właściciela o najgorsze, chociaż Bowie była pewna, że to ciągle prawiczek, którego matka źle traktowała, bo wydawał się bać kobiet. Inne kelnerki robiły sobie z niego żarty i straszyły go swoją bliskością, ale nie ona.
- Może po świętach. – prawie miesiąc. To już za pasem.
- Daj spokój. Mam trzy koncerty przed świętami. Ogarnęłybyśmy to. – bo nagle Allie była skłonna wrócić do Chicago, w którym nigdy nie mieszkała, byleby spędzić ten czas ze swoim chłopakiem. No i w końcu miała Bowie, ale ta nie trzymałaby jej w mieście dla siebie. Do tej pory, pozwalała jej jeździć gdzie popadnie. Dopiero, gdy zespół zawitał w Chicago na pamiętnym koncercie, trasa nagle ograniczyła się do samego Chicago, stanu lub tych graniczących z Illinois.
- Za nowy duet! – Gigi z pełną parą wzniosła toast uznając tę rozmowę za finalną.

Zaledwie połowa talerza została opróżniona i tylko jeden łyk dzielił ją od końca pierwszego kieliszka, którego prosiła nie dopełniać, więc była jakieś trzy kolejki w tyle. Starała się uczestniczyć w rozmowach, być aktywna i zbyt długo nie patrzeć na Sadie, bo podobnie jak Zadie oraz Ryan, miały podobny wyraz spojrzenia.
Przestań. Przestań w końcu.
Prosiła samą siebie, gdy ku jej zbawieniu przybył dzwonek do drzwi rozbrzmiewający w wielkim (prawie jak Hodges) domu.
- Otworzę. – niech dorośli siedzą przy stole i dalej rozmawiają o tym, co ona wolałaby stłumić muzyką ze słuchawek.
Bez choćby sprawdzenia, kto stał po drugiej stronie, otworzyła drzwi spodziewając się raczej dodatkowych gości przybyłych po czasie na kolację. Na liście oczekujących z pewnością nie była wysoka nieznajoma blondynka, która na jej widok poprawiła okulary, uprzednio prawie niezauważalnie zerkając na lewo.
- Dobry wieczór. – miło i subtelnie. – Proszę mi wybaczyć, jeżeli przeszkadzam, ale czy zastałam Bowie de la Cruz?
- Tak? – czemu odpowiedziała? Niepewnie, ale jednak, co najwyraźniej podbudowało kobietę stojącą po drugiej stronie progu.
- Wspaniale, jestem Stanley Everett i chciałabym zapy..
- Nie. – za późno, ale w końcu przypomniała sobie o kobiecie w okularach, o której mówiła mamitá. – Nie ważne w jakiej sprawie pani przyszła. – nadal węszą przy Marquezie? Nawet po trzech miesiącach? – Nie rozmawiam z dziennikarzami. – pchnęła drzwi gotowa bezczelnie zamknąć je przed nosem blondynki, lecz coś stanowczo zatrzymało ów proces.
Obca ręka wyłoniła się z lewej (patrząc od strony Stanley) i z całą mocą uniemożliwiła zamknięcie drzwi.
- Ej. – tak nie można.
- Chcemy tylko porozmawiać. Agentka FBI Joycelyn Everett. – odparła ta druga – a więc rodzina albo zbieżność nazwisk - równie wysoka, krótko ścięta brunetka z mało przyjaznym wyrazem twarzy. – Zna pani Benedicta Whittakera? – nie zdążyła zareagować na poprzednie słowa a już zarzucano ją dziwnymi pytaniami.
- Nie.
- Na pewno? – naciskała ta Joy.
- Na pewno.
- Bowie, wszystko w porządku? – papo pojawił się w porę, co wzbudziło niepokój nieznajomych, bo właśnie traciły grunt. Obrońca de la Cruz, który był jej ojcem, nie pomoże w dalszej rozmowie.
- Malvo. – niespodziewanie wypaliła Stanley, czym przykuła uwagę byłej prawniczki. Teraz wiedziały, że coś było na rzeczy albo po prostu to typowa reakcja ludzi na dziwaczne słowa.
- Wie pani, co to oznacza? – brunetka znów się wtrąciła. Nie wiedziały.. nie miały pojęcia, że to imię.
- Kim panie są? – Francis tego nie wiedział i jako prawnik stanowczo domagał się powtórki z rozrywki (niech się przedstawią i stracą czas na rozmowie z nim).
- Przykro mi, ale nie. – skłamała, jednocześnie mając wrażenie, że to jakiś kiepski żart albo po prostu tak musiało być. W końcu ostatnio tyle myślała o Margo..
- Proszę posłuchać. Wiemy, że pani kłamie i za coś takiego czekają panią konsekwencje..
- Hola, hola. – de la Cruz staną u boku córki, która go pohamowała. Poradzi sobie.
- Po pierwsze, to zastraszanie. – wręcz groźby. – Po drugie, okłamanie agenta, to nie przestępstwo. Kłamanie w sądzie pod przysięgą już tak. – nie wszyscy robili to w słusznej sprawie, jak ratowanie czyjegoś tyłka. – Okłamanie agenta to czysta nieuprzejmość. – na którą teraz było ją stać. – Proszę więc wyjść zanim zadzwonię na policję, która raczej nie ucieszy się, że Federalni bez nakazu – bo jakby go miały, to by pokazały. – nachodzą tutejszych obywateli. – skwitowała dosadnie, co złowrogim spojrzeniem poparł mężczyzna stojący obok niej.
Rodzina czy nie, w końcu uznały, że się wycofają. Ta blondie przeprosiła, ale druga była gotowa rzucić w nich cegłą, gdyby miała ją pod ręką, bo skoro siostra czegoś chciała, to dostanie; poza tym, sama zainteresowała się ów sprawą, która tkwiła jako utajniona w szufladach archiwum FBI.

Musiała wyjść. Pragnęła wręcz wybiec na ulicę i przepaść, bo wiedziała co ją czekało w nocy; kolejne koszmary.
W pośpiechu, prawie jak wariatka, szukała czegoś w telefonie, gdy rodzice wraz z Allie stali nad nią oczekując podzielenia się tym, co teraz miała w głowie.
Zbyt wiele.
- Kościół świętego Borromeo. – wtrąciła się im w cichą dyskusję. – Mają tam spotkanie. Chce jechać. – wypiła tylko jeden kieliszek (w Stanach oznaczało to, że mogła prowadzić).
Chciała i mogła, ale tylko w towarzystwie Allie, która poczeka na nią aż do końca spotkania AN, gdzie Bowie jeździła tylko po to aby uspokoić nawałnicę myśli.
Paulo i Pedro, choć przeproszeni, od początku nie czuli się urażeni. Mogli za darmo zjeść i wypić – plus – leganie porozmawiać o Ryanne z resztą ‘ekipy’ starszaków, która znała temat.

- Bo-Bo. - Allie z niepewnością przyglądała się przyjaciółce, która połknęła tabletkę nasenną z nadzieją, że cała spocona nie obudzi się po zaledwie godzinie od próby przyłożenia głowy do poduszki.
- To nic. - zapewniła. - Nie ważne, czego chciały. - ta chyba dziennikareczka albo siostry pracujące w FBI. Ostatecznie nie dowiedziała się, kim była ta blondynka. Mogła jedynie mieć domysły.
- Pytam ogólnie. - o cały dzień.
- Miałam premię. - przypomniała samej sobie. - Powinnam się cieszyć, że wyszło dobrze. - tak, powinna.
- Ale?
- Proszę, Allie. Nie zmuszaj mnie do tego bym przyznała, że to mnie rusza. - nagle rozmawiały o kimś, kto ciągle nie chciał jej w swoim życiu?
- Zawsze zazdrościłam ci tak silnego emocjonalnego zaangażowania, ale nie dzisiaj. - ani na później, bo wcale nie zapowiadało się na to aby miało być lepiej. - Spróbuj odpocząć. - propozycja nie do odrzucenia wraz z silnym objęciem od Tisdale, na której obecność mogła liczyć tej nocy.
  
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Ryanne I. Nuńez


Jestem w Chicago od
24 lat



30
La artista quebrado

La isla, el sol y mi seńorita

Mieszkam w
Canaryville

Ryanne Ixchel

Nuńez

Wysłany: 9 Wrzesień 2019, 01:12   

With or without you
I can't live
With or without you
And you give yourself away


Bonno z U2 zasiadł z nimi w ciemnej kuchni rozświetlanej jedynie przez niedosięgające światło lampy ulicznej. W jasnym snopie leciały na spotkanie z ziemią wielkie mroźne krople z rozpuszczonego śniegu. Termometr za oknem wskazywał plus jeden stopień Celsjusza i trzydzieści trzy koma osiem Fahrenheita.
Nalawszy do dwóch szklanek kranówki, przyciszyła radio, aby nie obudzić Eleny i Fisha. Postawiła wodę na wczorajszym wydaniu gazety codziennej i usiadła po drugiej stronie stołu na bujającym się taboreciku naprzeciwko Ramireza. Zanotowała wiele istotnych zmian, jak dyskretnie schowana za kołnierzykiem koszuli blizna przy jabłku a także ogólny przyrost masy mięśniowej. Porównując mężczyznę dzisiaj z jego dawną odsłoną, przypominał swojego starszego, napakowanego brata nie znającego się z maszynką do golenia. W półmroku kuchni wyglądał jeszcze inaczej niż w sali sądowej.
Kiepsko wyglądasz. — Nie brzmiał nieszczerze. — Jesteś przeziębiona? Masz czerwone oczy.
Ryanne zbyła go milczeniem. Wypiła dwa pokaźne łyki, odnotowując w zamglonej pamięci, aby przed snem rozrobić aspirynę i zażyć witaminę C.
Ry. — Sięgnął dłonią przez stół, lecz ona odsunęła się z krótkim piskiem drewnianych nóżek o podłogę. — Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć.
Nie przestraszyłeś.
Na klatce schodowej sprawiałaś inne wrażenie.
Zabawne, jak pierwsze wrażenie może być złudne.
Ramirez uśmiechnął się krzywo i przesunął swoją szklankę po gazecie aż na blat zostawiając mokrą smugę na artykule o zeszłotygodniowej defraudacji w New Jersey. Długo siedzieli tylko milcząc, wpatrując w siebie aż wreszcie zadziałało to podchmielonej Nuńez na nerwy.
Świetnie się gadało, ale jeśli to wszystko — wypierdalaj.
Zagwizdał.
No, no — pokiwał głową i wyszczerzył zęby. — Jednak coś starego pozostało. Ale wiesz, może spasuj odrobinę z tonu. W końcu to nie mnie sąd przyznał zakaz zbliżania.
Cholerne zadośćuczynienie, przeklinała cały system, który posłał ją do wariatkowa i teraz jeszcze narzucał ograniczenia. Przecież to ten skurwiel ją stalkował!
Objęła szklankę w obie dłonie wyłącznie dla własnego bezpieczeństwa — wolała stłuc szklankę niż jego gębę i dostać nowy wyrok.
Chciałem pogadać z tobą. Zadać kilka pytań... Wiesz, jak kumpel kumpeli.
Nie jesteśmy kumplami.
Wiesz, co zrobiłem jako pierwsze po wyjściu z więzienia? — grał ignorancją. — Dokładnie to samo, co ty. Napierdoliłem się, jak świnia. — Pstryknął palcami w szklankę. — Potem poszedłem na dziwki i obudziłem w tym starym motelu naprzeciwko mieszkania Lobo. Tego samego, z którego pisałem do ciebie, gdy... no robiliście swoje rzeczy.
Lodowaty dreszcz przeszedł po plecach Ryanne. Momentalnie poczuła, jak trzeźwieje. Nic z tego wszystkiego nie trzymało się kupy, choć nie wiedziała wiele o faktycznym powodzie przyjścia Ramireza. Chciała pogadać. O czym? O tym, jak z lornetką podglądał nocne schadzki Marqueza z nią?
Wyszła z wariatkowa tylko po to, aby w pierwszej kolejności spotkać kogoś, kto powinien był z nią tam być i chodzić na terapię.
Miałem do ciebie ogromny żal, wiesz? — Wiesz, wiesz, nie wiesz?
Nie lubiła jego tendencji do "sprawdzania wiedzy". Zmrużyła oczy i przekręciła lekko głowę. Pierwsze ostrzeżenie.
Kiedyś nie byłem kimś, kto mógłby równać się z Lobo, to fakt niezaprzeczalny. Rozumiem też, dlaczego wybrałaś jego. Cholera, z tej zazdrości i złości omal nie pożarłem własnych pięści, ale gdy dowiedziałem się, że wybrałaś mnie i moją twarz na kozła ofiarnego... poczułem się urażony. I trochę mi tym zaimponowałaś. — Zamoczył usta, po czym rozciągnął je w zadowolonym uśmieszku. — Zapamiętałaś moje rysy. Narysowałaś mnie. Długo nad tym myślałem. A uwierz, miałem duuuużo czasu.
I co takiego wymyśliłeś?
Mój żal nie był równy wizjom, które usnułem. Chciałem dorwać Marqueza zaraz po wyjściu na wolność i wyrównać rachunki. Wtedy dowiedziałem się, że już rozpoczął z kimś wojnę. Wycofałem pomysł zemsty, gdy doszły mnie słuchy o jego zmaganiach z tobą. O tym, jak chciał cię zadręczyć, a potem zamęczyć aż do śmierci, ale ty Ryanne nie jesteś muchą tylko karaluchem. Karaluchem, który przetrwa wszystko, co najgorsze, bo sam jest plugawy.
Zmierzasz z tą opowieścią dokądś czy tak bardzo lubisz swój głos? — Świetnie, panuj nad głosem. Nie pokazuj, że drżą ci kolana. Telefon zostawiła w kurtce. Jeśli krzyknie, narazi Elenę. Miała dość do czynienia ostatnio z psychopatami by zrozumieć, co działo się na jej oczach.
Ramirez rzucił jej złe spojrzenie. Po chwili uśmiechnął się ciepło, a po złości ślad zniknął.
Tak, bez dwóch zdań nie było dobrze.
Moje pierwsze pytanie — rozsiadł się wygodnie i założył nogę na nogę pod stołem. — Rysujesz jeszcze? Być może miałbym dla ciebie niewielkie zlecenie. Portret policyjny.
Trafiłeś pod zły adres — odparła chłodno. — Nie pracuję już w mundurówce. Wylali mnie z pracy.
Wiem. Słyszałem. Nie o to mi chodzi. Gdybym ci opisał kogoś, kogo nie wiedziałem, potrafiłabyś go sportretować z pewnością, że ktoś taki istnieje?
Ryanne przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią. Nigdy nie rozmawiała w taki sposób z Ramirezem. W przeszłości ograniczali się jedynie do prostych wymian zdań, okazjonalnych powitań czy wątków dotyczących Lobo, ale nic więcej. Facet ubzdurał sobie wielką miłość do dziewczyny dobrego kolegi i wpadł w łajno.
W końcu topornie przytaknęła.
Ale nie teraz — sprostowała od razu. Skontentowany Ramirez zamilkł, więc dodała wyciągając z kieszonki kurtki paczkę papierosów: — Straciłam zdolność do pisania, czytania i rysowania zaraz po wyjściu z grobu zafundowanego przez Marqueza.
Kompletnie?
Co do joty. Jest lepiej, ale to wciąż nie rewelacja. — Zapaliła fajkę i dmuchnęła w kierunku uchylonego lekko okna. Elena zawsze lubiła mrozek o poranku w kuchni.
Hmm... Będzie musiało wystarczyć... — zadumał na głos.
O co w ogóle chodzi z tym portretem?
Nie musisz wiedzieć szczegółów — nagle stał się despotyczny. — Ale mam problem. Mój brat zaginął.
Wklej zdjęcie z Facebooka do ogłoszenia i rozwieś na słupach.
Daj dokończyć. Hugo nie został porwany ani nie zniknął z dnia na dzień. Pojechał do Kalifornii pół roku temu. Chciał odnaleźć siebie i tu się, kurwa, zrobił, lekko mówiąc, problem.
Masz zaginionego brata geja, który nie jest zaginiony? Ha!
Przegięła. Widziała to w żyłce pulsującej na jego czole, ale szklanka z wodą była nadal cała. Swoją prawie gniotła paluchami.
Hugo nie zgłosił się do domu, choć ludzie widzieli go w wielu miejscach. — Znała to. — To do niego niepodobne.
Ile ma lat?
Dziewiętnaście.
Poczuł młodzieńczy zew buntownika i zwiał ze skarpetą na drągu. Nic specjalnego.
Co ma narysowanie portretu do twojego zaginiono-niezaginionego brata?
Wpadł w cholernie złe towarzystwo. I mam na to dowód. — Rozpiął kurtkę obnażając niewyprasowaną koszulę, jakby psu z gardła wyciągniętą. Poszperał w wewnętrznej kieszonce i położył na stole malutki notesik dziesięć na dwanaście centymetrów. Był cały brudny a żółte kartki czymś poplamione. Poczuła zapach ziemi mieszający się z dymem papierosa. — Dostałem to tydzień temu pocztą. Tirowiec znalazł go przy szosie w lesie nieopodal Sacramento wraz z plecakiem. Wysłał wszystko na adres domowy wszyty za okienkiem bagażowym. To pierwsze miejsce, gdzie przebywał Hugo, o którym się dowiedziałem po sześciu miesiącach. Charakter pisma i zapiski są jego bez dwóch zdań, ale nie to mnie martwi.
Wiedziona nagłym napływem ciekawości chciała wyciągnąć dłoń po notatnik, ale Ramirez uprzedził ją i otworzył na zaznaczonej w środku stronicy wizytówką lokalnej taksówki z czterema pieczątkami. Za dziesięć jedenasty przejazd był darmowy. Tak, jak sądziła, kartki były brudne od ziemi i zaschłych liści, ale nie jesiennych — były wysuszone na wiór.
Tu pojawia się moje drugie pytanie — umiesz dochować tajemnicy?
Pytasz poważnie? — zakpiła.
Ramirez zamrugał dwukrotnie i przytaknął z nietęgą miną.
Racja, przecież jesteś teraz sama, jak palec.
Ty skurwysynie!
Powiesz wreszcie, o co w tym chodzi czy mam zgadywać?
O to. O, tutaj. — Odwrócił notatnik do góry nogami i przesunął po gazecie ku Nuńez. W tym mroku ledwo co mogła coś zobaczyć. Facet musiał znać już tę książeczkę na pamięć. Wyciągnęła telefon i zaświeciła. Zmrużyła oczy. Faliste pismo stwarzało problemy z odczytaniem.
Co tu jest napisane?
Opis osoby. Charakter i wygląd. Ktoś, kogo Hugo traktował jako swojego mentora i jednocześnie bał się jak diabli. Do tego stopnia, że zostawił wszystkie rzeczy przy drodze w panice po czterech miesiącach, aby dotarły do mnie teraz.
Dlaczego? — Strzepała popiół na mokrą gazetę.
Pochylił się do przodu konspiracyjnie z powagą w oczach.
Gdybym ci powiedział, nie uwierzyłabyś w takie okrucieństwo. Marquez przy tym to mrzonka.
I z niebezpieczeństwa przeszli na ciekawość...

Pracowałam z psychopatami — skontrowała. — Sądzisz, że nie zniosę odrobiny wybujałej fantazji dojrzewającego chłopaka, który ruszył za amerykańskim snem o słonecznych dziwkach z Kalifornii?
Na zawarte w notesie opisy, nawet przekazane ustnie, nie była — i nigdy nie byłaby — przygotowana.


6:54

Nie zasnęła do bladego świtu. Gdy zegarek wskazał szóstą trzydzieści, wyszła na korytarz, założyła buty, dwie pary skarpetek, czarne denimy, golf z poprzedniego wieczoru i nałożywszy czapkę na głowę, zabrała Fisha na spacer po blokowisku, nie budząc Eleny.
Wyrośnięty szczeniak radośnie ciągnął Nuńez przez oszronione, opustoszałe ulice oraz części dzielnicy bardziej lub mniej znane. Wciąż po głowie chodziły jej opisy, którymi podzielił się — po nakłonieniu — Ramirez i Ryanne naprawdę wolałaby nie wiedzieć albo zrzucić wszystko na kaca, którego zabiła o czwartej podwójną aspiryną. Nie zjadła nic. Umysł pozostawał orzeźwiony, ale ciało domagało się energii.
Gdzieś tu musi być jakaś kawiarnia otwarta od rana specjalnie dla korposzczurów albo biednych studentów. Pogoniła Fisha i skręcili w wąską uliczkę pełną nierozdeptanych jeszcze zamarzniętych kałuży.
Chrup, chrup, chrup.
 


profil kalendarz karta postaci relacje
 
Bowie de la Cruz


Jestem w Chicago od
ponad 2 lat



30
ex lawyer

She's my guilty pleasure

Mieszkam w
Streeterville

Bowie Waverly

de la Cruz

Wysłany: 9 Wrzesień 2019, 10:00   

"Wysoki, siwawy, łagodny, ale dumny i ze spojrzeniem kogoś, kto już wszystko widział oraz doświadczył. Takiego człowieka chce się podziwiać. Takim człowiekiem chciałbym być. Takiego człowieka potrzebuje każdy z nas.
Żałuję, że ojciec nie był podobny.
Byłbym z niego dumny, jak ON jest dumny ze mnie, gdy zrobię coś dobrze.
Jeszcze nie znam jego imienia, ale pragnę tego najbardziej na świecie.
Jego imię musi być piękne i ciepłe, jak dotyk, którym mnie obdarzył zapewniając, że już nie muszę się martwić. Mam rodzinę. Nową, lepszą, silniejszą i taką, która akceptuje mnie w całości.
Mam dom."


- Nic mi nie będzie Allie. Możesz iść. – zapewniała blondynkę stojącą po drugiej stronie lady. Wydawać by się mogło, że tabletka nasenna pozwoli jej pospać, ale umysł był silniejszy od tego i mimo okropnego zmęczenia ciała, obudził Bowie trzy razy, aż w końcu odpuściła uznając, że to walka z wiatrakami. – Mówię serio. Idź, bo niewyspana jesteś nie do zniesienia. – piosenkarka przywykła do urywanego snu lub łapania go gdzie i kiedy popadnie (choćby w trasie), ale w efekcie zawsze w ciągu doby spała łącznie dłużej niż dziewięć godzin. Nie przywykła do połowy tego czasu, a później prawie całego dnia stania na nogach, choćby po to aby pilnować Bowie.
- Masz się meldować.
- Będę. – przytaknęła delikatnie uśmiechając się do Allie, która ostatni raz rzuciła okiem na trójkę studentów siedzących przy stoliku. Tak zwani stali klienci byli creepy nie z powodu wyglądu a wyboru sobie ów knajpy, jako tej wartej przebywania tu prawie codziennie.
Naprawdę musieli być biedni albo po prostu głupi.
De la Cruz odprowadziła przyjaciółkę wzrokiem do wyjścia, za którym mróz ‘zgryzł’ wilgoć w rogach nieszczelnych szyb, przy których stoliki zimą zawsze były wolne (nie żeby reszta była pełna po brzegi). Podwiewało stamtąd jak cholera, co latem dawało efekt miejskiej bryzy, ale zimą, przyprawiało o zapalenie gardła.
Przyszykowała zamówienie stałych klientów, którzy zawsze zamawiali to samo. Trzy czarne kawy i najtańsze rogaliki bez nadzienia, bo te ‘z’ były droższe o całego dolara a i tak nie smakowały lepiej. Można by rzecz, że czekolada w nich dopełniała goryczy do okropnego smaku kawy.
Nie bez powodu sama trzymała pod ladą rozpoczętego energetyka zamiast raczyć tutejszą lurą.
Z przyszykowanym na tacy zamówieniem szła w kierunku zajętego stolika, gdy nagle dzwoneczek przy drzwiach zabrzęczał a do środka wpadł śmiech tak podobny, do tego z koszmarów, że podskoczyła w panice fundując wszystkim kakofonię dźwięków rozbijanego szkła.
Szef spojrzał znad gazety mało przejęty ów faktem. Kazał tylko Bowie to posprzątać a drugiej kelnerce zając się niezrealizowanym przez jej koleżankę zamówieniem.
Raz jeszcze trzy kawy i rogaliki.
To nie on; tylko to ją interesowało po straceniu trzech kubków i jedzenia, które nasiąkało rozlaną kawą wśród odłamków szkła.
Ścierka i zmiotka poszły w ruch. Mężczyzna, który ją tak przeraził właśnie wychodził ze swym zamówieniem wpuszczając do środka mroźne powietrze i dobrze znanego psa.
Czworonóg machając ogonem doskoczył do miejsca niedawnej tragedii. Nie zainteresował się jedzenie na podłodze (to, o czym świadczyło), ale kobietą kucającą przed nią.
- Cześć, kolego. – pogłaskała psiaka między uszami drugą ręką broniąc się od licznych buziaków.
- Ten pies.. – zaczął szef, znów mało zaangażowany we wszystko, wyglądając znad gazety.
- Tak, tak. Ma swoje miejsce w kącie. – przy stoliku w rogu kawiarni, do której Elena czasami przychodziła tylko dlatego, bo Fish ją ciągną jak spragniony wędrowiec z pustyni do wodopoju. – Co robicie tu tak wcześnie? – była pewna, że zwraca się do Portugalki, ku której obróciła na kuckach jedynie za sprawą przełożenia ciężaru ciała i przekręcenia nóżek na paluszkach mało stabilnych w porównaniu z mentalnym uderzeniem przybyłym znienacka.
To nie była Elena.
Wytrzymała na nogach (kuckach) atak wielkiego psa, ale widoku Ryan w połączeniu z mało przejętym czworonogiem, który wykorzystał okazję aby znów liznąć ją po twarzy, już nie. Gruchnęła bokiem, prosto na kałużę z nasiąkniętymi rogalikami przypominającymi teraz zmoczone gąbki oraz szkło, z którego jeden odłamek pęknął pod ciężarem. Cud się stanie, jeżeli nie wbiła go sobie w bok pośladka.
Automatycznie podparła się ręką aby nie polecieć dalej i to na niej poczuła nieprzyjemne szczypanie, przez które syknęła wiedząc już, że umrze od zakażenia syfiastą kawą ściekającą ze skaleczonej dłoni.
Druga kelnerka doskoczyła do niej i pomogła wstać ze skwaszoną miną patrząc na mokre ubranie koleżanki, która starała się nie stracić głowy (po raz kolejny).
- Idź na górę się przebrać i to ogarnąć. – co w dosłownym tłumaczeniu oznaczało aby poszła do swego mieszanka, które mieściło się trzy piętra nad kawiarnią i zrobiła coś z ręką, bo w tym lokalu nie mogła liczyć nawet na podstawową apteczkę.
Machnęła dłonią pozbywając się kropel kawy zmieszanej z nieznaczną ilością krwi. Cały czas starała się unikać spojrzenia w kierunku Nuńez, co zrobiła dopiero na koniec.
Nie przyszła tu dla ciebie. Nawet o tym nie myśl. Nie próbuj.
- Lorraine przyjmie od ciebie zamówienie. – wskazała na drugą kelnerkę, która uśmiechnęła się szeroko gotowa wysłuchać życzenia Ryanne.
Na moment zniknęła na zapleczu niedbale zarzucając na siebie płaszcz, który zawinął się pod lewą pachą i olewając szalik wciśnięty w plecak silnie trzymany w zdrowej dłoni.
Głęboki wdech i mogła wyjść z powrotem na salę.

"[…]Tak naprawdę nazywa się Benedict, jest tu od czterech lat i planuje uciec. Powiedział, że zabierze mnie ze mną. Podobno jeszcze nie nasiąknąłem złem tego miejsca, którego my, młodziaki, nie dostrzegamy na początku.
Widziałem to i nie chcę tutaj być.
To nie Raj. To cmentarz dla duchów."
  
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Ryanne I. Nuńez


Jestem w Chicago od
24 lat



30
La artista quebrado

La isla, el sol y mi seńorita

Mieszkam w
Canaryville

Ryanne Ixchel

Nuńez

Wysłany: 9 Wrzesień 2019, 12:22   

Lorraine okazała się sympatyczną studentką mającą więcej do powiedzenia niż pokazania i na pewno nie przyjęto jej do pracy za braki pewnych kobiecych atutów. Wyższa od Nuńez, ale to akurat nie było sztuką, nie urodziwie płaska i z brakującym tyłkiem reklamującym usługi walca wyrównującego asfalt na Wabash w porze letniej, nie potrafiła zamknąć jadaczki nawet wtedy, gdy ostentacyjnie nie słuchała porannego nawijania Lorraine z miną rasowego mordercy. W końcu po serii listy polecanych kaw z kałasznikowa Nuńez wygrzebała z kieszeni zabłąkane pięć dolarów, położyła na ladzie i zamówiła czarną kawę z cukrem, który właśnie wyszedł, więc będzie musiała poczekać chwilę dłużej. Nigdzie się nie spieszyła, choć swędziały ją pięty, aby stąd wyjść, dopóki teren był czysty. Zajęła miejsce wyznaczone przez Fisha i czekała na zamówienie, siedząc na tysiącu igieł. Jeżeli fakir mógł to znieść, to był tylko masochistą; żadna w tym sztuka, znowu.
Była mentalnym fakirem.
Mamrotała coś do psa od niechcenia i drapała za uchem, orientując w końcu, że było za ciepło. Rozpięła kurtkę, ściągnęła czapkę, ale po chwili nałożyła ją z powrotem. Od okna wiał nieprzyjemny mróz.
Zdziwiła samą siebie, że jeszcze tutaj siedziała; że przyjęła obecność Bowie w kawiarni z niemym spokojem na zewnątrz, nie czyniąc nic w kierunku pomocy upadłej kobiecie. Zamknęła oczy i wizualizowała co zobaczyła. Dłuższe włosy. Pewniejsza postawa (do upadku), smuklejsze odrobinę ramiona, co zapewne wynikało z licznych prób musicalowych i podkrążone oczy zakryte odrobiną makijażu. Lorraine coś mówiła o górze, a Joanne że Bowie rzuciła pracę w kancelarii. To miało jakiś związek? Po odwiedzinach Ramireza stała się apodyktycznie wyczulona na teorie spiskowe, a przecież nie zgodziła się współpracować. Powiedziała mu na odczepnego, że zapyta czy któryś z jej znajomych nie zająłby się rysowaniem ducha, bo opis z notatek Hugo niewiele dawał — prócz tego, że mentor chłopaka był wysoki i czasem ciepły, by w następnej chwili…
Wzdrygnęła wraz z dźwiękiem stawianego kubka z najtańszego plastiku. Otworzyła oczy. Fish już przymilał się do nogi Lorraine. Zobaczywszy dziewczynę, poczuła zawód i znowu myśli zamarły.
Pół godziny później de la Cruz wróciła w świeżych i czystych ubraniach, a szef wspomniał o potrąceniu z pensji za tak długie zwlekanie. W tym czasie do środka weszły trzy nowe osoby i dwie wyszły nie zostawiając napiwku.
Piła powoli, bez pośpiechu odczuwanego na karku, jak ten chłód z zewnątrz. Według założeń oraz instynktu samozachowawczego powinna pójść stąd kilkanaście minut temu. Fish pod stołem cichutko pisnął. Zapomniała dać mu śniadanie przed spacerem z kaprysu.
Na komendę labrador usiadł i warował przy miejscu, oblizując pysk, co w języku psów oznaczało “coś jest nie tak” albo “mój przyjaciel idzie po jedzenie”. Wypadło na to drugie.
Topornie szła w kierunku lady, za którą Lorraine pozostawiła Bowie w pojedynkę, bo musiała nakarmić porannego raka. Wszyscy mają swoje zwierzaczki: wyrzuty sumienia również.
Rogalika masłowego. Dwa. Jeden może być ten przypalony. — Wyciągnęła z kieszeni jeszcze kilka walących się drobniaków. Przyjrzała się niewielkiej tabliczce promującej lokalne specjały ze starymi cenami przekreślonymi i zaklejonymi nowymi karteczkami. Jak na studencką kawiarnię cenili się prawie na wzór Starbucksa, tylko brakowało imion na beżowych kubeczkach.
Bowie przystąpiła do wybierania papierowej torby, zakładając, że Ryanne weźmie zamówienie na wynos. Czyli były we dwie.
Spotkałam Joanne. — Niechętnie zgodziła się na fanaberie języka i strun przemawiających szybciej niż mózg zakodował. Krótka wymiana spojrzeń. — Wczoraj. W kolejce. — Podała przez ladę nie odliczone sześć dolarów. Dwa pójdą na napiwek, Nuńez odmówiła reszty. — Nie trzeba.
 


profil kalendarz karta postaci relacje
 
Bowie de la Cruz


Jestem w Chicago od
ponad 2 lat



30
ex lawyer

She's my guilty pleasure

Mieszkam w
Streeterville

Bowie Waverly

de la Cruz

Wysłany: 9 Wrzesień 2019, 15:03   

„[…]Przypadkowo zobaczyłem, jak jeden ze starszych, przebywający tam od ponad pięciu lat, dotknąć GO. Tak po prostu. Po przyjacielsku klepnął w ramię.
Jeszcze wtedy nie znałem tej zasady, ale ktoś mi potem powiedział, że nie wolno GO dotykać chyba, że ON zrobi to pierwszy.
Myślę sobie, że to dobra zasada. Założyciela należało szanować. Być dla niego[…]”

„[…]To już dzisiaj. Poznam JEGO imię i dostanę swoje własne. Już nie będę chłopczykiem, na którego wszyscy wołają ‘Ej, nowy’. Reszta także a będzie nas tam czworo. Mamy zebrać się na głównym placu polnym, gdzie stoi symbol zgromadzenia ozdobiony kolorowymi kwiatami, które wciąż zapierają wdech i proszą się o to aby je podziwiać.
Nie mogę się doczekać.”

„Popierdoliło ich. Jak mogli? Czemu wszyscy byli tacy spokojni?
Błagał, wręcz prosił o karę za to co zrobił a przecież on tylko go dotknąć. Malvo. Tak ma na imię.
Jego ciemno brązowe wężowe oczy były czarne. Twarz przybrała wyrazu mądrości na temat życia i śmierci.. było w nim więcej śmierci. Dłuższe siwe włosy przypominały przylizany Hadesowy ogień. Na dodatek ma brzydkie zęby. Nie zauważyłem tego. Wielu rzeczy nie widziałem, ale im wszystkim to odpowiadało.
Niski głos przeszywał nawet mnie, ale gdybym miał go określić pomyślałbym o mięśnie wołowym. Wołowy głos. Zimny, krwisty i surowy, jak jego zapadnięte policzki.
Malvo był spokojny, kiedy ten drugi klękał przed nim.. buty całował i ciągle prosił. Płakał, ale był to płacz domagający się kary. Zmylił mnie, ale pozostali, cała społeczność, po prostu patrzyła na wszystko, jakby to było normalne.
‘Wiesz co uczyniłeś?!’
Wiedział
‘Ja. Malvo. Ponoszę za to odpowiedzialność, za każdy grzech, za każde przewinienie uczynione przez was. Przez moje dzieci. Dźwigam na sobie ciężar karania was. Czy mam cię ukarać Puente?’
Prosił o to.
‘Czeka cię boska ręka!’
Wszyscy zaczęli klaskać, krzyczeć z radości, a nawet skakać. Takie rzeczy widziałem tylko na koncertach.
Oni się cieszyli, ale nie ja. Boję się do tej pory. Ręce mi drżą, bo to my – nowi – mieliśmy ukarać Puente.
Gwóźdź po gwoździu wbijaliśmy w jego dłonie. Ile nowych tyle dziur.
Nie chciałem. Nie mogłem patrzeć na to, jak leży przybijany do drewnianego podestu. Chryste, ma tam zostać na trzy dni.
Ciągle słyszę jego krzyki przebijające się przez wdzięczne podziękowania.
Sam płakałem. Dalej płaczę jak dziecko. Malvo mnie uspokajał, ale mówił, że muszę to zrobić, że tylko tak mogę należeć do rodziny. Tylko tak dowiem się prawdy o życiu.
Nadal nie mogłem, więc mnie zachęcił. Powiedział, że zrobi to raz jeszcze, jeżeli nie wbije gwoździa obok pozostałych.
Wciąż mnie boli. Szczypie pod karkiem, czego nawet nie mam jak schłodzić. Nikt mi nie pomoże. Przez następną dobę nie mogą ze mną rozmawiać[…]”


Zatrzasnęła za sobą drzwi oddychając ciężko, jak po szalonym maratonie. Normalnie ogarnęłaby się szybciej, ale umyślnie ociągała z porzuceniem ubrania wierzchniego, oczyszczeniem dłoni, którą owinęła bandażem i zrzuceniem z siebie mokrych od kofeiny spodni.
Nie chciała od razu wracać na dół. Wolała przeczekać tyle, ile mniej więcej zajmowało kupienie kawy, może jej wypicie i oddalenie się od kawiarni na jakieś dwie przecznice.
Jak miała przestać o niej myśleć, skoro Ryan ciągle gdzieś tam była? W Ikei, na występie i teraz jeszcze w kawiarni, z której nie wyszła w wyliczonym na oko czasie.
Za to szef idealnie zliczył rekompensatę za straty finansowe.
Spięła się słysząc szorowanie nóżek krzesła spod okna. Nie podnosiła wzroku udając wielce, że jest zajęta robieniem czegokolwiek, nawet kolejny raz przekręcaniem puszki energetyka, bo nagle miała ochotę patrzeć na nią z każdej możliwej strony w odstępie jednej minuty (co by żadna strona się nie obraziła).
- Już podaje. – standardowo, grzecznie i jak należało odezwać się do klienta, któremu od razu podało się cenę.
Joanne. Ona też przeciwko tobie.
- Słyszałam. – od Allie, która również widziała czarnoskórą prawniczynę. – Reszta. – wyciągnęła dłoń z drobniakami, których odmówiono. Kolejny rzut oka i dźwięk monet wrzuconych do słoika. – Podobno przyszła wetrzeć mi w twarz swoją nową dziewczynę. – czemu w ogóle odpowiadała? – Nie wiem, co to za moda. Wolę odżywcze maseczki. – wcierane w twarz. – Było dużo ludzi. Nie spotkałam jej. – unikała Jefferson, bo nie potrzebowała dodatkowych atrakcji.
Podała torbę z rogalikami obiecując sobie, że ostatni raz patrzy na Ryan; że odwróci się i przetrze ścierką kawomat albo znajdzie sobie jakieś inne równie absorbujące zajęcie.
W tłumie ludzie czasem znikają.Co ty wyprawiasz? Zamknij się. Przełknij żal i daj jej iść.Po co wczoraj przyszłaś? – żałowała tego pytania jeszcze zanim padło z jej ust. – Nie ważne. – machnęła ręką. – Nie chce wiedzieć. Wystarczy, że przed samą sobą potwierdziłam, jaka jestem żałosna. – nie musiała tego słyszeć od Nuńez, która widziała, jak Bowie się popisała. Prawie, bo nie dotarła do celu, ale jednak pokazała, że obojętna nie była.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Ryanne I. Nuńez


Jestem w Chicago od
24 lat



30
La artista quebrado

La isla, el sol y mi seńorita

Mieszkam w
Canaryville

Ryanne Ixchel

Nuńez

Wysłany: 9 Wrzesień 2019, 18:57   

I dobrze, nic nie straciłaś.
W porównaniu do najnowszego nabytku zabawkowo-służącego Joanne, Bowie miała chociaż poczucie humoru oraz nie robiła tak paskudnego pierwszego wrażenia; znowu to samo… Od kiedy tak bardzo interesowała się naturą banalnego zjawiska? Rzeczywiście, klepki już nie te, co kiedyś.
Wcisnęła pachnącą torebkę pod pachę dziwiąc się tej pasywno-agresywnej postawie, której nigdy nie była świadkiem u de la Cruz. Rozchyliła usta z gotową odpowiedzią, że przecież znalazła się w sali podczas przedstawienia nie z własnej wolnej woli, w dodatku ogołocona na kasę za bilet wstępu, ale kobieta była szybsza. Czerwona flaga — Bowie wywiesiła znak ostrzegawczy. Należało zgodnie z założeniem tej malutkiej istotki odwrócić się na pięcie i dopełnić obraz ignoranckiej, chamskiej suki, za jaką świat miał Ryan na każdym kroku i dlatego nie szczędził rzutów mokrymi ścierami w jej twarz.
Wypuściła ciężko powietrze i wsunęła dłoń spod papierowej torebki do kieszeni kurtki ze zmęczoną natłokiem myśli niepożądanych miną. Normalnie nadepnie i wybuchnie.
Parząc kawę skurwielom? — pytanie retoryczne na tyle cicho wypowiedziane, aby usłyszała je tylko kobieta. Kuknęła na szefa zamieszania, co wciąż nie wyściubił nosa znad gazety porannej. — Albo wychodząc im na spotkanie wieczorem lub oglądając rano? — znowu spojrzała na Bowie. Mea culpa. Pokręciła głową w stanowczym „nie”. — Nie wydaje mi się. — Jeśli ktoś tu był żałosny, to wyłącznie Nuńez, ale taka już jej natura. Ostrzegała, że zrani szczeniaka. Pstryknie mocno w nosek albo nadepnie na merdający radośnie ogonek. Świetna antyreklama dla pseudohodowców. Mogłaby zostać twarzą kampanii wielu schronisk.
Wreszcie uznała, że pora stąd wyjść.
Bywaj — rzuciła krótko, obracając się na pięcie. Zabrawszy Fisha spod stołu, zapięła zamek błyskawiczny kurtki, poprawiła czapkę i wyszła na ziąb, gdy Chicago zaczęło już żyć jeżdżącymi w kierunku Lincoln High autobusami szkolnymi oraz miejskim pędem zapracowanych mieszkańców. Było za wcześnie, aby wrócić do mieszkania. Elena zwykle wstawała wcześniej od niej, ale przez przerwę na wydziale anglistyki, miała kilka dni wolnych, które skutecznie poświęcała na powolne poranki zaczynające się od 9.30 przy dobrej kawie i wieczornej rozmowie z rodziną w Portugalii przez FaceTime. Skontrolowała czas — 8.07. Jeszcze miała spory zapas, lecz w miarę marszu przechodził jej apetyt.
Idziemy do parku?
Doniosłe szczeknięcie.
Tak myślałam. Tym razem nie kradnij kaczkom pieczywa.
Fish zrobił to, co potrafił najlepiej w takiej sytuacji — pokręcił radośnie ogonkiem, nie dając gwarancji, że posłucha. W końcu dwa rogaliki to nie jeden.
 


profil kalendarz karta postaci relacje
 
Bowie de la Cruz


Jestem w Chicago od
ponad 2 lat



30
ex lawyer

She's my guilty pleasure

Mieszkam w
Streeterville

Bowie Waverly

de la Cruz

Wysłany: 9 Wrzesień 2019, 20:22   

Uganiając się za tobą, głupku.
Ugryzła się w wewnętrzną stronę policzka cały czas unikając patrzenia w kierunku Ryan. Nie chciała skupiać się na detalach, na zmianach, które w niej zaszły, bo wtedy zwykłe oględziny zamienią się w nachalne spojrzenie aż w końcu uzna, że mogła być głupia jeszcze przez pięć minut.
Nie mogła.
Wczoraj dała swój popisowy numer żałośnie sądząc, że po występie będzie mogła zobaczyć.
Bzdura.
Dłońmi złapała za dolny blat i z prostymi plecami pochyliła do przodu przy tym wypinając tyły ku wejściu na zaplecze. Wzięła parę głębokich wdechów, poprawiła puszkę i zapewne jeszcze chwilę by tu stała, gdyby Lorraine nie powiedziała czegoś o kiepskim podrywie na wypięty kuper.
- Postaraj się już niczego nie stłuc. – poprosiła, bo choć nie była to najlepsza ani zbyt dobrze opłaca praca, przynajmniej obie nie skakały sobie do gardeł. Dobry współpracownik to podstawa w miarę udanego dnia lub po prostu przynajmniej takiego, który nie schrzani się przez humorki tej drugiej. – Najpierw przestań o tym myśleć. – machnęła ręką w stronę stolika wcześniej okupowanego przez Nuńez i Fisha. – Jesteś spięta jak ja, kiedy ostatni raz widziałam moją Nemezis z liceum.
- To nie moja Nemezis.
- A co? Podbiła serce twojej byłej?
- Coś w tym stylu. – czyli nie, ale nie chciała już o tym rozmawiać informując, że idzie przygotować dodatkowe mrożone słodkości, które po wpakowaniu ich do pieca zamieniały się w niby to pyszne wyroby (oby kaczki od nich nie zdechły).
Oparła pośladki o stół patrząc jak piekarnik wypełniony żarem mentalnie grzeje ją od środka. Była nerwowa i nie czuła zbyt dobrze, z całych sił musząc tłumić nadmiar emocji wobec świata, w którym już dawno nie było boczku z jednorożca.
Przetarła spocone czoło i przesunęła dłonią po wilgotnym karku. Końcówkami palców poczuła pierwszą wypustkę i szybko zabrała rękę wracając myślami do kobiet z wczorajszego dnia.
Jak ją znalazły? Albo nawet lepiej, skąd wiedziały, że powinny szukać akurat jej? Jeżeli one tu dotarły, to czy oni też byli blisko?
W którym momencie znalazła się pod stołem kuląc jak przerażone dziecko?
Pik pik.
Ciepłe rogaliki trafiły na szafeczkę za szybką.
- Idę na tyły.
- Przed chwilą nie było cię całe wieki. Zobaczysz, że w końcu cię zwolni. – uprzedziła Lorraine zerkając na szefa, który chyba wpadł w trans albo zasnął doznając usztywnienia rąk z gazetą uniesioną do góry.
- Muszę. – bo inaczej zacznie krzyczeć, gdy w jakimś aucie na ulicy wystrzeli z rury wydechowej albo po prostu odpłynie i potłucze całą resztę w miarę czystych naczyń.
- Leć. Powiem, że masz te dni i twoja Comadre wydala.. - reszty Bowie nie usłyszała, bo czym prędzej znalazła się na zapleczu, zarzuciła kurtkę, szalik i zaopatrzyła w jedyną dobrą rzecz, która była lepsza od wszystkich leków przypisanych przez terapeutów.
Billie polecała. Billie miała rację. Zioło było dobre na wszystko - zwłaszcza (prawie) o poranku.

Wiadomość do Allie:
Jakie jest prawdopodobieństwo, że 'przypadkowo' spotkam JĄ po raz trzeci w przeciągu.. jakiego czasu?
Za każdym kolejnym wcale nie jest łatwiej.
Nadal jestem beznadziejna.
Może powinnam przeżyć jakiś wypadek, po którym strace pamięć?

1 nowa wiadomość od Allie:
Naprawdę tego chcesz?


Nie.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Ryanne I. Nuńez


Jestem w Chicago od
24 lat



30
La artista quebrado

La isla, el sol y mi seńorita

Mieszkam w
Canaryville

Ryanne Ixchel

Nuńez

Wysłany: 9 Wrzesień 2019, 21:22   

Po przegonionych kaczkach i zajściu do sklepu spożywczego po nowy kartonik aspiryny, którą wyżarła z medycznej szufladki w nie najlepszym towarzystwie oraz stanie, wróciła do domu z Fishem koło dziesiątej rano. Zastała zdziwioną, ale wdzięczną Elenę przy kubku kawy oraz nowym wydaniem wiadomości lecących z tableta ustawionego na kuchennym blacie tak, że Portugalka mogła spokojnie stać nad krojonymi bułkami i jednocześnie oglądać dziennik poranny. Zaproponowała Ryanne śniadanie, ale odmówiła, jednocześnie mówiąc, że Fish również zjadł aż dwa rogaliki. Stawowe ptactwo nie chciało do nich podejść przez głośną osobowość czworonoga, więc dostał resztkę. Elena nigdy nie dowiedziała się skąd Nuńez miała pieczywo dla jej pupila.
Wypiła od niechcenia jogurt naturalny, zagryzła bananem, a potem poprawiła wszystko symfonią brzęczących w opakowaniach lekarstw wypisanych przez psychiatrę. Doładowanie wątroby również; zwłaszcza po wczorajszym piciu. Wychyliłaby drugie tyle, gdyby to pozwoliło jej zapomnieć o rozmowie z Ramirezem. Koło jedenastej wykąpała się, przebrała w pidżamę i poszła spać w hamaku, nie budząc aż do późnego popołudnia. Kiedy wstała, śnieg za oknem znów przypominał pluchę.

Stanley Everett udało się dostać adres tylko dzięki pomocy trupy teatralnej, o których usłyszała z kolei wpisując nazwisko de la Cruz w wyszukiwarce Google. [de la Cruz] + [Chicago]. Jej oczom na stronie ukazały się dziesiątki odnośników do kancelarii de la Cruz. Spędziła na ich stronie kilka dobrych minut, przeprowadzając wnikliwy research i wyczuwając więcej problemów na karku pod postacią bardzo skutecznych prawników, jeżeli nie rozegra tego mądrze. Mądrze nie oznaczało jednak efektywnie, a właśnie teraz dziennikarce na tym najbardziej zależało.
Około osiemnastej trzydzieści, na pół godziny przed zamknięciem, a też wtedy, gdy szef kawiarni dawno tkwił zakopany pod kocem oglądając seriale w internecie, weszła do środka zastając praktycznie pusty widok. Kilka krzeseł stało już na stołach, kawałek podłogi błyszczał czystością czego nie można było powiedzieć o lewej stronie lokalu, a za ladą Kopciuszek pucował piec szczotą ryżową ze spalenizny, bo zapewne inaczej — poza kwasem — nie szło ściągnąć sadzy i sklejonego brudu. Kobieta miała na głowie słuchawki i przez chwilę Stanley zastanawiała się czy nie pomyliła przypadkiem godzin, ale na drzwiach, jak w pyszczek maltańskiego kucyka, widniały godziny otwarcia:

pn-pt 6.30 do 19.00
sob 8.00 do 19.00
nd 12.00 do 19.30


Poniżej wisiała jednak karteczka Otwarte zwrócona przodem do wnętrza, to jest Zamknięte na zewnątrz. Biznes chyba nie kręcił się najlepiej, skoro tak wcześnie zdecydowano o zwinięciu interesu na dzisiaj.
Pani de la Cruz? — spytała głośno, przebijając się przez muzykę, aż kobieta podskoczyła i złapała za pierwszą leżącą obok niej rzecz do obrony. — Nie! Proszę. Nic nie zrobię. — Uniosła puste dłonie do góry. — Jestem Stanley Everett. Pamięta mnie pani? — Pamiętała, niekoniecznie chciała. — Przepraszam, że nachodzę panią w pracy, ale to naprawdę dla mnie bardzo ważne, aby z panią porozmawiać. Mogę? — Ręce zaczynały ją już odrobinę boleć. — Obiecuję, że nie zajmę wiele czasu — słowo szczeniaczka. — Przepraszam za moją siostrę — agentkę FBI o uosobieniu twardej babki, ale mięciutkim sercem, jak serek Hochland — i za tamto najście. Zależy nam na czasie i... Nie będę ukrywała, sprawa ma się bardzo poważnie, a wiem, że tylko pani jest w stanie mi pomóc. — Dokładnie, wyłącznie ona, jeżeli wierzyć plotkom. — Opuszczę ręce, dobrze? — Nie miała złych zamiarów, chciała tylko spokojnie pogadać i niespokojnych rzeczach. — Wierzę, że może mi pani pomóc uratować wielu ludzi — ale ona nie. Stanley zacisnęła mocno usta i zmarszczyła brwi aż okulary zjechały jej na czubek nosa. — Los Padres zabrało ich zbyt wielu fałszywymi obietnicami.
Triggered.
 


profil kalendarz karta postaci relacje
 
Bowie de la Cruz


Jestem w Chicago od
ponad 2 lat



30
ex lawyer

She's my guilty pleasure

Mieszkam w
Streeterville

Bowie Waverly

de la Cruz

Wysłany: 9 Wrzesień 2019, 22:27   

Obcążki do wyjmowania bułeczek zza szklanej lady to kiepska broń, ale dalej miała ich więcej. Mogła użyć wszystkiego, nawet wrzątku, który niedawno zagotowała na herbatę, bo planowała zostać tu nieco dłużej; wyszorować każdy kąt byleby nie wracać do domu i żeby zmęczyć się na tyle, co by ciało odpuściło a umysł dał zasnąć.
To był dobry plan, dopóki w kawiarni nie pojawiła kobieta w okularach i nagle wszystko gruchnęło.
Czemu nie mogli dać jej spokoju?
Niczego już od świata nie chciała, więc czego on chciał od niej?
Zacisnęła wargi wzrokiem wędrując po całej osobie niejakiej Stanley. Wahała się, ale nie zamierzała odpuszczać. Już samo to, że ktoś innych wypowiedział nazwę tamtego miejsca przyprawiało ją o mdłości i rozsiewało wokoło odór potencjalnej kary; bo nikt nie powinien o tym wiedzieć.
- Nie są fałszywe. – opuściła szczypczyki i zerknęła w stronę drzwi. Może ktoś tak łaskawie wejdzie? Nie? Szlag. – Nie, dopóki nie łamie się zasad. – kolejny rzut oka na drzwi. Nadal nic? Ludzie. Zjedźcie rogaliki. Są naprawdę dobre. – Nie jestem w stanie pomóc. Nie znam tego całego..
- Benedicta Whittakera. – powtórzyła Stanley, ale w głowie byłej prawniczki nadal nic nie świtało. – Wie pani, że w Kalifornii odsetek zaginięć jest dziesięć procent większy od reszty stanów? Wszyscy mówią, że ludzi ciągnie do Hollywood, a potem zamiast grać w wielkich filmach kończą zmuszeni do sprzedawania się na ulicy albo wywożą ich do innych kraj..
- Wiem do czego pani zmierza – Los Padres też miało swój udział w tych dziesięciu procentach. – ale nadal nie mogę pomóc. – miała związane ręce, które teraz schowała do kieszeni wcześniej zarzuconej bluzy, żeby ukryć ich drżenie.
- Chwileczkę. – to był moment, kiedy ktoś powinien wejść do środka. Dobra. To chociaż niech pierdolnie kometa. Kiedyś w końcu musi. – Proszę spojrzeć. – kobieta wyciągnęła ku niej zdjęcie chłopaczka z krzywym nosem i pieprzykiem obok garbu, którego nie dało się nie zapamiętać.
- Volar. – nigdy nie poznała jego prawdziwego imienia.
- Czyli go pani znała? – Everett aż wyprostowała się zadowolona i zarazem pewna, że zmierzały na odpowiednie tory. – Dwa miesiące temu Benedict trafił do szpitala w Los Angeles. – czyli był ktoś poza nią, kto uciekł z tamtego miejsca? Czy to mogła być prawda? Czy w końcu nie była jedyna? – Ponad cztery lata temu uznano go za zaginionego, ale nagle się pojawił a ja.. – szukała w torbie czegoś tak ważnego aby musieć to wyjąć w trakcie bombardowania de la Cruz kolejnymi słowami. – ..to głupio zabrzmi, ale szukałam takich ludzi, żeby o coś poprzeć statystyki. – to całe dziesięć procent. – Dotarłam do niego tego samego dnia. – lepiej nie pytać jak weszła do sali pacjenta. – Był wyczerpany i mówił różne rzeczy. Wiele razy powtórzył nazwę Los Padres i to całe ‘malvo’. – przeczytała z wyjętego notatnika aby nie zrobić gafy i nie pomylić się przy kimś, kto ciągle stał przed nią z bojowym nastawieniem. Bez broni w rękach, ale jednak. – W pani zeznaniach również pojawiły się te słowa i..
- W utajnionych zeznaniach. – teraz już wiedziała, jak ją znalazły. Wystarczyło zajrzeć do archiwów, przeszukać setki teczek i znaleźć tę jedną jedyną, chociaż na pewno Everett liczyła na więcej.
- Tak, ale..
- To pani nie tłumaczy. Proszę wyjść. – czemu nikt nie wchodził? Rozumiała brak klientów, ale zawsze jakieś pojedyncze sztuki pojawiały się przed zamknięciem po suchego rogalika (karmiła nawet bezdomnych). Może ta druga Everett tam stała i pilnowała wejścia? – Nie chcę tego słuchać. Niech pani wyjdzie.
- Musi pani zrozumieć. Chce się dowiedzieć, co mu się stało.
- Jeszcze raz. Proszę wyjść. – powtórzyła stanowczo, ale nawet sama nie drgnęła zbyt mocno przykuta do podłogi. Zrobi krok – na bank upadnie.
- Wieczorem tego samego dnia Benedict skoczył z dachu szpitala. – czyli jednak była sama. – Proszę mi pomóc zrozumieć, co Los Padres z nimi robi. – naciskała łagodnie nie wiedząc, jak pogrążona czuła się teraz Bowie. Jak nisko zakopała się w ziemi i nie chciała z niej wychodzić, bo ponad nią czekał Malvo.
- Zabili go. – wtrąciła w słowo kobiety, której od paru chwil już nie słuchała. – Nie skoczył. Dopadli go i zabili. To samo czeka panią oraz pani siostrę, jeżeli nie zostawicie tego w spokoju. – wcale nie groziła. Była przejęta i doprawdy nie chciała aby komu innemu stała się krzywda. – Proszę. – wręcz błagała. – Zostawcie to. – głos w końcu zadrżał. – Nie. – zrobiła krok w tył, gdy Everett spróbowała się zbliżyć. – Proszę iść. Proszę wyrzucić notatki, zapomnieć i żyć dalej. - grzebanie w tym wszystkim nie pomoże. - Idź już! - w końcu nie wytrzymała, ale zamiast zrobić krok przed siebie wskazując na drzwi, wycofała się jeszcze bardziej czując nadchodzące wymioty.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Ryanne I. Nuńez


Jestem w Chicago od
24 lat



30
La artista quebrado

La isla, el sol y mi seńorita

Mieszkam w
Canaryville

Ryanne Ixchel

Nuńez

Wysłany: 9 Wrzesień 2019, 23:33   

Przez sen w południe do prawie godziny szóstej po nie mogła zasnąć w efekcie siedząc do późna, gdy przed północą usłyszała ciche pukanie do drzwi. Nie spodziewała się żadnych gości, Elena już dawno spała i tylko Fish dwie godziny temu wstał, aby rozlać wodę dookoła miski w kuchni. Porzuciła ambitne plany niszczenia kolejnych kartek szkicownika i opatuliwszy szczelnie bluzą, założyła kapcie, po czym poszła do drzwi. Wyjrzała przez judasza i przeklęła na tyle głośno, aby stojący po drugiej stronie Ramirez prychnął śmiechem, i na tyle cicho, by wtóry raz ukryć przed współlokatorką odwiedziny stalkera.
Co ty robisz?, pytała samą siebie, wpuszczając z powarkiwaniem mężczyznę do środka. Był w lepszym humorze niż wczoraj w nocy.
Poszli do kuchni, Ryanne przymknęła drzwi i zaparzyła herbatę, wysłuchując historii o niesłychanym geniuszu oraz złotych ideach.
Prawie bym zapomniał, chciałem ci podziękować. — Zza pazuchy wyciągnął paczkę pall mali, którą położył na blacie w ramach peace offering.
Nuńez usiadła na krześle okrakiem, obrzucając papierosy podejrzliwym wzrokiem. Ramirez znowu się zaśmiał. Czemu miał taki dobry humor?
Posłuchałem twojej złotej rady — wyjawił. — Wrzuciłem ogłoszenie na grupie facebookowej o zaginionych. Przyznam, nie liczyłem na jakikolwiek odzew. Najstarsze posty wisiały tam od 2004 roku i jedyne komentarze pod nimi brzmiały "up".
Up stało się metodą internetowych ogłoszeniodawców, którzy gubiąc swoje ogłoszenia bez wiadomości zwrotnych, aby uniknąć wrzucania drugi raz posta, podbijali starsze, przez co w kolejce wyświetlanych wiadomości ponownie pokazywały się na samej górze pomiędzy najnowszymi, niezależnie od tego, że od ich opublikowania minęło dziewięć lat.
Ramirez krótko streścił rozmowę z pewną kobietą, która odezwała się do niego z zapytaniem o szczegóły — okolice w Kalifornii, gdzie Hugo prawdopodobnie zaginął, czas od ostatniej rozmowy braci, a także rzeczy bardziej lub mniej szczegółowe. Kiedy tylko napisał, że dostał pocztą rzeczy należącego do brata, w tym osobisty notatnik z niepokojącą zawartością, zaczęła nalegać na jak najszybsze spotkanie w tej sprawie.
Powiedziała, że może mi pomóc. To dziennikarka i jest przejazdem w Chicago.
Ryanne milczała, wpatrując się w notatnik, który leżał i czekał na kolejną analizie tekstów źródłowych. W kościach czuła łamanie, jakby rozwijającą się grypę, ale to wyłącznie przeczucie, że słuchając Ramireza, z każdym padającym słowem, wpada w wir wydarzeń do jakich nie przyłożyłaby dobrowolnie ręki.
Znalazłaś kogoś do tego? — Skinął na żółte kartki.
Jeszcze nie.
Ramirez zirytował się nie na żarty, prawie tak, jak w dniu aresztowania. Nie, inaczej, poprawiła siebie, wtedy był wkurwiony aż do granicy świadomości. Zacisnął usta w długą linię, twarz obrzmiała mu krwią. W słabym świetle pochodzącym znad okapu jego skóra wyglądała na woskową, jakby ulepioną z różowopodobnej masy niby plastelina.
Nie żartowałem, kiedy mówiłem, że się zeźlę, jeżeli mi nie pomożesz.
Wparowałeś z butami wczoraj w nocy, jak pierdzielona antyterrorka do chałupy Escobara — odpyskowała sykliwie. — Myślałeś, że w ciągu jednego dnia cokolwiek zdziałam?
Ja dałem radę.
Och, pierdol się.
Źle. Ramirez uderzył dłonią w stół i łyżka w jego kubku brzdęknęła. Tętno skoczyło. Przez chwilę tylko nasłuchiwała czy Fish albo Elena nie wstali, ale po kilku sekundach nabrała pewności, że tym razem uniknęła niewygodnej sytuacji we własnym mieszkaniu. Nerwy... Znowu nogi jej zadrżały. Nikt jej nie powie, że Marquez nie zostawił w niej okropnej traumy. Błyskawicznie odpakowała paczkę pall malli i zapaliła.
Wdech. Wydech. Spokojnie.
Powiem inaczej: nie miałam czasu na nieswoje problemy. — Była zajęta odsypianiem poprzedniej nocy zepsutej przez jego mościa, co wygarnęła Ramirezowi otwarcie i bez ceregieli. Nie będzie skurwiel podnosił rabanu na jej terenie... Oj, będzie. Strzepała popiół do popielniczki. — Jutro napiszę do kilku osób.
Dzisiaj.
Ramirez... — jęknęła zeźlona. Nikt nie będzie jej mówił, co ma robić!
Mężczyzna wstał, wyszedł z kuchni i po chwili wrócił z kurtką należącą do Nuńez.
Za chwilę mamy spotkanie — wcisnął ubranie do jej ręki. — Zbieraj się.
Jakie, kurwa, spotkanie? — spytała skontentowana, śledząc jak otwiera lodówkę i wyciąga z niej butelkę zimnej wody mineralnej. — Widziałeś, która jest godzina? Masz na piekarniku.
Nie obchodzi mnie to. Ją również nie.
Ją?
Stanley Everett.
Ryan zrobiła inteligentną minę.
Que?
Dziennikarka, która do mnie napisała na Facebooku? Słuchałaś mnie?
Uwierz, wolałabym nie.
Ramirez stanął obok stołu, położył na blacie obie dłonie i pochylił się niebezpiecznie blisko. Mogła poczuć jego oddech na swojej twarzy nawet po odwróceniu bokiem.
A ja wolałbym oszczędzić sobie upierdliwego zeznawania na komisariacie, jak to złamałaś już dwukrotnie warunki zakazu zbliżania do mnie. — Wyszczerzył kły. — No, to chyba się dogadaliśmy. Ubierz rękawiczki i czapkę. Zmarzniesz.
Miała dość.
 


profil kalendarz karta postaci relacje
 
Bowie de la Cruz


Jestem w Chicago od
ponad 2 lat



30
ex lawyer

She's my guilty pleasure

Mieszkam w
Streeterville

Bowie Waverly

de la Cruz

Wysłany: 10 Wrzesień 2019, 09:11   

Sen nie był jej dany w ilościach pożądanych. Nie był też jej dany święty spokój, bo po wizycie Everett, za każdym razem gdy zamykała oczy, widziała wszystko to, o czym prawie udało jej się zapomnieć. Żadna ilość trawy i alkoholu nie zmyje tego wszystkiego a do pracy trzeba było iść.
Wracała właśnie z pobliskiego całodobowego monopolowego, gdzie zaopatrzyła się w dodatkowe puszki energetyków, żeby przypadkiem nie paść za ladą, gdy tuż pod pracą, a konkretniej trzy metry wcześniej pod drzwiami do budynku, w którym mieszkała, natrafiła na drugą z sióstr.
- Dajcie mi spokój. – odparła na dzień dobry planując minąć kobietę.
- Mam propozycję. – skoro już tak ładnie się witały.
- Jeżeli bierze ona pod uwagę mój udział to proszę wybaczyć, ale muszę odmówić. – bo grzeczną Bowie musiała być do samego końca.
- Stanley i tak to zrobi. Z tobą czy bez ciebie napisze ten artykuł, żeby uprzedzić obywateli, dać im do myślenia i kopnąć władze w tyłek, bo społeczność sama będzie domagać się ich interwencji.
- Ale?
- Z dwojga złego wolę ciebie. – źle to zabrzmiało. Bowie nie wyglądała na złą, ale Joy od samego początku była przeciwna temu całemu przedsięwzięciu. Przyjechała tu z siostrą, żeby ta nie wpadła w kłopoty a to chcąc nie chcąc oznaczało również pomoc w sprawie, bo jak nie ona (Joy) to ktoś inny to zrobił (i wtedy byłoby gorzej). – Jesteś lepszą opcją od uganiania się za duchami, co ostatecznie – tak czuję – skończy się bardzo źle. – rozmowa z de la Cruz to mniejsze ryzyko od choćby wpadania w sidła zgromadzenia.
- Nie mogę. – przekazanie tej wiedzy, to jak postawienie krzyżyka na dziennikarce. – Mówiłam, że to wyrok śmierci.
- Wiem, ale.. Stanley jest żeńską, amerykańską i przede wszystkim realną wersją Mikael’a Blomkvista. Nikt się nie dowie, kto napisał ten artykuł, ale ona będzie wiedziała i to jej w zupełności wystarczy, bo chce zrobić coś dobrego a ja, jako przejęta siostra, proszę cię o pomoc. – Bowie przystąpiła z nogi na nogę myśląc o tym, że porządny sen naprawdę by jej się przydał i jeżeli rozmowa z dziennikarką oznaczała potem święty spokój, to mogła się nad tym zastanowić. Tylko ile ten spokój potrwa i czy w ogóle nastąpi? – Pracą się nie przejmuj. Już wszystko załatwione. Masz dzisiaj wolne. – ta cała agentka musiała być strasznie pewna siebie.
Na tyle pewna, że Bowie ostatecznie trafiła do jej auta dając zawieźć się, jak wspomniała Joy, do mieszkania dawnej znajomej, która wyjechała na spóźniony urlop. Wyjaśniła dokładnie, jak chce żeby to się ostatecznie skończyło (Artykuł i do widzenia. Resztą, pod naciskiem, niech zajmą się władze i odpowiednie służby). Mówiła też coś o dodatkowych osobach ściągniętych przez Stanley, która znalazła ich po jakimś ogłoszeniu na facebooku. On przesadnie zaangażowany i ona niezbyt zadowolona z bycia tam, ale nie może się ruszyć, bo facet ciągle gada coś o jakimś zakazie zbliżania się nie do końca świadom, że brunetka towarzysząca dziennikarce to agentka FBI.
- Czekam na moment, żeby mu to powiedzieć, a potem wytknąć jakim jest debilem. – zerknęła na tylne lusterko, bo Bowie uparła się, że będzie jechała z tyłu. – Niektórych po prostu czasami trzeba kopnąć w dupsko. – prychnęła nie oczekując odpowiedzi od de la Cruz, która siedziała w aucie ze zwieszoną głową starając się nie zasnąć, w czym chyba miało pomóc jej przeglądanie fascynującej zawartości Internetu.

Wiadomość do Billie:
*link do fb*
Jak wstaniesz, postaraj się aby to ogłoszenie zniknęło.
Będę Ci dłużna.


Ramirez i Nuńez; los nie mógł być bardziej kapryśny.
Siedziała przy stole łokcie opierając na blacie a głowę chowając między dłońmi. Zalewali ją pytaniami odnośnie tego, co zdążyli przeczytać w notatniku. Stanley przez noc a Ramirez w przeciągu ostatniego tygodnia.
Otwarta puszka energetyka stała obok, ledwie rozpoczęta a Bowie już chciała stąd uciekać. Najlepiej z dala od tego wszystkiego, gdzie nikt jej nie znajdzie albo chociaż nie będzie podejrzewać, że tam się ukrywała. Gdzieś, gdzie odpocznie, może wróci do normy i do jedzenia boczku z jednorożca.
Pomyślała o Ryan i jej dawnej propozycji.
Szkoda, że nie wypaliło.
Odwróciła głowę w bok pierwszy raz od spotkania w Ikei (gdzie nie miała na to okazji) przyglądając się siedzącej na kanapie kobiecie. Jej krótkie włosy zauważyła już wcześniej. Chciała powiedzieć, że ładnie wyglądała, ale przede wszystkim skupiła się na jej zdrowiu. Ryan prawie odzyskała poprzednią wagę, co dostrzegła na wydatniejszych policzkach, które mimo wszystko wyglądały na zmęczone. Z tego co się de la Cruz zorientowała, wszyscy tkwili tu całą noc. Czy Nuńez spała? Czy oni wiedzieli, że powinna dbać o siebie bardziej niż cała reszta? Czy widzieli to, co dostrzegła teraz napotykając ulubione spojrzenie, od którego nie uciekła ani nie walczyła z nim jak wcześniej? Po prostu patrzyła prosto w brązowe oczy, w których nie szukała pomocy, a jakim okazała troskę i zrozumienie, bo obie nie chciały tutaj być. Nie chodziło o ich wspólną obecność w jednym miejscu a to, że najwyraźniej w świecie były zmęczone i należał się im urlop od problemów.
Na dodatek nie chciała aby Ryan tutaj była. Już nie chodziło o ich skomplikowaną relację, ale o niebezpieczeństwo ściśle powiązane z tym, w co wciągnął ją Ramirez.
Bowie mogła to zakończyć.
Wystarczyło zgodzić się porozmawiać ze Stanley, dać jej napisać artykuł i spłoszyć mężczyznę. Brutalna prawda powinna wystarczyć.
- Bowie, słuchasz nas? – pstryknął palcami przed jej twarzą przerywając nieprzymuszoną wymianę spojrzeń.
- Dla ciebie pani de la Cruz.
- Wcześniej byłaś milsza. – oburzył się.
- Wcześniej nie groziłeś Ryan. – stanowił zagrożenie samo w sobie, ale tamta sytuacja była inna. Rysowniczka z własnej woli przyjęła winę za dawny uczynek. Teraz, on sam się napatoczył, kiedy nawet nie powinien być w pobliżu kobiety.
- Dobra. To ja. Mogłam coś powiedzieć. – przyznała Joy nie czując się ani trochę źle, bo szczerze miała dość warczącej na siebie dziwnej parki (Nuńez i Ramirez), z której on wydawał się trzymać tu kobietę na siłę.
- To ona złamała zakaz.
- Niby gdzie?
W moim mieszkaniu.
- Żartujesz? – uniosła brew zerkając na Ryan. Nie żartowała. – I co? – zwróciła się do Ramireza. – Powiesz na policji, że Ryan czaiła się na ciebie we własnym mieszkaniu? – czy on słyszał jak bzdurnie to brzmiało? – Jesteś..
- ..idiotą. – Joy miała powiedzieć to wcześniej.
- Dziękuję. I..
- ..kretynem szantażystą. – akurat nie to Bowie chciała powiedzieć, ale niech będzie. – Nawet nie próbuj. – uprzedziła go aby nie podnosił głosu ani tym bardziej ręki.
- Z całym szacunkiem Ramirez, ale zachowujesz się tak i mówisz te wszystkie rzeczy przed.. – zerknęła na Joy, która przytaknęła na zgodę. – ..agentką FBI.
- Więc się zachowuj. - Joy uśmiechnęła się wrednie i dosłownie w tej samej chwili ktoś zadzwonił do drzwi. – Śniadanie przyszło. – kanapki z Subway’a. – Mam gdzieś czy jesteście głodni czy nie. Macie zjeść, bo nie chce tu żadnych omdleń albo nerwów przez puste żołądki.
Bowie zapięła zamek przydużej jak na nią ciemnej bluzy, pod którą skrywała prosty czarny t-shirt. Ciemne zestawienie ubrań było wymogiem w kawiarni, dlatego wyglądała teraz tak, jakby szła na pogrzeb i równie podobnie szorując nogami po podłodze wyszła na balkon. Nie zwracała uwagi na mróz ani że skarpetki nasiąknął wilgocią. Z zarzuconym kapturem, opatulona w bluzę popijała energetyka myśląc tylko o schowanej w kieszeni zapalniczce i skręcie w plecaku. Albo to już uzależnienie albo jeszcze ostrożność i chęć uniknięcia ataku paniki; przynajmniej jednego na tych parę, które dzisiaj wyczuwała.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Ryanne I. Nuńez


Jestem w Chicago od
24 lat



30
La artista quebrado

La isla, el sol y mi seńorita

Mieszkam w
Canaryville

Ryanne Ixchel

Nuńez

Wysłany: 10 Wrzesień 2019, 15:36   

Off the record.
Inaczej nie będzie rozmawiać.
Stanley bez wahania zgodziła się na warunki Nuńez, z którą wyciągały po kolei kanapki, gdy Ramirez wiedziony urażoną męską dumą wyszedł na balkon za Bowie.
Była moją prawniczką parę miesięcy temu. — Nie trzy, nie cztery, bo w pewnym momencie rola przeszła na pana de la Cruz. Nieszczęśliwie, choć proces został wygrany. — Potem nasze drogi się rozeszły. Wyjechałam.
Dokąd? — zdziwiła się Stanley, nie rozumiejąc, dlaczego zamiast porządnej imprezy dla uczczenia zamknięcia sprawy (oczywiście, że dotyczyła co trzeba na temat procesu, o którym było głośno na pierwszych stronach Chicago Sun-Times) obie — z historii wynikające, że jako tako bliskie — panie poszły w swoich kierunkach.
Ile musisz wiedzieć, aby się odczepić?
Wszystko jest off the record. Możesz powiedzieć, co tylko chcesz.
Łatwiej byłoby, gdyby twoja siostra wygrzebała odpowiednie pismo — zwróciła się kąśliwie, gdy agentka FBI mignęła w przejściu korytarza, mamrocząc pod nosem coś o burdelu w mieszkaniu. Wszystko, co nie było ich biednym, ale przytulnym domem w White Oak, nie należało do miejsc szczególnie lubianych przez Joy. — Ramirez to mój stalker — specjalnie użyła czasu teraźniejszego; na dzień dzisiejszy nikt nie miałby nawet cienia wątpliwości. — Swego czasu wrzuciłam go do więzienia, za co podczas procesu zostałam skazana na trzy miesiące pozbawienia wolności — nie musiała dodawać, że w psychiatryku. — Znał się z Marquezem. Skracając historię — przyznałam się do zniesławienia, abyśmy mieli lepsze karty podczas właściwego procesu.
Przegrana bitwa na rzecz wygranej wojny.
Nuńez nie podobała się ta maniera w głosie Everett ani to jak pozwoliła sobie dotknąć jej ramienia i lekko uścisnąć, tak dla zapewnienia… o czym właściwie? Zamilkła. Zabrała natychmiast dłoń, gdy ujrzała nieprzychylne spojrzenie. Ryan nie życzyła sobie spoufalania pod groźbą zamknięcia tematu a Stanley z kolei nie chciał stracić źródła przydatnych informacji, nawet jeżeli rozmowa była prywatna i niezobowiązująca.
Zerknęła w kierunku oszklonego wyjścia na balkon.
Co ta sprawa ma wspólnego z nią?
Wie coś, co może okazać się początkiem końca tej fali zaginięć. Bardzo na nią liczę.
Tamto złe miejsce. Przed oczami ujrzała Bowie w szkolnej łazience po ucieczce sprzed ślubnego kobierca w urzędzie stanu cywilnego. Pomagała jej uporać się z resztkami fryzury weselnej, gdy dostrzegła dwie blizny przypominające ślady po papierosie na karku. Wtedy zrodziła pierwsze pytanie, którego nie wypowiedziała na głos. Nie żałowała, wiedziona przeświadczeniem, że im mniej wie, tym lepiej śpi, a że ostatnio spała źle i wyłącznie w dzień… Opisy z notatnika zaczęły brzmieć nieco inaczej.


Chicago znalazło się w samym centrum jakichś dziwnych wahań pogodowych. Temperatura na zewnątrz nie przekraczała więcej niż dwa stopnie Celsjusza i sześćdziesiąt sześć Fahrenheita a z nieba, zamiast ślicznego puchu zwiastującego święta Bożego Narodzenia, spadała chlupa równie szybko zamarzająca, gdy popołudniu słupek rtęci spadał do zera.
Ramirez nie pokwapił się ze ściągnięciem butów i z ich dwójki to on lepiej na tym wyszedł. Zaoferował nawet papierosa z paczki należącej do Nuńez, tak dla zabicia czasu i nerwów.
Albo ćwieka — dodał po chwili zastanowienia, wsuwając filtr do ust. Odpalił jednorazową zapalniczką, wciągnął dym głęboko do płuc i wypuścił kłęby nosem. Wcześniej kompletnie inaczej mu się rozmawiało z de la Cruz, nawet pokuszał się o dobry humor pokazując dwukrotnie (więcej wizyt prawniczych nie było) drobne sztuczki z dymem, ale jakoś odruchowo wiedział, że dzisiaj nic z tego nie będzie.
To mój brat — powtórzył któryś raz z rzędu tego zbyt przydługiego poranka. — Jeśli coś wiesz, po prostu powiedz i miejmy to za sobą. — Stał się nieprzyjemny, bo i Bowie nie była najmilsza. Efekt lustra. Ramirez miał tę manierę, że często potrafił dostosować się do rozmówcy, chyba, że była to akurat Ryanne — nią nigdy nie potrafiłby być. — Dobra, możesz mieć mnie za kretyna, ale chociaż przysłuż się czemuś. Ta cała Everett twierdzi, że jest w stanie coś z tym zrobić, a mnie zależy na odzyskaniu Hugo. Cholera, nawet pieprzona Nuńez z dysfunkcyjnym mózgiem obiecała, że znajdzie mi portrecistę — pod presją, wcale nie dobrowolnie — by znaleźć tego skurwiela odpowiedzialnego za farsę. — Wyciągnął z kieszeni notes i pomachał nim przed twarzą de la Cruz. — Co ci szkodzi?
 


profil kalendarz karta postaci relacje
 
Bowie de la Cruz


Jestem w Chicago od
ponad 2 lat



30
ex lawyer

She's my guilty pleasure

Mieszkam w
Streeterville

Bowie Waverly

de la Cruz

Wysłany: 10 Wrzesień 2019, 17:37   

Odmówiła papierosa. Wolała na to, co czekało na nią w plecaku a o czym lepiej nikomu nie mówić, więc może później czmychnie do sklepu i rozkoszuje prywatną chwilą z pomocą relaksu zafundowanego prosto z najciemniejszych zakątków getta.
Upiła dwa łyki energetyka kątem oka zerkając na Ramireza. Miała do niego parę pretensji, ale nie o to rozchodziła się cała sprawa. Jak wspomniał – chodziło o jego brata – o kogoś, kogo pragnął odzyskać za wszelką cenę i zapewne rozmyślał nad tym od bardzo dawna. Może od tygodnia, kiedy dziennik trafił do jego rąk albo nawet dłużej, gdy brat przestał dawać znać w trakcie swej podróży pod znakiem ‘odszukania siebie’. Tak bardzo mu zależało.. tak bardzo chciał zawalczyć, że na chwilę stał się chujem, który o północy wyciągnie z domu schorowanego i zmęczonego człowieka (Nuńez) byleby to uczynić.
Jak miała mu powiedzieć, że to bezcelowe?
Co ci szkodzi?
Kobieta, która ją urodziła też o to zapytała.
Co ci szkodzi pójść ze mną i poznać moją nową rodzinę? Zobaczysz. Polubisz ich.
Co ci szkodzi….?

Wyrwała notes z jego ręki i nie zważając na to, że stał przy drzwiach balkonowych, przepchnęła się do środka zaskakując Ramireza na tyle aby ten bez zastanowienia wyrzucił papierosa przez barierkę i ruszył za nią. Szarpnięciem ściągnęła kaptur z głowy a puszkę zostawiła na kolumnie głośnika.
- Co mi szkodzi?! – uniosła się. Była zła, ale nie na niego. Bardziej na kobietę, która zaciągnęła ją do Los Padres. – Chcesz wiedzieć ‘co mi szkodzi’? Zobaczmy. – zatrzymała się przed telewizorem w salonie, niczym mówca przed swymi słuchaczami i przewertowała kartki notatnika wzrokiem szybko wodząc po zapisanych słowach. – Świetnie. Od początku. Dzień nadania imienia. ‘Boska ręka’. Czytałeś to? To wiesz, co zrobili Puente. – cholera, pamiętała go. – A wiesz, co zrobili twemu bratu? – nie napisał o tym. Wspomniał o bólu, ale nie było słowa klucza. – Wypalili nieposłuszeństwo. – wiedziała, że wymknęła się spod kontroli, jak wtedy na basenie w Markham albo tamto przynajmniej było chwilowe. Przewertowała kartki dalej. – ”Arrendajo przybył tu ze swoją dziewczyną w tym samym czasie co ja. Pokłócili się. On nazwał ją bezwartościowym śmieciem tym samym łamiąc zasadę – Nie jesteś wart więcej niż twoi bracia i siostry”. – przeczytała słowo w słowo dalej widząc tylko ciąg przekleństw i niezrozumienia wobec tego wszystkiego, co działo się w Los Padres. – Obcięli mu język – rzuciła gniewne spojrzenie na Ramireza, bo w głównej mierze mówiła wszystko do niego odwlekając przejście do samego sedna sprawy. – i powiesili na szyi aby nosił go z dumą, bo już nigdy nie popełni tego grzechu. – wielu zagorzałych wiernych byłoby wręcz zadowolonych ze swej kary. – Rozumiesz?! Każdy zły uczynek ma swoje konsekwencje. – pomachała notesem, który znów otworzyła i przewertowała aż do ostatniej zapisanej kartki. Razem z Everett mówili coś o Whittakerze, ale nie słuchała ich na tyle, żeby zakodować jak Ben był powiązany z Hugo.
- Chce tylko odzyskać brata! – warkną na nią zniecierpliwiony tą całą scenką.
- Nie słuchasz. – wytknęła mu, gdy opanowała ją złość do zmarłego Benedicta. – Stanley, powiedz co się stało z Volarem.. Benedictem.
- Skoczył z dachu szpitala.
- Bo nie ma dowodów na to, że nie zrobił tego sam, prawda? – Everett przytaknęła. – A ja wiem i mogę przysiąc, chociaż bardzo tego nie chce, że Los Padres go zabiło.
- Przestań! Hugo żyje!
- Nie. – odpowiedziała łagodniej bardzo nie chcąc przechodzić do tej części.
- Nie możesz tego wiedzieć. Nie masz dowodów. – za to łzy w oczach Bowie były prawdziwe. Nie znała Hugo, ale od zawsze przekazywanie kiepskich wieści rodziło dla niej sporo problemów zwłaszcza, że już nie musiała odgrywać roli prawniczki.
- Karą za ucieczkę z Los Padres jest śmierć. – opuściła obie ręce darując sobie bojowe nastawienie.
- Ty żyjesz.
Jeszcze.
- Jest jedyna. – Joy wcale nie pomogła w mentalnym wsparciu zrozpaczonego Ramireza, ale przynajmniej wbiła mu do głowy ważną myśl – co jeśli Bowie miała rację?
Zaczynał w to wierzyć.
- Volar miał doświadczenie. – dla niej nigdy nie był Benedictem i nie będzie. – Znał tamto miejsce i wiele się nauczył. Twój brat pisał, że Volar go ze sobą zabierze, tak? Że oboje uciekną. – pojedyncze łzy uciekły z kącików oczu, więc wytarła je dłonią na moment patrząc gdzieś w bok i unikając spojrzeń pozostałych. Przełknęła gulę. Mogła mówić dalej. – Są tylko dwie metody na ucieczkę z tamtego miejsca i żadna nie daje gwarancji. – ona też jej nie miała. – Jedna – moja - to obserwacja i wykorzystanie idealnego momentu, co zajęło mi dwa lata zanim naprawdę byłam pewna, że może, ale to może mi się uda. – i to jedno ‘może’ wystarczyło. – Druga, bardzo ryzykowna, ale dająca szanse.. to ofiara. Volar zabrał twojego brata nie po to aby go uratować, ale żeby był przynętą. Kupił sobie cenne minuty w momencie, gdy oni byli już blisko. – dopadli Hugo, on pewnie się szarpał, może próbował dalej uciekać, więc pognali za nim tym samym dając Volar’owi czas na dotarcie gdzieś, skąd mógł wezwać policję albo karetkę. – Wszyscy nie żyją Ramirez. Volar. Twój brat. Nie ma innej ceny za ucieczkę. – była tylko śmierć. – I tego.. właśnie tego nie chciałam ci mówić. – nie chciała odbierać mu nadziei, bez której pozostawiła go w salonie, sama cała roztrzęsiona idąc w kierunku łazienki. Tam mogła rozpłakać się na całego. Zdjąć bluzkę, z którą walczyła parę chwil, bo te zawsze w ów momentach nie chciały współpracować i usiąść przy wannie do piersi przyciskając nieszczęsny notes pachnący wilgocią, błotem i zeschłymi liśćmi.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Ryanne I. Nuńez


Jestem w Chicago od
24 lat



30
La artista quebrado

La isla, el sol y mi seńorita

Mieszkam w
Canaryville

Ryanne Ixchel

Nuńez

Wysłany: 10 Wrzesień 2019, 19:16   

Wcześniej była głęboko przekonana, że sprawa tajemniczego notatnika, zrywy Ramireza oraz obecność dziennikarzyny z psem ogrodnika o imieniu Joy to przesada na wzór jakiejś głupiej, groteskowej ekstrawagancji poszukiwawczej, a wszystko przez dziewiętnastolatka, który pojechał w świat podupczyć w słonecznej Kalifornii. Nie nastawiała się zatem na nic konkretnego, nawet po niezrozumiałych opisach zawartych na żółtych, częściowo zdewastowanych przez wilgoć kartkach, ale od momentu wybuchu Bowie nie wiedziała, co o tym myśleć.
Ramirez nie chciał przyjąć do wiadomości informacji o pewnej śmierci brata. W gruncie rzeczy, miał solidne podstawy, dość łatwe do weryfikacji — nie ma ciała, nie ma zbrodni, nie ma zbrodni, nie ma śmierci. Wierzył, że Hugo jakimś cudem przeżył i może nie był Harriet, i nie wypasał teraz owiec w Australii, ale dla niego nie miało to znaczenia, dopóki nie miał przed sobą zwłok do zidentyfikowania.
Dziennikarka spoglądała na Joy z takim bólem, jak podczas poszukiwań zabójców tych wszystkich ludzi ze święta Halloween na statku. Starsza siostra musiała ją uspokajać jeszcze cały tydzień po rozmowie z Dreą, której poprzysięgła sprawiedliwość. Ciężka atmosfera w salonie ciążyła nad nimi wszystkimi, jak ostrze gilotyny raz już splamione — było ich o jedną osobę mniej.
Ona kłamie... — wreszcie wymamrotał Ramirez, zorientowawszy się, że nie ma przy sobie notesu. No tak, Bowie odprawiła nad nim kazanie, jak z ambony. — Ty kłamczucho! — Wydarł z opóźnionym startem w kierunku korytarza. Nie wiedział, gdzie jest łazienka, więc otwierał po kolei drzwi, złorzecząc na de la Cruz. — Chowasz się, jak szczur! Hugo żyje! A ty mi pomożesz go znaleźć. — Szarpnął za klamkę. Zamknięte. Bingo. — Otwieraj te drzwi albo je wyważę, de la Cruz. Oddawaj notatnik! — Uderzył nogą w białe drzwi z mlecznymi paseczkami, ale te nie drgnęły.
Uspokój się albo cię...! — Cokolwiek Joy zaplanowała, Nuńez zrobiła pierwsza.
Miałam się nie mieszać.
Ryanne popchnęła własnym ciężarem Ramireza z dala od drzwi. Mężczyzna zaplątał się o własne nogi, ale ustał dzięki błyskawicznemu oparciu o ościeżnicę sypialni.
Spróbuj tego jeszcze raz — mówiła po hiszpańsku — a skończy się na czymś więcej niż tylko zakazie zbliżania, Ramirez.
Głupia suka, nie możesz ryzykować. Dopiero co wyszłaś.
Z psychiatryka. Do więzienia zdążę się jeszcze zgłosić.
O czym oni mówią? — wyszeptała Stanley ponad ramieniem Joy, która zatrzymała ją w przejściu. Nie rozumiała hiszpańskiego.
Tam twoje miejsce — wycharczał Ramirez i poprawił przekrzywioną kurtkę. — De la Cruz! — Walnął w ścianę obok trzy razy, jakby dobijał się do nielubianej sąsiadki. — Oddawaj notatnik.
Zamknij się wreszcie, kretynie — jęknęła i szukając wsparcia obejrzała się przez ramię. — Wyższa i Wysoka — burknęła. — Zabierzecie go stąd? Bo jeśli o mnie chodzi to bardzo chętnie przetrącę mu nosa.
Notes, kurwa!
Zamknij się — chórek starszej Everett i Nuńez zabrzmiał w unisono. — Dostaniesz go, ale, z łaski swojej, wypierdalaj stąd, dopóki nie mam ochoty zrobić z tych pierdolonych notatek pochodni.
Stanley przeraziła się nie na żarty. Poważna dokumentacja, tyle odpowiedzi i źródło informacji miało przepaść, bo... Wdech, wydech. Ściągnęła okulary, wsunęła za beżowy sweterek i żwawo podeszła do Ramireza, stając z nim oko w oko.
Panie Ramirez, jestem śmiertelnie poważna.
Jak diabli...
Spojrzał po wszystkich kobiecinach (minus ta w łazience) zeźlony, ale słuchając wyjaśnień dziennikarki oraz statystycznych szans (miała własne dane) jakoś przekonała go do spuszczenia z tonu. Pod eskortą agentki FBI, poszli do salonu, zostawiając Nuńez sam na sam z zakluczonymi od środka drzwiami.
Deja vu.
Wtedy przepraszała.
Obie rozpłakały się, jak beksy.
Z tej całej historii Markham było nawet miłym rozdziałem.
Ustawiła się równo przed wejściem i zmówiwszy mantrę pod nosem — fragment La Llorony — podeszła do samiuteńkich drzwi, opierając o nie czoło. Uda się albo nie — niezależnie, w końcu trafi do domu.
Przebłysk pleców w łazience damskiej...
Zippy — przemogła się. — Co ty wyprawiasz?
Cisza. Przyłożyła ucho do wnęki w kącie. Cichuteńki szloch.
Nie musimy rozmawiać — miała gdzieś notatnik dla Ramireza. — Nie powinnaś być teraz sama a tak się składa, że trafiłaś akurat na mnie. — Normalnie jak trafienie piątki w totolotku i pomylenie szóstej cyfry o jeden wzwyż od prawidłowej. — Abra la puerta otwórz drzwi. — Por favor — dodała ciszej, prawie bezgłośnie. — Jeśli mnie nie wpuścisz, wyjdę. Chcesz tego? Żebym poszła bez odpowiedniego pożegnania? — jak podczas RENTu.
 


profil kalendarz karta postaci relacje
 
Bowie de la Cruz


Jestem w Chicago od
ponad 2 lat



30
ex lawyer

She's my guilty pleasure

Mieszkam w
Streeterville

Bowie Waverly

de la Cruz

Wysłany: 10 Wrzesień 2019, 21:26   

Trzask.
Podskoczyła w miejscu prostując plecy tak gwałtownie, że tyłem głowy uderzyła o wannę, co jedynie wzmogło panikę oraz lęk.
Nikt nie powinien słyszeć tego co powiedziała. Nikt nie powinien choćby myśleć o szukaniu Los Padres, bo to nie wojna dla jednego człowieka ani tym bardziej dla garstki. Siły nie były równe a sprawiedliwość nie istniała. Tereny zgromadzenia rządziły się swoimi prawami a tam wszystko było równe. Wszyscy równie winni co pokrzywdzeni. Na każdym ciążyła odpowiedzialność i to rodziło problem natury prawnej ze świata poza Los Padres. Kogo obwinić? Kogo przymknąć?
Malvo wiedział co robił, bo angażował nawet tych nowych, którzy od samego początku mieli krew na rękach.
Każdy był tam winny. Każdy popełnił przestępstwo zgodne z kodeksem karnym.
Bez wyjątku.
Ten notatnik był dowodem między innymi na to, że świętej pamięci Hugo okaleczył drugiego człowieka przebijając jego dłoń gwoździem. To nie Malvo. Nie on wcisnął mu w ręce narzędzia.
Sami je brali.
Przerzuciła ciało na kolana i przyciągnęła do siebie bluzę, której kieszenie przeszukała w pośpiechu, bo jeżeli Ramirez jeszcze raz uderzy w drzwi.. jeżeli otworzy.. to ona straci szansę na pozbycie się zapisków.
Zapalniczka – jest.
Ze łzami w oczach wstała na równe nogi, drżącymi dłońmi gnąc, miętosząc i zaginając kartki w notatniku dopuszczając między strony potrzebne dla ognia powietrze. Stanęła nad umywalką i pstryknęła raz. Nic. Zapalniczka nie zareagowała. Pstryk. Zero. Potrząsnęła. Pstryk. Płomyk szybko zniknął. Pstryk. Jest.
Zippy.
Przepadł. Rzuciła książkę do zlewu.
- Nie ważne, czego ja chcę. – a chciała tylko zniszczyć notatnik, czego jak sądziła nikt nie zrozumie. – Na pewno nie chciałam tego. – rozmowy z Everettami, ogłaszania śmierci Hugo ani myślenia o Los Padres. – Nie chciałam też tamtego.. – wielu rzeczy nie chciała. – ..bo to ty byłaś sama. – przecież wiedziała, że ją zostawiła. – Uwierzyłam ci. Wszystko stało się takie realne.. – każde słowo o pragnieniu śmierci, groźba, że to zrobi (i zrobiła), że w końcu de la Cruz była w stanie przyjąć za pewnik również resztę; wszystko to, co padło z ust Nuńez po jej próbie samobójczej. – ..że w końcu ci uwierzyłam. – można by rzec, że Ryan dopięła swego. Pozbyła się Bowie i zarazem zraniła każąc wybierać między procesem a sobą. – Zawsze wybierałam ciebie. Byłaś na pierwszym miejscu. – od kiedy dowiedziała się o chorobie rysowniczki. – Przywiązałam się jak szczeniak – każdy ślepy to widział. – ale w końcu i one się uczą, więc pozwoliłam ci odejść. – zrobić co chciała, żyć po swojemu i wszystko to co planowała Ryan. – Albo pozwoliłam odejść sobie. Sama już nie wiem. – dwie strony sprawy. Dwie winy. – To rozeszło się jak rak. – jedna decyzja, która wykończyła ją od środka. – Jak ta myśl, która.. muszę coś zrobić. Nie chcę żebyś wychodziła - chociaż uważała, że jej chęci teraz nie miały żadnej wartości. - ale jeżeli cię wpuszczę.. będą winić także ciebie. - a przecież Ryan nie miała z tym nic wspólnego. Ba, ta sprawa w żaden sposób jej nie dotyczyła. Została na siłę ściągnięta przez Ramireza, chociaż.. - Powinnaś być teraz w Cozumel i sączyć drinka. Zasłużyłaś. - sięgnęła po papier toaletowy i podrażniła nim policzki wycierając kolejne łzy. Odkręcony kranik ciężko z powrotem zamknąć, jak drżącymi dłońmi nie szło odpalić zapalniczki. Pstryk.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Ryanne I. Nuńez


Jestem w Chicago od
24 lat



30
La artista quebrado

La isla, el sol y mi seńorita

Mieszkam w
Canaryville

Ryanne Ixchel

Nuńez

Wysłany: 10 Wrzesień 2019, 22:18   

Pierdolenie o Chopinie.Język.Po tej rozmowie dochodzę do wniosku, że powinnam wrócić tam, skąd wyszłam. Nie ma balkonów, po których można by wejść do mojego pokoju, ale taki już klimat państwowej placówki. — Odsunęła się od drzwi z niezadowoleniem i założyła ręce, natychmiast jednak je opuściła, bo przecież Bowie nie zobaczy przez kawałek dykty jej stanowczego zamknięcia na otoczenie. W porządku, nosiła w sobie nieskrywany żal — szczeniak — i być bardzo może w dużej mierze odpowiedzialną za ten stan stała się Ryanne, lecz Meksykanka nie mogła tego przyjąć od kogoś, kto nie chciał pokazać swojej twarzy, skrywał się w łazience i mówił o niezdrowym przywiązaniu. Ostrzegała ją. Świadomie sparzyła dłonie, więc co jej szkodziło?
Cisza. Nic więcej.
Prychnęła, parsknęła, szurnęła butem po podłodze akceptując fakt, że teraz to ona dostała pstryczka w nos. Nie można mieć wszystkiego, choć wcale nie pragnęła na siłę obecności de la Cruz w swoim życiu. Z nią czy bez — nadal będzie takie samo, ale gdy Ramirez rzucił się z wątami... Nikt nie miał prawa podnosić ręki i głosu na jej szczeniaka. Czworonóg dorósł i nauczył się, że właściciel wcale nie był taki super, jak na początku mogło się wydawać.
Idę stąd, skoro budzę w tobie wyrzuty sumienia. — Postanowiła za nią. Odpowiedź nie nadchodziła zbyt długo. Odsunęła się jeszcze trzy kroczki. Nastąpiła na ścianę. Drzwi nadal nie otworzyły się. Nuńez przejechała językiem po zębach, uśmiechnęła do siebie krzywo i wsunęła dłonie do kieszeni spodni. — Potrzebowałam cię, głupi szczeniaku — wymamrotała — abyś mnie pobiła po głowie i przypominała, po co mam przejść te wszystkie głupie terapie i kompromitacje, gdy dzieciaki piętro niżej czytały już książki a ja męczyłam pierdolonego Robinsona Crusoe po hiszpańsku. — Zadrżała. Normalnie czuła ciarki na całym ciele i musiała zwinąć dłonie by rozładować powarkiwanie. — A teraz, gdy jest szansa, abyś przestała się bać... wiesz co, może i jestem autodestrukcyjnym narcyzem z kompleksem zaufania komukolwiek, ale ty przeczysz temu, co reprezentowałaś jako prawnik. Mówiłaś mi, żeby się nie poddawać. Hipokrytka. Dokładnie tak. Graj sobie w musicalach, niech Ramirez się pierdoli a Everesty spierdalają z kwitkiem do domu na sankach. Może w ten sposób więcej osób ten cały Malvo zapierdoli żywcem. Selekcja naturalna, w pizdę nożem! Niedługo z Meksyku będą zapraszać imigrantów przez braki w ludności. Podziękuję mu, kiedy przekona Trumpa by zrezygnował z muru — wściekła się, forsując samopoczucie do granic, ale ostatnie słowo miało być jej skoro w tym momencie naprawdę ich drogi miały się rozejść. — Pomyśleć, że chciałam z tobą w ogóle porozmawiać. Bez, kurwa, sensu. Mogę być nieszczęśliwa, ale ja chociaż jestem szczera ze sobą. Chciałam wisieć, to tak zrobiłam.
Pozostali w napięciu nasłuchiwali szczęku zamka lub znaku, że Bowie wszystko usłyszała.
Everesty — Stanley wywróciła oczami nad kanapką i poprawiła kciukiem zjeżdżające z nosa okulary. — Gdyby mi płacili za każdym razem, kiedy mylą moje nazwisko...
  
 


profil kalendarz karta postaci relacje
 
Bowie de la Cruz


Jestem w Chicago od
ponad 2 lat



30
ex lawyer

She's my guilty pleasure

Mieszkam w
Streeterville

Bowie Waverly

de la Cruz

Wysłany: 10 Wrzesień 2019, 23:27   

Pstryk.
Cholerstwo się uparło albo naprawdę skończył się gaz.
Raz jeszcze potrząsnęła zapalniczką i przesunęła czarny miernik na najmniejszy płomień.
Pstryk – jest.
Podniosła notatnik i prawie bezgłośnie przeprosiła Hugo, ale musiała to zrobić. Nikt tego nie zrozumie i zapewne Ramirez się na nią rzuci, lecz w tamtej chwili nie zastanawiała się nad tym aż tak bardzo. Po prostu wiedziała, że to musiało się zdarzyć.
Płomień przejął pierwsze środkowe strony. Patrzyła jak rozrasta się na resztę jednocześnie słuchając Ryanne i mając w głowie tylko jedną – jedyną egoistyczną – myśl.
Odłożyła notatnik do zlewu czując nieprzyjemny zapach palonych kartek.
- Robię to, bo chce żyć. – a jednak potrafiła być egoistką i przyznała szczerze, co nią teraz kierowało. Miała na uwadze to, że reszta widziała notatki i wcale się z tego powodu nie cieszyła, ale tak długo planowała ucieczkę, tak długo ukrywała się przed tymi ludźmi, unikała ich, starała nie myśleć i.. teraz nagle miałaby to wszystko zaprzepaścić – tę walkę o swoje życie – na rzecz artykułu? Na rzecz innych ludzi?
Hipokrytka.
Pragnęła pomagać innym ludziom. Miała to w naturze, ale również zobowiązanie, bo tym konkretnym – ze zgromadzenia – nie mogła.
- Czujecie? – Stanley gwałtownie odwróciła się w stronę korytarza. Ramirez bez zastanowienia ponownie wystrzelił w tamtym kierunku zmuszając Joy do poważnego przedsięwzięcia, jak powalenie i zaciągnięcie na siłę w stronę kaloryfera, do którego go przykuła.
- Siedź. – ale ten tylko bluzgał i pluł. – Bowie, możesz wyjść i nam to wyjaśnić?! – zawołała stojąc nieco dalej od drzwi do łazienki niż Ryan, bo nie czuła się komfortowo wpadając w strefę zero, gdzie była mowa o jakiś psychiatrykach i rzeczach dokonanych tudzież nie.
Szczęk zamka. Everett się nie ruszyła; czekała.
Bowie wyjrzała ostrożnie przez lekko uchylone drzwi.
- Chce żyć. – powiedziała to. Twarzą w twarz dla Ryan, która długo pragnęła czegoś innego i tu pojawiał się konflikt oraz wyjaśnienie tej ogromnej woli walki, którą w sobie nosiła. Pomaganie innym nie było trudne, bo nie oznaczało wyroku śmierci. Inspirowała ludzi, bo sama pragnęła żyć, ale próba dopadnięcia Los Padres była dla niej jak wyrok śmierci; nie potrafiła myśleć inaczej, śniła o tym i bała się.
Była też zła – bo tego jednego nie potrafiła zrobić.
Mogła praktycznie wszystko, ale nie to.
Była słaba.
- Widzisz? – niespodziewanie uniosła zapłakane spojrzenie. – Chyba jednak potrafię być egoistką. – uśmiechnęła się żałośnie, jakby to był kiepski żart, chociaż przyznanie do tego wcale nie należało do najłatwiejszych. - I za to się nie lubię. - czy ceną pokochania samego siebie musiało być właśnie to? Dolanie oliwy do ognia? Proszenie się o to aby w końcu po nią przyszli, bo nie potrafiła zachować w sekrecie 'świętych tajemnic', którymi gardziła tak bardzo, że od tego też miała koszmary? Że miała żal do siebie, bo uciekła i starała się zapomnieć, chociaż tam ciągle napływali ludzie nieświadomi tego, co ich czekało?
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Ryanne I. Nuńez


Jestem w Chicago od
24 lat



30
La artista quebrado

La isla, el sol y mi seńorita

Mieszkam w
Canaryville

Ryanne Ixchel

Nuńez

Wysłany: 11 Wrzesień 2019, 00:23   

Widziała. Na własne oczy.
Czuła. Świąd wściekłych pięści i palonego papieru.
Wpatrywała się w wilgotne oczy Bowie bez wyrazu. Słyszała jak Ramirez złorzeczy na wszystkich dookoła a Stanley wciąga gwałtownie powietrze, bo dotarło do niej, że jedyne notatki zawierające ziarno prawdy o Los Padres właśnie znikały i nic nie mogła z tym zrobić. Po fragmentach mogłaby najwyżej zgadywać. Szansa przepadła, śledztwo wydłuży się drastycznie, a mimo to nie rzuciła się na Bowie grzecznie stojąc przy siostrze, która już wiedziała, że spędzi popołudnie na ugłaskiwaniu smutnej Stanley — a to prawdziwy horror rodzinny.
Nie musiała o tym wiedzieć. Ryan nie obchodziło nic, prócz tego, co miała przed sobą. Mało kto mógł powiedzieć, co za statycznym spojrzeniem ukrywało się w głowie rysowniczki, kiedy powoli odeszła od ściany i stanęła na odległość wyciągniętego ramienia przed Bowie.
No to masz problem, bo ja wolę ciebie taką. — Bez wahania podała skołowanej kobiecie dłoń. — Idziemy, Pro Life. — Już nie Pro Bono.
Chwila, chwila. Wszystko pięknie, ładnie, ale Bowie właśnie zniszczyła dowody i…
I najwidoczniej miała taki kaprys. — Skonfrontowała się z agentką, która wyjrzała na korytarz. — Dajcie jej spokój.
Przecież idzie o ludzkie życie. Nie pora na bycie egoistami a myślenie o większym obrazku.
Nie będę się powtarzała — ani czekała cierpliwie, więc chwyciła sama za nadgarstek de la Cruz i żwawym krokiem wyprowadziła do salonu po kurtkę kobiety. Joyce poszła za nimi.
Ty kurwo! — Ramirez zawył zbolały. — Ty.. głupia…
Zamknij się wreszcie. Jesteś żałosny — przykuty do kaloryfera, jak w dennych kryminałach.
Ściągnęła z oparcia fotela kurtkę Bowie i natychmiast poleciła jej ubranie. Pora wynieść się z tego przedsionka piekła; ich miejsce było głębiej. Wychodząc na korytarz z przedpokojem, po lewej zatrzymała je Joy.
Mogę was zatrzymać — zagroziła Joy wiedziona troską o siostrę. — A ciebie zmusić do współpracy.
Nic nie możesz. Jesteś daleko od domu, agentko Everest.
Nie wiecie, co robicie.
Spełniamy egoistyczne zachcianki — odparła z krzywym uśmiechem, ale spoważniała, gdy lekki uścisk pojawił się na dłoni. Splotła ich palce. — Po prostu nas puść.
Wredna Meksykanka miała rację. Stanley wiedziała o tym za dobrze. Blondynka westchnęła ciężko i z bolącą dumą za to pełnym zrozumieniem i poszanowaniem woli, zabrała Joy na stronę. Podziękowała kobietom za pomoc (niewielki wkład, ale jednak) i poprosiła o kontakt, jeżeli Bowie zmieni zdanie. Podarowała dwie wizytówki. Obie Nuńez wsadziła do tylnej kieszeni spodni.
Obejdzie się.
Schodząc po schodach wściekłe wrzaski Ramireza przenosiły się starymi rurami grzewczymi biegnącymi w pionie klatki.

Szły zamarzniętym chodnikiem wzdłuż ulicy, gdy po krótkiej wymianie pomruków Nuńez dowiedziała się, że obskurna kawiarnia dla studentów była jednocześnie blokiem mieszkalnym z nowym lokum Bowie. Bliżej miały stąd na Canaryville do mieszkania Ryan, ale ex-prawniczka, a teraz kelnerka i aktorka, grzecznie odmówiła; równie cicho i monosylabicznie.
Mróz szczypał w uszy i co jakiś czas poprawiała krótkie kosmki nad lewym uchem, bo w prawej dłoni, zupełnie naturalnie, jakby przyklejona na super glue, trzymała de la Cruz za rękę. Nie obawiała się ucieczki — bo miałaby to gdzieś, znowu — ale w przedziwny sposób w ten sposób było w porządku.
Czy to nie ironia? — zapytała wreszcie, zatrzymawszy na czerwonym świetle, gdy pokonywały Lincoln Ave. Jej uwagę przykuł kolorowy bilbord nad jednym ze sklepów i choć nie skupiła się na przesłaniu, nie oderwała od fuzji barw wzroku. Przyciągał. — Wrażliwy artysta zrobiłby nam zdjęcie i nazwał je „Życie ze śmiercią”. Perfect. — Wydęła lekko usta. — Czemu pracujesz w takiej dziurze? — nie potrzebowała tej wiedzy, ale chciała czymś zająć drogę do mieszkania Bowie. Milczały wystarczająco długo, a temat Los Padres uważała dokumentnie za zamknięty; przynajmniej ten bardzo praktyczny aspekt.
Nim światła zmieniły się na zielone, poczuwszy jak ręka prawniczki drży, wsunęła ją wraz ze swoją do kieszeni kurtki.
Ten jeden raz.
 


profil kalendarz karta postaci relacje
 
Bowie de la Cruz


Jestem w Chicago od
ponad 2 lat



30
ex lawyer

She's my guilty pleasure

Mieszkam w
Streeterville

Bowie Waverly

de la Cruz

Wysłany: 11 Wrzesień 2019, 14:01   

Patrzyła na Ramireza, jakby był dzikim wygłodniałym zwierzęciem przykutym na łańcuchu. Czy powiedzenie takiemu, że była ciężko strawna (raczej lekko) jakkolwiek powstrzyma go od ujadania?
- Nie znajdziesz go. – nie groziła. Zapewniała. – Palą ciała. – ewentualnie rzucają dzikim zwierzętom na pożarcie, ale o tym wolała nie wspominać. – Volar’a zostawili. Mogli się śpieszyć. – mówiła między głębszymi wdechami czując jak słone łzy moczą wargi. – Może jego też..? Niedaleko plecaka. – przy szosie, paręset metrów dalej lub w pobliskich krzakach mogło leżeć ciało ze strzykawką nieopodal sugerującą, że to ćpun, który przedawkował. Może jakiś NN już znalazł swoje miejsce na miejskich cmentarzu albo oddano go studentom w imię nauki? – Przykro mi.
- Wsadź to sobie w dupę! – słowa, które nie pomogą znaleźć mu brata ani nie złagodzą bólu na myśl o stracie.
- That’s fair.

Miała przed oczami wbijane gwoździe w dłonie kobiety, którą na jej oczach karano. Języki powieszone na szyjach tych, którzy śmieli twierdzić, że inni byli zerami. Pięknie zdobione stosy palonuch zmarłych z godnością i leje, jak studnie z płytkim dnem, gdzie wrzucano grzeszników, których karą była śmierć. Tego drugiego nie stosowano często. Uciekinierów nie było zbyt wielu. Za samą próbę dostawało się karę, po której odechciewało się dalszego planowania i po prostu godziło na życie w Los Padres.
Widziała to wszystko kryjąc się pod kapturem z bluzy i podgryzając sznureczek zeń wystający.
Zwróciła też uwagę na buty idące tuż obok i długo zajęło pojęcie Bowie, że wcześniej nie dane jej było tego dostrzec. Rozstała się z Ryan jeszcze gdy ta miała problemy z poruszaniem się a teraz kroczyła na obu nogach, zapewne męcząc szybciej niż wcześniej, ale przynajmniej robiła to o własnych siłach.
Czasami, zależnie od kaprysu Malvo, wypalano nieposłuszeństwo przykładając rozgrzany metalowy pręt do stóp i o tym też pomyślała, dlatego szybko odwróciła spojrzenie na bok skupiając się na mokrych płytach chodnikowych.
Automatycznie przesunęła się bliżej pozwalając prowadzić przez Nuńez, nawet nie będą w stanie rozmyślać, czy naiwnie zaufała przewodnikowi, który przypomniał jej o zadanym pytaniu i wyciągnął z ust ciamkany sznureczek.
- Potrzebowałam czegoś mniej zobowiązującego. Mniejsza odpowiedzialność, mniej zmartwień – znana dywizja? – nawet jeśli oznacza to sprzedawanie uzależniającej substancji. – na dodatek niezbyt dobrej, jak na podniebienie Bowie. – Po prostu musiałam odpocząć. – choćby to miało oznaczać pracę w beznadziejnej kawiarni, z której wyrzucenie nie będzie wielkim bólem. – Muszę. – bo na wypoczętą się nie czuła, więc plan jeszcze nie był zrealizowany. – Ty też. Powinnaś o siebie dbać. Siedziałaś tam z nimi całą noc. – z tego co zdążyła wyłapać. Zauważyła też traperskie buty na nogach mijającego je mężczyzny; aż uniosła głowę sprawdzając, kim był ów jegomość jednocześnie nieświadomie bokiem praktycznie wchodząc w Ryan tak, jakby chciała się za nią (w niej khe khe) ukryć.
- Przepraszam. – mruknęła cicho, gdy zauważyła, że przez swój manewr wstrzymały kroku. – Czyli.. wróciłaś do Eleny i Fisha? – zmiana tematu to desperacka próba odciągnięcia myśli od swego stanu.. – Boże.. teraz mnie nienawidzą. – ..co niestety się nie udało. Znów się zatrzymała. – Nie. Nie mogę. - ruszyła dalej ewidentnie mając problem co kreśleniem tego, co trzeba a czego nie, a raczej pomiędzy powinnością a pragnieniami.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Ryanne I. Nuńez


Jestem w Chicago od
24 lat



30
La artista quebrado

La isla, el sol y mi seńorita

Mieszkam w
Canaryville

Ryanne Ixchel

Nuńez

Wysłany: 11 Wrzesień 2019, 15:36   

Dwie — wcisnęła cicho między wierszami. — Ramirez był też przedwczoraj w nocy — ale co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Wychodziło i tak na to, że miała się znacznie lepiej od Bowie przypominającej ulubione stworzenia fantastyczne Ryanne; żywe trupy.
Nuńez zatrzymała się w połowie kroku. Czujnie obejrzała się do tyłu na rosłego mężczyznę, który szedł dalej ulicą nie zauważywszy, że doszło do niewielkiego zamieszania (z buta wjeżdża!) za jego plecami.
Zaczęła wysuwać dłoń z kieszeni, lecz splecione palce nie pozwalały na odpust. Tonący brzytwy się chwyta — w tym wypadku Bowie trzymała się ostatniej, w dodatku trochę przegniłej, deski ratunku, jakby Ryan była jej piorunochronem i pozwalała na uziemienie w przestrzeni po konfrontacji z Ramirezem oraz Everettami. Wtem niższa kobietka ruszyła, a Nuńez bez słowa ruszyła za nią. Rozmowa na ulicy to nie najlepszy pomysł; nie żeby szczególnie się do tego pchała z nieopisaną ochotą.
Postój taksówek.
W porę.
Zaczęła odczuwać skutki nocnych eskapad z tajemniczymi notesami i strapionymi braćmi trzy przecznice wcześniej, więc siłą rzeczy skupiła się na szczypiącym w nos, policzki oraz uszy mrozie. Odsuwała od siebie myśli związane ze spalonymi kartkami, smrodem wilgoci czy opisami tego, co Los Padres wyczyniało wśród swych, jeśli dobrze zrozumiała, grzeszników. Liczyła kroki, słuchała chrupiącego pod stopami lodu aż przyuważyła kolejkę żółtych samochodów ze świecącymi szyldami na dachach, oznaczających, że kierowcy byli gotowi do zabrania pasażera z ulicy.
Dalej pojedziemy. — Łatwe, proste i przyjemne wytłumaczenie, które podparła dodatkowo stanem kobiety oraz jej lichym ubraniem. Wprawdzie wiatr nie jebał w ryj, ale o zapalenie płuc wcale nie trudno i w takich warunkach.
Szczęśliwie bezcelowy opór nie trwał długo.
Zatrzasnęła drzwi za de la Cruz i wsiadła od drugiej strony, podając przybliżony adres kawiarni, bo kelnereczka mająca dzisiaj oficjalnie wolne na mocy nadanej przez prawo oraz interwencję federalnych (za to jednak należało podziękować Joy) nie kojarzyła faktów, a raczej — nie współpracowała na tyle, na ile powinna. Nikt nie mógł jej winić.

Poranny korek dosięgnął je pięć minut przed miejscem docelowym, jeżeli wierzyć nawigacji GPS taksówkarza. Do zapłaty łącznie czternaście dolarów i licznik nadal tykał. Zapomniała, jak bardzo sałaciarze lubili liczyć za krótkie dystanse.
W pewnym momencie Ryan zasunęła plastikową szybkę oddzielającą tylną kanapę od przednich siedzeń pasażera i kierowcy. Licha atrapa prywatności, ale powinno starczyć. Wsunęła obie dłonie z powrotem do kieszeni. Grzałka rzekomo tu nie działała.
Nie przyszłam wczoraj specjalnie do ciebie. — Powoli odwróciła głowę na wpatrzoną w szybę de la Cruz. Pomimo starannie nałożonego makijażu bez trudu zobaczyła cienie oraz zapadnięte policzki pozbawione uroczych dołeczków. — Fish mnie zaciągnął do tej kawiarni — zwal wszystko na psa. — Nie wiedziałam, że tam pracujesz. Nikt mi nic o tobie nie powiedział do tej pory. — Trzy miesiące luki w wydarzeniach, które musiała wykreślić z życia, bo nigdy ich nie odzyska. Święto dziękczynienia nie było nigdy popularne w ich rodzinie, częściej Raul i Zadie robili wszystko, aby to właśnie Boże Narodzenie stanowiło ten specjalny moment w roku, więc październik przeleciał pod znakiem zapytania i... ominęło ją Dia de Muertos. Bowie miała zatem rację, gdy powiedziała, że powinna być na Cozumel. Powinna. Powinna, powinna, powinna! Nie była.
 


profil kalendarz karta postaci relacje
 
Bowie de la Cruz


Jestem w Chicago od
ponad 2 lat



30
ex lawyer

She's my guilty pleasure

Mieszkam w
Streeterville

Bowie Waverly

de la Cruz

Wysłany: 11 Wrzesień 2019, 17:16   

- Wiem. – odpowiedziała krótko na wszystkie słowa wypowiedziane przez Ryan. Widząc wczoraj minę kobiety zrozumiała, że tamta była w podobnym szoku co ona. Wiedziała więc, że Nuńez trafiła tam przypadkiem, Fish ją zaciągną i że do tej pory informacje na jej temat były utajniane podobnie, jak to działało w drugą stronę. To po prostu się stało, jakby wszyscy wokoło wiedzieli, chociaż nikt im nie powiedział że taka była umowa. Może nie dosłownie taka, ale nikt nie wnikał zwłaszcza, że miały za sobą te wszystkie wydarzenia, które najwyraźniej je usprawiedliwiały. – Tak samo w Ikei, na występie i dzisiaj. – właściwie ‘przypadkiem’ spotkały się w czterech miejscach w przeciągu ilu dni? Czy to nie ironia? Jakiś zakazany owoc dla ludzi mieszkających w tak wielkim mieście, bo jakież istniało prawdopodobieństwo, że tak się właśnie zadzieje? Nikłe, wręcz zerowe nie licząc musicalu, chociaż i na niego Bowie nieświadomie zaprosiła Ryan, która i tak nie zamierzała przychodzić.
Zero chęci i planów. Cztery spotkania.
- A teraz jesteśmy tutaj. – ironia losu numer pięć?
Jedna z latarni, którym się przyglądała, okazała się świecić będąc jedyną zbuntowaną wobec miejskiego systemu zegarowego.
Bowie zabrała od niej wzrok i zerknęła na Ryanne, od której nie oczekiwała ani odpowiedzi ani wyjaśnień, bo jakiekolwiek one by nie były, de la Cruz ciągle będzie naiwnym szczeniakiem, który może gdzieś tam z tyłu głowy coś sobie ‘sądził’, ale już uwierzy w brutalną prawdę (jakakolwiek by ona była) i nie pomerda ogonkiem.
- Ramirez nie da ci spokoju. - skoro był u rysowniczki aż dwa razy, a nawet bez tego, po tym co dzisiaj się stało, bez dwóch zdań raz jeszcze wpadnie do jej mieszkania. - Przepraszam. - bo choć dziennik był zniszczony i jakiemukolwiek portreciście nie było na czym pracować, to Ryan była jedyną znaną mu osobą, która mogła wiedzieć, gdzie 'ta szmata de la Cruz' się zaszyła.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Ryanne I. Nuńez


Jestem w Chicago od
24 lat



30
La artista quebrado

La isla, el sol y mi seńorita

Mieszkam w
Canaryville

Ryanne Ixchel

Nuńez

Wysłany: 11 Wrzesień 2019, 17:44   

Będę mogła go posłać w diabły — wyjrzała przez przednią szybę na tańczącą hawajską laleczkę przy taksometrze i zaraz wzruszyła ramionami. — Tym razem legalnie. — Jeżeli jeszcze raz ją najdzie w mieszkaniu, skorzysta z koła ratunkowego i niechętnie zadzwoni do Bircha albo któregoś z chłopców zapisanych w telefonie. Numer 991 lub 112 był zbyt oczywisty, bo po wylegitymowaniu się przed telefon dyspozytor znajdzie w informacjach o niej wpisy i zdecyduje, że świruska zapewne ma napad paniki, więc uspokoi ją przez telefon, gdy Ramirez będzie próbował dostać się od strony okna po stalowej rynnie.
Zamyśliła się na sekundę, a gdy taksówka ruszyła z miejsca, zapytała:
Nie uważasz, że to zbyt wielki zbieg okoliczności, aby był prawdziwy? — Klakson. Znowu stoją. — Gdziekolwiek byśmy nie poszły, prędzej czy później na siebie wpadamy. — Zagubiony nastolatek-wagarowicz przebiegł na czerwonym przed maską niebieskiego seata po ich lewej. Śledziła jak mknie uciekając przed złorzeczeniem kierowców oraz pełnymi politowania złotymi przemyśleniami innych przechodniów. Zrobił raz coś nieprzewidywalnego i już całe społeczeństwo miało go za absztyfikanta z życzeniem śmierci. Młody Werter albo inny Monteki. — To prawie brzmi jak klątwa — powiedziała bezwiednie, a potem odwróciła wzrok od szarego miasta na czarną bluzę Bowie. — Es como el círculo del infierno. To jak krąg piekła.Byłam gotowa iść sama, ale chyba nic z tego. — Lewy kącik drgnął niepostrzeżenie. — Beze mnie zginiesz. Z drugiej strony, Ramirez łatwo nie odpuści. — Czyli musiała zniknąć... Oczy Bowie zrobiły się wielkie. Bystra dziewczynka, pojęła od razu. — Gdybym żyła w świecie Dantego, byłabym drzewem z siódmego kręgu, w drugim jarze. A harpie łamałyby moje gałęzie. — Karą samobójców był wieczny ból, który zadali bliskim i sobie samym. — Albo dziewiątym. Dla zdrajców. Dla tych, co odwracają się plecami. Tak czy inaczej, witaj na pokładzie tych, którzy wiedzą, czego chcą. Skoro pragniesz żyć, przestań mnie przepraszać za skutki tylko przez dawne konflikty interesów. — Założyła ręce i umilkła, zsuwając się nieznacznie po oparciu kanapy, skąd znów przyglądała się mijanym budynkom. Znowu to robiła; mówiła dużo. Za dużo. — Czasami inni po prostu nie są nas warci.
 


profil kalendarz karta postaci relacje
 
Bowie de la Cruz


Jestem w Chicago od
ponad 2 lat



30
ex lawyer

She's my guilty pleasure

Mieszkam w
Streeterville

Bowie Waverly

de la Cruz

Wysłany: 11 Wrzesień 2019, 19:31   

Zamek przekręcał się tylko na raz i był wart tyle co judasz w drzwiach, z którego pozostała jedynie dziura wlotowa z dość dosłowną funkcją dojrzenia, kto czaił się na korytarzu i w drugą stronę, czyli w mieszkaniu. Bowie jednak uprzedziła fakty, wbiła mały gwoździk i ozdobiła drzwi ramką z napisem „Keep your mind open” (lub miej dziurę w drzwiach).
Gestem ręki dała znak aby Ryanne weszła głębiej, gdy ona sama uporała się zamknięciem zamka, po czym zawiesiła się, zbyt długo rozważając użycie dodatkowego zabezpieczenia. Patrzyła na drzwi, jakby czegoś w nich brakowało a było tego sporo, bo zamek pozostawiał wiele do życzenia, więc bez słowa przeszła z malutkiego korytarzyka do części salonowo kuchennej, wzięła jedno z trzech krzeseł stojących przy malutkim stoliczku i zablokowała nimi klamkę.
Z boku wyglądała jak paranoiczka, która kolejną długą chwilę przyglądała się swemu dziełu mającym sens tylko dla tych, co znali zawartość notesu Hugo.
Z drugiej strony, kto by teraz chciał ją dopaść? Że akurat w tej chwili?
Jednak to była paranoja.
Reszta mieszkanka nie prezentowała się tak źle, jak drzwi. Przed wynajęciem go przez Bowie, powiedzenie – Nie oceniaj książki po okładce – było nieprawdziwe, ale teraz, po mini remoncie z pomocą Pedra i Allie w kwestii aranżacji, ściany wciąż wyglądały jak świeżo malowane. Ciepły beż z jasną szarością nijak zgadzał się z klimatem okolicy, kamienicy i tych nieszczęsnych drzwi. Meble były stare, ale dodatki zrobiły swoje dzięki czemu boho narzuta na kanapie dodawała salonikowi uroku, kolorowe akcenty (jak na przykład podkładki na stole) nieco ożywiały przestrzeń, a porzeczkowa woń zapachowych pałeczek zabijała smród wilgoci z klatki schodowej. Dało się żyć, bo tylko na to miało wystarczyć to miejsce, w którym de la Cruz do końca się nie rozpakowała. Część kartonów ciągle stało w kącie i te górne zakurzyły się na tyle aby mieć pewność, że ich właścicielka nie zamierzała osiadać tu na stałe. W końcu miała pieniądze. Część pochodziła z minimalnej wpłaty własnej (bo reszta na kredyt) za dom, miała też trochę oszczędności i finansowe zadośćuczynienie od szpitala, więc to nie tak, że nie mogła pozwolić sobie na więcej. Po prostu nie chciała. Poza tym, skoro rzuciła dobrze płatną pracę lepiej żeby nie szastała kasą na prawo i lewo.
- Kanapa jest całkiem wygodna. – oznajmiła dennym tonem i zdjęła płaszczyk, który przewiesiła przez rękę, bo żadnego wieszaka ani haczyka w korytarzyku na niego nie miała. Wszystko wisiało w szafie w mini sypialni. – W lodówce jest jedzenie.. chyba.. – nie pamiętała. Od rana tam nie zaglądała, a właściwie to od wczoraj, bo po powrocie z pracy od razu zaszyła się w łóżku. – Reszta..gdzieś tam.. – cokolwiek było gdziekolwiek. Znajdzie, bo dużo miejsc do przeglądania nie było. Nie warto też doszukiwać się bardziej osobistych akcentów, bo to one właśnie tkwiły w kartonach i jak coś wyjęto, to trafiło do sypialni, do której poczłapała. Plecak trafił na łóżko a tuż obok bluza, przez co nagle poczuła się goła. Nie w sensie dosłownym, ale mentalnym, więc znalazła w szafie coś świeższego (bluzę w kwiatki Adidasa) i pomrukiem poinformowała, że idzie ‘pod prysznic’.
Brała kąpiel niedługo przed wyjściem z mieszkania, więc nie, nie zamierzała myć się po raz enty. Nie to teraz miała w głowie zmierzając do najważniejszego punktu w mieszkaniu, bo wanna… ah ta wanna. Postawiono ją tuż pod oknem. Stara (starsza niż na zdjęciu – klik), z szerokimi bokami i zdobionymi nóżkami, które poobgryzał pies poprzedniego lokatora. Na parapecie leżała popielniczka, pod nią zestaw bletek i zapalniczka jakichś parę centymetrów dalej.
Usiadła na górnej krawędzi wanny, bokiem do ściany, tuż przy oknie, jedną nóżkę chowając w dolnej części wyposażenia łazienki a drugą ugiętą w kolanie również umieściła na krawędzi. Teraz parapet znajdował się nisko, praktycznie pod kolanem ugiętej górnej nogi, co wyglądało jak amatorski stół amatorskiej jaraczki zioła.
Przez otwarte okno wpadł gwar miasta przy czym zapewne to był pierwszy popełniony przez nią błąd. Drugi, to brak szumu wody. Trzeci, przekleństwo – na kurze nóżki! – wykrzyczane zbyt głośno, gdy część zioła wypadła z bletki prosto do wanny. Czwarty błąd, to brak zamka w drzwiach, ale to już raczej wada architektoniczna.
Wszystko w porządku? Może zabiła się o własne nogi?
- Tak. – skłamała, bo przecież nie było w porządku. – Nie. Płaczę nad rozsypanym ziołem. – nie ryczała jak w łazience w mieszkaniu koleżanki Everett, ale parę łez polało się, bo odkręcony przez emocjonalną burzę kurek wciąż był otwarty i gotów do wylania z organizmu całego zapasu wody.
Drzwi się otworzyły.
Zioło?
- Nie wiedziałam, czy ci wolno. – nie tłumaczyła się. Może trochę, bo nie ładnie tak się nie dzielić i z drugiej strony.. kto palił zioło o dziewiątej (?) rano. - Nie oceniaj. - przetarła pojedyncze łzy, które już nie uciekały, bo machnęła ręką nad rozsypanym ziołem uznając, że miała jeszcze trochę w woreczku, który otworzyła uzupełniając braki w bletce.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Ryanne I. Nuńez


Jestem w Chicago od
24 lat



30
La artista quebrado

La isla, el sol y mi seńorita

Mieszkam w
Canaryville

Ryanne Ixchel

Nuńez

Wysłany: 11 Wrzesień 2019, 20:06   

Okolica i samo mieszkanie de la Cruz nie wyglądało tak źle, jak przypadki widywane na granicy Englewood, gdzie zdrowy rozum nigdy nie posłał Ryanne pod wieloma przestrogami latynoskiej społeczności przez lata. Wizje zabitych okien dyktami, świszczące kule przez całą dobę, nóż pod żebra za samo pojawienie "na dzielni" — wystarczyły, aby Nuńez trzymała się innych części Chicago przez dwadzieścia cztery lata swojego życia. Nigdy też z własnej woli nie poszła zajrzeć, choć ciekawość była wielka. Mając dziesięć lat usłyszała plotkę o sąsiedzie Gonzalezie, który nie wyszedł stamtąd cało. Do dzisiaj kulał na prawą nogę. Po prostu chciał przejechać rowerem na skróty po pracy. Od tamtej pory porusza się wyłącznie metrem i o lasce.
Rozejrzała się po kompleksie, wyjrzała przez okno i ciężko analizowała, co, u diabła, przygnało de la Cruz do takiej nory. Nowe pytania pojawiały się jak króliki wyjmowane z kapelusza magika — mnożyły się, gdy nie patrzył. Miała w wewnętrznej kieszeni kurtki telefon, mogła zażądać jak najszybciej skrótowej relacji ostatnich trzech miesięcy od Pedra, Paula, ojca, Sadie, państwa de la Cruz czy nawet Allie, ale wraz z tą pogonią myśli nastąpiło gwałtowne wstrzymanie koni. Ciągnik stop.
Przecież nie zdjęłaś nawet kurtki, przypomniała sobie, podchodząc do okna z widokiem na stare zakłady pracy, z których rozpoznała po szyldzie niedziałającego od ponad dekady mechanika Trucks'n Wheels. Kiedyś Raul naprawiał tutaj swoje volvo. Nie zdjęłaś kurtki, więc czemu chcesz wyjść z większą inicjatywą? Reakcje i ciało same jej mówiło, że chciała stąd pójść. Wystarczyło przesunąć krzesło spod klamki, otworzyć drzwi i zejść po sypiących się schodach. W zmarzniętej dłoni pojawiły się papierosy. Tylko jeden.
Przeszła obok łazienki z zamiarem wyjścia na korytarz. Cofnęła się.
Nie te drzwi, co trzeba.
Opuściła trzymanego w ustach papierosa i weszła do środka, zostawiając przejście otwarte. Stanęła nieopodal wanny, wsparta bokiem o ceramiczny zlew, po czym schowała znów dłonie do kieszeni. Chowanie ich stawało się odruchem bezwarunkowym w każdej możliwej postaci.
Przesunęła językiem papierosa do lewego kącika.
Ostatnio jestem kiepskim jurorem — zerknęła pod kątem do wanny, oceniając straty na nie najgorzej, ale też nie najlepiej. — Ale nawet ja wiem, że nie zamierzałaś się tym podzielić. Brytyjczycy wymyślili na to nawet określenie: comfort food. — Zatem słowo ciałem się stało, a susz całkiem niezłej jakości (śmierdział nawet z takiej odległości) zniknął w starannie oprawianym zawiniątku. Nietknięte resztki zostały na dnie wanny. — Co jeszcze masz na sumieniu? Ruszyłaś coś twardego? — Wyciągnęła zapalniczkę i odpaliła fajkę, po czym usiadła na ściance, wciągnęła dym, wypuściła przez nos i pochyliła nad zielonymi farfoclami, zbierając je z cierpliwością sapera. Jedno za drugim. Miarka zbierała się w dołku dłoni aż najmniejszych drobin nie uszczypnęłaby długimi paznokciami, które sukcesywnie zapuszczała wiedziona przeświadczeniem, że przecież skończyła z robotą. Przejęła od de la Cruz woreczek, wsypała ostrożnie minimum opłakanej działki i oddała prawowitej palaczce.
It's your comfort food. — Strzepała popiół do popielniczki a następnie weszła do wanny. Oparła ramiona po obu bokach, jakby zażywała relaksującej kąpieli i wyciągnęła nogi przed siebie. — Nie płacz, Zippy, bo tu miejsca brak na twe babskie łzy.
Dosłownie. Tkwiła w tak obskórnej kawalerce, że płacz w niej zakrawał o moralne harakiri.
 


profil kalendarz karta postaci relacje
 
Bowie de la Cruz


Jestem w Chicago od
ponad 2 lat



30
ex lawyer

She's my guilty pleasure

Mieszkam w
Streeterville

Bowie Waverly

de la Cruz

Wysłany: 11 Wrzesień 2019, 20:53   

- Nie. – od razu zaprzeczyła drgając w miejscu i aż poczuła ciarki na plecach, chociaż skłamałaby gdyby powiedziała, że nie myślała o niczym mocniejszym na przestrzeni ostatnich miesięcy. – Nie wiem, co oznacza to określenie – przyznała szczerze. – ale dzięki temu nie miewam ataków paniki, więc.. – wzruszyła ramionami odkładając blecik z wysypanym nań ziołem, żeby odebrać to zebrane z wanny, prosto do woreczka, które zamknęła przesuwając palcami po jego górnej części. – Albo próbuje się wytłumaczyć.. Tak. Tak właśnie jest. – tłumaczyła się, bo dobrze pamiętała ich rozmowę i to, jak kiedyś przyznała się z jakiej rodziny pochodziła. Podzieliła się również obawami, co do swojej osoby, teraz prezentując kolejny przypadek hipokryzji, bo znalazła sobie nową metodę na zrelaksowanie umysłu. Czy tak nie tłumaczyły się osoby uzależnione? Zapewne, ale w tej chwili jedyne od czego było uzależnione jej ciało to od łez, bo malutkie drgnięcie w duszy lub sercu powodowało ich nalot w ilościach niekoniecznie wielkich. Po prostu były, leciały po dwie lub trzy przypominając samej właścicielce, że ciągle była skołowana i być może żadna ilość zioła tego nie naprawi.
Zerknęła przez otwarte okno na chmury wciąż gromadzące się nad miastem, co zwiastowało wieczorny śnieg, o ile temperatura spadnie poniżej zera.
- Pamiętasz, jak mówiłam o tym, gdy Joanne się do mnie dobierała a ja wyszłam z jej mieszkania i przepadałam na parę godzin? – kiwnięcie głową. – Kojarzę to jak przez mgłę. Nie wiem nawet gdzie, za całą gotówkę jaką miałam, kupiłam crack. – wyznanie grzechów? – Później trafiłam do taksówki, ale przecież nie miałam pieniędzy, więc dałam kierowcy cały towar mówiąc, że mu nim zapłacę byleby mnie podwiózł. – a nie, to jednak anegdotka (może kiedyś będzie na tyle zabawna aby śmiać się z niej na cały głos), bo gdy się przyjrzeć, dało się dostrzec bardzo delikatnie uniesione kąciki warg w momencie prychnięcia i kiwania głową z dezaprobatą wobec tego, co uczyniła. Mogła wpaść, ale kierowca okazał się na tyle użyteczny, że poproszony zadzwonił pod wskazany numer. – I ktoś taki sądził, że może być prawnikiem na cały etat. – w efekcie doszła do wniosku, że nie. Zmęczyła się. Była wręcz tragicznie złakniona zmiany, bo wszystko co wiązało się z pojęciem prawa, na ten czas było przytłaczające prawie tak samo, jak wspomnienia z Los Padres.
Łezka się polała i nawet po minie Bowie była widać, że tego nie planowała. To po prostu się działo, jak u Chandlera, który w końcu odkręcił kurki i płakał kiedy popadnie.
- Zauważyłam, że chodzisz. – no fukin way Sherlocku. – W sensie.. – nie miała kiedy o tym wspomnieć albo po prostu myślała wtedy o przypalanych w zgromadzeniu stopach. Przetarła powieki dziękując sobie, że nie nałożyła dziś żadnych cieni. – ..twoje zdrowie.. – trzeba przyznać, że budowała bardzo zgrabne zdania, jak na kogoś, kto nawet nie wiedział o co pytał, bo nie miał pojęcia co działo się przez ostatnie trzy miesiące. - Jak jest? - bo pytanie - jak się czuła - było zbyt zawężone, jak pamięć de la Cruz, która starając się odsuwać od siebie złe myśli, szukała ratunku w wielu formach, nawet teraz zapminając o tej, po jaką tutaj przyszła. Bletka ciągle niezwinięta leżała na parapecie a ona oparła skroń o ścianę wpatrując w Ryan nieco przymglonym spojrzeniem.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Ryanne I. Nuńez


Jestem w Chicago od
24 lat



30
La artista quebrado

La isla, el sol y mi seńorita

Mieszkam w
Canaryville

Ryanne Ixchel

Nuńez

Wysłany: 11 Wrzesień 2019, 21:35   

Ktoś taki odwalił kawał kolosalnej roboty, poniósł własną ofiarę, doprowadził sprawę do końca i zamknął na kilka ładnych lat mordercę, gwałciciela, szantażystę i manipulanta — złego człowieka, co należał do więzienia tak samo, jak Bowie należała do świata prawników. Nie wyprze się tego, że była dobra, ale nie w obowiązku Nuńez leżało przekonanie de la Cruz do odmiennego zdania. Nie teraz. Nie gdy była taka...
Jak ja.
Nieszczęśliwa.
Gówniane. — Najkrótsza wersja, urywek podany do prasy. Normalnie wielki tytuł na pierwszej stronie. Podrapała kciukiem u dłoni z papierosem lewą brew i poruszyła żuchwą na boki, trąc zębami o siebie. — Taksówka? — Pamiętała. — Nie wzięłam jej dla wygody czy przez chłód. — Łatwiej było zrzucić winę na otoczenie. Wyzywająco spojrzała na własne nogi. Przez moment nawet pomyślała o zgaszeniu papierosa na kolanie, ale to nic by nie zmieniło. Ból pozostałby taki sam. Tkwił głęboko w tkankach, w duszy, w umyśle i każdej refleksji, która przenikała materię.
Pociągnęła cieknącym nosem. Nie płakała. Po prostu było jej chłodno — a to z kolei wina Ramireza. O, temu to by dopiero wsadziła rozgrzanego peta w oko. Nie wyjąłby go.
Nie chcę o tym rozmawiać — zdradziła posępnie, podnosząc się do siadu. Wsparta jedną ręką, drugą sięgnęła do popielniczki, aby zgnieść resztki filtru. Dym palonego tytoniu roznosił się jeszcze chwilę w powietrzu i uciekł przez uchylone okno na zewnątrz. Ach, to stąd ten ziąb. Obok popiołów na parapecie leżał nieukończony skręt. Świeże, jak dopiero zadana rana ostrzem, słowa Bowie rezonowały w jej głowie. Prawniczka nie musiała się przed nią tłumaczyć, a i tak uparcie dążyła do tego na samym początku. — Całe szczęście, że oddałaś sałaciarzowi tamto gówno. — Podniosła wzrok, skinęła głową dla potwierdzenia, iż zamierza przekroczyć granicę i sięgnąć po bletkę. Nachmurzyła czoło, złapawszy ostrożnie za końcówkę. Nie widziała nigdzie zawleczki. — Zawijasz na ślinę? — A jak inaczej? — Z dwudziestoczterokaratową nie byłoby to możliwe — prychnęła. Jaką? — Dwudziestoczterokaratową. — Podsunęła bibułkę sobie pod nos i jak zwykłego papierosa poliza czubkiem języka krawędź. — Mam wuja na Kubie, który sprzedawał złote skręty komunistom — jak każda szanująca się rodzina Latynosów, ktoś musiał maczać palce w interesie używek. — Był przyjacielem Fidela Castro, dopóki ten nie zaczął podupadać na zdrowiu. Nigdy nie zjeżdżał na rodzinne fiesty w Cancún. — Zacieśniła mocno papier, wyrównała zioło w pionie (co by nie usypało się, a jakże) i zakręciła końcówkę w zębach. Jeżeli nie ma ustnika to już bieda, ale nie od biedy był też McGyver. Tak stworzone zawiniątko szczęścia złapała kciukiem i palcem wskazującym, oglądając z każdej strony. Pokręciła głową, wywaliła dolną wargę z uznaniem dla samej siebie, bo minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz skręcała jointa i schowała do kieszeni. Ktoś prawie zszedł na panikę, bo, halo, to jej towar.
Nie podnoś rabanu — zbyła Bowie, wychodząc z wanny. — Idę po jakieś ręczniki. Pieruńsko zimno... — wyburczała pod nosem i zniknęła na niecałe pięć minut, podczas których zdążyła zajrzeć do pustej lodówki pełnej zimnego soku pomarańczowego (oczywiście) i szaf, gdzie wprawdzie nie było tego, czego szukała, ale koce też się nadadzą. Jeden był znajomy. Po drodze buchnęła z kanapy dwie poduszki i z takim zestawem powróciła, jak Robin Hood z darami obdarowując biednych; kradnij biednym i oddawaj biednym.
Poduszki wsadziła po swojej stronie wanny. Nie ściągnęła butów, za to rozpięła kurtkę kożuchową i usiadła z powrotem na miejscu, ciągnąc koce ze sobą. Tak oporządzona, przykryła się po pas a następnie wyciągnęła upragnione zawiniątko i paczkę pall malli, którą rzuciła na parapet po wyciągnięciu pojedynczej sztuki. Obie fajki wsunęła odpowiednio za lewe i prawe ucho.
Chodź, zanim uznam, że jestem większą wariatką niż sugerują papiery. — Może i była odrobinę zniecierpliwiona, ale to wyłącznie wina ociągającej się kobieciny, jakby nie wierzyła w to, co właśnie się dzieje; spaliła wcześniej i tego nie pamiętała? — Zimno. — Właź tu, natychmiast. — Nie będę wiecznie trzymać w górze koca. — Jasne, Ryan. — I weź zapalniczkę z parapetu. — Będą truć się razem, skoro już doszły do wniosku, że los skazał je na siebie w najbrutalniejszy sposób; gorzej byłoby tylko, gdyby okazały się siostrami.
Siostry jednak też mogły się przytulić, zapalić zioło, tytoń, milczeć w zimnej łazience i pozwalać światu trwać, gdy ich życia przypominały wyschnięte, brudne kałuże pełne błota.
 


profil kalendarz karta postaci relacje
 
Bowie de la Cruz


Jestem w Chicago od
ponad 2 lat



30
ex lawyer

She's my guilty pleasure

Mieszkam w
Streeterville

Bowie Waverly

de la Cruz

Wysłany: 11 Wrzesień 2019, 22:35   

Zioło nie smakowało dobrze po tytoniu ani na odwrót, a przynajmniej tak oceniła to Bowie skora w milczeniu na ów eksperyment, który zasugerowała jedynie gestami; konkretniej podwędzeniem papierosa spomiędzy palców Nuńez, która domagała się natychmiastowego zwrotu, więc dostała skręta i to co z nim zrobiła, zależało od jej woli.
Bletek wypełniony trawą ostatecznie wrócił do rąk prowodyrki łazienkowego spędu, który nabrał nieco innego toru przez pomoc towarzyszki na jaką to podobno była skazana. Obie były. Z jakiegoś nieznanego nikomu powodu (albo studnia była zaklęta).
- ”Hancock”. – niespodziewanie zarzuciła kinowym tytułem z 2008 roku. – Ten film z Theron i Willem Smithem. – to nadal nie wyjaśnia, czemu o nim sobie przypomniała. – Przez wieki byli na siebie skazani, a raczej przeznaczeni tylko, że gdy znajdowali się blisko siebie stawali się śmiertelni, co przez setki, jak nie tysiące lat, im nie przeszkadzało. – aż blondyna wychujała czarnucha i uznała, że kolejny raz nie zniesie śmierci ukochanego, więc pozbawiła go pamięci i porzuciła gdzieś na przydrożnej drodze. – Na to możemy chorować. – nie dosłownie, ale coś w tym stylu z przymknięciem oka na wypalone do tej pory zioło i nieco wszystko naciągając, jak dobrze zwinięty bletek. – Albo po prostu ja muszę umrzeć a ty żyć. – i znów zrobiło się poważnie. – Bo na to jesteśmy skazane. – w teorii by się zgadzało. Ryan długo pragnęła śmierci, ale jej nie uzyskała. Bowie chciała żyć, ale oficjalnie według zgromadzenia powinna umrzeć.
Jedna uciekała od życia a druga od śmierci.
Znów zamilkła pozwalając aby marihuana powoli przejęła pracę neuronów i władzę nad prędkością pojawiających się myśli, które nie torpedowały jej z każdej strony, jak granaty masowo zrzucane z nadlatującego samolotu.
Obrazy wciąż nie były przyjemne, ale przynajmniej nie szarpały, jak nie niszczyły powodując pęknięcia, wszystkich strun na raz.
Podjęła nawet w wątpliwość swoją teorię na temat Hugo, ale szybko uznała, że to tylko nadzieja niepotrzebnie się odzywała, bo przecież wiedziała, mogła oddać za to wszystkie swoje pieniądze, że chłopak nie żył. Nie było możliwości aby ukarali go w inny sposób. Zasady to zasady. Przez lata wpajane ludziom do głów musiały zachować stabilność aby miały sens i żeby utrzymały w ryzach całą społeczność.
- Asilo.azyl. Wypowiedziała cicho. – Tak mnie tam nazwano.on ją nazwał. Jak każdego, bo mówił, że miał dar wnikania w duszę. – Nie kłamałam, Ryan. Nie wymyśliłam sobie tego. – żeby nie mówić więcej na temat zgromadzenia, do czego z pewnością zostałaby zmuszona, gdyby Hugo żył. – Go już nie ma. – nie było żadnej innej możliwości. – Masz przy sobie telefon? – co? Nagle zmieniła zdanie i chce rozmawiać z Everett? – Nie. Chce zamówić jedzenie – swoją komórkę zostawiła w plecaku w sypialni nie myśląc wtedy o dodatkowym plusie palenia zioła, czyli o gastrofazie, która na pewno ją dopadnie, dlatego przed czasem wolała zadzwonić. Przy tych korkach jedzenie przyjedzie za dwie godziny, może półtorej. – i alkohol. Urządzimy sobie mini Dia de Muertos. – zioło musiało przez nią przemawiać. Nie tylko w przeskokach tematów, ale także ich połączenia. Najpierw zmarły Hugo, a potem nawet wpasowujące się Święto Zmarłych, które w Meksyku obchodziło się w wyjątkowy sposób. – Co? – niech nie patrzy na nią jak na obiekt latający. – Pamiętam. – że Nuńez chciała na nim być, kiedy już dotrze do wymarzonego Cozumel.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Ryanne I. Nuńez


Jestem w Chicago od
24 lat



30
La artista quebrado

La isla, el sol y mi seńorita

Mieszkam w
Canaryville

Ryanne Ixchel

Nuńez

Wysłany: 11 Wrzesień 2019, 23:08   

Miała już tyle dowodów podanych na tacy, że jedynie głupi nie uwierzyłby w historię o Los Padres. Nadal podchodziła do tego sceptycznie, co do samego zioła, które wciągnęła tylko raz i rezygnując z każdego kolejnego momentu wymiany fajek pokoju. Nie lubiła tego smaku na języku, dlatego trzykrotnie na raz zaciągnęła się porządnie ukochanym tytoniem. I rak był szczęśliwy, a wypuszczone wraz z kłębiskami wolne przemyślenia nie powróciły już do tematu. Asilo czy nie Asilo, to nie był temat na teraz.
Kogo chciała oszukać... Już tkwiła w tym za bardzo. Głupi szczeniak zaszczekał o dwa razy za dużo i teraz nie potrafiła wyzbyć się wizji wiszących języków, jak krawaty Escobara, tylko mniej czasochłonne i oszczędzające drugiego człowieka. Czy to też nie było w Igrzyskach, zapytała samą siebie, przystawiając podbródek do czubka głowy Bowie.
W kieszeni — odparła, myśląc o Katniss Everdeen, tej fikcyjnej, nie sędzinie. Usilnie próbowała przypomnieć sobie imię okaleczonych ludzi z Paanem. No, to niech wyciąga. Co? Dia de Muertos. Que? Komórka. — Przeszkadzasz mi w wyciąganiu telefonu — nie miało to sensu, ale powiedziała cokolwiek. W dodatku Bowie nie zamierzała się tak szybko ruszyć, anektując przestrzeń pod kocem, a plecami przylegając do Nuńez, jak wielkiego (bez przesady) pluszowego misia, bo to jedyna kombinacja, która zdawała egzamin w wannie nie powodując uszczerbku na zdrowiu. — I nie masz calaveras de azúcar czaszek z cukru. Za to kojarzyła dobrą meksykańską knajpę przygotowującą jedzenie na wynos.
Mini Dia de Muertos.
Bogowie... widzicie?
Powoli spalała końcówkę papierosa, słuchając jak Bowie rozmawia z nad wyraz przemiłą obsługą po drugiej stronie połączenia. Cantina Laredo oferowała szereg najróżniejszych dań meksykańskich i de la Cruz uczyniła ten honor, nabijając rachunek na grube dolary. Dowóz darmowy, ale może się spóźnić. I kto za to wszystko zapłaci? Ta, którą zioło nie chwyci. Portfel jest w torebce. Prędzej sczeźnie, niż tknie forsę prawniczki — i nie chodziło bynajmniej o moralność.
Zanim się zorientowała, minęła pierwsza godzina. Wypaliła tylko trzy papierosy na spółę, bo drugiego skręta nie pozwoliła Bowie zwinąć (podsunąć do poślinienia, jak znaczek pocztowy). Wystarczyło to, co miało rzekomo zadziałać na de la Cruz. Od samego wdychania nie dostanie takiej fazy, jak palaczka zioła, więc może tylko dlatego pozwoliła sobie na drobne gesty by zająć czymś ręce, jak powolny drapanie paznokciami po skórze głowy i karku kobiety w tę i z powrotem. W końcu zatrzymała się na wyczuwalnych pod opuszkami bliznach. Tych samych, które zrodziły pierwsze pytanie...
Czemu ci to zrobili? — zapytała cicho, przykładając całą dłoń do naznaczonego miejsca. Kciukiem pogłaskała linię włosów. — Nie mów, jeśli nie chcesz — dodała, kiedy Bowie spięła odruchowo mięśnie. Obrona. — Tutaj cię nie znajdą. — Powoli, oddech.
Czy tak czuł się John Wick ze swoim czworonogiem? Scenarzyści nałożyli na psiaka wyrok, tak jak Los Padres na Bowie, choć do tej pory nikt jej nie znalazł. Nikt, prócz Stanley Everett, a jeśli ona potrafiła do niej dotrzeć.
Nie, zganiła się. Nie angażuj się.
 


profil kalendarz karta postaci relacje
 
Bowie de la Cruz


Jestem w Chicago od
ponad 2 lat



30
ex lawyer

She's my guilty pleasure

Mieszkam w
Streeterville

Bowie Waverly

de la Cruz

Wysłany: 12 Wrzesień 2019, 09:50   

Patrzyła przed siebie z potylicą wspartą o ramię Ryan aż nieco zmieniła pozycję w miarę możliwości kuląc nogi, ciało przekręcając bokiem do kobiety, którą objęła pod ramionami, tym samym przegrywając z narzuconym sobie do tej pory dystansem i skronią wspartą na mostku. Chroniła się przed spojrzeniem. Wyposażenie łazienki okazało się mniej inwazyjne, podobnie jak chmury na zewnątrz, które wciąż zbierały się za miastem. Żadna nie pomyślała aby zamknąć okno, więc w ruch poszły papierosy, na których widok (każdego kolejnego) burkała (jak burek) mało zadowolona i w ramach odciążenia płuc Nuńez, sama również częstowała się tytoniem.
Myślała o tym, czego pragnęła uniknąć od momentu, w której Everetty pojawiły się pod domem państwa de la Cruz. O ich celu, Los Padres, Malvo i kobiecie, która ją tam zaprowadziła. Złapała się na rozmyślaniu, jak ów osoba się zmieniła, ale szybko uznała, że jej to nie obchodziło i równie dobrze mogłaby być teraz martwa, co przeraziło Bowie (jej własne myślenie) tak bardzo, że gdzieś w przeciągu minionej godziny wbiła się jeszcze mocnej w ciało Ryan i wylała parę drobnych łez.
- Od samej siebie nie ucieknę. – bała się zgromadzenia, ale nie była bez winy. Zrobiła tam rzeczy, z których nie była zadowolona i choć na koncie nie miała tego tak wiele, jak co poniektórzy, to nadal czuła się z tym źle. Po prostu ranienie ludzi, to nie jej ulubiony sport i nie potrafiłaby przejść z tym do porządku dziennego. – Tak, jak Hugo – świeć panie nad jego duszą. – nie chciałam czegoś zrobić. To było w wieczór nadania imienia, podczas którego uświadamiają ci, że każdy uczynek ma swoje konsekwencje. – każda podjęta decyzja wiązała się z określonym skutkiem. Powoli rozluźniła uścisk i leniwie odsunęła od Ryan, bo na tę chwilę nie czuła się godna na jakąkolwiek bliskość. - Odmówiłam raz. – pochyliła się do przodu w głąb wanny, tuląc do siebie zgięte w kolanach nogi i pozwalając zimnemu powietrzu wkraść się w powstałą między nie przestrzeń. – Potem drugi. – dwa stanowcze ‘nie’ odbiły się na delikatnej skórze. – Byłam gotowa na trzeci i wtedy on już wiedział.. – że nie odpuści, dopóki nie zmieni taktyki. – ..była tam jeszcze druga nowa dziewczyna i on wtedy.. – czuła odrazę, ale do samej siebie. – ..zagroził, że będzie ranił ją, jeżeli w końcu się nie przemogę. – pamiętała swój błagający wzrok skierowany do kobiety, która ją urodziła i to jak szukała pomocy u innych, ale oni tylko czekali, bardzo niecierpliwie, bo coś co w normalnym świecie było tragedią, dla nich stawało się powodem do świętowania. – Zrobiłam to.. – schowała głowę między ramionami obejmującymi nogi. – Comadreja krzyczała, powiedziała, że to się nie powtórzy.. nie była jeszcze gotowa, jak Puente, przyjąć kary, wręcz prosząc o nią, więc.. kazali prętem przypalać jej stopy aż podziękuje. - gdyby nie trawa zapewne walczyłaby teraz z hiperwentylacją a tak, płakała nad rozlanym mlekiem, bo nic innego jej nie pozostało.
Czyżby?
Mogła przecież zadzwonić do Everett i z nią porozmawiać, tylko nikt nie dawał gwarancji, że to w ogóle pomoże uspokoić rozedrganą duszę.
- To ja powinnam trafić do zakładu zamkniętego a nie ty. - w jednym już była, ale Marhkam w porównaniu z miejscem, gdzie przebywała Ryan, przypominał przemiły hotel, gdzie po prostu ludzie częściej krzyczeli częściej i na śniadanie pożerali kolorowe tabletki.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Ryanne I. Nuńez


Jestem w Chicago od
24 lat



30
La artista quebrado

La isla, el sol y mi seńorita

Mieszkam w
Canaryville

Ryanne Ixchel

Nuńez

Wysłany: 12 Wrzesień 2019, 11:08   

Niechętnie zgodziła się z myślą, że jeszcze dzisiaj czeka ją masa refleksji nad tematem zbyt bliskim de la Cruz. Ostatnio żyła wyłącznie w świecie marnego filozofowania, tkwiła obok siebie w astralnym niebycie i rozmawiała z bogami, bo, jak przytoczyła jedna z oddziałowych współwięźniarek: "Jeśli rozmawiasz z Bogiem, jesteś wierząca, ale jeśli to Bóg do ciebie przemawia, jesteś schizofreniczką. Kto im pozwolił nas tak oceniać?". Miała zadatki na chorobę psychiczną albo szukała pocieszenia w podtrzymujących żywot kosmosu wyśnionych bogach, którzy w akcie łaski potrafili oskórować siebie nawzajem; brzmiało znajomo.
Wpatrywała się w skurczone plecy de la Cruz bez wyrazu. Wsparła skroń o dłoń opartej ręki przy kancie wanny. Przypalanie prętem przypominało czasy łowców czarownic. Papierosy nadal leżały na parapecie, wystarczyło tylko się podnieść.
Pod koniec pierwszego miesiąca miałam głupią nadzieję, że być może ktoś do mnie przyjdzie i powie, jak to skończyć — niezliczone godziny milczenia w trakcie terapii, śniadania z sobie podobnymi wariatami, denne rozmowy z zamkniętymi w sobie na trzy spusty — ale w połowie drugiego przestałam. Pewnie tylko dlatego nic nie zrobiłam. A potem uznałam, że jeszcze zdążę dopiąć swego, ale na własnych warunkach. — Z dala od krzyków, izolatek, olejnej farby na ścianach, najlepiej w jakimś urokliwym zakątku, bo wcale jej nie pomogli. Instytucja psychiatrów powstała po to, aby nauczyć pacjenta żyć z problemem, nie go zwalczać. — Najwidoczniej teraz jeszcze nie pora.
Miała coś do zrobienia, lecz pomiędzy poczuciem obowiązku a faktycznym przekonaniem istniała cieniutka nić różnic mniej lub bardziej poważnych. Do jednych należał komfort i bezpieczeństwo własne, do których świat odebrał jej prawa, bo nawet tkwiąc w statecznym punkcie i tak dostawała po dupie. Za nic. Chyba, że to zemsta za wszystkie przewinienia za młodu; to nadal przesada. A może naprawdę nie powinna była tkwić w tym towarzystwie? Nad tym również zastanawiała się długimi popołudniami i wieczorami, zanim lekarstwa utulały ją do stosunkowo krótkiego snu.
Wracaj — poleciła cicho. Bowie płakała dalej. — Przecież ci zimno — nie jej, a tej nieszczęsnej kobiecie. Subtelna różnica. Niezależnie od tego, że tam, gdzie niedawno była de la Cruz, ciepło zaczęło uciekać przez różnicę temperatur.
Zaparła się po obu stronach i podniosła na tyle, aby jednym ramieniem objąć Bowie przed sobą a drugą dosięgnąć paczkę papierosów. Numer cztery. Wysupłała z kieszeni de la Cruz zapalniczkę. Nachyliła się bardziej, układając brodę na drżącym ramieniu. Podsunęła papierosa pod jej usta. Pytające, mokre spojrzenie. Skinęła krótko. Trzymała fajkę, gdy Bowie złapała filtr między wargi. Wyciągnęła drugą rękę z zapalniczką i odpaliła końcówkę.
Wdech — krótki. — Wydech — długi. — Dobrze. — Reszta dla niej, co uczyniła przekładając papierosa z ręki do ręki, drugą wsuwając na talię de la Cruz. — Zrobiłaś, co musiałaś, aby przetrwać. To nie wiara, tylko instynkta Malvo kolejno skurwysyn.Ból nigdy nie jest odpowiedzią. Flagelanci w końcu się wybili. Majowie zniknęli, gdy zaczęło brakować ofiar z niewolników. Zostali oni sami i obowiązki wobec nieistniejących tworów — najeżdżała na własne przekonania. Przysunęła usta do ucha pod ciemnymi włosami i ostrzegła: — Jeśli będziesz dalej płakać, zjem twoje tacos. — Poważna groźba, zwłaszcza wobec kogoś z gwarantowaną gastrofazą (i cholernie kiepski dobór słów przez kogoś, kto niby jest hetero... just sayin').
 


profil kalendarz karta postaci relacje
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Strona wygenerowana w 0,35 sekundy. Zapytań do SQL: 7