Poprzedni temat «» Następny temat
Wonder Passion
Autor Wiadomość
Chicago


Chicago

Wysłany: 30 Wrzesień 2018, 22:19   Wonder Passion

Miejsce dla wszystkich, a jednak nie dla byle kogo. Nie spotka się tu gościa w dresie ani panny w podrabianym Gucci. Wejście kosztuje i to nie zawsze muszą być pieniądze. Trzeba wyglądać, trzeba mieć nazwisko albo znajomych, z którymi wejście do tego źródełka przyjemności będzie najlepszą rzeczą w życiu. Dobra muzyka, jeszcze lepsze alkohole i ludzie, od których można kupić coś więcej.
Nieliczni wiedzą, że oficjalna nazwa klubu to Wet Pussy. Zmieniono ją na rzecz lepszego PR, co stanowiło również pretekst do tego by oddzielić starych wyjadaczy od młodych napalonych zwierzątek pragnących się zabawić. Ci pierwsi wiedzą, zaś drudzy muszą się nauczyć, że miejsce to należy do Charlotte Hodges, której częstymi gośćmi są członkowie jednej z mafijnych Chicagowskich grup.
Miejsce pełne przyjemności, interesów, ludzi z pasją i przede wszystkim bezpieczne od oka sprawiedliwości. Konstytucja nie sięga do Wonder Passion chyba, że to prawo pisane przez szefową.

Bawcie się dobrze i znajdźcie przyjemność w przekraczaniu wszystkich granic.





 


profil
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 2 Październik 2018, 23:26   

That bitch… | Konsoleta DJ-a


- Udowodnij.
Słowa brunetki docierały do niej stłumione przez głośne basy, roznoszące się po parkiecie, który stał się nieoficjalnym miejscem spotkania biznesowego, jakie planowała od tygodnia, odkąd trafiła do domu Harlow i poprosiła o pomoc w odnalezieniu informacji z głębi Internetu.
Kiedy refren zwolnił na przejściu, a taneczne skoki bawiącego się tłumu dookoła nich zelżały, podeszła bliżej, wpadając wprost w objęcia kobiety o nieprzyzwoicie dobrym nosie do złodziejskiej żyły złota.
- Co mam zrobić? – domyślała się, że zdobyć względy i wejść w spisek nie będzie łatwo, ale naprawdę potrzebowała tej forsy. Crack był na wykończeniu, Collins, ten ślepy rycerz z białą laską u boku, chciał skrócić ją o głowę przez to zaleganie z czynszem, a w dodatku musiała jakoś przetrwać… Chwyciłaby się każdej roboty, aby wyjść z tymczasowego – jakże optymistycznie – dołka, ale jeżeli mogła wkupić się w łaski Ocean, dlaczego miałaby dalej kraść na bazarze, jak mogła zrobić to w o wiele przystępniejszym stylu?
Kobieta w dwóch kocich ruchach znalazła się za nią, wprawiając bioderka w ruch, niby to tańcząc do tworów DJa. Odgarnęła długie włosy Tal Rashy na jedno ramię i zbliżyła usta do ucha, nakręcając nieopodal tańczącego Afroamerykanina, co szturchnął swojego kolegę. Był dobrym kumplem, lubił dzielić się przyjemnościami.
- Widzisz tego biznesmana naprzeciwko ścianki z absyntem? – musiała, był jedynym w otoczeniu facetem w drogim garniaku. – To Roberto Garcia, makler od dekady i pracz pieniędzy od pięciu lat aktywnie działający w Chicago. Ma słabość do głębokich dekoltów, wody różanej, obrazów Moneta, a nienawidzi noszenia kart i czeków, bo lubi pozostawać anonimowy. Taki biznes w końcu zobowiązuje. – już wiedziała do czego dążyła.
Przy zmianie rytmu, odwróciła się nagle i zarzuciła ręce dookoła szyi Debbie, a kobieta chwyciła za talię młodszej kobiety.
- Ile?
- Osiem tysięcy. Jego obrzydliwy portfel miewał lepsze dni.
- Chcesz całość.
- Szybko się uczysz.
- Jaki podział?
- Pół na pół – wystarczy na zachowanie tymczasowo lokalu – Jeżeli faktycznie jesteś tak dobra, jego zegarek również nie powinien sprawić ci problemu.
Szanujący się makler-szop nosił typowego, szwajcarskiego Rollexa, którego model może i nie był z najwyższej półki, lecz wystarczyłby na dodatkowy towar i zostałoby coś ekstra. W klimacie neonowych, niebieskich świateł, przeplatanych z ostrą czerwienią, nie powinno być najmniejszego problemu, o ile akurat był pijany.
- Wracam za piętnaście minut.
Jeżeli miała zadowolić Debbie, musiała działać szybko i przede wszystkim – konkretnie. Kwadrans to wystarczający czas, aby zdobyć zegarek, ale portfel, tkwiący głęboko w zapoconej marynarce – inna para kaloszy. Pierwsze siedem minut poświęciła na obserwacje. Detale, jak stoliczna na lodzie, oglądanie za co ładniejszymi kobietami, kiedy akurat pojawiły się nieopodal drapieżnika przy wodopoju, siedzenie na krawędzi stołka i grube okulary na opalonym nosie – wszystko pasowało do obrazu typowego samca (zdecydowanie nie alfa, ale myślącego tak o sobie). Nie powinno być problemów, o ile zamówiony dla niego drink zostanie wypity na raz. Spojrzał na nią. Stała obok baru i uśmiechnęła szeroko, wznosząc własny sok pomarańczowy, kiedy barman oświecił maklera, że to dar od tej uroczej panienki z drugiego końca lady. Spirytus łapał szybciej, a męska duma nie pozwoliła Garcii wypluć czy choćby kaszlnąć, acz na twarzy zrobił się czerwony, jak burak. Dziewiąta minuta meczu. Rozmowa o wszystkim i niczym, wychwalanie jego okularów. Dwunasta, szybka setka tequili, śmiechy i markowanie własnych, złocistych trunków sokiem jabłkowym. Barman dostanie dodatkowy napiwek. Czternaście. Przymierza jego binokle, od których zaczyna boleć głowa, ale wraz z pełnym kwadransem, wskakuje na bar, ciągnąc ze sobą mężczyznę, aby poszalał ku zadowoleniu imprezowiczów pod nimi. Wygibasy, uśmiechy, zalotne spojrzenia, sięganie za pazuchę, obroty prawie jak do tanga przy akompaniamencie lecących szkieł i łomotu napitego Garcii. Spadł po drugiej stronie, lądując obok nalewaka. Nikt nie wie przez ciemne światło (hu hu), dokąd udała się jego partnerka, oprócz Debbie, przeliczającej łupy w kącie. Zegarek pójdzie na złom. Jednak nie miał tyle smaku i klasy, aby pozbyć się taniej podróby z nadgarstka.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 3 Październik 2018, 19:07   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


/Co się będę męczyć z szukaniem czegoś?/
Syrenka w oceanie plugawości.
Charlotte stała swobodnie przy wychodzącym do wewnątrz ogromnym, okrągłym i pancernym oknie (oko pana i władcy) na piętrze, skąd miała doskonały widok na cały klub. Uwielbiała obserwować te wszystkie niewyżyte zwierzątka gotowe oddać się przyjemności, którą widzieli w zabawie, alkoholu, dobrej muzyce i jeszcze lepszym, idealnie dobranym towarzystwie. Byle kto nie miał tu wstępu, ale niestety czasami nawet ktoś okazywał się gównem niewartym wykorzystania go nawet jako nawóz.
- Wystarczy, że udostępnisz nam parę swoich magazynów w większych miastach. – odezwał się jeden z mężczyzn siedzących na kanapie nieco głębiej pomieszczenia, gdzie nie sięgała już szyba zdradzająca z kim i o czym rozmawiała Hodges.
- Do handlu żywym towarem? – zapytała na głos obserwując jak zwinnie Tal Rama znika z pola widzenia nieszczęśnika upadłego z baru.
- Do zatrudniania imigrantów. – sprostował, jakby to określenie nie upadlało jego propozycji. To, że nazwano sprzątaczkę konserwatorką powierzchni płaskich nie oznacza lepszego samopoczucia pani latającej ze szmatą lub szorującej kible takiej kanalii, jak Tony szczerzący się do blondynki, jak małpa do złotego banana.
- By kazać im się dupczyć. – widząc, jak ochroniarze dostali się do dwóch kobiet mogła, przestać śledzić je wzrokiem. Niechętnie skierowała spojrzenie na pewnego siebie Tony’ego z wielkimi zabawkami w około. Tylko ta blisko coś maleńka.
- Zaobserwowaliśmy zapotrzebowanie na tego typu usługi. – rzucił sarkastycznie odsłaniając swe zębiska, z czego jeden nadawałby się na brylant dla Kardashian.
- A ja mam zapotrzebowanie na obrzyganie was wszystkich i odesłanie do kołchozu. Lepiej przekaż szefowi, żeby wsadził sobie te propozycję w dupę, a jak nie to Jurij to zrobi, ale przy użyciu cholernego ananasa od strony pieprzonego liścia. – warknęła gestem ręki wskazując im wyjście. – Skończyliśmy. Mam kolejne spotkanie. – kolega Jurija zrobił krok w przód sugerując, że nie warto dyskutować i lepiej zebrać swe nędzne dupska z wygodnych kanap, które zapewne trzeba będzie wyprać. – Przypomnij mi, czemu jeszcze go nie wykastrowaliśmy? – szepnęła do swego wiernego ochroniarza stojącego przy fotelu, na którym właśnie usiadła.
- Bo to syn Caputo.
- Jego też dopisz na listę.
- Już to zrobiłem. – uniosła spojrzenie nie kryjąc uśmiechu, którego i on tym razem sobie nie oszczędzał. Trwało to tylko chwilę, bo w drzwiach miała stanąć jej niedawna pracownica. Właściwie to jednodniowa pani od mebli, a jednak już wtedy zdążyła pobudzić wyobraźnię Hodges, która nie mogła odwrócić wzroku od baru przejętego przez kocie ruchy al-Hazir. Stała za swą szybką i bardzo mocno żałowała, że nie może sięgnąć do syrenki i porwać jej na zaplecze.
Chciałaby mieć Ramę na własność.
------------
Goryl wysokością dorównujący najwyższym koszykarzom wyrósł tuż obok zadowolonej z siebie al-Hazir. Położył dłoń na jej chudym ramieniu i zacisnął boleśnie nieco śmielej łapiąc za rękę młodej damy, która zapewne próbowała się wyrwać.
- Nie walcz. Nie warto. – Debbie również pojawiła się nieopodal z drugim podobnym do tego pierwszego gościem, który nawet jej nie dotykał, a przynajmniej nie teraz, bo chwilę zajęło nim Ocean zrozumiała, że to nie był bęcwał pragnący ją zmacać a klubowy ochroniarz. Ten drugi wskazał kierunek, w którym miały pójść i jeżeli Marokańska księżniczka nie będzie sprawiać problemów to nawet dojdzie tam o własnych nogach i bez boleści wywołanych silnymi łapskami ochroniarza z charakterystycznym tatuażem z boku czaszki. Bez wątpienia to był wąż, a konkretniej kobra indyjska z dodatkowymi detalami, które nie występowały u tego typu gadów, ale za to należały do symboli Indyjskiego zgrupowania (Z reguły mało przyjaznego, ale w rąbniętego pokera można z nimi zagrać. Wygrany mógł odrąbać komuś któryś z palców). – Ja będę gadać a ty milcz, bo inaczej odetnie nam nogi byśmy nie mogły uciec, jak będzie wydłubywać nam oczy. – uprzedziła, gdy szły ciemnymi schodami na piętro. – Nie martw się. Jesteś ze mną, więc nic nam nie będzie. – uśmiechnęła się zniewalająco i z taką pewnością siebie, że nie dawała żadnych złudzeń. Nie było czego się bać. To tylko krótka wizyta u kogoś kryjącego się za ciemnymi podwójnymi drzwiami, które otworzył ten goryl z wężem. Kobiety minęły się z trójką mężczyzn, którzy zapinając swe marynarki, zerknęli na nie z widocznym niezadowoleniem. Ich zdaniem rozmowa nie była skończona, ale Charlie miała to gdzieś najwyraźniej z powodu dwóch nowych przybyszów, którzy weszli do pieczary lwa. To przez te baby nie mogli dokończyć interesów.
- Debbie Ocean, kopę lat. Ostatni raz widziałyśmy się.. – czyżby cień uśmiechu przemknął przez jej jasną buzię?
- Kiedy okradłam bank wykorzystując do tego twój system, w który zaopatrzył się właściciel? – odpowiedziała ze swobodą nie odrywając spojrzenia od blondynki, która tylko przelotnie zerknęła na Tal Ramę. Co ona robiła z tą kobietą?
- Chciałam powiedzieć, że od Woodstocku 98’, ale skoro wolisz rozdrapywać stare rany. – wzruszyła ramionami upijając łyk trunku z lodem brzęczącym w szklance, którą odstawiła na stoliczek obok fotela. – Pięć lat odsiadki, co?
- Minęło jak z bicza strzelił. – niby normalna rozmowa, a jednak było czuć napięcie między nimi. Z jednej strony pełne zwad a z drugiej niewypowiedziany szacunek.
- Wyprowadźcie ją. – goryle były gotowe do akcji. – Ty zostajesz. – wskazała na al-Hazir zapewne gotową ulotnić się stąd jak najdalej.
- Ona jest ze mną.
- Już nie. – stwierdziła stanowczo. – Chyba, że wolisz żeby moi chłopcy przetrzepali ci kieszenie. – z pewnością coś by tam znaleźli, a tego oraz konfrontacji z właścicielem zguby, na pewno nikt nie chciał. Debbie przepraszająco zerknęła na swą towarzyszkę licząc się z tym, że już nigdy jej nie zobaczy. Cóż, szkoda, bo nadawałaby się do przyszłej roboty, ale najwyraźniej los chciał inaczej. Zapalmy świeczkę dla tej biednej duszyczki.
Drzwi zamknęły się za Debbie i dwoma gorylami pozostawiając Tal Rashe samą z Hodges oraz jej prywatnymi ochroniarzami (w tym ze znanym już Jurij’em).
- Siadaj. – stanowczy i rozkazujący ton, któremu się nie odmawiało chyba, że chciało się wpaść w kłopoty. – Czego się napijesz? – zapytała jakby nigdy nic kątem oka zauważając, że Jurij pisał wiadomość do kelnerki by ruszyła tu swoją chudą dupę.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 3 Październik 2018, 20:09   

Wpadła, jak śliwka w spirytus, który miał na oko więcej niż metr siedemdziesiąt parę centymetrów, wyjątkowo zimną powierzchnię i ostre krawędzie bogato ozdobionej butelki z najznamienitszego szkła. Wystarczyło zbić twór, aby odpryski dotkliwie zraniły wyeksponowaną skórę zgrabnych nóg, jakimi poruszała niby ta gazela na barze w towarzystwie Garcii, teraz tak pieczołowicie próbującego odnaleźć pion, brakującą jedynkę po twardym lądowaniu bez koronki (połamane pod cudzym butem, stomatolog już zaciera rączki na te tysiące) oraz wyprane osiem patyków, którymi wczoraj odważnie podbijał stawki w taniej wersji Blackjacka. Wszystko jak krew w piach albo morda w zalany parkiet.
Na widok blond lisicy skamieniała, a odżyła dopiero wtedy, kiedy Debbie Ocean, profesjonalna złodziejka, uległa swej… starej znajomej? Którą okantowała? A raczej – wykorzystała. Równie dobrze mogłaby – Tal Rasha - nazwać Jurija swoim kumplem, bo wynosiła z nim rupieć Marthy, a jednak jego martwe oczy, co widziały rzeczy o jakich normalny człowiek nie śnił, zdawały się spoglądać nieprzychylnie na al-Hazir. Z całej bandy osobistych małpek Charlotte w tej luksusowej klatce, on wydawał się również najbardziej nieobliczalny i przez to czuła nieprzyjemny zacisk w brzuchu, jakby ktoś przyłożył ostry koniuszek noża do pleców, czerpiąc przyjemność w powolnym wierceniu dziury.
Założyła ręce w obronnym geście. Już na wstępie zdradzała swoje obawy mową ciała, a jednak trwała w miejscu niewzruszona z niepocieszoną miną, maskującą niepewność. Cholera, znała Ocean… Znała ją i wyglądała więcej niż milion dolarów, które chciałaby przygwoździć do ściany lub rzucić na podłogę. Do łóżka byłoby za daleko, a szklany stolik nieopodal kusił wyobraźnię.
- I’m good. – siadać nie będzie i finito– O co w tym chodzi? – zeszła na mniej przyjemny, a stanowczy ton, choć nie mogłaby się nigdy równać z tym, co prezentowała Hodges. – Jeżeli taniec na barze jest zakazany to zrozumiem reakcję tych nawiagrowanych chłopców z placu broni – machnęła od niechcenia w kierunku drzwi , za którymi ostatni raz widziała pracodawczynię w towarzystwie Harkulesów – Ale co do tego wszystkiego ma mieszanie, a potem wyrzucanie Debbie? – były na ty, poziomie, który z Charlie nie mogłaby osiągnąć nawet w snach. Tam również była panią. – Nic nie zrobiła. – twardo stała w miejscu, mimo zapewne zbliżających się garniturów i samego Jurija, Mosadowego pieska Hodges na zawołanie (bądź jego brak). Pierwszy z nich o gładkiej skórze głowy i biegnącą od karku aż po środek potylicy paskudną blizną po tępym narzędziu, najpewniej zardzewiałym obuchu, chwycił za nadgarstek Tal Rashy.
- Nie dotykaj mnie! - wyrwała z metalicznego uścisku rękę i cofnęła trzy kroki w bok, obrzucając łysą pałę wrogim spojrzeniem. – Jeszcze raz to zrobisz, będziesz zbierał zęby z podłogi.i ocierał powieki ze śliny. Obiecanki cacanki pisane palcem po wodzie, ale przecież nie mogła pokazać słabości przed potencjalnym oprawcą. Głupio liczyła, że Debbie ją stąd wyciągnie…
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 3 Październik 2018, 21:15   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Skąd ta niechęć? Charlie ładnie zaprasza Tal Rashe do prywatnego pomieszczenia, gdzie mogła pić za darmo i ewentualnie zejść na parkiet a zamiast tego, stoi oburzona jak dziecko, które pod choinkę dostało kucyka zamiast wymarzonego pieska. Grecka tragedia, której Hodges nie rozumiała. Każdy chciałby tu być. Każdy pragnąłby ją poznać, wypić, poczuć prestiż tego miejsca a nie uganiać się za Debbie. Jasne, kobieta miała klasę i była naprawdę dobra w swoim fachu, czego Charlotte jej nie odbierze ani w tej kwestii nie poniży, ale czemu al-Hazir tak bardzo jej broniła? Czemu robiła za adwokata Ocean, która nie była typem osoby nic nie robiącej.
Widać Jurij wyczuł nastrój szefowej angażując chłopców do zduszenia waleczności Marokańskiej księżniczki, ale o łapaniu jej za cokolwiek nie było mowy (to akurat zarezerwowała dla siebie).
- Słyszałeś? – rzuciła równie zła, popierając groźby Ramy i obdarzyła mężczyznę lodowatym spojrzeniem. Jeszcze raz dotknie kobiety bez pozwolenia to Jurij osobiście wyrwie mu zęby, a potem każe je połknąć, wysrał i jeszcze raz zjeść.
- Ocean to kobieta potrafiąca okraść najdroższy sklep, a na koniec ekspedientka, która spakowała wszystkie rzeczy, pomacha jej na dowidzenia. – nie wierzyła, że Debbie niczego nie zrobiła. Ba, wiedziała, że doszło do rabunku, ale na pewno w tym wszystkim kryło się coś jeszcze. Byłaby głupia myśląc, że wybór klubu to przypadek. Ze wszystkich miejsc w mieście wybrała akurat to należące do Hodges? Przypadek? Nie sądzę. W tym wszystkim coś musiało się kryć i była bardzo zawiedziona, że jedyną osobą, która mogła cokolwiek wiedzieć okazała się al-Hazir. Z drugiej strony mogła nie wiedzieć nic, ale nieświadomie stała się pionkiem w podwójnej grze Debbie. Ot, na przykład w tym by Hodges zauważyła pojawienie się Ocean w mieście. Tylko po co komu ta wiedza? Czyżby znów zamierzała wykorzystać coś, co należało do Hodges? – Nie wierzę, że nie zrobiła niczego, a raczej nie zyskała na upadku Garcii. – umyślnie nie wspominała o kradzieży, do której zapewne doszło, o czym miała przekonać się za parę chwil. Informacje szybko krążyły po klubie a ona lubiła wiedzieć wszystko i mieć potwierdzenie z czystego źródła. – Poza tym. To mój klub i mogę wyrzucać z niego kogo chcę. – wielkie mi halo. Elegancko wyprosiła Debbie. Nie ma biedy. Jest siekiera (a raczej Shakira – klik). – Ty nadal tu jesteś. To chyba dobrze? – dla samej Tal Ramy jak najlepiej. Debbie zapewniała, że dzięki niej wyjdą z tego cało, ale tak naprawdę, gdyby nie al-Hazir to chłopcy bez wątpienia przetrzepaliby kieszenie Ocean, co mogłoby skończyć się powrotem do pierdla. Nikt tego nie chciał, nawet Charlie, bo naprawdę lubiła tę kobietę, ale nie interesowania się nią tak bardzo, jak Syrenką. – Siadaj, napij się i zrelaksuj. – trzeci raz tego nie zaproponuje. Już nawet przy tym miała pewne trudności, bo po rozmowie z Tony’m ciężko znosiła pyskówki oraz niedocenienie jej miłych gestów.
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 3 Październik 2018, 21:47   

Prychnęła pod nosem, obserwując, jak ochroniarz z poważną dozą ostrożności stosuje się do polecenia szefowej, jakby zaraz miał wyrwać z powrotem ku Tal Rashy, dopóki Charlotte była zajęta wyjaśnianiem z kim to przyszło jej się szlajać. Nie była głupia, już wcześniej zasięgnęła do źródeł, aby wiedzieć z kim ubija interesy, ale o tym akurat Hodges nie musiała wiedzieć. Zimne, lisie spojrzenie wystarczyło, aby al-Hazir zdała sobie sprawę, że właścicielka klubu ma znacznie większe pojęcie o tym, co wydarzyło się przy barze, a jednak to mijani słowne zapewniły ją, iż gdzieś w tym wszystkim pozostawała pewna niewiadoma – nie miała pojęcia, że to ona jest w to dobrowolnie zamieszana. Skąd mogła wiedzieć o teście umiejętności? Dopóki nie otworzy jadaczki, przynajmniej większość pozostanie w cieniu.
- Dla mnie czy dla renomy twojego klubu? – odparła sucho, przyglądając się bogatemu wnętrzu prywatnej loży Hodges. Teraz, gdy wiedziała, że bizneswoman ma za uszami również poważny interes klubowy, dostrzegała charakterystyczne punkty wspólne – ład, porządek, klasę oraz drogie jak cholera drinki. Nic dziwnego, że Debbie chciała właśnie tutaj się spotkać po odsiadce. Posłużyła się nią prawie do podważenia autorytetu poważnego charakteru tej lokacji. Prawie. Podołała jednak podbudowaniu bezczelności Tal Rashy, która nic nie robiła sobie z przejścia na „ty” naprzeciwko kogoś takiego jak Charlie. Ubraną w tę sukienkę nawet nie mogłaby mówić do niej per „pani”. Nie, nie tym razem…
Wyminięcie tego gbura, który dostał pierwszą żółtą kartkę odbyło się spokojnie, choć oczami wyobraźni widziała, jak wbija te wysokie szpile w jego stopę albo czoło. Tak dla zasady. I dlatego, że ostrzeżenie nie wystarczyło, aby zmyć ze skóry ten okropny, szorstki kontakt z grubą dłonią… Zły dotyk boli całe życie. Wiedziała o tym aż za dobrze.
Założyła nogę na nogę, starając się powstrzymać diabła przed zdradzieckim bujaniem naprzeciwko kobiety, kiedy mościła się na wygodnej kanapie, jak Kleopatra – pełna nerwów oraz iskrami w oczach. Ileż by dała, aby zwyczajnie wyładować tę energię. Ludzko. Z tą kobietą, która jednocześnie dodawała do pieca.
- Gin tonik – rzuciła do kelnerki, wyglądającej na onieśmieloną obecnością szefowej. Ucieczka spojrzeniem w bok, krótkie potwierdzenia, jeszcze szybszy krok na zewnątrz za grube, wygłuszające drzwi, izolujące śmiertelników od nordyckiej bogini. – Skoro nadal tutaj jestem – musiała sprostować tamten temat, akcentując całość niedbałym machnięciem ręki - musi być w tym jakiś interes. Twój interes. – bezczelnie szczera, bezczelnie butna – Nic nie dzieje się bez przyczyny – podjęła pierwszą próbę pojedynku na spojrzenia, dopingowana tequilą, zapitą soczkiem jabłkowym – A w waszym świecie marnowanie czasu do zbrodnia. – kto mieczem wojuje… - Jestem aż tak bardzo warta odłożenia jednego podpisu za kilkanaście milionów dolarów? Czy to zwyczajny, ludzki kaprys? – uniosła wyzywająco brwi, nachylając do przodu i podpierając o krawędź kanapy dłonie. Koszulka z głębokim dekoltem zjechała nieco niżej, a skórzana kurtka bestialsko rzucała cień tam, gdzie wyobraźnia robiła swoje. Miała takie odruchy? Naturalne? Ludzkie? Nie wykraczały poza literę "u" w słowniku.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 4 Październik 2018, 12:26   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


- Gdyby chodziło o renomę to teraz obie przepraszałybyście poszkodowanego. – bo na ich wizycie na pewno ktoś ucierpiał. Nie była pewna czy to Garcia, który niefortunnie wylądował za barem, czy ktoś kogo uwagę miały zwrócić tymi wygibasami, a raczej Rama miała to zrobić w chwili, gdy Debbie sprawdzała kieszenie reszty gości. Możliwości było wiele i nie odrzucała żadnej z nich.
Charlotte nie byłaby w stanie władać całym imperium, gdyby nie potrafiła wyłapywać chociażby najdrobniejszych zmian, które zauważyła w Tal Rashy. Była inna niż ostatnio, podczas krótkiej kolacji, która zakończyła się brutalnym telefonem i myślą Hodges, że kiedyś z chęcią ponowiłaby spotkanie. Teraz już nie była tego taka pewna. Dostrzegła w kobiecie wpływ Ocean i choć nie uważała to za coś złego, bo dzięki temu przeżyje w wielkim świecie, to wolała taką al-Hazir, jaką była wtedy.
Zerknęła na kelnerkę, która niepewnie spojrzała na szkło Hodges. Nadal do połowy pełne a jednak istniało ryzyko, że zaraz się skończy, więc trzeba być czujnym by uzupełnić zapasy szefowej nie później niż ostatni łyk i nie wcześniej by nie wyszła na pijaczkę, co to opróżnia szklankę za szklanką.
- Nasz świat. – powtórzyła z zamyśleniem nie przypominając sobie by z kimkolwiek dzieliła swój świat. By ktokolwiek oficjalnie przynależał do tego, który stworzyła od dnia, gdy ojciec trafił do szpitala. Nie było żadnego naszego świata. To był jej świat. - Nie słuchasz. – rzuciła nieco głośniej i sięgnęła po swą szklankę z trunkiem. Nigdy, chociaż widziały się tylko dwa razy, nie powiedziała, że marnowała z kobietą czas. Wprawdzie to były krótkie spotkania, ale nie uważała ich za zmarnowane. To były drobne przyjemności, z których się cieszyła i to samo zamierzała zrobić teraz, a konkretniej od chwili, gdy ujrzała Tal Rashe na barze. – Teraz mam swój mini urlop. – o którym wspominała podczas kolacji. Czy to wciągu dnia czy przez całą dobę na parę tygodni. Hodges organizowała takie malutkie chwile dla siebie. – Dobre pytanie. – ominęła kwestię kaprysu, bo tak, to był kaprys, ale.. – Jesteś tego warta? – zapytała prowokacyjnie odstawiając szklankę, znad której wcześniej bez pardonu powiodła spojrzeniem na dekolt. Wstała z fotela uparcie patrząc na swą towarzyszkę, lecz zamiast do niej podejść, stukając obcasami przeszła w kierunku wielkiego okna 'na świat' (czyt. na klub). - Mojego czasu? Mojego kaprysu? – skoro postawiono na szczerość to ona także była wobec Ramy uczciwa. Tak, chciała mieć kobietę dla siebie w tej danej chwili i nic na to nie poradzi, że ów myśl pojawiła się w chwili, gdy ujrzała ją tańczącą na barze. Teraz ten bar był nijaki. Odsunęła się więc od okna i swobodnie podeszła do al-Hazir na taką samą odległość, jak ona sama, wtedy w garderobie, zapewne ryzykując wiele, nawet atakiem (bo ludziom przychodziły różne rzeczy do głowy).
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 4 Październik 2018, 15:25   

Sceptycznie przyjęła marną namiastkę bajki o urlopie, ale ile żyła, tak przekonała się nie raz z autopsji, że kobieta zmienną jest - może po kolacji Charlotte zmieniła podejście i jednak znalazła miejsce na dodatkową literę w słowniku. A może pogrywała sobie z nią podobnie do Debbie; wcale nie byłaby zaskoczona, choć... Czas dla drużyny. W przerwie pomiędzy połowami przewidziane było obserwowanie cheerleaderek i pani kapitan, która z kocią gracją pokonywała kolejne jardy, niekoniecznie w pożądanym przez al-Hazir kierunku. Znalazła się pomiędzy młotem, a kowadłem - niewygodną sytuacją podbramkową oraz przyjemnością z samego obserwowania jasnych, zgrabnych nóg tak długo, dopóki nieświadomość Charlie przy Wielkim Oku na to pozwalała.
- Odwracasz kota ogonem. - bezpardonowo wytknęła tendencję Hodges, łącząc ze sobą opięte przez spódniczkę uda. - Mogłaś mnie wyrzucić wraz z Debbie, bez tego teatru małp - ciągnęła dalej naprzeciwko drapieżnika w drogich butach - a jednak wolałaś zatrzymać na dłużej... - gdzieś pomiędzy irytacją, a frustracją, które nie pozwalały na zejście z podejrzliwego tonu, za jakim kryło się pożądanie, bo o to blondynka nareszcie obrała właściwą trasę. Czubkiem języka przejechała po ustach, odruchowo wyprostowując, gdy Charlie znalazła się wprost na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło tylko okutaną w bezpalczastą rękawiczkę dłonią dotknąć uda albo przejechać paliczkami po krańcu sukienki. - Jestem więcej warta niż cudze widzimisię. - powiedziała, zadzierając delikatnie głowę. - I nie będę się przed tobą wyceniać, jak ktoś, kogo towarzystwo można kupić. Albo zdobyć w tak prosty sposób. To stąpanie po cienkim lodzie. Bardzo cienkim. - w samym powietrzu tkwiło więcej erotyzmu niż ustawa przewidywała, a przecież ona tylko stała nad nią, a mimo to, Tal Rashę ruszyła samą postawą. Sprzeczne sygnały biegnące przez sieć neuronów wrzuciły ją w sam środek poważnej bitwy pomiędzy własnym kaprysem, a oburzeniem, bo nie potrzebowała tej potyczki słownej w swoim życiu. Do teraz.
Musiała stąd uciekać.
Powoli wstała z trzeszczącej nową skórą kanapy. Zamieniły się rolami, i wyglądało to teraz jak odwrócone deja vu, kiedy z takiego bliska mogła znowu poczuć te same perfumy, co pierwszego dnia, a także spojrzeć w lodowate oczy, które nie były tak jasnoniebieskie, jak zapamiętała.
- Mam swoje sprawy do załatwienia - niechętnie - Ciesz się mini urlopem. - mruknęła półgłosem. Nie było potrzeby podnoszenia tonu. Nie na tej odległości kilku centymetrów, nieprzekraczalnej dla zwyczajnego człowieka. - Jeżeli nie masz mi nic więcej do powiedzenia - założyła ostrożnie ręce na piersi, z ledwością muskając krawędzią skórzanej kurtki przy tym ramię Charlotte - albo konkretnego zlecenia do wykonania, pójdę już w swoją stronę. - testowała granice, przestępując z nogi na nogę i odgarnęła ciemny kosmyk za ucho, zwodząc samą siebie na pokuszenie; to tylko sekunda, wystarczy, że krótko spojrzy na usta, a potem doda do wspomnień o pociągającej tytanicy biznesu IT. Chciała, aby i ona tak ją spostrzegała, jako silną, rzeczywiście wartą odłożenia terminu z gangsterami na później, ale mając świadomość tego, jak wielka przepaść je dzieliła oraz kompletnie różne odzwierciedlenia ich światów, mogła najwyżej o tym pomarzyć. Tego nie zabroni jej nikt.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 4 Październik 2018, 23:18   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


>Kanye musi być. Miazga, miazga, miazga.<
Musiała kontrolnie spojrzeć na Jurija by ten przypadkiem nie porwał się do wyrzucenia al-Hazir, która pozwoliła sobie na kolejne śmiałe słowa oskarżając Hodges o odwracanie kota ogonem. Mosad dwoił się i troił zastanawiając jakim cudem ta brunetka jeszcze żyła, chociaż nie.. nie on a jego koledzy, bo Jurij zbyt dobrze znał swą szefową by wiedzieć, że to kobieta nieprzewidywalna była i mogła robić co jej się podobało, nawet jeśli to odbiegało od poznanej dotychczas normy. A mimo to ją lubił. Nikt nie wiedział dlaczego. Martha też (lubiła), ale to człowiek z Polski a ci z reguły pakowali się tam, gdzie inni nie chcieli.
Coś się wydarzyło. Te oczy niebieskie oblano kolejną porcją zimnej wody albo ciekłym azotem z niewidocznym na oko dymem. Stała niczym posąg, który należało podziwiać; nieugięta, stanowcza i nazbyt opanowana jak na wrzącą w Tal Rashy irytację.
Tak, wolała zatrzymać kobietę na dłużej. Nie raz ani dwa a trzy razy pozwalając też sobie umyślnie wrzucić ją do wody. Kolacja? Wcale nie musiała jej proponować. To miejsce? Nie każdy miał tu wstęp. Trójca święta. Basen, jadalnia i VIP room. Wszystko zaliczone tylko panna coś nie w sosie.
Dolna warga drgnęła niespokojnie jeszcze mocniej przylegając do górnej. Miała ochotę sprać Ramę. Przerzucić przez kolano i porządnie.. Pragnienie i chęć użycia siły przeplatały się tak mocno, że ledwie znosiła bliskość, którą sama sprowokowała. Czuła ciarki i intensywną energię kumulującą się w miejscu, o którym nie opowiada się dzieciom na dobranoc.
- Jesteś.. – zaczęła szeptem nie ruszając się z miejsca i bez pardonu unosząc dłoń, której palce dotknęły rozgrzanego od tańców i alkoholu kremowego policzka. Przesunęła nimi dalej kciuk zostawiając pod żuchwą po drugiej stronie. – ..bezczelna. – wysyczała zaciskając palce i zamaszyście odrzuciła al-Hazir na kanapę. Jedno spojrzenie na Jurija, machnięcie ręki i już dwóch pozostałych goryli trzymało brunetkę po bokach za ramiona, tak by nie mogła się im wyrwać. Podnieśli ją do pionu kierując swe kroki tuż za Hodges, która szła w przeciwnym kierunku od głównego wejścia do pomieszczenia, gdzie właśnie wparowała zszokowana kelnerka. To miała zostawiać tu gin z tonikiem czy jednak zabrać, bo już się nie przyda? Jurij odebrał od niej tacę i kazał się wynosić.
Ignorując wszelkie sprzeciwy w formie zapewne brzydszej od francuskich słów, choć i w tym języku mogły się pojawić, przeszła w stronę tylnego oraz ciemnego korytarza o barwie równie bezczelnej co Tal Rasha. Od nadmiaru czerwieni bolały oczy, ale najważniejsze były drzwi znajdujące się tuż za rogiem, za które jednak Syrenka nie mogła teraz zajrzeć.
Hodges zatrzymała się w połowie drogi i odwróciła o sto osiemdziesiąt stopni co było sygnałem dla dwóch mięśniaków by to właśnie tutaj, tuż przed nią, porzucić bezczelną pannice i iść sobie w siną dal. Niech wypierniczają.
- Ja stąpam po cienkim lodzie? – nie dała jej czasu na ogarnięcie się po wyrwaniu z gorylich łapsk. Złapała za skórzaną kurtkę i z impetem przyszpiliła Tally do ściany, mocno przyciskając przedramię tuż nad jej klatką piersiową. – Okantowałaś mnie. – warknęła prosto do jej ucha nie dbając o to, że stała za blisko i naraziła się na możliwy atak. – Na cztery pieprzone tysiące wyciągnięte za ściemę z działalności, która nawet nie jest zarejestrowana. – przesunęła spojrzeniem od jej policzka po ciemne jak węgiel oczy świadomie muskając wargami o delikatną skórę. – Nie znasz się na tym, projekty nie są twoje i na dodatek pakujesz się w relację z kobietą, przez którą mogą cię deportować. – miesiąc w Stanach dla osoby z Maroka i własne wizytówki, z nieistniejącymi stanowiskami pracy, mówiły same za siebie. Zajeżdżało nielegalem na kilometr. – Z nas dwóch, ja będę miała się dobrze, ale ty.. – przysunęła twarz jeszcze bliżej sprawiając, że ich usta dzieliły milimetry. – Ty.. – wzrokiem ciągle pilnowała odległości jednocześnie obserwując wargi, którym ciężko było odmówić. Wzięła głęboki wdech i uniosła wzrok znów tonąc w niebezpiecznej otchłani. – Jest coś, co sprawia, że chciałabym cię utrzymać na tym lodzie..żywą. – by nie wpadła do zimnej wody i nie umarła od byle potknięcia. To także można uznać za kaprys bogatej damy, która nie przyzna się otwarcie, że Tal Rasha miała w sobie coś, co sprawiało, iż pragnęła ją poznać – dogłębnie – a nie tylko wykorzystać i wyrzucić jak śmiecia. Nie bez powodu zadbała o pełną anonimowość tej rozmowy wyrzucając z korytarza ochronę, która mimo klauzuli poufności, mogła stanowić zagrożenie, a przynajmniej za takowe wzięłaby ich al-Hazir.
Odpuściła. Rozluźniła mięśnie, puściła kobietę i zrobiła mały krok w tył tym samym sugerując, że jeżeli chciała to mogła odejść, bo te słowa to żadna groźba ani sugestia, że wykorzysta informacje dla siebie. Miała większe problemy od panny niepłacącej podatków i oddanie jej w ręce sprawiedliwości. Poza tym, ostatnie czego chciała to pozbycie się takiego piękna z kraju, z miasta, ze swego życia. Nawet spojrzenie nieco się ociepliło co wydawało się paradoksalne w tęczówkach wypełnionych lodem. Daleko tu do globalnego ocieplenia i to jeszcze nie rekordowe upały, ale coś było na rzeczy.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 5 Październik 2018, 10:40   

Przypominała modliszkę. Iris oratoria. Spokojną na wierzchu, ale niebezpieczną na każdym kroku dla niejednej istoty żywej, która choćby w połowie dorównywała jej wielkością. Oczekiwała bardziej pokojowego rozwiązania sprawy, zwłaszcza po tak delikatnym dotyku, nie przypominającym ani trochę surowego liścia w twarz czy lądowania niebo-kanapa. Cóż, nie ukrywała, była zaskoczona nagłą zmianą nastawienia, głupio przekonana, że zdobyła przewagę swymi kartami na stole. W jednej chwili znalazła się na kanapie z rękami przygniecionymi przez rosłych gorillaz, z których żaden nie był Jurijem. Akurat to zapamiętała, pomiędzy wściekłymi syknięciami i wyzwiskami wobec mężczyzn. Jednemu mogła nawet nastąpić szpilą na śródstopie, ale nie pisnął choćby półsłówkiem. Skąd Charlotte brała tak wypraną z emocji oraz uczuć świtę? Jej własna drużyna Mieszka - jeden wart trzech agentów KGB.
Zaskoczenie skutecznie odwracało uwagę od krótkiego łupnięcia o ścianę, najpewniej pozostawiającego przynajmniej drobne siniaki na plecach, ale hej, niewielka cena tego, że miała przy sobie tak blisko Charlie. Warknęła przez zęby, zaciskając dłonie w pięści, ale nawet nie śmiała przerwać, zupełnie jakby z tego powodu kobieta miała zaraz zniknąć. A nie chciała. Uderzyła piąstkami o ścianę. Była w tarapatach i teraz świadomie chciała w tym tkwić, czując dreszcz na kręgosłupie czy też watę w kolanach. Jeden z blond kosmyków połaskotał jej twarz, jak czerwony bicz. Wszystko dookoła miało ten drażniący kolor. Pomyślała, że właśnie w tym miejscu diabeł mówi dobranoc, odziany w Pradę i mający tak zimne wargi, że w kontraście z ciepłym policzkiem wprost otumaniały. Idolomantis diabolica.
Odetchnęła ciężko przy jednym z warknięć, odruchowo szczerząc zęby w dumie. Okantowałam cię. Przyznała, że tego dokonała. W pewnym sensie, poczuła się wyróżniona, bo dokonała czegoś wielkiego. Poszła w ślady Debbie, jeszcze zanim o tym wiedziała i teraz już była przekonana, że wybrała dobrze. Ten skok, jeżeli tylko stąd wyjdzie, zagwarantuje jej poważne profity, a głód może tymczasowo stłamsić. Tymczasowo, aby wytrzeć nim twarz Hodges. Diler nie będzie zadowolony z odłożonej transakcji, ale jemu również nic nie była winna. Ba, skoro pozwoliła się tak bezczelnie okraść i dopiero o tym wspomniała, coś musiało być na rzeczy. Tylko głupi nie wykorzystałby tej wiedzy.
Odetchnęła spokojniej, gdy przedramię zniknęło. Żelazne pęta odpuściły, a Tal Rasha dotknęła badawczo szyję, jakby szukała oślad wampirzego ugryzienia czy jeszcze innych misternych znaków, które ta wiedźma mogła na niej zostawić. Policzek palił niedokończonym, a ucho zaszło szkarłatem, szczęśliwie nijak odbiegającym od barwy otoczenia. Adrenalina kopała ostro układ krwionośny, ciemne jak noc arabska oczy zrobiły się uważnie wąskie, a spragnione słodyczy wargi oznajmiały szeroko pojęty protest, który musiała stłumić drobnym przygryzieniem. Charlie powinna być zakazana dla świata. Play with fire... (klik)
- Chyba nie aż tak dobrze, skoro się mną przejmujesz - prychnęła cicho z prowokacyjnym uśmieszkiem, który równie prędko zniknął, co się pojawił. Tak jak Hodges z jej przestrzeni. Bez niej zaczęła się wydawać marna. - Może i nie chcesz, abym utonęła, ale ja nie powiedziałam ani razu, że pragnę twojej pomocy. - sięgnęła do wewnętrznej kieszeni kurtki, przeszukując zawartość od zapalniczek i pustego woreczka po smaczkach Alicji z Krainy Czarów. Drink me, eat me. - To jest to, co robię. Nikt nie wybiera w czym jest dobry. - w dłoni Tal Rashy pojawiło się zielone zawiniątko z gumką recepturką, grube na złączone ze sobą w dziubek palce kobiecej dłoni i szerokie na te umowne dziesięć centymetrów. Benjamin Franklin - i czterdziestu bliźniaków - przestał pachnieć świeżością dolarową, przejmując woń perfum al-Hazir, które - z perspektywy złodziejki - przegrywały w starciu z tymi należącymi do Charlotte, co zamierzała skonfrontować z samym mężczyzną z bilonów. Szybko i trochę gwałtownie przytknęła zawiniątko do mostka blondynki, robiąc krok do przodu. Palcami bezczelnie przylgnęła do jasnej skóry, przejeżdżając kciukiem po materiale sukienki przy wcięciu miękkiego dekoltu. Potrzebowała jeszcze jednego, aby zamknąć ją w objęciach albo spełnić zachciankę gniewnych warg, od której gotowała się w środku, nie mogąc dojść do porozumienia ze sprzecznymi komunikatami z centrum dowodzenia w zakazanej strefie.
- Oddaję. - rozum wygrywał, a zdrowy rozsądek kazał wynieść się stąd najszybciej, gdzie pieprz rośnie, a wpływy zjawiskowej istoty tam nie sięgały. - C'est fini. - Skończyłyśmy. I choć ciało zaczęło reagować samo, pragnęła odpłacić pięknym za nadobne. Przygnieść ją sobą, wpleść palce we włosy i drażnić jasną skórę swoim oddechem.
Musiała się stąd wynieść, dopóki nikt jej nie zamordował za pyskówki.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 5 Październik 2018, 20:25   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Grube ściany tłumiły muzykę z klubu acz jej pogłos było słychać dookoła w miejscu zwanym również ślepym punktem. Ochrona i kamery to podstawa, nawet jeśli dochodziło tutaj do szemranych interesów, to Charlie wolała mieć na wszystko oko, a potem ewentualnie od razu skasować. Jednakże całe prywatne piętro było jedynym czystym miejscem albo raczej najbrudniejszym, biorąc pod uwagę sytuacje, do których tutaj dochodziło. Jedną z nich bez wątpienia była gra pozorów, demonstracja siły i kuszenie siebie samej na pokuszenie. Tylko pani Bóg wiedziała, jak bardzo Charlotte musiała walczyć ze swym niepojętym pragnieniem, by dokończyć kazanie bez chociażby próby posmakowania ust Tal Rashy.
Znów niewzruszony posąg. Nawet nie drgnęła, gdy dłoń wraz z banknotami przylgnęła do jej ciała. Po prostu tam była. Stała na sztywnych nogach, które prezentowały się wręcz idealnie w wysokich obcasach, prosząc o to by ktoś zbadał mięśnie podudzia oraz pośladków układających się zacnie w tym specyficznym obuwiu.
Wykorzystując okazję położyła dłoń na tej z banknotami wyzywająco spoglądając w ciemne oczy, od których ani na chwilę nie odrywała wzroku.
- Może nie pomocy, ale.. – zrobiła krótką pauzę drugą ręką łapiąc za skurzaną kurtkę, za którą szarpnęła przyciągając al-Hazir jeszcze bliżej siebie. – ..pragniesz.. – Charlotte to kobieta, która wiedziała wszystko. Gdyby urodziła się znacznie wcześniej to na pewno jako pierwsza odkryłaby atom albo ebay’a zanim Martha podrzuciła ten pomysł jednemu amerykanowi.
Ścisnęła dłoń Rashy (tę z banknotami) by już nie walczyła i nie stawiała oporu, chociaż ten dotyczył się zupełnie innej rzeczy tudzież dziedziny życia, która znacznie odbiegała od pragnienia rozlewającego się po ciele. Pochyliła się znów niebezpiecznie zbliżając do ust, przez którymi się zatrzymała i patrzyła tylko na nie. Tylko na te konkretne wargi przyciągające ją jak magnes.
- Pragnę. – szepnęła od razu łapczywie wbijając się w usta i jeszcze mocniej zaciskając obie dłonie. Paznokcie wbiły się w skurzany materiał zostawiając na nim wyraźny ślad czyjej obecności. Mocno, namiętnie i z tą całą nieprzyzwoitą energią, która kumulowała się między nimi, skradła jeden oraz drugi pocałunek. Trwało to krótko. Za krótko. Definitywnie powinni tego zakazać i sprzedawać dodatkowy czas na pieszczoty tylko, że ktoś niedawno powiedział o zakończonym spotkaniu. Wprawdzie Hodges miała to głęboko w poważaniu, ale tym razem, ten jeden jedyny raz (chociaż szokiem było, że al-Hazir jeszcze nie miała połamanych nóg) zrobi wyjątek.
- Teraz skończyłyśmy. – stwierdziła po francusku tuż po oderwaniu od ust i puszczeniu obu dłoni pozwalając by w jednej zostały przekazane przez brunetkę banknoty. Nie potrzebowała ich. Wcale nie chodziło o pieniądze a udowodnienie, że znała prawdę, ale wcale to jej nie przeszkadzało, dopóki nie zaczęła się ta cała gadka o chodzeniu po cienkim lodzie. Pieniędzy nie wykorzysta, ale może zostawi je sobie na pamiątkę niczym bransoletka od chłopaka kupiona na Sopockim molo.
Odsunęła się o krok i obróciła w kierunku nieznanym dla al-Hazir. Tuż za rogiem czekały drzwi, które otworzyła, z równie ciemnym pomieszczeniem przypominającym nieprzyzwoity acz bogaty VIP room w erotycznym klubie. – Po prawej są drzwi prowadzące do tylnego wyjścia. – oszczędzi Syrence przechodzenia obok goryli i rozbawiony tłum.
Nie chciała tego kończyć. Wprawdzie mogłaby teraz wrócić do domu albo do gabinetu, gdzie znów zaprosiłaby zapewne pijących na dole pacanów, z którymi (według nich) nie dokończyła rozmowy, ale gdyby miała wybierać to wolała tę kobietę. Ją całą. Ją dla siebie, w swych dłoniach, między udami i na ustach, na których wciąż czuła posmak wypitej przez Rashe tequili i cierpkiej cytryny.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 5 Październik 2018, 22:00   

Groźne ciepło rozlało się po całym ciele brunetki, kiedy jej ulubiona (bo jedyna) kurtka skończyła jako zwykła szmatka do prz(e)yciągania na odległość zdecydowanie karalną, od której śmiałkom - dobrowolnym czy nie - kręciło się w głowie, a umysł doznawał poważnego resetu, pozwalając dłoni zacisnąć się mocniej przy materiale sukienki. Pogrywała z ogniem, ale nie pomyślałaby, że przyjdzie jej się sparzyć - w ten przyjemny sposób, czując na swoich wargach owocowego drinka z rodziny daiquiri.
Miał być koniec, wychodziło znowu na kaprys Hodges. Kobieta wiedziała, za które sznurki pociągać z precyzją prawdziwego marionetkarza, lecz do tanga potrzeba dwojga i głównie przez napędzaną tym oskarżeniem pragnienia frustrację oraz zasadę, nie oszczędzała samej siebie, oddając te krótkie pocałunki z namiastką zbieranej w środku atmosfery.
Powietrze w tym korytarzu zdecydowanie mogłyby kroić nożem. Rzeźnickim, bo na ich oczach odbywała się tutaj właśnie rzeź niewinności, która dawno temu poszła w diabły.
Teraz nie chciała stąd wychodzić.
Odetchnęła głęboko przy ustach Charlotte, na sekundę zanim odsunęła się od niej w stylu godnym prawdziwej Francuzki. Gdyby nie wiedziała z kim ma do czynienia, w życiu nie powiedziałaby, że to Amerykanka, co jednocześnie mogła traktować jako komplement. Niewypowiedziany, lecz co prawda to prawda.
Nogi miękkie w kolanach jeszcze nie ugięły się przed nią, ale dla takich chwil jak ta, mogłyby. Mogłyby nawet bardziej...
- Zawsze musisz mieć ostatnie zdanie? - zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie, niźli pytanie, rzucone na ścieżce do przejścia. Przez winkiel zajrzała do ciemnego pomieszczenia, różniącego się... drastycznie od tego, co prezentował poprzedni VIP room. Musiała aż oprzeć bok o framugę, z zainteresowaniem godnym małego odkrywcy przyglądając meblom, kosztujących najpewniej więcej niż połowa Wonder Passion i tej kolekcji szkieł przy osobnym barze. Prywatnym. Tutaj również przyjmowała ludzi do interesów?
- Jest ciszej niż w korytarzu - zauważyła po przekroczeniu progu, starając uspokoić rozklekotane wnętrze, domagające się więcej upajającego smaku ust Charlie. - Nie ma kamer. - a to z kolei było zastanawiające, więc obróciła się przez ramię i zerknęła w kierunku przejścia, które dzieliło zamkniętą część od czerwonego korytarza. - To wygodne. - powolutku z równym stukotem obcasów wracała do niej. Była jak grawitacja, raz zaistniało przyciąganie i już nie mogła go ignorować, inaczej boleśnie upadnie. - Dlaczego to robisz? - oprócz onieśmielania jej, kiedy tak odważnie wyciągnęła swą dłoń po tę Charlie, aby zaciągnąć ją do środka. - Prosisz się o kłopoty, pragnąc takich rzeczy. - pragnąc jej. Już raz ją okradła, a mimo to nadal chciała trzymać Tal Rashę na powierzchni, tak jak ona pragnęła znowu poczuć bliskość tej konkretnej osoby, przez którą wszystko wewnątrz przechodziło rewolucję, a nogi same wiedziały, jak działać, kiedy po przekroczeniu kilku kroków, naparła na blondynkę przy najbliższej ścianie, zachłannie wpijając w usta, jak spragniony podróżnik na pustyni do tafli wody. Przygryzła wargę, przeciągała kolejne pocałunki, gdy trzymała Charlie za zarysowane bicepsy przy pionie, a kolanem naparła między zgrabne nogi, powalając sobie ostatni raz na przekroczenie granic.
Miała stąd wyjść i nie wracać, ale od zawsze była człowiekiem słabej woli. Islam tego świadkiem.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 6 Październik 2018, 20:13   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Dlaczego?
Chciała. Potrzebowała. Pragnęła. Bo trzeba rozładować energię i dowiedzieć się co planowała Debbie. Bo była zła na syna Caputo. Bo dawno nie czuła smaku drugiej kobiety. Bo to ciało strasznie ją podniecało. Bo chciała wiedzieć co kryło się w ciemnych oczach. Bo kręcił ją akcent Rashy i ten cudowny francuski. Bo coś ją do niej ciągnęło. Bo zawsze brała i robiła co chciała. Bo była ciekawa dalszego ciągu.
Może jedna z tych odpowiedzi, może żadna albo wszystkie na raz.
A może chodziło o zwykłą bliskość, co potwierdzałoby istnienie ludzkich odruchów i potrzeb u kogoś, kto uchodził za demona, diablicę, wiedźmę, robota, smoczyce, sukę, wredną łajzę bez uczuć ze spojrzeniem tak zimnym, że sama nie mogła patrzeć na nie w lustrze, ale nie żałowała go al-Hazir, której przyglądała się w milczeniu.
Odpowiedź nie padła nie tylko przez trudny wybór, który mógłby skończyć się wypłoszeniem jelonka, ale także przez silny uścisk dłoni. To nie ona go zainicjowała i być może dlatego był tak paraliżujący i ciepły zarazem. Cokolwiek to było nie zaprzątała sobie tym głowy pozwalając odciągnąć od drzwi, które zatrzasnęła drugą ręką.
- Mogłabym powiedzieć to samo. – o znajomości z nią i kłopotami, które za sobą można pociągnąć. Hodges nie była człowiekiem łatwym w użytku ani tym bardziej prostym w relacjach z innymi. Z góry wiedziała czego chciała i robiła wszystko by to zdobyć, co zawsze jej się udawało i niestety też często nie przypadało do gustu niektórym jednostkom. Sporo ryzykowała podejmując takie a nie inne decyzje w życiu, ale jak to mówią – bez ryzyka nie ma zabawy – a ona lubiła się bawić oraz stać na krawędzi, z której ktoś mógłby ją zepchnąć. Jeszcze nikomu się nie udało, bo to zło prawdopodobnie umiało latać, ale jakaś możliwość na pewno istniała. Na pewno było coś, co mogłoby ją zatrzymać i bez wątpienia można tu mówić o śmierci. Pozbycie się jej z tego świata to jedyne rozwiązanie, choć najpierw, znając ludzi, woleli by skrzywdzić ją w inny sposób. Raniąc, odbierając i grożąc na tematy wszelakie, których już na pewno zdążyła się nasłuchać, bo gdyby miała wyliczać to przynajmniej z milion razy byłaby martwa.
Nie oponowała czując elektryzującą energię przechodzącą po całym ciele. Smak tequili gdzieś przepadł zastępując ten w pełni należący do brunetki. Oddech się pogłębił, tętno podskoczyło a rozum wyłączył wywołując złudną bezbronność, którą można było wykorzystać, gdy kierowana namiętnością była niczym dziki gepard w klatce. Podobnie jak one nie umiała schować pazurów, których mogłaby nie używać, ale nigdy nie czuła, że faktycznie może to zrobić. Przestać walczyć, być czujną, bronić się i chłonąć już-teraz-natychmiast. Odkładanie czegoś na później było przereklamowane. W głębi ciała (bo nie duszy) wiedziała, że tak się stanie. Tal Rasha zostanie, będzie tutaj a ona odda się niezwykłej przyjemności, gdy gdzieś tam, ledwie za ścianą i poziom niżej napalone zwierzątka szukały drugich takich.
Mocno naciskając dłońmi na drugie ciało przejechała nimi po talii, biodrach i zatrzymała na plecach lewą rękę kierując na pośladek, który zacisnęła i szarpnęła, jakby tym ruchem chciała ściągnąć spódniczkę. Gwałtownie powróciła dłońmi do góry i tym razem szarpnęła za skurzaną kurtkę, co było znakiem, że pora zabrać swoje rączki i umożliwić ściągnięcie zbędnego materiału przy kolejnym silniejszym ruchu. Wykorzystując tę okazję, po zrzuceniu kurtki na podłogę, położyła dłoń na brzuchu towarzyszki i naparła na tyle mocno by odepchnąć od siebie, nie dalej niż odległość zgiętej ręki. Zrobiła krok przed siebie zmuszając drugie ciało do wycofania się. Jeszcze jeden. Po lewej stało łóżko. Kolejny. Zjechała dłonią w dół i zahaczyła palcami o krawędź czarnej spódniczki. Następne dwa. Z gracją godną podziwu (niczym z prawdziwych filmów) zdjęła obcasy nawet się nie pochylając. Krok. Przyciągnęła kobietę z powrotem, wolną dłonią odgarniając włosy z szyi, którą ucałowała. Ostatni. Złapała dłońmi za talię, uniosła głowę i gwałtownie odwróciła al-Hazir tyłem do siebie. Pchnęła na łóżko od razu samej wsuwając na pościel, jedno kolano umieszczając między nogami. Lewą dłonią przesunęła od uda po spódniczkę, którą podwinęła do góry na tyle by odkryć kawałek pośladka i ugryźć go tak mocno by Rasha poczuła to co ona teraz. By ta cała elektryzująca energia przeszła również na nią. Przesunęła ciało wyżej tym razem tą samą dłonią wkradając się pod koszulę. Dotknęła rozgrzanej skóry szybko zjeżdżając z pleców na bok, brzuch przylegający do materaca i niżej w stronę sekretnej spódniczki. Pochyliła się ku Tally by dosięgnąć wargami chociażby do policzka, chociaż stęskniła się za ustami, które znów chciała poczuć na swoich.
Nie pogodzisz. Oj, nie pogodzisz wszystkich pragnień.
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 6 Październik 2018, 21:31   

Making that "Damn it feels so good" face
Cause she don't wanna wait, no, wait 'til we get home
Oh that girl, she want it, yeah she need it
She a bad mother, and I believe it


Dała jej tego, czego chciała sama, a co pozostawało jeszcze tak bardzo nieuchwytne tych kilka minut temu. Od brutalnego odrzucenia - na kanapę - do gwałtownego przyciągnięcia - do ściany, a potem do siebie - w zastraszającym tempie, jak na panujące warunki, umysł zdążył sfajczyć swoje obwody co najmniej trzykrotnie, nie wyłapując teraz wszystkich szczegółów. Drzwi zamknięte? Mogły być nawet otwarte, nie przejmowałaby się tym, kto je zobaczy. Ulubiona kurtka poszarpana i leży na podłodze, jak tania szmata? Najwidoczniej taki jej los, a ukraść nową - czy kupić za kradzione pieniądze - to nie problem. Pakowanie się w kłopoty z kimś takim jak Charlotte Hodges? Być może nigdy już tego nie zazna, więc raz się żyje, a Allah i tak w nocy śpi. Pozostawała bezkarna, robiąc rzeczy, o jakich dzieci dowiadywały się od starszych kolegów na podwórku lub skrzętnie ukrytych czasopism którejś z głów rodziny. I czuła się z tym dobrze.
Kroki w tył przypominały tango. Co konkretną ilość, następowała zmiana stanu - chwytała kurczowo za sukienkę, którą najchętniej zerwałaby w tempie natychmiastowym, jednocześnie ciesząc zmysły chwilami, kiedy mogła się z nią mierzyć; wodziła dłonią od ramienia przez obojczyk, aż po szyję i wplatała palce w jasne włosy, kradnąc pocałunki, kiedy nadarzyła się okazja; szukała drugą ręką tego cholernego zamka, nie mogąc zidentyfikować czy został tak misternie przez krawca schowany z tyłu czy może po boku, a jeśli okaże się, że żadna z sugestii nie jest prawidłowa, rozszarpie materiał. Wreszcie gwałtowny obrót, jak w tangu i miękkość zimnej pościeli, rozpalającej aksamitnym dotykiem, gdy przytulała do niej rozgrzany policzek, bo wszystko, czego podejmowała się Hodges, podkręcało jeszcze bardziej temperaturę pomieszczenia.
Jedna ze szpilek opadła z cichym łomotem na drogą podłogę, kiedy poczuła zęby, wywołujące impuls od paliczków nóg aż po szczyt kręgosłupa, wprawiając paznokcie w ruch, którymi zaciągnęła biały - jak się okazało - materiał pod palce i zacisnęła mocno, przygryzając wargę w rozkoszy. Wygięła plecy, przylegając do Charlotte cała, pozwalając jasnej dłoni na pokonywanie kolejnych centymetrów ciała, niebezpiecznie coraz bardziej ku spódniczce, gdzie ciepło bodaj biło na równi z tym w klatce piersiowej. Odwróciła głowę w bok, opierając na drugim ramieniu, próbując złapać znajome już usta i złączyć w pocałunku. Brakowało tak niewiele, że aż z tej frustracji wypuściła pościel, naparła na blondynkę, sugestywnie przenosząc je obie na kolana. Sięgnęła prawą ręką za siebie i chwyciwszy mocno za włosy, przyciągnęła Charlotte na tyle, aby prowokacyjnie przejechać czubkiem języka po górnej wardze, której potrzebowała teraz bardziej niż powietrza.
Nie traciła czasu, a jednocześnie nie chciała tak szybko wypaść z gry - jeżeli miałaby już to jakoś nazwać, właśnie tego stwierdzenia użyłaby. Nie istniała szansa, aby wyszło z tego coś więcej niż przypadkowe zbliżenie w VIP roomie, co wcale nie oznaczało, że miała się powstrzymywać. Jak już wcześniej uznała w duchu - jeżeli to tylko jeden raz, niech będzie.
Złapała za wędrującą przy spódniczce dłoń Charlie i poprowadziła z powrotem pod swoją koszulkę, lokując ją na piersi, tuż obok mostka, gdzie serce biło wściekle gwałtownym rytmem, sama przytulając bardziej plecami i odchylając głowę, aby pocałować smukłą szyję od linii żuchwy w dół i z powrotem, zahaczając zębami o płatek ucha. Odetchnęła przeciągle, zabierając rękę spod koszulki i skierowała ją wprost na jędrny pośladek, zaciskając na nim palce tak, jakby chciała odpłacić się za tamto ugryzienie, które chętnie poczułaby jeszcze raz.

Six miles high up in the airspace
She says, "Come on to the back, baby"
Everybody knows just what's happening
But she don't give a shit, nah, she just want this OOH!!
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 7 Październik 2018, 14:29   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Ukryta Wiadomosc:
Jezeli jestes *zarejestrowanym uzytkownikiem* musisz odpowiedziec w tym temacie zeby zobaczyc wiadomosc
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 7 Październik 2018, 15:45   

Ukryta Wiadomosc:
Jezeli jestes *zarejestrowanym uzytkownikiem* musisz odpowiedziec w tym temacie zeby zobaczyc wiadomosc
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 7 Październik 2018, 20:11   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Ukryta Wiadomosc:
Jezeli jestes *zarejestrowanym uzytkownikiem* musisz odpowiedziec w tym temacie zeby zobaczyc wiadomosc
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 7 Październik 2018, 20:59   

Ukryta Wiadomosc:
Jezeli jestes *zarejestrowanym uzytkownikiem* musisz odpowiedziec w tym temacie zeby zobaczyc wiadomosc
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---

Nagłe pukanie do drzwi przerwało cały czar. Koniec narkotykowego tripu, pora pakować manatki, bo policja u progu, dzieci kochane! Momentalnie zaprzestała, dysząc ciężko przy klatce piersiowej Hodges.
- Pani Hodges - który goryl śmiał? - Caputo jest tutaj. - co za Caputo? Co za cholerny facet miał czelność do...
No i po zabawie. Poczuła napływ poważnego rozczarowania, gdy przestrzeń między nimi znowu nabrała charakteru dystansu, choć były tak blisko i to ona pierwsza odsunęła się od niej, jakby była intruzem lub kimś, kogo można wrzucić na późniejszy termin.
- Biznes nie śpi. - lekcja, którą wyciągnęła z kolacji. - Nie daj tym milionom czekać. - Nic tu po niej. Nie była maklerem, z którym mogłaby ubić interes ani poważną bizneswoman, aby zyskać prawo do większej uwagi Charlie. Nie żeby też miała powód, aby o to walczyć. Zwyczajnie je poniosło. Żadnego przytulania po wszystkim, żadnych czułości. Drzwi po prawej. Zimna ulica. Tak, to na nią teraz czekało. Podniosła się do siadu i przesunęła ku krawędzi, gdzie porzucona koszula zwisała jednym rękawem, jakby jeszcze liczyła na ratunek przed nieuchronnym losem szmaty na podłodze - aka kuzynki, skórzanej kurtki. Narzuciła na siebie ubranie i zapinając po kolei guziki od dołu, mogła tylko tłamsić w sobie gorycz niedokończonych spraw. Jak tylko wpuścisz dżinny do swojej głowy, od razu zaczną się kłopoty.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 8 Październik 2018, 19:19   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Myślała o powtórce. Noc była jeszcze młoda. Można było zaczerpnąć z tego źródełka troszkę więcej i nie przejmować się innymi sprawami, nawet jeśli takowe same się znajdowały, bo gdyby nie ów sytuacja to na pewno w trakcie znalazłaby sobie inne zajęcie. Może przejrzałaby nowości z świata biznesu? Może ktoś wysłał jej maila, na którego musiała odpisać? Charlotte zawsze miała coś do zrobienia, ale teraz mogła to coś przełożyć na później zwłaszcza, że nie miała już żadnego umówionego spotkania.
Przynajmniej nie takiego zaplanowanego, bo gdy z kolejnym wdechem zamierzała przeczesać ciemne włosy, złapać za podbródek i przyciągnąć drugie usta (nie byle jakie) do siebie, ktoś miał czelność zapukać do drzwi. Nikt nie zrobiłby tego bez pozwolenia. Tylko jakiś skończony idiota, nie znający panujących tu zasad, albo Jurij, który ocenił sprawę na tyle ważną by zakłócić spokój szefowej (spokój płonącej rozkoszy i wciąż wilgotnych miejsc.
Wzięła głęboki wdech tłumiąc niezadowolone warknięcie.
- Synek poszedł do tatusia. – powiedziała do siebie zerkając na to ciało, które sprawnie odsunęło się od niej, pozostawiając po sobie puste miejsce. – Nie tym razem. – wydawało się, że znów mówiła do siebie tylko po to by wyrazić na głos niezadowolenie ze spotkania z niejakim Caputo. Nie chciała go dzisiaj widzieć na oczy. Jego syna bardziej, ale to nie zmieniało faktu, że nie mógł tak po prostu zawracać jej gitary. Przesunęła się na drugą krawędź, gdzie przy łóżku znalazła sukienkę, wsunęła w nią nogi i wstała by móc naciągnąć materiał na resztę ciała. Nie śpieszyła się. – Na moje nieszczęście. – zarzuciła ramiączka i po bokach przygładziła sukienkę. Przeszła parę kroków przed siebie i zatrzymała tuż przy szpilkach. – Mali panowie z jeszcze mniejszymi sikawkami myślą, że są panami świata i mogą robić rzeczy, które wykraczają poza.. – urwała słysząc za drzwiami wściekłe krzyki Caputo, który nie zamierzał czekać, pchał się do czerwonego korytarza i wołał ją po nazwisku aż nagle, gdzieś wśród tego wszystkiego dało się dosłyszeć cichy dźwięk ładowanego pistoletu.
Zamknęła oczy i wzięła kolejny wdech, ale jej postawa ani na chwilę się nie zmieniła. Wciąż wyprostowana, z nogami sztywno przylegającymi do ziemi, piersią wypiętą do przodu i ramionami, które ani na chwilę nie opadły na dół w bezradności albo strachu. Była raczej wkurzona.
Rzuć to! Mówię kurwa byś to rzucił! Sam to rzuć! Nie będziesz mówił co mam robić gnoju! Tego typu i inne określenia padały z ust paru mężczyzn w tym zapewne również goryli Caputo.
Broń. Hodges już rozumiała, czemu Jurij zaryzykował przerywając szefowej.
- Po prawej stronie drzwi jest przycisk, który je otwiera. Na dole to samo. – odparła spokojnym tonem i ostatni raz odwróciła się za siebie by móc spojrzeć na Tal Rashe, której mogłaby powiedzieć by na nią zaczekała, ale skoro na siłę zaciągnęła ptaszka do klatki to pozwoli mu odlecieć z własnej nieprzymuszonej woli. Żadnego pożegnania ani słowa na temat tego, co między nimi zaszło. Tylko długie spojrzenie niebieskich oczu, w których bez wątpienia dało się dostrzec zadowolenie. Al-Hazir mogła być z siebie dumna, chociaż nikt z tego tytułu nie rozdaje nagród.
Krzyki nie ustawały, więc podeszła do drzwi, które otworzyła tylko do połowy, bo doprawdy nie potrzebowała by ktokolwiek zaglądał do środka.
- Panowie, panowie. – z pobłażaniem pokiwała głową. – Schowajcie swoje zabaweczki i porozmawiajmy jak dorośli. – prowokacyjnie spojrzała na Caputo, który dał sygnał swoim chłopcom.
Ich też mogłaby wykastrować.
z/tx2
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 27 Październik 2018, 14:13   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


/po wszystkim, ale w trakcie/

Proces przeciwko IT Hodges Co. w związku z aferą La Vallet coraz pewniejszy.
Prezes zaprzecza. Prokuratura naciska.

Wpatrywała się w pierwszą stronę dzisiejszej gazety ze świadomością, że to nie była jej pierwsza ani ostatnia wizyta w sądzie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto chciałby ją pozwać tylko, że to było coś więcej niż zwykła reklamacja ogromnie drogiego produktu. Tu rozchodziło się o lojalność wielu klientów, których mogła stracić, co nie wróżyło niczego dobrego dla całej firmy.
Przynajmniej dobrze wyszła na zdjęciu.
- Prokurator Gibbins od zawsze czekał na taką okazję. To krucjata przeciwko twojej rodzinie i to dość nierozsądna, bo idiota nie ma na nas nic a robi z tego taką aferę, że nawet gazetom sprzedaje same bzdury. – Rusk, prawnik Hodges, rzucił drugim wydaniem na biurko.
- Na mnie.
- Słucham?
- ”Nie ma nic na mnie” – bo nie ma żadnych nas gnoju. Ruck lekceważąco machnął ręką.
- Uczepił się jak rzep psiego ogona. Zrobi wszystko by nadmuchać to jeszcze bardziej i nam nakopać.. Tobie nakopać. – przyglądał się jej, jak obraca na fotelu w stronę okien wiedząc, że już miała jakiś plan, ale on musiał powiedzieć to jako pierwszy. - Trzeba działać ostro i szybko. Trzeba go zmiażdżyć.
- To za mało. – wtrąciła zanim przypisze sobie wszelkie zasługi. – Niech cierpi. – prosto i konkretnie, bo dobrze wiedzieli jak to zrobić, ale do tej pory Hodges nie miała powodów by wyciągać wszystkie brudy na prokuratura, który się na niej uwziął.

- Wydajmy go FBI i będzie po kłopocie. – Jurij zerknął na szefową, która z odrazą przyglądała się przywiązanemu do krzesła mężczyźnie od paru miesięcy pracującego w jej prywatnej ochronie. Pieprzony zdrajca i szczur, który nie dość, że dał się przekabacić Ocean to jeszcze pozwolił by Hodges zrzuciła winę na kogoś innego.
- Nie. – odpowiedziała krótko czując ogromną niechęć i to do samej siebie. Nic nowego. – To stworzy kolejne problemy. Poradzę sobie z władzami i prokuraturą. – wierzyła, że coś wymyśli i da radę. Ba, wiedziała to. – Pozbądź się go. – bez mrugnięcia oka. Odwróciła się na wysokich szpilkach i ruszyła w stronę wyjścia z zimnego magazynu. – I wyślij Ocean mały prezent. – mógł być nawet środkowy palec odzyskującego świadomość byłego ochroniarza Charlotte, która wyszła z budynku z poczuciem winy. Nie, nie wobec niego a kobiety, którą okropnie potraktowała.

Prokurator generalny Gibbins odwołuje zarzuty przeciwko IT Hodges Co.
Oficjalnie przeprasza prezesa i przyznaje, że nie było podstaw do stawiania tak solidnych oskarżeń, co zamierza zweryfikować wśród pracowników biura.

Zrzucał winę na swoich podwładnych jakby sam nie umiał podjąć decyzji. Udawał idiotę by nie przyznać się do własnego świadomego błędu względem teorii wyssanej z palca, którą ciągnąłby dalej byleby udupić Hodges. Miał w tym swój cel. Pragnął zemsty na jej rodzinie, co znacznie różniło jego oskarżenia od Charlotte, która nie kierowała się podobnymi pobudkami w sprawie z al-Hazir. Gdyby zamierzała się zemścić to już dawno obie z Ocean tkwiłyby za kratkami. Zrobiłaby wszystko byleby zniszczyć im życie, jak Gibbins zamierzał zrobić z nią, ale nie chodziło o jakieś bzdurne porachunki. Nie między nimi.
Obróciła telefon w dłoniach i odblokowała ekran.
To było głupie.
Spotkajmy się.
Nie wiem co
Nie chce omawiać tego przez wiadomości. Spotkamy się po Twoim powrocie?
Pisanie biznesowych maili idzie mi znacznie lepiej. W nich nie trzeba niczego wyrażać. Wystarczy udawać.
Chcę

„Nigdy nie będziesz się do tego nadawać Charlotte”
Zapisała wiadomość w okienku tekstowym i odłożyła komórkę. Za chwilę miała zebranie z szefami wszystkich działów.

FBI naciskało na przyśpieszenie spraw z Caputo, bo choć prokurator odsunął się od sprawy La Vallet, to oni nie zamierzali odpuszczać wykorzystując to, co wcześniej zostało przekazane przez Hodges. Sama chciała dopaść synka gangstera, ale nie uważała by robienie tego tak szybko i nierozsądnie to dobre rozwiązanie. Nie w tym przypadku, kiedy mogli wypłoszyć żuka gnojarza, który ukryje się i po paru latach wyjdzie z taką bombą, że cała obrona narodowa zesra się po same pachy. Nie mogła jednak odmówić. Albo on albo znów uczepią się jej, bo uważali, że wiedziała więcej niż powinna na temat oficjalnie zamkniętej afery. Musiała to zrobić.
Musiała się napić.

Z głośników laptopa wydobywała się cicha muzyka. Ze spokojem wpatrując się w ekran szukała w tle jednej osoby. Wodziła za nią wzrokiem, bo znów przykuwała uwagę na tyle by bez problemu zignorować całą resztę.
- Pani Hodges? – główna asystentka, której jako jedynej imienia nie przekręcała, bez obaw zaczepiła szefową, samej stojąc w progu gabinetu prezesowej. Hodges zamknęła klapkę od komputera melancholijnie spoglądając na Rachel, która bez słów zrozumiała, że mogła wejść, zamknąć za sobą drzwi i zająć kobiecie czas. – Byłam pewna, że nie lubi pani Madonny.
- Bo nie lubię.
- Isaac. Świetne przesłanie. – jedno spojrzenie niebieskich oczu wystarczyło by ponaglić młodą kobietę. – Płyta winylowa, którą pani chciała jest już w domu. Miałam tylko przekazać od Jenny, że Martha zniszczyła pieczęć i zapewne już jej słucha. – uśmiechnęła się przepraszająco, czego wcale nie musiała robić, bo gosposi nie dało się przegadać. – Chciałabym też omówić kwestię najbliższego tygodnia, bo prezes Glasgo.. – zapowiadał się długi dzień. Tydzień. Miesiąc. Całe życie.

nieznany


Możemy porozmawiać? W cztery oczy.
Spotkajmy się.
Charlotte
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 27 Październik 2018, 18:14   

2 godziny wcześniej

Buczenie miało ją przekonać do pozostania na swoich szanownych czterech literach, lecz brakowało w tym wszystkim tej prześmiewczej powagi, której nikt z obecnych nie posiadał.
Który człowiek na haju był poważny?
- Eva, nie bądź taka! Jutro sobie odbijesz bzykanko!
Jamie szczerzył się jak głupi do sera, choć jeszcze chwilę temu był gotów zatłuc Borysa za przypalenie niedopałkiem jego ulubionego dresu. Ponoć szczęśliwego, bo zaliczył w nim pewną piosenkarkę, którą poznali podczas pobytu w Kalifornii.
- Nie daj się prosić. - Georgia była królową błagalnych spojrzeń, a głaszcząca krótkie blond włosy dłoń jedynie potęgowała zwodzące wrażenie troski, jakie odczuwała od ciemnoskórej kobiety. - To twój ostatni wieczór z nami w tym sezonie. Naprawdę chcesz to zaprzepaścić przez jakiś booty call byle bitchy? - miała tu słuszność, choć nie na tyle wielką, aby Tal Rasha oderwała wzrok od ekranu telefonu komórkowego z wyświetlonym numerem nieznanym. Coś się zmieniło i to nie tylko jej włosy czy definitywne pogrzebanie resztek zaufania, jakimi jeszcze dysponowała w swoim arsenale. Wygaszacz zgasł po kilkunastu sekundach, a odbicie tancerki w błyszczącej czerni było niemrawe, prawie jakby widziała kogoś obcego. Zniknęły charakterystyczne, ciemne kaskady, sięgające niegdyś daleko za plecami. Pod oczami widniały niewielkie cienie, które normalny człowiek odebrałby jako efekt przepracowania na scenie z królową muzyki pop. Nieliczni z nich mieli gorsze, które należało przykryć toną makijażu, inaczej wyjście na scenę świty Madonny przypominałoby bardziej Thriller Jacksona na żywo i to bez charakteryzacji.
Odłożyła telefon na brzuch i zadarła głowę, wpatrując niemo w jasny sufit, noszący ślady wina sprzed dwóch dni. Przypominały konstelację lwa, którego wypatrywała na firmamencie jeszcze na Saharze, prosząc, aby pożarł ojca albo zabrał ze sobą ją i Hakkana. Teraz chciała tego samego, bo prawdopodobnie tylko w ten sposób uniknęłaby kolejnego błędu, który zamierzała w pełni świadomości popełnić.
- Prześlij mi potem adres. - nagle poderwała się do siadu na szerokiej, czerwonej kanapy ze skóry, uwalniając spod przyjemnego dotyku Georgie. Wstała na równe nogi i poprawiwszy czarny top, przeszła przez całą długość hotelowego pokoju aż do korytarza prowadzącego ku drzwiom. Spotkajmy się. Na jej zasadach.

Nie mogła przecież wyglądać, jak byle raszpla
Konsoleta DJa

Ostatni raz, kiedy tutaj była, skrajne emocje zaprowadziły ją na manowce. Długa kolejka do Wonder Passion była czymś normalnym, ale nie brak goryli przed wejściem, co odebrała jako niepokojący objaw. Zamiast rosłych, barczystych jegomości pod krawatami, stali zwyczajni gangsterzy z ulicy w czarnych koszulach - tak przynajmniej ich kategoryzowała. Sprawdzali dowody, zbierali haracz za wejście i nie dbali o to, kto wchodził do środka. Grunt, aby odpowiedni procent od wejścia zgadzał się w ich skorumpowanych kieszeniach. Śmierdziało kłopotami na kilometr.
Po przekroczeniu progu wszystko przypominało jednak to, co pamiętała sprzed prawie już dwóch miesięcy. Brutalnie erotyczne barwy neonów, głęboki bass, wijący się tłum na środku szerokiego parkietu, dyskretnie ukryte schody po prawej od baru, prowadzące do pieczary Smoczycy. W myślach powtarzała formułki, jakimi mogłaby ją poczęstować na wejściu. Pierwszy stopień. Masz pięć minut, więc lepiej się streszczaj. Drugi. Nie jestem tutaj dla ciebie. Szósty. Nie mogę patrzeć na twoją twarz... Dziesiąty. ...lepiej wygląda z moimi ustami. Osiemnasty. Z gwiazdą to nie to samo...
Telefon zabrzęczał w kieszeni skórzanej kurtki, gdy skręciła w lewo na ostatni odcinek krętych schodów. Jak spod ziemi wyrosła prawdziwa góra mięcha o paskudnej bliźnie na łysinie, którą pamiętała aż za dobrze, a jej ramiona jeszcze bardziej.
- Wstęp wzbroniony.
Tyle z partyzanta i wzięcia Hodges z zaskoczenia - tego mniej przyjemnego, niestety...
- Mam spotkanie z twoją szefową. - nie po to przyszła tutaj, aby teraz wrócić - Zejdź mi z drogi. - przeszła w bok, ale jegomość Brzydka Morda stanął jej na drodze, wyciągając przed siebie rękę, gotów strącić ją ze schodów, jeżeli zajdzie taka potrzeba.
- Nie zostałem poinformowany o tym. - Pewnie, bo kto by ci powierzył takie informacje, tłumoku. - Musi pani stąd odejść, inaczej będę zmuszony zastosować się do siły.
Parsknęła ostro, podpierając się po bokach, jawnie dając mężczyźnie do zrozumienia, że nie zamierza stąd ruszyć swych czterech liter, chyba, że na górę. Hodges miała czelność obstawiać swoje dojścia po tym, jak wysłała jej tego smsa, a Tal Rasha wcale nie pozostawała dłużna: brak odpowiedzi oraz przysięga, że już nigdy nie stanie w progu domu Charlie, jakby była conajmniej wampirem. Wychodziło mniej więcej po równo.
- Idź i zapytaj ją. - wskazała na stalowe drzwi za Mordą. - Możesz wspomnieć, że przyszedł jej dzisiejszy problem i jeśli zaraz nie wyjdzie, to-
Przejście otworzyło się z hukiem, a na zewnątrz wypadło trzech mężczyzn - dwóch w granatowych garniturach i jeden przypominający w jakiś sposób z twarzy Alvadeza. Rzucał się, wyzywając na wszelkie kreatywne sposoby tę zdradziecką sukę, a minąwszy al-Hazir, która niemal wrosła w ścianę, opluł się, próbując wyrwać przy zakręcie. Jeden z agentów szybko spacyfikował jęki pojmanego, obijając jego twarz dwa razy o ścianę. Chrząstka chrupnęła, zagłuszona przez basy piosenki. Nie było taryfy ulgowej.
Co to, u diabła, było...?
Powiodła wzrokiem ku górze, skąd kolejni ważniacy w garniturach schodzili grupą, a ostatnim z nich był Jurij. Sięgnął do wielkiej klamki, gdy zauważył Tal Rashę i z grymasem, który miał bodajże oznaczać poważne zaskoczenie, odwrócił się, aby powiedzieć coś do kogoś w środku.
Cofnęła się o dwa stopnie, trzymając mocno za barierkę, gdy z nieprzyjemnym spojrzeniem spoglądała na J'a, mającego czelność jeszcze raz na nią spojrzeć, jakby właśnie wróciła ze świata zmarłych. Jeszcze jeden kroczek w dół.
To nie miało sensu. Inni już czekali na nią, a Charlie... Pozostawała nadal zajęta; czymkolwiek ta akcja z wierzgającym na emocjonalnej viagrze facetem była. Mogła stąd zniknąć, dopóki jej nie widziała.
- Przekaż, że mój urlop właśnie się skończył. I niech nawet nie myśli o tym, aby do mnie dzwonić. - rzuciła do Brzydkiej Mordy, obrzucając go na odchodne jeszcze raz nieprzyjemnym spojrzeniem od góry do dołu i obróciwszy na obcasie, zaczęła schodzić po schodach. Nie potrzebowała już tych historii w swoim życiu. Skończyła z biznesem dla Ocean, nie chciała jeszcze tej całej przemocy z życia Hodges.
Chciała Białej Damy.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 27 Październik 2018, 20:22   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Hue-hue-tenango

To wszystko działo się za szybko. Nabuzowani testosteronem agenci FBI nie potrafili przeczekać sądząc, że skoro mieli na nią jakiś haczyk, to wykorzystają go do pojmania synalka gangstera, który planował rozszerzyć swą działalność o handel żywym towarem. Hodges czuła, że to zła decyzja. Oczywiście sama chciała go przymknąć, co już zresztą planowała z jednym z agentów, ale do tego trzeba rozeznania, czego przez ten czas zabrakło. To wszystko było nieprzemyślane i pochopne, z czym Charlotte ledwo się godziła, bo nie pozwalała sobie na tego typu działania w biznesie zwłaszcza, gdy nie miała pewności, że to wszystko na co było ją stać. A mogła więcej. Czuła w kościach, że dałoby się zrobić to inaczej, znacznie lepiej i korzystniej dla samego systemu bezpieczeństwa, ale nie. Dla agentów liczyły się profity a po ostatniej wtopie z Hodges, której jeszcze nie przełknęli grożąc, że będą mieli na nią oko, pragnęli ofiar. Musieli dać szefowi coś grubego, ale zamiast rekina dostanie nędzną płotkę, o czym przekonali się w trakcie wstępnej rozmowy Hodges z Caputo juniorem, z którym tego wieczoru miała się dogadać.
- Czyli potrzebujesz magazynów na wschodnim wybrzeżu i paru w okolicach większych miast. Miejsca, do których nikt nie zagląda, ale są wystarczająco blisko klientów, co by nie narzekali na zbyt duże koszty transportu? – planowanie gospodarowania żywym towarem? Czuła odrazę do samej siebie. Znów.
- Dobrze kumasz. Wiedziałem, że gdy się przekonasz to mnie zrozumiesz i dostrzeżesz w tym potencjał. Niezła jest, co? – zaśmiał się w sposób tak dziwny, że ostatni raz słyszała coś podobnego w jakiejś głupiej kreskówce, którą oglądała córka. Rżał rozbawiony jak dziki patrząc po ochroniarzach, którym nawet nie drgnęła powieka. Nadal uważał, że trochę przesadzała z ilością goryli wokoło, ale po ostatniej aferze, o której wszyscy słyszeli, było to zrozumiałe. Musiała się chronić przed kretami, bo choć to nie oficjalna wersja, na ulicy mówiło się o człowieku pracującym dla Hodges, który miał coś wspólnego z wypłynięciem pewnych danych. – Oczywiście koszty dzierżawy się zwrócą plus dorzucimy ekstra dziesięć procent za twoją dyskrecję. Czterdzieści idzie dla mnie i kolejne pięć dych dla głównego koordynatora.. – lekko odwróciła głowę w lewo by móc upić łyk złocistego whisky, którego wcale nie potrzebowała, ale musiała nawiązać krótki kontakt wzrokowy z agentem prowadzącym udającego jego z goryli. Był ktoś jeszcze i tego właśnie się obawiała. Ktoś, to liczył sobie aż połowę zysków z przedsięwzięcia, od którego aż bolała głowa. – ..więc poza udostępnieniem nam lokali, nie będziesz musiała się niczym przejmować. – on był bardzo zadowolony, bo udało się mu załatwić coś, przez co lada dzień miał dostać po pysku. Hodges uratowała mu ‘piękną buźkę’. – Twoje lokale są wisienką na torcie. Mamy już wszystko. Transport i dostawców z Europy, Ameryki Południowej, Wysp tych z królową i.. – mlasnął, bo zapomniał określenia albo nawet nazwy kontynentu, o którym miał wspomnieć. Słuchała go. W udawaniu była naprawdę dobra, ale z każdym kolejnym słowem czuła, że powinni odwołać akcję. Caputo to za mało.
- Pani Hodges. – zamilkł zaskoczony tym, że nagle go poprawiała. Do tej pory nie miała nic przeciwko temu, że mówiła do niego ‘na ty’. – A policja? – zapytała wstając z kanapy, którą obeszła by samodzielnie podejść do prywatnego baru. Caputo podjął temat tłumacząc, że z tym też nie powinno być problemu na co Charlotte jedynie dolała sobie wieloletniej whisky i zamiast odstawić na miejsce to zaprezentowała butelkę na barze; to był sygnał. Mieli się wycofać.
Zrobili inaczej.
Mieli wystarczająco by przymknąć Caputo i to im najwyraźniej wystarczyło, bo chwilę później ten słuchał swoich praw i prawie wyrzucili go przez drzwi tak by samodzielnie stoczył się po schodach.
Miała tylko nadzieję, że wyprowadzą go wyjściem dla personelu. Nie chciała afery na froncie.
- Straciliście szansę na schwytanie pozostałych. – spojrzała na agenta oczekującego aż dwóch agentów wyprowadzi przestępcę za drzwi.
- Wyda ich.
- To Caputo. – gościo najwyraźniej nie wiedział, co to oznacza.
- To już nie pani problem. – kiwnął do kolegi i razem, ramię w ramię, opuścili VIP room.
- Pani Hodges. – niepewnie wtrącił Jurij stojący przy drzwiach, które zamierzał zamknąć.
- Czego?! – warknęła mało zadowolona. Ani chwili spokoju.
- Tancereczka czeka na schodach.
Zamarła. Była tu? W takim momencie? Widziała coś? Jasne, że tak. Życie nigdy nie było łaskawe wobec Hodges, chociaż za jedno musiała mu podziękować. Moment może nie był idealny, ale sama świadomość, że po paru tygodniach mogła zobaczyć al-Hazir, wystarczyła by poczuć ekscytację. Tak, to na pewno było to zmieszane z nutą powagi, bo przecież to nie było miłe spotkanie towarzyskie. Schrzaniła na całej linii i pierwszy raz w życiu nie wiedziała, jak powinna się zachować. Pokazać swą urazę i żądać by jej wybaczono, czy po prostu przeprosić jak człowiek? Czyli jak?
Ruszyła w stronę drzwi zatrzymując się w progu akurat przy fragmencie o niedzwonieniu.
- Nie będę. – skoro właśnie tego chciała. Najwyraźniej Hodges zamierzała to uszanować, ale szybko jej przeszło, gdy al-Hazir odwróciła się na schodach prezentując w całej swej okazałości. Miałaby jej odpuścić? – Miło cię widzieć, Tal Rasho. – gestem dłoni kazała Jurijowi zostać na zewnątrz. – Wejdź. – słowa skierowane do kobiety, od której na moment musiała się odwrócić i w oczekiwaniu aż tamta wejdzie, podeszła do baru po pozostawioną tam wcześniej szklankę oraz jedno szkło ekstra. – Pijasz whisky? – tego nie wiedziała. Potrzebowała jednak chwili by dojść do siebie po niedawno zakończonym spotkaniu. Przestawienie trybów nie było łatwe zwłaszcza, że jeżeli naprawdę chciała zrobić to, co planowała, nie mogła uczynić tego z typowym sobie bitch face.
Strategia nr 1. Nie mniej w dłoniach nadmiaru szkła chyba, że zamierzasz nim w kogoś rzucić.
Nie pochwyciła szklanek przed ponownym obróceniem się ku brunetce. Teraz już ku blondynce, o czym przecież wiedziała z paru filmików z koncertów, ale przyznanie się do tego totalnie by do niej nie pasowało. Nie do Hodges, którą była na co dzień, ale do kobiety na moment zapominającej o oddychaniu, już tak. Po dłużącej się sekundzie musiała wziąć głębszy wdech tuszując ten fakt poprzez kontrolę klatki piersiowej, której nie uniosła gwałtownie, chociaż ta bardzo chciała. Cholerne ciało samo prosiło się o kłopoty szarpiąc nią w stronę tej cudnej kobiety, która po ich ostatnim spotkaniu raczej nie chciała tego samego.
Sama sobie była winna.
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 27 Październik 2018, 20:58   

Ani trochę.
Szczęśliwie, bezczelna odzywka nigdy nie opuściła świata przemyśleń oraz urażonej dumy, którą nosiła teraz niczym medal za waleczność, gdy krocząc po schodach nie omieszkała przejść obok Brzydkiej Mordy tak, aby odczuł wąską szpilę na stopie. Nawet nie jęknął, ale ona swojego dopełniła i to w tej chwili się liczyło. Rozładowanie przynajmniej części negatywnej energii działało na korzyść Charlie - nie rzuci się do niej z łapami. Nie, nie mogłaby. Nawet, gdy buchała od środka złością, niczym wybudzony z długiego snu wulkan.
Tal Rasho. Jakże obco...
Jurij zamknął drzwi od zewnątrz, ostatni raz zerkając przez szparę na al-Hazir, jakby chciał zapamiętać nowe oblicze kobiety, która wpłynęła na jego szefową w kompletnie niezrozumiały dla niego sposób. Nie płacono mu za pytania, ale nawet on miał swoje przemyślenia - mniej lub bardziej trafne i wcale wielce nie pomylił się na początku, stawiając w zakładzie z Marthą na kartę kłopotów. Ta blondynka wyglądała, jak początek powolnego, paskudnie bolesnego upadku.
Szklany stolik zdobiły plamy po whisky syna Caputo. Nie dał się bez walki, czego była świadkiem na schodach.
- Nie przyszłam, aby z tobą pić. - odparła prosto z mostu, przyglądając rozlanemu alkoholowi i usiadła na rogu kanapy, zaledwie kawałek od miejsca, gdzie siedział gangster. - Mam plany na wieczór, więc załatwmy to szybko. Czas mnie nagli. - oparła się o trzeszczącą bogactwem skórę, nie decydując na ściągnięcie kurtki, choć panował tutaj gorąc. Założyła nogę na nogę i skrzyżowała ręce, z całych sił próbując skupić wzrok na oczach, które bez przerwy śniły jej się przez pierwsze dwa tygodnie treningów i początku trasy koncertowej. Na język parły komplementy - zarówno dotyczące wyglądu, ubrania, jak i makijażu blondynki, ale zamiast tego, niecny umysł zdobył się jedynie na przytyki: - Kim był ten facet, którego prawie zabiliście na schodach? - słyszała to chrupnięcie. Była wyczulona na ten charakterystyczny dźwięk, z jakim osłuchała się przez praktycznie całe życie. Tak dla bezpieczeństwa własnego; wolała wiedzieć z kim jeszcze zadzierała Hodges, aby potem unikać konkretnych indywiduów w Chicago. Przynajmniej do momentu, kiedy nie usamodzielni się na tyle, aby nie poszukać innej pracy, gdziekolwiek by się dało. Może na Florydzie, a może w Kalifornii. Belushi kusiło do tego drugiego. Pokręciła dyskretnie nosem, zadzierając nieco głowę, uważając, aby zachować dystans. Ciach, ciach, dziecinko! Ciach, ciach!
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 27 Październik 2018, 22:21   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Zacisnęła szczękę. Ludzie się tak do niej nie odzywają. Nie bez następującej po tym konsekwencji w jej słowach albo działaniach, które już raz Rasha miała okazję poczuć na własnej skórze, jak chociażby tamto odrzucenie kobiety na zajmowaną przez nią kanapę, a potem silne łapska goryli. Zawsze reagowała na przytyki. Jak nie od razu to później, ale ze zdwojoną siłą, bo tak; musiała mieć ostatnie zdanie. Nie zawsze jednak oznaczało to wypowiedzenie jakichkolwiek słów, bo często samym wymownym spojrzeniem zwalała z nóg.
Odwróciła wzrok i bez słowa wzięła obie szklanki (tak), jedną z nich stawiając na stoliku od strony Rashy, omijając wszelkie plamy, które już dawno powinny zostać wytarte, ale Jurij wiedział, że wpuszczanie teraz kogokolwiek, nawet kelnerki, skończy się dla niego źle.
- Wyprowadzali go agenci FBI. – gdyby faktycznie była za to odpowiedzialna koleś już dawno gryzłby piach. Przeszła parę kroków w stronę okrągłego okna na klubowy świat. Połowa to wiocha, która na tę wizytę wyda większość swojej pensji. Miała nadzieję, że Jurij już obstawił odpowiednich ludzi przy drzwiach, bo aż żal patrzeć na tych meneli na dole. – Niedługo na pewno ogłoszą to w gazetach. – więc nie było sensu ukrywać prawdy, chociaż nikt nie powinien pisnąć słówkiem, że to jej sprawka. Wiedziała jednak, że prędzej niż później Caputo senior wszystkiego się dowie i go także będzie miała na karku. – FBI udaremnia rozwój handlu żywym towarem w USA. – czy jakoś tak brzmieć będą nagłówki. – Przyszedł do mnie z propozycją biznesową. – prychnęła, bo coś takiego mógł sobie wsadzić tam, gdzie sam nie lubił zaglądać. – Gdy kobieta jest za miękka ludzie traktują ją z pobłażaniem, ale gdy okazuje się suką – jak to pęknie określił ją Caputo junior. Nie pierwszy i nie ostatni raz. – myślą, że nie ma żadnych granic. – a jednak jakieś posiadała, lecz nie o tym chciała rozmawiać. – Nie po to przyszłaś. – upiła łyk zimnego whisky jedną dłoń chowając do kieszeni spodni. Odwróciła się przodem do kobiety pozwalając by ostre klubowe światła odbijały się przez okno na jej białym stroju czyniąc go bardziej kolorowym acz nadal zimnym, jak ona sama.
Nie teraz.
Lód musiał stopnieć, chociaż bez niego Titanic odpłynie i nici z ckliwej historyjki. Czy aby na pewno?
Popełniłam błąd. – brała to na klatę. Dosłownie, mogłaby mieć na sobie. – Pozwoliłam by powstały problem oraz potyczki z Ocean przyćmiły mą ocenę.postaraj się bardziej, bo nadal brzmisz jak biznesowa zdzira. Od kiedy to swej głowie słyszała głos Marthy? Gosposia na pewno by tak zareagowała widząc nieudolne próby przeprosin. W Polsce stawiało się wódkę na stół i już nikt nie miał żalu do nikogo. Zrobiła krótką pauzę do tej pory utrzymując spojrzenie na al-Hazir, ale potrzebowała chwili, więc opuściła wzrok na złocisty płyn w trzymanej przez siebie szklance i podeszła do labiryntu. Niebieskie tęczówki w górę. Pora działać. – Przepraszam. – trochę lepiej. – Nie zasłużyłaś na to. – na takie traktowanie, ale kto był wtedy bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem. – Chciałam byś usłyszała to ode mnie i zapewne nic ci tego nie zrekompensuje – sama Hodges potrafiła trzymać urazę do przez wiele lat, jak nie do samej śmierci. – dlatego nie stanę ci na drodze, nie będę dzwonić ani pisać, jeżeli taka jest twoja wola. – zero kaprysów bogatej damulki, wymuszania, rozkazów lub czarów lodowej wiedźmy. Uszanuje decyzje al-Hazir, chociaż w duchu pragnęła podejść do niej, dotknąć krótkich włosów, z bliska przyjrzeć się twarzy i wpatrywać w ciemne oczy tak długo aż znów zapomni o reszcie świata. Z żalem głośno wypuściła powietrze przez nos i znów podeszła do baru dopijając to, co miała w szklance.
Musiała to powiedzieć.
- Byłaś doskonała w „Issacu”. – w całej reszcie także, ale wystarczy, że przyznała się do obejrzenia choć jednego występu. Co za dużo to nie zdrowo; nie dla Rashy a samej Hodges, która i tak dziwnie czuła się przez tę kobietę. Nie tylko Jurij to zauważył, Martha zawsze obstawiała dziwne wersje, zaś Charlotte miała wrażenie, że wbrew woli Minotaura wchodziła do cholernego labiryntu.
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 27 Październik 2018, 23:51   

Cichy stukot szklanki nie współgrał z niezmienną ekspresją Tal Rashy, zdającej się mówić "Pośpiesz się, bo zima nas zastanie" albo "Znowu alkohol". Nie miała jeszcze jednoznacznego werdyktu z loży wewnętrznych szyderców, którzy z uporem godnym meksykańskiego osła na zwieszonym moście nad kanionem wysłuchiwali Charlie w trakcie procesu, jak sępy czekające na odpowiedni moment do żeru. Nie przypuszczali jednak - podobnie sama zainteresowania - że życie bywa przewrotne nawet w tych już najbardziej wywróconych do góry nogami momentach. FBI psuło ich interesy, przestawiało szyki, a dziewczynę w blond włosach po stronie prokuratora zbiło z pantałyku. Na szczęście, obrona nie pozostawiała złudzeń, że to nie w tej sprawie toczono proces, ale zaprotokołować nie zaszkodziło. Chwila, system się zaciął. Word przestał współpracować. Ależ spokojnie, tę część i tak wykreślimy, panie sędzio, sługo uniżony.
Nie upadła tak nisko.
Nawet nie ruszyła podarowanej szklanki bursztynowego alkoholu. Nie lubiła whisky.
Skupiła wzrok na dłoni schowanej w kieszeni, jakby spodziewała się, że lada moment wyciągnie zeń podręczny nóż albo malutką replikę rewolweru - w każdym tego słowa znaczeniu. Nie sześć pif-pafów. Cztery. Może trzy, jeżeli to wersja limitowana z wygrawerowanym na stali nierdzewnej napisem "Bitch better have my money" albo "Gangsta's Paradise", bo oba przypadki byłyby paradoksalnie śmiesznym zbiegiem okoliczności. Pif-paf! Pif-paf! Pif-paf!
I po krzyku.
Przejechała językiem po zębach, unosząc wzrok, gdy zagrożenie zniknęło. Żadnej broni. Zamiast tego - seria słów i gorzkich żali, jak z kałasznikowa. Zaskoczyła ją, do tego stopnia, że uniosła krótko lewą brew w konsternacji, poważnie rozważając czy to aby nie jest kolejna próba wyprowadzenia jej w psie pole. Spodziewała się już wszystkiego, ale nie szczerych przeprosin, popijanych whisky, jakby alkohol miał zmyć ich smak, a tuż po tym błyskawicznego komplementu. Zasłona dymna. Burza piaskowa.
Sirocco.
To niedobrze – wraz z pocałunkami, musiała z przeszłości ukraść też przemyślenia blondynki. – Ze stanu doskonałości nie wiedzie żadna droga w przyszłość. Można się tylko cofnąć. – uległa, sięgając po szklankę. – Do tego jest zimna i boi się zbliżenia - nagle mówiła o niej; w słowach pięknych, zapożyczonych z mądrości zaprzyjaźnionego pasjonaty na szlaku. – Nie istnieje bez skazy. – zamoczyła zaledwie usta przy krawędzi drogiego szkła, nie mogąc przemóc się do whisky. Śmierdziało środkami odkażającymi, atakowało wspomnieniami nieszczęsny nos; jakby ktoś znowu przywalił weń pięścią. – Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz. Co chcesz osiągnąć, pisząc wiadomość z własnego numeru, a nie przez asystentkę. Przepraszając i nie zastawiając mi wyjścia obdartusami, których tak ochoczo na mnie posłałaś, gdy pierwszy raz tutaj byłam. – nadal to pamiętała. Te długie dwa tygodnie, kiedy nie odzywały się do siebie, bo bezpośredni kontakt pozostawał utrudniony, co i tak potem nie miało znaczenia. Ruszyła swoją drogą, nie oglądając za siebie. Prawie. – Jesteś cholernym rekinem, Charlotte. – wyprostowała palec u dłoni trzymającej szklaneczkę, wskazując na garnitur. - Żarłaczem białym, który poczuł krew. – musiała w tym mieć jakiś ukryty biznes. Chciała odegrać się na Ocean z jej pomocą? Poznać tajniki swojej przeciwniczki, o których Tal Rasha nie miała pojęcia, bo choć miała zameldować swój powrót z trasy kilka dni wcześniej, do tej pory tego nie zrobiła, definitywnie kończąc w brzydki sposób współpracę z Debbie.
Na hejnał!, jak mawiał Borys.
Wypiła na raz palące whisky, smakujące gorzej niż piasek i kamienie z pustyni, po czym wstała, przekładając szklankę z ręki do ręki. Z surowym obyciem wyprostowała się, jakby na moment zamieniły się rolami, a Hodges przyszła na jej włości. Miała dobre oko do szczegółów. I również lubiła kolorowy neon.
Podwinęła rękawy kurtki do łokci, nie zamierzając jednak wszcząć bójki na pięści. Tu po prostu było za ciepło w królestwie zimy i jeszcze ten palący w żołądku alkohol. Podeszła z wyćwiczoną gracją do Charlie, zachowując zdrowy dystans co najmniej metra. Jakże łatwo mogła teraz sięgnąć dłonią po te jasne kosmyki, musnąć podkreślone kości policzkowe palcami. Opcji miała wiele... Wybrała te najbardziej wymagające.
Była Kleopatrą. Wężową mowę miała we krwi. Syczała i pluła jadem, który w innych warunkach być może uratowałby cudze życie, przerobiony na surowicę.
Wetknęła pustą szklankę prosto do drugiej dłoni Charlie, nie zamierzając odejść stąd bez choćby jednego, poważnego akcentu, który wyryje się w pamięci blondynki. Niech pamięta, co zaprzepaściła. Niech pamięta ten moment, ilekroć wypije to konkretne whisky lub przytknie do ust to konkretne naczynie, noszące ślad obecności tańczącej złodziejki. I niech pamięta ten pełen goryczy uśmiech, który jej podarowała (klik) wraz z dobrą radą:
Nie lekceważ mnie. – tymi przeprosinami, swoim obyciem, piękną twarzą i jeszcze głębszym spojrzeniem. – Potrafię grać w to lepiej, niż myślisz. – te wszystkie intrygi, zbywanie oraz milczenie, co... tylko zaznaczyła, zaradzając marnie szybkiemu biciu serca w klatce. Ponoć takowe to nie sługa, wiedziało lepiej. Na przykład, wspominając o nowej szmince i podsycając ciekawość zmysłu smaku, wystawiało samozaparcie Tal Rashy na poważną próbę, z której zamierzała wyjść zwycięsko. Pierwotnie.
Zapachniało żelazem. Nozdrza połaskotał szkarłat.
Fuck.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 28 Październik 2018, 16:58   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Coś było nie tak. Te wszystkie frazesy podkreślone ogromną wolą walki. Mogła to zrozumieć biorąc pod uwagę okoliczności, w których widziały się po raz ostatni, ale Charlie nie mogła pozbyć się wrażenia, że zmiany w zachowaniu to nie tylko trzymana przez al-Hazir uraza. Nie widziały się parę tygodni i choć ludzie mają prawo do zmian to ta była zbyt radykalna, wybujała i przesadzona. Nie taką Rashe poznała. Bezczelną, owszem. Tylko, że tamta, jak sądziła Charlotte, potrafiłby odróżnić przeprosiny od chęci zaplątania sobie kogoś wokół palca. Tamta dostrzegłaby zmianę w błękitnych oczach, które chciały zatroszczyć się o ów relację, lecz nic takiego nie miało miejsca. Zbyto jej przeprosiny, na które się odważyła, co ani trochę nie było zaskakujące. Była gotowa na taką reakcję, ale spodziewała się jej w nieco innym charakterze. Ten scenariusz nie pasował.
-To moja krew. - biała jak komplet, który teraz na sobie miała, stąd brak widocznych metaforycznych plam. Pamiętnego wieczoru w Wonder Passion głęboko zastanawiała się, co al-Hazir robiła z Ocean i za wszelką cenę chciała się tego dowiedzieć, lecz wystarczyła chwila zapomnienia by ów plan odsunąć na dalszy plan. Nie myślała o nim, a nawet wyparła, gotowa przyjąć opcję, której nigdy do tej pory nie brała pod uwagę. Minimalne zaufanie, acz jednak jakieś, bo nigdy potem otwarcie nie pytała o Debbie, czego gorzko pożałowała, bo kobieta coś na nią szykowała. To co wisiało między nią a Rashą zapewne było tylko i wyłącznie przypadkową ofiarą, bo rozchodziło się o to by Hodges miała problemy z władzami. Czy zabolało? Bez wątpienia dużo nerwów, stresów, irytacji i straconego czasu na udowadnianiu swej niewinności zbliżyło Charlotte do jej pierwszego zawału, ale nie przez to krwawiła.
To przez nią. Przez przypadkowość, zbieżność sytuacji i te piękne oczy, ciepłą skórę, długie nogi oraz smak ust, którego mogła szukać gdzie indziej, ale drugiej takiej już nie będzie.
- Nie jestem dziś skora do gier. – odparła cicho, acz z tą swoją manierą królowej lodu, o dziwo wcale nie walcząc o ostatnie zdanie. Była wymęczona ostatnimi wydarzeniami oraz nadal próbowała przełknąć świadomość, że sprawa z Caputo przebiegła nie tak, jak powinna a jego ojciec z pewnością zechce spalić Hodges na stosie. Na dziś skończyła z gierkami a przynajmniej taki był plan tuż po tym, gdy wyprowadzono Caputo juniora.
Krew. Ta sama, ciemna i zastanawiająca, bo czyżby znów doszło do naruszenia tego pięknego ciała, które postanowiło się zbuntować przeciwko nadmiarowi pracy lub odwrotnie, bo przed brakiem odpowiednich składników odżywczych? Poddała w wątpliwość ów teorię, ale zanim przeszła do jej analizy, odłożyła obie szklanki na blat i sięgnęła nieco dalej po ściereczkę pozostawioną wcześniej przez barmana.
Złapała al-Hazir za nadgarstek by przyciągnąć ją bliżej i żeby się tak nie wierzgała w poszukiwaniu czegoś w kieszeniach kurtki. Telefonu? Chusteczek? Wypadły klucze.
Puściła nadgarstek, wsunęła dłoń w blond włosy i przetrzymać głowę, żeby z bezczela nie pacnąć szmatą prosto w twarz tylko spokojnie przyłożyć ją pod nos. Ostatni raz, gdy widziała coś podobnego, poprosiła Jannine by wyszła z gabinetu, bo brudziła firmową posadzkę. Na miłe gesty lub słowa szefowej nie mogła liczyć, bo gdyby Hodges miała przejmować się każdą napotkaną po drodze osobą to zostałaby cholerną Matką Teresą, nawet jeśli nie miała do tego podstaw, bo przecież była dzieckiem rodu prosto z linii demonicznego Valaka.
- Niech cię szlag al-Hazir. – rzuciła bez złości, zwady lub chęci dokopania. Po prostu nie rozumiała, jak można się aż tak zaniedbać (bo ta bitcha wcale się nie zaniedbywała, co nie?). Zabrała jedną dłoń, a potem drugą, gdy Rasha przejęła ścierkę w swoje ręce i wtedy Charlie opuściła spojrzenie na klucze, wśród których dostrzegła czerwoną balonową kuleczkę. Już kiedyś takie widziała. Niektórzy sprzedawali towar w zwykłych foliowych woreczkach, ale malutkie baloniki zapewniały trwałość produktu głównie przez fakt, że trzymano go w różnych miejscach. Kiedyś diler wyjął coś podobnego z ust i dał swemu klientowi. Obrzydlistwo.
Gwałtownie uniosła spojrzenie na Rashe by dokładniej przyjrzeć się jej oczom, ale bez odpowiedniego światła to nie było możliwe. Zagotowała się na tyle by nie zważając na nic złapać kobietę tak samo, jak kiedyś, dłonią za buzię nieco lżej (niż wcześniej) wciskając palce w oba policzki. Szybkim ruchem obróciła jej twarz i nieco zadarła ku jasnej żarówce wiszącej na długim karniszu tuż nad barem.
Wielkie jak talerze źrenice nawet nie drgnęły.
- Jesteś naćpana. – warknęła i zabrała swą dłoń odsuwając się na dwa kroki. Widać niepotrzebnie siliła się na przeprosiny, bo zapewne nic nie dotarło do tego skoksowanego blond łba. – I to nie pierwszy raz. Wtedy też. – umiała liczyć. Parę tygodni dawało podstawy do tego by podejrzewać uzależnienie. – Pakowanie się w kłopoty to jedno, ale narkotyki.. co ty wyczyniasz? – to nie była jej sprawa – wiedziała o tym – ale jak widać obojętność dzisiaj nie była po stronie Hodges.
Obojętność wobec niej.
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 28 Październik 2018, 17:37   

Zapach żelaza pojawiał się średnio do dwóch razy w tygodniu. Zdążyła przywyknąć, godząc na taki, a nie inny los, choć nikt wtedy nie trzymał jej tak blisko siebie, ocierając cieknące strużki uciekającego, przećpanego życia. Do rozważenia - po przystępnej cenie, a jakże - nadal były zastrzyki, ale od małego nienawidziła igieł. Z perspektywy czasu, teraz przynajmniej nie miałaby takich problemów, pokroju wszędobylskiego psa policjanta, który nawet nie należał do K9.
- Zabawne, bo mogłabym zapytać cię o to samo. - warknęła, łypiąc na Charlie równie paskudnie. - Bawisz się w FBI, ale o tym, że sprzedajesz informacje innym gangsterom w Chicago już nie wspomnisz psom. - brzmiałoby o wiele lepiej, gdyby nie ta przyciskana do nosa chusteczka. O wiele. - Znam twoje sekrety. Wiem, co masz za uszami. - blefowała, to jedyna informacja, jaką o niej posiadała, nie licząc kilku drobnostek z urywek starych gazet w bibliotece miejskiego archiwum. - Zostaw moje sumienie w spokoju. - Trzecia strona Timesa. Brukowce wariowały od wieści o wylewie starszego prezesa, ale czy mogła z tego skorzystać? Owszem. Czy miała czelność? Rodziny nie miesza się do brudnych interesów. Pieprzona moralność, o jaką zapewne ten rekin już jej nie posądzał, skoro okazała się być naćpana. Jedyne, czego chwilowo potrzebowała, to udanego symulowania tego metaforycznego haka na Charlie. Jeśli uwierzy, obie wyjdą z tego cało, każda - ponownie - w swoim kierunku.
Ostatni raz otarła mostek nad wargą brudną ściereczką i pociągnęła nosem kontrolnie, pochylając po klucze z balonikiem szczęścia. Lubiła tę formę produktu, bo przypominała jej mimowolnie o tych lepszych nocach w Berlinie i klubach grających muzykę z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.
Neunundneunzig Luftballons auf ihrem Weg zum Horizont.
Prędko schowała pakuneczek do wewnętrznej kieszeni kurtki, a klucze na szerokim ogniwku założyła za serdeczny palec u prawej dłoni. Na wszelki wypadek, gdyby Hodges wpadła myśl, aby ją zatrzymać. Nie chciała jej skrzywdzić, ale w imię obrony własnej (i na haju) mogłaby to zrobić, byle wyjść żywo z tej konfrontacji. Pytanie za sto punktów - ile zajmie Jurijowi zgniecenie jej czaszki?
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 28 Październik 2018, 18:32   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Kontrola rynku. Tak w ładny sposób określiłaby swoje działania, z których nie zamierzała się spowiadać ani usprawiedliwiać. Wiedziała co robiła i dlaczego. Ostro, konkretnie, ale z głową, czego nie mogła powiedzieć o dzisiejszych agentach podejmujących pochopną decyzję. Nie jej decyzję, bo ona dała im znak do odwetu, co wkurzało jeszcze bardziej, bo straciła panowanie nad sytuacją a to przysporzy jej więcej kłopotów. Czy żałowała? Nie. To co robiła wiązało się z ogromnym ryzykiem, którego była świadoma od wielu lat, bo kontrola oraz władza wymagała nie tylko ofiar, ale także wyzbycia się poczucia bezpieczeństwa w życiu, podejmowanych decyzjach oraz otoczeniu. W każdej chwili coś mogło ją zniszczyć, ale trzymała się twardo i jak widać nikt do tej pory nie zbliżył się na tyle by móc strącić Charlotte z piedestału.
- Nie porównuj biznesu do świadomej autodestrukcji. – bo to zdaniem Hodges właśnie robiła Rasha. – Ten szajs wyżera cię od środka. – mogła jeszcze tego nie zauważać, ale nic co znajdowało się w baloniku, nie działało korzystanie na ciało oraz umysł nabuzowany narkotykami. Wyżerało jej szare komórki, stwarzało pozorną wielkość jednostki nad pozostałymi, ale to tylko przykrywka dla prawdziwego działania substancji chemicznej, która nie brała żadnych jeńców. Znała to, nie za autopsji, ale jak każdy uznany biznesmen musiała dokładnie wiedzieć, co ją otaczało. Musiała znać branżę.To cię zabije! Tego właśnie chcesz? – to ciche samobójstwo. Powolne i dyskretne, ale jednak, co było dla niej bardzo osobiste biorąc pod uwagę aż dwa rodzinne przypadki. Nie mogła pozwolić by ktoś, kogo była w stanie szczerze przeprosić tym samym przyznając do błędu, zrobił sobie coś takiego. Nie na jej oczach ani nawet poza zasięgiem lodowatego wzroku, bo przecież niedawno Tal Rasha przyznała, że nie obchodziły ją żadne przeprosiny.
Czemu w ogóle się nią przejmowała?
Czemu szargała sobie nerwy narażając na kolejne ataki, bo zamiast pozwolić odejść naćpanej bezczelnej tancerce, to stanęła jej na drodze?
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

Blue eyes and heart of gold

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 28 Październik 2018, 18:53   

Prychnęła z udawanym rozbawieniem, jakby Charlotte opowiedziała jeden z tych wątpliwie moralnych dowcipów z przymrużeniem oka. Biznes był takim samym szajsem, co narkotyki. Wszystko to interesy, nawet sprzedawanie substancji odurzających na czarnym rynku. Nie widziała zatem różnicy pomiędzy zajęciem Charlie, a własnym autodestrukcyjnym zachowaniem. Wszyscy non-stop powtarzali, że działa na własną niekorzyść; ćpając, wyrzekając religii i potępiając każdego, kto śmiał ją przekonać do swojej racji.
Nawet ona.
Spuściła wzrok, poruszając żuchwą na boki z tym samym, nie schodzącym uśmiechem smutnego Pierrota, który jeszcze próbował swoich sił w kryminalnych cyrku Jokera. Przynajmniej zębów nie miała żółtych.
- Nie muszę chcieć czegoś, co mam - powiedziała, wodząc oczami jeszcze raz po białym garniturze. - Ja już jestem martwa. - i nic ani nikt nie mógł tego zmienić, bo dopóki nie odetnie sznura, trzymającego ją blisko z Maroko, nie będzie wolna. Podeszła te dwa kroczki ku blondynce, mimowolnie zauważając, że w powietrzu unosiły się znajome perfumy, a w środku niespodziewanie narodziła się ochota na pocałowanie pomalowanych ust. - Nie widzisz tego? - prędko zdała sobie sprawę z tego, że Charlie to przepiękne zagrożenie: wystarczył byle kaprys, aby najpewniej wdrożyć procedury deportacji. Rekin miał kontrolę nad stawem. Uniosła zmęczony wzrok na niebieskie tęczówki, które wyglądały inaczej. Znowu. Zauważenie tego wcale nie było trudne. A może to jednak efekt zejściowy z narkotyków. Wtedy potrzebowałaby działeczki z balonika, jaką sobie i tak obiecała po opuszczeniu Wonder Passion. Jeżeli przyjdzie jej uciekać przed nagonką Charlotte, w co z tylko sobie znanych pobudek wątpiła, wolała to robić tak, aby wszelkie upadki z murków nie bolały.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Akcjonariuszka

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 28 Październik 2018, 19:38   
   Mów mi -  Kocie!
   Multi -  Billie & Skylar


Ktoś, kto ze szczegółami znał jej historię mógłby oskarżyć kobietę o niedostrzeganie znaczących zmian w osobie, która w środku już była martwa i wystarczył tylko jeden gest by utracić również cielesną formę. Charlotte - tylko ona wiedziała i mogła poddać w wątpliwość swe umiejętności w tej jakże kruchej dziedzinie. Nie dostrzegła zmian w zachowaniu brata oraz matki. Nie wyłapała sygnałów (możliwe, że w ogóle ich nie było), nie wyczuła ich pragnień ani strachu przed dalszym życiem, które ostatecznie sobie odebrali. Nie mogła nic. Była bezsilna albo ślepa, chociaż bardzo mocno chciała wierzyć, że nikt, absolutnie nikt, nie mógł przewidzieć takiego obrotu spraw.
Czy aby na pewno? Czy w stosunku do al-Hazir mogła się mylić?
Stojąc sztywno na nogach jak zwykle nie potrafiła oderwać wzroku od kobiety. Zmiany zachodzące na twarzy, postawa oraz wargi, spomiędzy których wydobywały się słowa, zasługiwały na całą uwagę. Jeżeli to nie magia z Marokańskiej pustyni, za pomocą której zaklinało się węże, to nie istniało żadne inne wyjaśnienie oraz istniejące określenie na ich wzajemną interakcję.
- Nie. – szybka i stanowcza odpowiedź, nad którą nie musiała się zastanawiać. – Widzę odważną, zdeterminowaną, pełną pasji, bezczelną, energiczną i zagubioną kobietę. Nie martwą. – w tych ciemnych oczach pełnych żaru, którym cała płonęła, co mogła wykorzystać na dwa sposoby. Spalić wszystko do zna albo pozwolić by ten ogień był jej paliwem; jak Hodgesowy lód. – Nie jesteś martwa Tally. – była tego pewna, nawet jeśli (czego się spodziewała) usłyszy zaraz teorię zaprzeczającą jej własnym słowom. Nie podda się im. Zdania nie zmieni. Szkoda, że al-Hazir zapewne także.
Przy ostatnim zdaniu jej ton nieco złagodniał, zaś dłoń sama pchała się ku drugiemu ciału. Chciała dotknąć, musnąć policzek palcami, pogłaskać go i może nawet przytulić, co z teorii o żarłaczu białym byłoby pożarciem ofiary.
Tylko w teorii.
_________________

    I’m not always a bitch. Sometimes I fall asleep or again see the whole world.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Strona wygenerowana w 0,39 sekundy. Zapytań do SQL: 9