Poprzedni temat «» Następny temat
International IT Hodges Company
Autor Wiadomość
Chicago


Chicago

Wysłany: 28 Czerwiec 2016, 10:04   International IT Hodges Company















Ostatnie piętro:

Gabinet CEO Charlotte C. Hodges.
Duże pomieszczenie do którego mało kto ma dostęp. Przyjmuje tu na rozmowy jedynie ważnych klientów oraz przyszłych dyrektorów poszczególnych filii.
Nie każdy wie, ale znajduje się tu także łazienka z prysznicem oraz garderoba.

 


profil
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

We work too hard in our corners, cherié

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 1 Grudzień 2018, 20:24   

The One with The Jacket and RS' T-Shirt

Kolejny kontrast.
Świeżo "umyte" trampki na tle drogiej wykładziny, wyścielającej metraże biura, wyglądały nawet znośnie, choć w porównaniu z drogim obuwiem prężnie działających mądrych głów na stanowiskach po godzinach zdecydowanie wypadały miernie. Skomplikowane rozstawienie biur dyrektorskich, pracowniczych oraz innych pomieszczeń biznesowych wymagało albo posiadania mapy, aby dostać się do punktu docelowego albo posiadania kompetentnego przewodnika metrów prawie dwa w butach na grubej podeszwie.
Jurij szedł tuż obok niej z przyczepioną do lewej kieszeni marynarki kartą identyfikatora, choć wszyscy dookoła albo go znali, albo byli zbyt zajęci wpatrywaniem w ekrany komputerów, próbując ogarnąć najnowsze zarządzenia głowy nad głowami, która powróciła, jak feniks z popiołów, siejąc pożogę na zmyślnie opracowanym systemie Charlotte Hodges. Nie interesowały jej szczegóły z życia wewnętrznego korposzczurów, bo w gruncie rzeczy nie znała się na tym żargonie ani dziedzinie, ale nie potrzebowała specjalistycznej wiedzy, aby poprosić Jurija o zawiezienie do biura. Wystarczyło otworzyć jadaczkę krótko po terapii, zajechać do McDonald's na zdecydowanie niezdrową kolację, która w jej przypadku składała się z kręconych frytek oraz szejka czekoladowego (bo żołądek po dywagacjach Oscara znowu skurczył się) i przekonać barczystego ochroniarza, jakim to świetnym pomysłem będzie odwiedzenie spracowanej pani prezes - teraz tylko zastępczyni, bo królewicz powrócił. W gruncie rzeczy, nie potrzebował tych wszystkich argumentów, skupiając swą uwagę na nazwisku, od którego ostatnio kruszył zęby coraz częściej, co zauważyła nawet żona Eshela.
DeVita siedział w pomieszczeniu obok osobistego gabinetu Charlotte, pełniąc swą niemą wartę niestrudzenie od kilku godzin, a na widok nadchodzącej dwójki, wyraźnie skwasił się, jakby wszedł do uwalonego toi-toi'a festiwalowego.
- Poczekaj tutaj. - polecił Jurij, chwytając lekko za bark Tal Rashy, aby stanęła w miejscu, dokładnie cztery metry od wielkich, bogato wyglądających drzwi, za którymi kryła się pieczara Smoczycy. Brodacz zaprosił przyjaciela po fachu na rozmowę do "kanciapy" (większa przynajmniej dwukrotnie od tego, co al-Hazir nazywała mieszkaniem w Canaryville). Przyglądała się wszystkiemu - od obrazów, spośród których rozpoznała reprodukcję Klimta "Węże wodne", Picasso ze słynną "Śpiącą muzą", a nawet Van Googha i jego "Gwiezdna noc"; intrygujące rzeźby z okresu grecko-rzymskiego; skończywszy na przyciętych starannie drzewkach bonsai, nadających trochę ciepła surowemu klimatowi. W porównaniu z piętrem pracowniczym, tutaj zaczynał się kompletnie inny świat, do którego miała zamiar bezczelnie wejść z brązową torebeczką z Denny's, w której tkwiły jeszcze ciepłe pieczone banany w karmelu. Tak dobre, że uszy trzęsły - przynajmniej u tych z niewymagającym gustem, czego nie mogła powiedzieć o Charlotte, bo...
Sebastian Rusk.
Ale jak to jest z wami?
Zastanawiała się nad tym przez całe spotkanie, raz tylko pytająco Oscara w trakcie opowieści Kaycee, co wyznacza granicę pomiędzy przyjaźnią, a zwyczajnym zainteresowaniem. Nie mógł odpowiedzieć jednoznacznie, zbywając blond kompankę smutnym uśmiechem i krótkim "Nie wiem, nigdy nie miałem przyjaciół". Nie miała oporów, aby w to uwierzyć.
Wreszcie po jak się zdawało całe wieczności stania w jednym miejscu, Jurij wynurzył się z posterunku i tylko kiwnął głową, dając sygnał do startu. Zniknął równie prędko, zamykając za sobą drzwi do tajemniczego świata ochrony głowy przybytku.
Zwinęła dłoń w piąstkę, zapukała trzy razy w równych odstępach i czekając na choćby burknięcie - nawet niezadowolone lub każące się wynieść - nacisnęła na klamkę. Mechanizm szczęknął, drzwi odpuściły otwierając przed Tal Rashą przybytek, który wprost krzyczał "Kasa, kasa, kasa", a wśród krzyczącego bogactwa, tuż za dębowym biurkiem po prawej - ona.
- Nie bij mnie za wtargnięcie. - poprosiła z łagodnym uśmiechem, zamykając cicho drzwi za sobą. - Poprosiłam Jurija, aby mnie tutaj przywiózł. - lepiej od razu wyjaśnić, jak przedostała się przez rzeszę patrolujących mężczyzn na piętrach niżej; inaczej, niż tradycyjne hop-siup-przez murek-hop-hop!.
Nawet nie rozejrzała się w trakcie przemarszu po gabinecie, budzącym poważny respekt względem dekoratora wnętrz o ostrym, ale solidnym smaku. Przypominało to podróż na dywanik dyrektora, choć nigdy w takiej sytuacji nie miała okazji się znaleźć - a już na pewno nie w takich okolicznościach, kiedy ewidentne zmęczenie odbijało się na twarzy zapracowanej kobiety, która powinna już wrócić do domu, aby uniknąć przepracowania.
- Jeżeli instynkt mnie nie myli, nic nie zjadłaś... od pory późno-lunchowej? - czyli koło drugiej, może trzeciej. Dochodziła dwudziesta pierwsza. uniosła brązową torebkę Denny's i postawiła na wolnym od papierów kawałku biurka, opierając wolną dłonią o kant mebla. Lepiej nie zabrudzić papierzysk. - Ale nie po to tutaj przyjechałam. - wyznała, obchodząc powolnymi krokami biurko, jakby wcale nie była tutaj pierwszy raz, zaś wszelkie uwagi Charlie miała w nosie. Stanęła przy obrotowym fotelu, spoglądając z góry na blondynkę. Powolutku złapała za oparcie i w miarę możliwości przekręciła siedzisko, a gdy już miała Hodges przed sobą, uniosła delikatnie dwoma palcami zarysowany podbródek, napotykając zimny błękit. - Dobrze się dzisiaj spisałaś. - potrzebowała tego zapewnienia. - Naprawdę. - jakkolwiek by to nie brzmiało i cokolwiek nie miałoby miejsca w trakcie spotkania z ojcem, Tal Rasha pamiętała wyraz twarzy Ruska oraz niepokój w głosie Hodges, którego wtedy nie mogła uciszyć, więc... teraz nadrabiała. Długi, ale delikatny pocałunek ciepłych warg spoczął przy linii jasnych włosów przy skroni. - Jesteś wielka. - wyszeptała przy skórze, jak sekret, który miał pozostać tylko między nimi.
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Prezes IT Hodges

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 1 Grudzień 2018, 22:09   
   Mów mi -  Kocie!


outfit

Walka z ludźmi dookoła nie tylko by po prostu robić swoje, ale z konieczności pokazania swej wartości, była uciążliwa, co jednak nijak porównywało się do spotkania z ojcem; apogeum wszystkiego. Jego niespodziewany wypis ze szpitala był gorszy od przeżywanego o poranku kaca, który przepadł gdzieś za sprawą odżywczej owsianki, witamin, wody i zielonej herbaty, którą dopiła do dna nie pamiętając już teraz, gdzie zostawiła termos. Nie przejmowała się takimi błahostkami, bo najwyraźniej w świecie nie miała na to czasu ani głowy. Łatwiej byłoby po prostu oddać kierownictwo ojcu byleby zszedł z niej i tego, co do tej pory zrobiła, ale nie; pan Hodges zdecydował, że to dobra okazja by ją poobserwować, co było jak nóż wbity prosto w plecy.
Czuła go aż do teraz, po paru ciężkich godzinach przechodzenia przez mękę, nawet nie mogła swobodnie oprzeć się na wygodnym krześle prezesa czując, że w ten sposób wepchnie ostrze jeszcze głębiej. Cała rozgrzana, spięta, zmęczona i zła aż musiała rozpiąć o dwa guziki w koszuli za dużo by pozwolić ciału nieco ochłonąć przed dalszą ciężką pracą. Po dzisiejszych oględzinach miała sporo do poprawienia i jak się okazuje też nadrobienia (zdaniem ojca), co od dzisiaj odbierało jej kolejną godzinę snu.
Doba była za krótka. Nie wystarczy jej całego pieprzonego życia by dokonać tego, czego on wymagał od niej w przeciągu dwóch dni.
Gdyby umiała płakać zapewne byłby to najlepszy moment, ale nie potrafiła uronić łzy nad własnym losem. Nie była tego warta, dlatego siedziała tutaj, pracowała i znów, po przejrzeniu kolejnego dokumentu z danymi z poprzedniego kwartału, poczuła drugi niż w plecach. Pochyliła się do przodu, oparła łokcie o blat gniotąc przy tym parę papierów i wsparła czoło na dłoniach prawie kryjąc się w nich, czego do końca zrobić nie mogła, z powodu makijażu poprawionego w drodze do biurowca.
- Nie teraz! – zawołała w przestrzeń, a gdy do jej uszu dotarł szczęk zamka, od razu wzięła się do ataku. – Rachel mówiłam, żeby dać mi.. – przerwała, gdy po uniesieniu głowy nie spostrzegła swej asystentki a al-Hazir. – Nie jesteś Rachel. – ameryki nie odkryła, ale teraz proste przekazy były bardzo wskazane dla jej przeciążonego mózgu. Potrzebowałaby porządnej dawki kofeiny by móc teraz brać udział w jakimś zebraniu. Dałaby radę, ale całe szczęście nie musiała.
Przez chwilę brała pod uwagę porządny ochrzan Jurija za to, że znów dał się przekabacić Rashy, ale nawet na to nie miała siły i powoli przekonywała, że może to nie był taki zły pomysł. Zaskakujący i niewłaściwy względem zasad odwykowych, ale skoro wczoraj z Marthą piła przy kobiecie alkohol to może powolne i ponowne wprowadzenie al-Hazir do świata zewnętrznego również nie będzie taki złe?
- Od śniadania. – sprecyzowała, chociaż w porównaniu z rutyną, zjadła je niewyobrażalnie późno. – Było pyszne. – podziękowała już raz, ale nie zaszkodzi pochwalić Rashy za instynkt w kuchni oraz idealny dobór składników na kaca, o którym wieść zaginęła dobrych parę godzin temu. Odruchowo zerknęła na papierową torbę z lokalu, którego nazwę znała jedynie z billboardów w mieście, a nie ich ‘wyśmienitej kuchni’. – To miłe Rasho, ale jestem zawalona robotą i.. – oczywiście, że zaczęła protestować. Po cokolwiek al-Hazir tu przyjechała, z pewnością nie miała na to czasu, nawet jeśli widok kroczącego ku niej Bruce’a był na tle hipnotyzujący by gdzieś w trakcie straciła rezon i nie dokończyła swego protestu.
Wyprostowała się czując nacisk na krzesło, które pozwoliła obrócić, ostrożnie też opierając z tyłu, co całe szczęście nie wbiło noży głębiej. Nie bolało.
- Tal Rasha, ja naprawdę.. – walczyła resztkami rozsądku, gdy nagle jej podbródek uniesiono, znów napotkała spojrzenie ciemnych oczu i padły słowa, których totalnie się nie spodziewała. Skąd mogła wiedzieć? Nie wiedziała, a jednak powiedziała coś miłego Charlotte, która przez cały dzień była gnojona do granic możliwości, co nie tylko ją dobijało, ale także niemiłosiernie wkurzało, bo ani trochę nie zgadzała się z ojcem.
Jeżeli istniały w niej resztki zaprzeczenia albo niechęci wobec ów wizyty, to w tej chwili przepadły na dobre. Wpatrywała się w kobietę w ciszy i z niemałym zdumieniem, bo naprawdę nie spodziewała się czegoś takiego, nawet jeśli jakaś cząstka jej samej nie potrafiła do końca uwierzyć, że się spisała.
Przymknęła oczy i wzięła głęboki wdech napawając świeżym zapachem (już nie trawy) i ciepłem warg na skórze.
- A ty jesteś wróżką. – nie raz i nie dwa się o tym przekonała. – Zaklinaczem dusz. – szepnęła równie cicho co ona i wyciągnęła ręce przed siebie lokując je na udach Rashy, po których przesunęła w bok, a potem na tyły wraz z ustami delikatnie muskającymi gorące lico. – Przyjechała tu po coś jeszcze? – zapytała cicho odsuwając delikatnie by móc ponownie spojrzeć prosto w te konkretne oczy. Miała chwilę by się rozkoszować i dojść do wniosku, że.. – To banany? – poczuła zapach już wcześniej, ale nie zainteresowała nim na tyle by mówić na głos o swych spostrzeżeniach. – Bananowa owsianka i teraz to? Próbujesz mi coś subtelnie przekazać, czy bezczelnie nabijasz z wczorajszego wyznania? – sen o bananach był jej zmorą, ale lubiła ten owoc i pogardzić nim nie mogła, chociaż nie aż tak by cieszyć się z mokrych snów o nim.
_________________

    B.I.T.C.H.
    Beautiful, Intelligent, Talented, Charming and Hot!
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

We work too hard in our corners, cherié

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 1 Grudzień 2018, 22:53   

Cichutko, wręcz uroczo zachichotała pod nosem, mrużąc oczy w rozbawieniu, bo banany od wczoraj stanowiły jeden z poważniejszych punktów zaczepienia skrobania marchewek Charlie przez Marthę. Z początku nie zamierzała tego w ogóle wykorzystać, a podświadomość sama musiała Tal Rasy podsunąć pomysł zarówno z owocową owsianką, jak i teraz - pieczonymi bananami, które reklamował wielki billboard w drodze do biurowca.
Lędźwie wiedziały jednak lepiej, a sprowokowane przez dłonie Hodges, posłały sygnał do prawej nogi, którą oparła kolanem na miękkim siedzeniu pomiędzy udami Charlie.
- Bezczelnie dbam o twój dzień "po" - i na to kontrargumentów nie było, więc nachalnie podciągnęła nogą dwa centymetry stylowej spódniczki bizneswoman. - ale teraz, kiedy o tym wspomniałaś... - zerknęła na biurko po swojej lewej, kiedy paluszki przy podbródku, jak drobne nóżki pająka, powędrowały po linii żuchwy do szyi, skąd obrano kierunek na południe, zatrzymując na pokaźnym naszyjniku. Miał konkretną wadę z punktu widzenia nosiciela, a zaletę dla sprawnych rąk - ciężar oraz liche zapięcie. Nie zamierzała jej okraść, to zboczenie prawie zawodowe, które odegnała widokiem odważnie rozpiętej koszuli i tego, co kryła pod spodem, nim spojrzała prosto w niebieskie oczy, przygryzając dolną wargę. - Pewnie nie masz żadnych nadzwyczajnych spotkań zaplanowanych o tej godzinie? - pytanie retoryczne, choć nie posiadała konkretnej dozy pewności, a i z tego, co wywnioskowała na starcie, Rachel również gdzieś się tutaj kręciła. Nie podsycało tak bardzo szatańskiego planu, jaki zrodził się z inspiracji wczorajsza grą w beer ponga na wyzwania, ale sam fakt powinien wystarczyć. Bez tego, również poradziłaby sobie; jak teraz.
Zaparła lewą nogę konkretnie o podłogę, aby przypadkiem nie wprawić w ruch fotela, a lewą rękę ulokowała na podłokietniku. Skórzana kurtka zatrzeszczała krótko, gdy pochyliła się, aby skraść pocałunek, który nie miał miejsca. Pogrywała sobie z nią to zbliżając wargi do czerwieni szminki, to odsuwając, odciągając uwagę kobiety od prawej dłoni, co niespostrzeżenie powędrowała od naszyjnika po skórze.
- Tak to sobie wyobrażałaś na początku? - zapytała półgłosem przy ustach oddalonych o centymetry i zahaczyła palcem o kolejny guzik na wysokości dolnej krawędzi stanika. - Biurowiec pęczniejący od pracy tych wszystkich ludzi pod tobą - rozpięła zapięcie. - a ty u szczytu, na minuty przed wizytacją lub z perspektywą nieoczekiwanego gościa pozwalasz się dotykać - uniosła kąciki, wpuszczając rękę pod materiał białej koszuli. - tu i ówdzie? Łaskotała czubkami paliczków skórę przy żebrach z prawej i z lewej strony, nie zezwalając Charlie na dosięgnięcie do ust, bo każdą próbę od razu kontrowała przesunięciem kolana głębiej na siedzeniu, przeciwdziałając spódniczce, która nie stawiała aż takich oporów. Wsunęła dłoń na okrytą gładkim stanikiem pierś, mozolnie naciskając śródręczem, gdy koniuszkiem języka polizała górną wargę przyjemnie zimnych ust.
Bananowy jest po prostu żywot mój! - Martha
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Prezes IT Hodges

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 2 Grudzień 2018, 13:48   
   Mów mi -  Kocie!


Rzuciła okiem na to udo napierające na krzesło i ją samą tak, jakby Rasha ściskała mały balonik, z którego uleciało powietrze, bo aż musiała wziąć głęboki wdech przez lekko rozchylone wargi z przemykającym w nich zadowoleniem. Z początku zaskoczona, teraz mogła brać wszystko, co jej dawano, a nawet oddać, co chytrze odbierano. Teraz, bez wątpienia, po raz kolejny pozbawiono ją zdrowego rozsądku, którego i tak w tych kwestiach nie miała. Mogłaby powiedzieć, że nie teraz, by przełożyły ich randkę na później, ale nawet nie chciała. Wystarczyła noga między jej udami i spojrzenie prosto w widoczny dekolt by ciało zareagowało nagłą potrzebą zbliżenia oraz rosnącą frustracją podsycaną złością po minionym dniu.
Przez ostatnich parę godzin rżnięto ją nie w taki sposób, w jaki by chciała i nagle zjawił się ktoś, kto chciał to zmienić. Rashy mogłaby dać się orżnąć a nie temu fagasowi, dyrektorowi działu marketingu, który godzinę wcześniej zasugerował, że mógłby zostać dłużej i jej pomóc. Ona już dobrze wiedziała, co miał na myśli, ale nie; to słowo nieraz z łatwością wyszło spomiędzy warg Charlotte, która nie miała go wobec al-Hazir. Powiedzenie – nie – byłoby teraz zbrodnią.
Automatycznie spojrzała na zbliżające się ku niej usta i zaraz uniosła wzrok dostrzegając w oczach cwaną iskierkę, której przyklasnęła w formie delikatnego uśmiechu, godząc się na tę zabawę. Nie śmiała drgnąć jedynie obserwują i słuchając szeptów, które pobudzały ciało, gotowe przyjąć odrobinę rozkoszy. Rozchyliła wargi, wzięła głęboki wdech i ledwo powstrzymała się przed trącenie języka Rashy własnym albo wsunięciem go sobie do ust.
- Oui. – nie chciała mówić nic więcej, niebieskimi tęczówkami błądząc nie tylko po twarzy, ale również ciele i udzie, po którym przejechała dłonią aż do pośladka w napiętych jeansach. Zacisnęła palce czując dreszcz i ochotę wbicia w ów miejsce swych zębów, ale nie teraz, to nie był moment ani okazja do tego.
Podjęła się kolejnej próby sięgnięcia od ust drugą ręką łapiąc za ramię Rashy, co by przyciągnąć ją ku sobie, lecz wtedy do ich uszu dotarło pukanie. Nim Hodges zdążyła zaprotestować, wyrzucić delikwenta i kazać nigdy nie wracać, ktoś już bezczelnie nacisną na klakę. W jednej sekundzie nie było już do czego sięgnąć a wszystko co trzymała w dłoniach przepadło, jak za machnięciem magicznej różdżki.
- Pani Hodges, przyniosłam kolację. – zakomunikowała Rachel odpychając drzwi pośladkami, bo dłonie miała zajęte przez tacę ze świeżym Totinos oraz kawą. Zapewne tylko dzięki temu wszystko, co miało miejsce w gabinecie, zdążyło się ukryć przed i tak zaskoczonym spojrzeniem asystentki. Dziewczyna odchrząknęła, lecz nie potrafiła ukryć rumieńca na widok rozpiętej koszulki prezesowej. Dwa guziki i śmiało można zdejmować.
- To był długi dzień. – wyjaśniła na ‘odwal się’ i automatycznie, przez nawyk, zarzuciła nogę na nogę.
- Tak, oczywiście. – Rachel potrząsnęła głową i już nieco pewniej ruszyła w stronę biurka dopiero teraz dostrzegając torbę z Danny’s. – Oh, ktoś już przyniósł kolację. – zmarszczyła brwi, co zrobiła również Hodges, ale nie w odpowiedzi na mimikę tamtej a pod wpływem przymusowego rozchylenia nóg. Ktoś na dole musiał się dobrze bawić. – To Jenny? Mówiłam jej, żeby..
- Nie, DeVita. Zostaw tacę i idź. Mam sporo na głowie. – albo między udami. Ciężko określić.
- Na pewno wszystko w porządku? Wiem, że pani ojciec..
- Po prostu idź i łaskawie zatrzaśnij drzwi. Nie chce by mi przeszkadzano. – pokerowa twarz działała, chociaż niektóre odruchy ciała ciężko było kontrolować zwłaszcza, że gdy Rachel była już przy uchylonych drzwiach to dostrzegła w nich Rusk’a, który minął się z asystentką niemogącą uczynić tego, o co ją przed chwilą proszono.
- Jest wściekły. – rzucił na dzień dobry.
- Myślisz, że nie wiem? - aż musiała wstać, bo chytra dłoń docierała do chciwych lędźwi. – Zawsze był – łaskotki. Nieszczęsne łaskotki.
- Skup się!
- I’m focus! – aż tupnęła lewą nóżką sugerując by Rasha na moment przerwała.
- Musisz teraz myśleć jak on. Być jak on. Nie możesz zrobić niczego po swojemu, bo cię zgnoi.
- Tak czy siak mnie zgnoi.
- Postaraj się bardziej. – westchnął ciężko i dłonią przetarł zmęczone oczy.
- Kurwa mać. – warknęła i ciężko opadła na skórzany fotel. Miała ochotę czymś rzucić, najlepiej w kogoś by usłyszeć efekt swej złości, z którą nawet nie chciała patrzeć w dół. To nie przez Rashe była zła, więc sobie nie zasłużyła na pełne gniewu spojrzenie lodowych tęczówek, którymi zmierzyła prawnika. Liczyła, iż się domyśli, że w tej oto chwili miał zabrać swą dupę z dala od tego gabinetu i swą twarz sprzed jej oczu. Każdy by to zrobił nie chcąc ryzykować, bo to był moment, w którym Charlotte dosłownie mroziła wzrokiem.
_________________

    B.I.T.C.H.
    Beautiful, Intelligent, Talented, Charming and Hot!
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

We work too hard in our corners, cherié

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 2 Grudzień 2018, 14:48   

Rachel miała w sobie coś, co sprawiało, że człowiek od razu za nią przepadał, pomimo nieco dziecinnej twarzy i wiecznie znużonego, zmęczonego spojrzenia, skrywanego za grubymi oprawkami nerdowskich okularów. Rzadko widywała ją bez nich, co samo w sobie nie było zaskakujące, bo pomimo ciągłego wypełniania obowiązków zleconych przez szefową, Tal Rasha nie wpadała na młodą asystentkę (a ponoć najstarszą stażem u Hodges) tak często, jak sugerowałby to grafik zajęć. Prawie wcale i dzisiaj tym bardziej nie zamierzała tego zmienić, licząc, że dziewczyna lada moment opuści gabinet, a ona spokojnie wyjdzie spod biurka.
Poniekąd - nie miała powodów do narzekań. Dębowa, klaustrofobiczna przestrzeń nie była tak mała, jak wyglądała z góry, a gładkie, mleczne nogi przed nią rekompensowały przerwaną rozrywkę z prezesowego fotela. Przestała słuchać, co Rachel mówiła, na rzecz chytrego wodzenia dłońmi od kostek na wysokich obcasach, przez sprężyste, wyraźnie napięte łydki i zatrzymawszy na kolanach, które ujęła od wewnątrz, a następnie zdecydowanym ruchem rozchyliła na boki. Zerknęła spod biurka na kamienną twarz Charlie, składając najpierw jeden, a potem drugi pocałunek przy rzepce - i nic. Czyżby wyzwanie?
Ząbkami haczyła skórę przy udzie, kierując jedną z dłoni po lewej nodze powolutku pod lekko podciągniętą spódniczkę powoli, aby Hodges wiedziała, co właśnie się działo, a czemu powinna stawić czoła, gdy tylko kroki Rachel zastąpi zatrzask drzwi.
Guzik i figa z makiem.
Pan Dwadzieścia Dwa Białe Koniki z Kolorowymi Siodełkami był natrętem - teza potwierdzona dzisiejszymi badanami eksperymentalnymi, które nie miały pierwotnie na celu rozpracowywania prawnika o wątpliwym guście swej córki do krawatów (współczucie dla przyszłego męża). Psuł nie tylko atmosferę, ale nieświadomie sabotował improwizację z nowego punktu obserwacyjnego, a stukot nogi był tego dobrym dowodem.
Przyłożyła jedną dłoń do ust, powstrzymując parsknięcie śmiechem, ale w miarę rozwoju ich rozmowy, dobry humor gdzieś przepadał, zastąpiony chęcią wsadzenia nesesera tego prawola w jego owłosioną, bladą dupę. Zabrała chciwe rączki, siadając spokojnie w miejscu, a gdy Charlie na chwilę spuściła - najpewniej nieopatrznie albo bez większego podtekstu - dłoń na spódniczkę, sięgnęła do niej i powoli zakleszczyła w swoją. Marne pocieszenie; zdecydowanie wolałaby rzucić się temu fagasowi do gardła, gdy ciągnął w nieskończoność, jak to jako córka prezesa już dawno powinna go przerosnąć, a tymczasem tkwiła w wielkiej D, nie robiąc nic lepiej od mężczyzny po wylewie. Po wylewie!
Spokojnie, zdawał się mówić kciuk, gładzący śródręcze w znajomych półkolach. Spokojnie, to co mówi, nie jest prawdą.
W walce z prawnikiem na argumenty najpewniej nie miałaby szans, ale posiadała coś czego Sebastian Rusk nigdy nie był w stanie zapewne wykorzystać w tak niecny sposób, jak wywalenie swego przeciwnika z pomieszczenia przez cudze ręce. Najciszej, jak tylko mogła, choć przy podniesionym głosie i zapewne plującej gorączce mężczyzny nie było to potrzebne, wyciągnęła z wewnętrznej kieszeni ramoneski telefon. Wyciszyła wszelkie dźwięki, nie pozostawiając nawet włączonych wibracji i wystukawszy krótkie zdanie, wysłała wiadomość do Charlie. Urządzenie kobiety brzdęknęło krótko. Ścisnęła dłoń dwukrotnie.

T.R.

Dwadzieścia dwa białe koniki z kolorowymi siodełkami wybrały się na spotkanie z samurajem w Kioto, bo japoński rynek nie śpi.



Dwie minuty.



Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć...
Wyjrzała ostrożnie, wyczekując na odpowiedni moment, kiedy Rusk ochrzaniał niepotrzebne spoufalanie ze zwierzchnikami firmy, zaczynając przyrównywać politykę prezesa i zastępczyni, a gdy dotarł do drażliwego tematu, weszła w kontakty. Osiemdziesiąt cztery, osiemdziesiąt pieć, osiemdziesiąt sześć... Banana Things - zadzwoń. Klik. Standardowe połączenie czy WhatsApp? Sto jedenaście, sto dwanaście, sto trzynaście... Klik. Przyłożyła telefon do klatki piersiowej, aby stłumić dźwięk oczekiwania na połączenie i nie zdradzić Sebastianowi, jak bardzo miała ochotę wyskoczyć spod biurka, niby diabeł z pudełka, aby zerwać ten jego obrzydliwy krawat a najlepiej powiesić go na klamce za tak nieprzyjemne słowa, które o później porze nie były potrzebne Charlie. Nie teraz, kiedy zaczynała ją powoli luzować, jak uścisk na dłoni.
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Prezes IT Hodges

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 2 Grudzień 2018, 19:00   
   Mów mi -  Kocie!


Czując niespodziewany uścisk na dłoni ukradkiem zerknęła na dół pierwszy raz w życiu mając wrażenie, że to całe zajście było idiotyczne. Chowanie się przed asystentką to jedno, bo było przyjemnie, nawet jeśli musiała walczyć ze zmianami na twarzy. Nikt i tak ich nie spostrzegł, bo jedyne co zaniepokoiło Rachel to przesadnie rozpięta koszula. Rusk wydawał się jej nie zauważyć i to on w tej całej sytuacji był idiotyczny, wręcz zmuszając al-Hazir do ukrywania się pod biurkiem.
Miała moment, tę chwilę nagłego przypływu, gdy nieco mocniej zacisnęła dłoń i nawet lekko szarpnęła na znak, że zaraz wyciągnie stamtąd kobietę i pokaże prawnikowi, jak bardzo była zajęta. Tylko, że nie chciała. Nie przed nim. Martha wiedziała swoje, Jurij też już wiele widział a Rachel domyślała, ale ktoś taki jak Rusk nie musiał być świadom, co tak naprawę łączyło ją z Rashą. Że to nie była przyjaciółka, której pomagała w potrzebie, chociaż gdyby ktoś kazał Hodges określić czymże to było, to miałaby mały problem z definicją. Zwykła kochanka? Nie. Przyjaciółka? Samo w sobie odpadało. Przyjaciółka do łóżka? To uwłaczające. Nic nie było odpowiednie, chociaż zapewne jako kobieta inteligentna powinna to wiedzieć. Wiedziała. Jak całe piękno tego świata kochała była pewna, że zniszczy każdego, kto zrani Tal Rashe al-Hazir.
Szkoda, że nie było na to żadnej definicji.
Rusk nie dawał za wygraną uważając, że jego rady były święte, bo w końcu znał się z ojcem od lat, więc wiedział więcej od Charlotte, a ona bezczelna go nie słuchała zerkając na telefon, który po chwili odblokowała. Z pokerową miną przeczytała wiadomość i w odpowiedzi wysunęła nóżkę z obcasa by swobodnie ułożyć ją na udzie kryjącej się towarzyszki. Chciała dać znak, że zrozumiała i zarazem by nie przejmowała się tymi wrzaskami, bo to standard, do którego Charlotte przywykła i potrafiła znieść na tyle by po wszystkim mieć do głęboko w dupie (przynajmniej na pierwszy rzut oka miała w dupie prócz tkwiącego tam kija).
- Powiesz coś wreszcie? – zapytał wyraźnie zmęczony.
- Po co? I tak nie słuchasz a ja zrobię, co zechcę.
- Charlotte, ja to robię w dobrej wierze.
- Ochrzaniasz mnie za to, że firma stoi i ma się dobrze? Że nadal się rozwijamy, a nawet w znacznym stopniu przejęliśmy rynek w kolejnych trzech krajach? Jeżeli boisz się mojego ojca to pójdź do niego i naskarż. Może zyskasz tym jakieś punkty. – machnęła ręką w idealnym momencie, bo połączenie akurat wprawiło w ruch komórkę, która wykonała mały taniec na blacie. Sama również obawiała się starszyzny, ale po dzisiejszym dniu miała dość tego strachu, dlatego zabrała nóżkę, wsunęła ponownie w obcas i wstała z miejsca przy okazji zgarniając telefon. – Muszę odebrać, więc wracaj do domu, odpocznij i pozbądź się tego krawata. Wyglądasz jak milion dolarów długu publicznego. – obeszła biurko i wysiliła się nawet by podejść do drzwi, które mu łaskawie otworzyła. Telefon ciągle barabanił. – To Fushimito. – nie musiała tego dodawać, ale czuła, że nie odpuści jeżeli nie sprzeda mu małej bajeczki, którą przyjął jak swojską, bo telefony z Japonii o tej porze to standard. Nie mogła pozwolić by rozmówca czekał, dlatego odebrała telefon witając się z ciszą. – Kon’nichiwa, misuta Fushimito. – Rusk w końcu się poddał i przeszedł przez drzwi szarpnięciem poprawiając marynarkę, bo to jeszcze nie był koniec. Wiedziała, że nie, bo jutro znów był dzień i raz jeszcze spotka ojca. Pojutrze też. Za dwa dni to samo. Na wszystkie świętości, to będzie piekło.
Mówiła dalej po Japońsku, aż zamknęła drzwi i przekręciła zamek upewniając się, że już nikt tutaj nie wejdzie. Powinna teraz odetchnąć z ulgą albo okazać cokolwiek, ale tak usilnie zepchnęła nerwy związane z tą rozmową, że wszelkie emocje przepadły gdzieś za kolejnym machnięciem magicznej różdżki.
- Nie rozmawiajmy o tym. – ni to prośba ni rozkaz, który wraz ze spojrzeniem skierowała w stronę biurka, a raczej Rashy uwolnionej spod dębowych okopów. – Nie myślmy. – bo chciała by wszystko co zepchnięte na dno właśnie tam pozostało, nawet jeśli przy tej kobiecie mogła sobie nieco odpuścić. – Wróćmy do początku. – złapała za brązową torbę uprzednio podchodząc do biurka, które ponownie obeszła, w trakcie zaglądając do wnętrza Danny’s. Wyjęła jedno opakowanie z pieczonym bananem czując również słodkość karmelu i rzuciła torbę na dokumenty nie przejmując się, że w jakiś sposób mogła je ubrudzić. Wydrukuje się kolejną kopię. Joanna, ubrudziłam czymś wczorajsze dokumenty. Wydrukuje kolejną kopię albo najlepiej dwie.
Stanęła przeciwko Rashy od góry otwierając paczuszkę i subtelnie wgryzła się w ciepłą słodycz z pomrukiem zadowolenia oblizując wargi. Oczy zimne jak lód zatrzymały się na ciemnej otchłani a zapach bananów zaatakował nozdrza al-Hazir, której podsunięto ciepłego banana prosto do ust. Zabrano go dopiero, gdy uraczono się kawałkiem, który.. – Dobre? – pytanie byłoby podchwytliwe, gdyby Charlotte od razu nie zaczęła kiwać głową. – Tak? Oh, tak. – złapała za Rolling Stone’sów i musnęła jej wargi swoimi. – A to? – zapytała szeptem. – Też? –teatralnie uniosła brwi udając zaskoczoną acz zarazem zadowoloną, że pocałunek też był dobry. – A to? – odrzuciła banana na biurko, czym ewidentnie ubrudziła kartki z ogromem treści, pochyliła się jeszcze bardziej i ucałowała Rashe namiętniej już na wstępie wysuwając język, którym podrażniła podniebienie.
_________________

    B.I.T.C.H.
    Beautiful, Intelligent, Talented, Charming and Hot!
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

We work too hard in our corners, cherié

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 2 Grudzień 2018, 20:45   

Ukryta Wiadomosc:
Jezeli jestes *zarejestrowanym uzytkownikiem* musisz odpowiedziec w tym temacie zeby zobaczyc wiadomosc
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Prezes IT Hodges

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 2 Grudzień 2018, 22:34   
   Mów mi -  Kocie!


Ukryta Wiadomosc:
Jezeli jestes *zarejestrowanym uzytkownikiem* musisz odpowiedziec w tym temacie zeby zobaczyc wiadomosc
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
_________________

    B.I.T.C.H.
    Beautiful, Intelligent, Talented, Charming and Hot!
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

We work too hard in our corners, cherié

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 3 Grudzień 2018, 00:13   

Ukryta Wiadomosc:
Jezeli jestes *zarejestrowanym uzytkownikiem* musisz odpowiedziec w tym temacie zeby zobaczyc wiadomosc
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Prezes IT Hodges

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 3 Grudzień 2018, 20:00   
   Mów mi -  Kocie!


Ukryta Wiadomosc:
Jezeli jestes *zarejestrowanym uzytkownikiem* musisz odpowiedziec w tym temacie zeby zobaczyc wiadomosc
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
_________________

    B.I.T.C.H.
    Beautiful, Intelligent, Talented, Charming and Hot!
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

We work too hard in our corners, cherié

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 3 Grudzień 2018, 22:08   

Ukryta Wiadomosc:
Jezeli jestes *zarejestrowanym uzytkownikiem* musisz odpowiedziec w tym temacie zeby zobaczyc wiadomosc
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Prezes IT Hodges

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 4 Grudzień 2018, 20:09   
   Mów mi -  Kocie!


Ukryta Wiadomosc:
Jezeli jestes *zarejestrowanym uzytkownikiem* musisz odpowiedziec w tym temacie zeby zobaczyc wiadomosc
--- If you are a *registered user* : you need to post in this topic to see the message ---


Mogłyby od razu wrócić do domu, ale aura seksu unosząca się w gabinecie była zbyt przyjemna by postąpić wobec niej aż tak brutalnie. To nie był szybki numer i do domu. To nie jednorazowy wyskok ani przedmiotowe zaspokojenie własnych potrzeb. Korzystały z tego obie. Z samego aktu, jak i obecności przed oraz po, bo chodziło również o to. O osobę a nie tylko co czerpało się z jej łóżkowych możliwości, które choć nieprzeciętne były dodatkiem; wspaniałym, ale jednak. Dopełnienie miało miejsce później, w momencie, gdy nie chciały wypuścić się z ramion a rozstanie na dłużej stanowiło bolesne wyzwanie. Potrzebowały chwili dla siebie i to, z każdym kolejnym razem, tworzyło różnicę, wręcz ogromny przeskok między pierwszym a ostatnim spotkaniem dwóch chciwych i stęsknionych ciał.
- Skusisz się? – zapytała trzymając w dłoniach małe Totinos, które podsunęła prosto do ust leżącej bokiem na kanapie (blisko tylnego oparcia) Tal Rashy. Przyniosła je dosłownie przed chwilą, stawiając na niskim stoliku razem z wodą oraz zestawem tytoniowym, który trzymała w drugiej dłoni. Okryła nagie uda fragmentem koca (nieco rozkrywając towarzyszkę), który wcześniej al-Hazir zgarnęła z niewielkiej, w porównaniu do domowej, garderoby obok łazienki, siadając na wysokości brzucha leżącej. Oparła się lekko o niego wraz z podaniem wspomnianego Totinos, który zniknął spomiędzy palców, po chwili już zajętych otwieraniem papierośnicy.
- Ciekawe. – stwierdziła wpatrując się w jedyną pozostałą cygaretkę. – Szczęśliwy papieros. – wyjaśniła i okazała praktycznie puste wnętrze srebrnego pudełeczka, z którego wyjęła owinięty w brązową bibułkę tytoń. – Moja mama przy każdej otwartej paczce wybierała jednego papierosa, układała go z brzegu po lewej odwrotnie niż całą resztę i zostawiała na sam koniec mówiąc, że to ‘lucky cigarette’. – zdecydowała się wdać w nieco więcej szczegółów wsuwając cygaretkę miedzy palce, zaś papierośnicę odłożyła na stolik w trakcie pochylania tracąc jedno z ramiączek od stanika, które osunęła się na dół zapewne pod wpływem spojrzenia ciemnych oczu. - Nie wierzę w takie rzeczy. Nie jestem zabobonna ani przesądna. Nie wiem czemu to zrobiłam. – pokręciła głową i jednym ruchem, wraz z otwarciem zapalniczki, odpaliła ogień przysuwając płomyk do tytoniowej końcówki, której drugi kraniec tkwił już pomiędzy czerwonymi (właściwie już nie) wargami. Wypuściła dym z płuc w przeciwnym kierunku niż Tal Rasha. Nawet jeśli ten rozpierzchnie się po pomieszczeniu, to nie chciała bezczelnie dmuchać w twarz. Etyka i czysta grzeczność, którą w sobie miała, nie pozwalała na takie zachowanie. Zwróciła się z powrotem do kobiety, przejechała spojrzeniem po ramieniu i górnej części talii nie okrytej kocem podciągniętym jednak ku piersiom. Wolną dłonią przesunęła po nagiej skórze natrafiając na jeden z mniejszych siniaków bardziej na tyłach. – Rozumiem potrzebę samodoskonalenia zwłaszcza w tak okrutnym świecie. Bezpieczeństwo, poczucie i świadomość, że w razie czego człowiek będzie wiedział, co zrobić w momencie zagrożenia. – z jakiegoś powodu sama umiała obronić się na tyle by chociaż dać sobie szansę na przeżycie. Żaden z niej wyrafinowany assassin i zapewne w wielu przypadkach nie miałaby szans, ale chodziło o to co miało się w głowie, a tam potrzeba zapewnienia, że przynajmniej starała się być lepsza. – Denerwuje mnie fakt, że to w ogóle jest ci potrzebne. – że człowiekowi mogło grozić niebezpieczeństwo przez absurdalne rzeczy i to tyczyły się również Tal Rashy, o której sama myśl o krzywdzie wzburzała wewnętrzny spokój Hodges. – Ale jest. – westchnęła ciężko i spojrzała przed siebie ponownie zaciągając papierosem.
_________________

    B.I.T.C.H.
    Beautiful, Intelligent, Talented, Charming and Hot!
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

We work too hard in our corners, cherié

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 4 Grudzień 2018, 20:13   

Czymkolwiek były te prostokątne, nadmuchane ciasteczka o pseudowłoskiej nazwie, smakowały nawet nieźle, pomimo tego, że od momentu przyniesienia ich przez Rachel zdążyły najpewniej trzy razy wystygnąć i stracić na jakości. Nie marudziła, nie narzekała, tak naprawdę nie była też głodna, ale z czystej grzeczności i korzyści poczęstowała się podsuniętym totino, podnosząc odrobinę głowę znad miękkiego obicia kanapy. Wygodniejsza od dębowego mebla - bez dwóch zdań.
Dłonią przysłoniła usta w trakcie pałaszowanie, przy czym zerknęła w kierunku srebrnej papierośnicy, czekając, aż dowie się, co było tak ciekawego, że zasłużyło na zaznaczenie w przestrzeni przez Hodges - innego, niż ten burdel przed biurkiem czy pociągające ciało obok, które zetknęło się z nią plecami. Grzała. Teraz bardziej. Gdyby zaległa obok, al-Hazir odpłynęłaby w krainę snów w ciągu kilku minut.
Przestrzeń z przyciemnionymi światłami na moment rozjaśniła się, a szklany, kawowy stolik odbił obraz ognistego języczka nad zapalniczką. Zniknął równie prędko, zastąpiony przez wstęgę dymu uciekającego z rozrzażonej końcówki cygaretki, kiedy Charlie witała raka. Nawet igrając z tak podstępnym niebezpieczeństwem wyglądała nieziemsko; potargane włosy, tylko bielizna, kawałek koca i fajka. Och, mogłaby... Mogłaby...
I've got twenty luckies, yet none of them was the lucky strike. – uniosla się na łokciach do półsiadu, sięgając ku zmysłowo opuszczonemu ramiączku stanika, które starannie założyła na swoje miejsce. To stara fraza, którą pamiętała jeszcze z Berlina - kolebki wszystkiego, co zakazane, sprośne i niewłaściwe w życiu Tal Rashy; w tym pozytywnym aspekcie. Terror pozostawiła na Czarnym Lądzie, tak jak przemoczoną paczuszkę Lucky Strike'ów podczas jesiennej ulewy na Alexander Platz. Kolega napisał wtedy markerem na brązowym, ekologicznym opakowaniu mokrych i połamanych papierosów właśnie te słowa. – Może numer dwudziesty pierwszy taki będzie? – nie chciała powierzać czemuś tak delikatnemu i łatwopalenemu swych nadziei na lepsze jutro, co nie wadziło złapaniu za nadgarstek dymiącej dłoni. – Tak naprawdę, nie lubię palić. – crack to inna bajka. Przysunęła filtr do ust i zaciągnęła się głęboko, aby płuca poczuły namiastkę nikotyny. Nie powinna tego robić, choć podczas odwyku nie odciągano narkomanów od szlug. Zgrzeszy tylko raz; smak kurzu nadal jej nie przekonywał do siebie, więc może nagle nie wpadnie na wątpliwie genialny pomysł uzależnienia od tego. Wypuściła rękę Charlie, a piekący dym uciekł nozdrzami, jak u lunga chińskiego albo fakira, gdy odsunęła się i oparła głowę o podłożone, zgięte ramię. Nie poprawiła koca, co dyskretnie odsłonił piersi, witając zimno na skórze. Nie miała w końcu czego się wstydzić. – Miałam pięciokrotnie złamany nos w swoim życiu. – wyznała spokojnie, sięgając pamięcią do zamierzchłych czasów. – Ostatni raz, kilka lat temu, gdy byłam w drodze do Niemiec. – zatłoczony przedział przez masy uchodźców z Syrii miał swoje wady, pośród których nie istniały żadne zalety. Tkwiła w pociągu z rzeszą ludzi, mających religijne - fanatyzm - prawo do ubicia niewiernej i gdyby tylko o tym wiedzieli, najpewniej musiałaby uciekać, jak Żydzi z tras w jedną stronę; przez podłogę albo okno. – Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie robię tego, aby też zapobiec kolejnym przypadkom. – zmarszczyła brwi zastanawiająco i dotknęła środkowym palcem płatek nosa. Cały. Przytaknęła. Ravanna krył się w obliczu każdego rasowego zabijaki, co nie patrzył czy ma do czynienia z mężczyzną, kobietą, dzieckiem, chorym - liczył się zysk, obicie cudzej mordy dla własnej popieprzonej zasady i przetrzepanie kieszeni. – Nie potrafię powiedzieć czy moja matka boi się mojego ojca, czy jest w nim zakochana. – mechanizm obronny. – Wygląda to tak samo. Zatem, może to wrodzona przezorność? – zawiesiła myśl w ciężkim powietrzu wpatrzona w jasny sufit bez znajomych zacieków ani pęknięć. – Jedni dają się rzucać o ziemię, by nigdy więcej nie wdychać rozpaczy, a inni – odetchnęła spokojnie, marszcząc na chwilę czoło. Chrypka. Nie cały dym uciekł z płuc. – kontynuują tradycje. – w całej swej zawiłości, to akurat miało sens, z którego była poniekąd dumna. Posunąwszy rękę po siedzisku do uda Charlie, uczyniła z niego płótno dla palców, bo tylko jej skóra nadawała się do zapisywania tych sekretów. – Jak jej na imię? – kim była kobieta odpowiedzialna za zaszczepienie odruchu "szczęśliwego papierosa" w umyśle swej córki, stawiającej się zabobonom, bałwochwalczym przekonaniom oraz gorzkiej prawdzie, w której jednak znalazła miejsce na odrobinę uczucia.
Jeszcze nigdy nie cieszyła się z tego, aby coś denerwowało kogoś z nią związanego... czymkolwiek; bo przecież to było bezimienne.
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Prezes IT Hodges

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 4 Grudzień 2018, 23:04   
   Mów mi -  Kocie!


- Wierzysz w to? – nie w numer dwudziesty pierwszy, bo już nie o samego papierosa chodziło a przesądy, przekonania i wiarę w coś, co można by nazwać szczęściem. Nie oceniała, była ciekawa, bo sama miała bardzo radykalne poglądy zarazem obracające się wokół tego, że na sama zaznać prawdziwego szczęścia nie mogła. Demony nie powinny, nawet jeśli przedziwna drobna radość pojawiła się w głowie Hodges, która pierwszy raz mogła zobaczyć, jak znane jej usta obejmują filtr, co śmiało można zaliczyć do doświadczeń w ich znajomości. Krok po kroku. Ku czemu? - Ani ja. – przyznała zgodnie czując, że nie musiała tłumaczyć, czemu sięgnęła dzisiaj po papierosa. Już kiedyś ją na tym przyłapano. Zły sen obudził dawne emocje. Później zrobiło się gorąco, ale w znaczeniu ogromnego stresu, który powoli odpuszczał, więc i papierosów było mniej, aż do dzisiaj gdy ojciec obwieścił swój powrót. Wiedziała, że to nie będzie ostatni papieros w jej życiu i już jutro rano dostanie w swe ręce kolejną paczkę kupioną przez asystentkę, bo nie zdzierży pierwszych dni z rodzicielem, który musiał pokazać wszystkim, że wrócił, więc mają stać na baczność a córka się uczyć. Nawet jeśli nigdy nie zrobi niczego dobrze. Najważniejszym było przetrwanie pierwszej fali. Potem może wymyśli, jak dobić staruszka.
Automatycznie powiodła wzrokiem na kształtny nosek w ciszy słuchając dalej, bo tylko w milczeniu potrafiła odnaleźć spokój i zawładnąć nad nadmiarem emocji. O poranku okazała co innego, ale powoli przygasała i była gotowa zrozumieć, nawet jeśli w środku wrzało na samą myśl o tym, że ktoś śmiałby zranić al-Hazir.
Przezorność. Dziecko potrzebowało uwagi rodziców, zaś mała dziewczyna doszukiwała się wzoru w matce, która jednak nie była najlepszą rodzicielką na świecie, stąd wczesne przekonanie Charlotte, że nigdy nie chciałaby być, jak ona. W efekcie stała się swoim ojcem, czego akurat nie przewidziała. Przezorność nic nie dała, bo jeszcze wtedy nie dostrzegała całości. Teraz obie z Tal Rashą były dorosłe, dlatego rodziło się w niej pytanie, które odważyła wypowiedzieć na głos.
- Boisz się, że kiedyś, niezależnie od starań, jak bardzo nie chciałabyś w swym życiu doświadczyć tego samego.. – co pani al-Hazir. – tak bardzo przyzwyczaisz się do drugiej osoby, że w pewnym momencie nie poznajesz, czy go kochasz czy to już strach o własne życie? – jakkolwiek człowiek by się wypierał, zawsze istniał wzorzec, którego nieświadomie się trzyma. Córki obserwujące wyrodnych ojców pewnego dnia budzą się w łóżku obok mężczyzny traktującego je podobnie, jak tato mamę. Córki stają się własnymi matkami albo ojcami, chociaż za żadne skarby świata tego nie chciały. Synowie alkoholików tak bardzo starają się trzymać z dala od procentów, że myśląc o nich codziennie są w rzeczywistości bliżej do jego sięgnięcia niż gdyby wychowali się w domu bez danego wzorca. Wzorzec. Zawsze jakiś był i za każdym razem młodsze pokolenie obserwowało coś, czego nie chciało odziedziczyć po swych rodzicach. Niezależnie od tego, jak idealną parą by byli. Ideały nie istniały, bo każdy posiadał choć jedną wadę albo rysę. Nie było ludzi kompletnych.
- Elizabeth Louise. – drugie imię tak małostkowe, luźne, dziecinne i zbyt słodkie, jak na kobietę, którą była pani Hodges wierząca jedynie w tego ostatniego papierosa, bo w nic innego nie umiała. Żadne z nich nie potrafiło, nie licząc Richarda, który choć oszpecony przez świat, jako jedyny w trakcie swego życia nie był potworem. Pod koniec trochę mu się odmieniło, ale to były zaledwie sekundy przekształcone w naukowe cztery minuty, po których mózg umierał. – Kobiety w naszej rodzinie zawsze miały podwójne imiona, ale chyba już ci to mówiłam. – wyjaśniła, bo choć Tal Rasha już trochę przesiedziała w stanach to w Maroku raczej nie mieli nagonki na nadawanie drugich imion, podobnie jak w Europie, po której to później zdarzyło się podróżować Marokańskiej Księżniczce z pięciokrotnie złamanym nosem. Wolną dłoń ułożyła na dalszym policzku i na moment przetrzymała by jakby nigdy nic ucałować ten skrzywdzony przez los nosek. – Myślałaś o tym, gdzie byś chciała pójść? – zapytała wracając myślami do swej wczorajszej propozycji.
_________________

    B.I.T.C.H.
    Beautiful, Intelligent, Talented, Charming and Hot!
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

We work too hard in our corners, cherié

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 5 Grudzień 2018, 00:59   

Wystarczył krótki ruch głową, aby zaprzeczyć i podburzyć złudny obraz wykreowany przed paroma chwilami. Zgubiłam wiarę. Nie wierzyła w szczęście, pecha utworzonego jako przeciwny doń biegun, kaprysy losu, przeznaczenie, fatum czy inne tajemnicze zjawiska i byty niewidzialne. Kiedyś nie miała zahamowań, bo tak ją wychowano, więc obierała Jego istnienie, jako niezaprzeczalne, niepodważalne, święte w całej nieokazałej - o ironio - okazałości, ale wraz z wiekiem to przekonanie zaczynało umierać, aż nie pozostał po nim żaden ślad, prócz tych blizn na ramieniu. Nic, co mówili, nie było prawdziwe. Fałszerstwo nie wyzwalało, a wprowadzało w obieg po jednej osi, jak cielę uwiązane do młyna, chodzące cały dzień w jednym kierunku bez początku i końca. Gdyby teraz uwierzyła, że numer dwadzieścia jeden, spalany z każdym buchem coraz bardziej, jest szczęśliwym omenem, pierwsza postukałaby się w łeb a następnie oblała kubłem zimnej wody dla otrzeźwienia, tak zimnym, jak pytanie Charlie.
Nagle sufit stał się niezwykle interesującym dziełem sztuki, od którego nie chciała odwrócić wzroku, popełniając tym samym gwałt na savoir vivre sztuki konwersacji.
Nie – odparła cicho, przymykając oczy z delikatnie rozmazaną pod powiekami kredką; chociaż w obecnym świetle ciężko szło ocenić czy to kosmetyk, czy cienie po zaledwie trzech godzinach snu w ciągu tej doby. – Moje oczy mogą być szeroko zamknięte, ale tego błędu wystrzegam się nawet gdy jestem ślepa. – przyznanie do tej butnej odwagi w nieskromnych wyrazach kosztowało wiele samozaparcia, ale Charlie już od jakiegoś czasu, krok po kroku zrywała z niej – nie, wróć – ściągała kolejne warstwy bezpieczeństwa, wzbudzając zaufanie i ułatwiając przepływ myśli płynących z serca. Kamyk po kamyku, cegła po cegle rozbierała ściany muru, przenikając do środka i na nic zdawało się dawkowanie wiedzy o Tal Rashy - tej, której imię potępiono na tyle, że zaprzestano je nadawać dzieciom, dlatego została Enigmą. Nie brzmiało tak pięknie, jak to należące do matki Charlotte, na dźwięk którego delikatnie poruszyła kącikami ust, co miało być wystarczającym komplementem dla rodzicielki; może będącej duchem, a może nie egzystującej w świecie jakkolwiek. Z łatwością pożegnała te myśli, nie chcąc nawet przyrównywać Elizabeth od Layli, za którą nie tęskniła tak, jak powinna córka. Postępowała właściwie, odcinała od bodźców wywołujących ból oraz chęć popełnienia głupstwa – tak mówili na terapii. Więzi rodzinne były ważne, człowiek musiał je pielęgnować, ale jeżeli rosły jako trujący bluszcz, należało pozbyć się krzaka, aby nie poparzyć skóry. Tej samej, którą pierwszy raz przetrącił Ravanna, otarła gorzkim żalem matka, a ciepłem i czułością ucałowała Charlotte. Nawet dłoń na policzku nie chciała wyrządzić krzywdy, acz na początku miała z tym problem; nie w Stanach. Znowu Niemcy. Trudne początki.
Przy kolejnym pytaniu jej dłoń zatrzymała się u szczytu uda, zastygając w bezruchu zastanawiająco. Brązowe ślepia wychwyciły ten wzrok i zwlekając moment przyglądały, jak lont brązowej bibułki jaśnieje wraz z kolejnym wciągnięciem dymu. Paliła, gdy była zestresowana, o tym Tal Rasha pamiętała i przez tę świadomość popadła w wewnętrzny dysonans pomiędzy pragnieniem, a prawidłowym postępowaniem. Spór o mur.
Jesteś pewna, że to dobry pomysł? – delikatnie kwestionowała ten pomysł, bynajmniej nie przez niechęć, której nie żywiła. – Jadąc na terapię, widziałam kolorowe plakaty na słupach informacyjnych, przedstawiające Les Misérables – ale spektakle potrwają jeszcze tylko dwa dni i... – tu pojawiał się poważny problem. Ramię pod głową ścierpło, musiała je wyciągnąć, ułożyć na mostku piąstką, jakby właśnie przyznawała się do winy, gdy z bladym, krzywym uśmiechem wzruszyła ramionami bezradnie. – Nie chcę wchodzić w paradę, kiedy cały świat spada ci na głowę wraz z powrotem twego ojca. – i nawet jeżeli odchamianie w mieście miało sens, podejrzewała, że po całym dniu, jak dzisiaj, Charlie zdecydowanie stroniłaby od ludzi. Z głuchym szelestem opadającego koca podniosła się do siadu, wspierając dłonią przy udzie blondynki i bez słowa przejęła dymiący tytoń pomiędzy środkowy, a serdeczny palec. – Nie musimy iść teraz ani w najbliższym czasie. – powiedziała przytykając do warg filtr. – Wystarczy, że zrobimy to kiedyś. – chciałaby nawet jutro, ale dostrzegała konflikt interesów; zbyt oczywisty, aby go zbagatelizować, bo znała pojęcie "spraw ważnych i ważniejszych". Obietnica bezterminowa wiązała je na dłużej, więc to nie tak, że stawiała na puste słowa czy wolny moment w grafiku zabieganej pani prezes. Tworzyła przejścia tam, gdzie ich nie było albo pozostawiała uchylone furtki. Nie działała bez przemyślenia.
Wypełniła przestrzeń płuc krótkimi buszkami sztuk aż dwie, jedna za drugą. Odsunęła cygaretkę, oddając pozostałość dla właścicielki spalającego się szczęścia i odwróciwszy lekko głowę w bok, aby nie dmuchnąć prosto w twarz Charlotte, ułożyła usta w przerysowanym kształcie litery "o". Puf-puf-puf, jak pociąg z kreskówek wypuściła z siebie trzy drobne szare kółeczka, które rozszerzały się w miarę pokonywanego dystansu, aż znikały w nicości, pozostawiając tylko smród tytoniu.
Tal Rasha uśmiechnęła się skromnie, reagując na minę Charlie wzruszeniem prawego ramienia.
Swego czasu wychodziły znacznie lepiej.
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Prezes IT Hodges

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 5 Grudzień 2018, 21:53   
   Mów mi -  Kocie!


Skłamałaby, gdyby przyznała, że to ją uspokoiło. Chciała wierzyć w słowa o nie podążaniu za czymś na ślepo, lecz zbyt wiele widziała wokół siebie przykładów, gdzie człowiek nawet nie wiedział w co tak naprawdę się pakował. Wyrzekał się wielu rzeczy, ale ostatecznie trafiał w ich sidła, dlatego zachowała dystans i ostrożność w przyjęciu ów zapewnień, przy których jednak uśmiechnęła się ciepło, bo świadomość istnienia popełnienia możliwego błędu to już duży krok. Człowiek nawet nie wiedział, jak wielką rolę odgrywały słowa wypowiedziane na głos, bo często to, co tkwiło w głowach, nie było naszym głosem. Łatwo było się wyprzeć tego, co ukryte wewnątrz niż zaprzeczyć temu, do czego samemu się przyznało. Nie ma też takiej trudności w walce z czymś, o czymś usłyszał świat, bo to na swój sposób już nie była walka w samotności.
- Nie czujesz się gotowa by pójść krok dalej w terapii? – każda myślała o tej drugiej. Tal Rasha brała pod uwagę zapracowanie i stres przez pana Hodgesa, zaś Charlotte myślała o tym, czy jej towarzyszka miała siłę by powoli wychodzić na świat zewnętrzny. Codzienna terapia to dopiero początek. Musiała powoli oswajać się z tym, co było po drugiej stronie płotu, bo za nim istniało o wiele więcej pokus niż w willi, która również stanowiła nie lada gratkę.
- Oh, Claude. – słynący głównie z muzyki do wspomnianego musicalu i tak zdołał chwycić ją za nieistniejące serce, nawet jeśli nie był faworytem wśród musicali, na które chodziła równie często co na wystawy sztuki, opery, przedstawienia i przyjęcia. Była obeznana, chociaż i tak wszystko wiązało się z biznesem, bo jak nie ją zabierano w podobne miejsca, to Charlie zapraszała wieńcząc wszystko kieliszkiem dobrego trunku. Cliche, a jednak prawdziwe i dające wiele możliwości, bo człowiek zupełnie inaczej zachowywał się w biurze a inaczej poza nim. Nie licząc Hodges. Ona była bitchą wszędzie (chociaż..).
Zjawił się nie w porę. Pomyślała po raz kolejny tego dnia i jakkolwiek źle to brzmiało wolała by dalej tkwił w szpitalu. Mogła nawet wyjść na potwora twierdząc, że lepiej żyłoby się bez niego, co równało się życzeniu śmierci, ale w żaden sposób nie potrafiła się tego wyzbyć. Ojciec był jej zmorą i choć nigdy nie skrzywdził jej fizycznie, w przeciwieństwie do rodziciela al-Hazir, to żywiła do niego jedynie nienawiść i niechęć tak głęboką, że śmiało można ją posądzić o wywołanie wylewu pana Hodgesa za pomocą niewykrywalnych środków. Nie zaprzeczyłaby, ale też nie przyznałaby się z dumą.
- Nie musisz iść ze mną. – odparła cicho, jakby właśnie wyznawała swój największy grzech zarazem obserwując, jak jeden z nich znika pomiędzy wargami Tal Rashy. – To ja wyszłam z inicjatywą i nadal chcę pójść gdzieś z tobą, ale jeżeli naprawdę masz ochotę zobaczyć ten musical, to nie powinnam stać ci na przeszkodzie. – oraz pan Hodges, który był winien odebrania dzisiejszego wolnego dnia córce i spokoju na wiele, zbyt wiele dni. – Poza tym myślę, że jeżeli czujesz się na siłach to możesz wychodzić z domu. Wprawdzie z Jurijem, ale to zawsze coś. – krok do przodu w dojściu do siebie, chociaż w tej chwili Charlotte poczuła się jak opiekunka. Trochę nią była, ale to nadal nie definiowało tego, co rodziło się między nimi. Bez wątpienia, w słowniku nie istniało słowo, które zamykałoby w ramach to, co teraz miały. – Wezmę pod uwagę najbliższe dwa dni, ale jeżeli mi się nie uda, to nie odbieraj sobie z tego tytułu przyjemności. – ona też nie chciała go odbierać i choć znacznie bardziej wolałaby być wtedy razem z al-Hazir wsłuchującą się w cudną muzykę, to niektórych rzeczy nie potrafiła przewidzieć. W każdej chwili coś mogło się spieprzyć, a raczej to ojciec uzna za takowe, co należałoby od razu naprawić, czego dokonać ma nikt inny a sama Charlotte. Już wcześniej była zapracowaną kobietą, ale teraz, przechodząc czas próby, musiała zminimalizować zaspokajanie swych prywatnych potrzeb praktycznie do samego zera.
W momencie, gdy Tal Rasha odwróciła głowę, pochyliła się odrobinę i ucałowała ją w nagie ramię, znad którego uniosła spojrzenie na trzy w miarę zgrabne kółeczka. Zaskoczenie wkradło się na jej twarz, na której po chwili pojawił się delikatny uśmiech. Ta kobieta naprawdę była enigmą.
- Ostatni. – przyznała uprzednio zerkając na prawie wypalonego papierosa. Został jeszcze jeden wdech, zaciągniecie się niezbyt głębokie by zrobić coś, czego by się po sobie nie spodziewała. Raz jeszcze ułożyła dłoń na dalszym ciepłym policzku Tal Rashy by ta nigdzie nie uciekła i zbliżając swe wargi do jej podzieliła końcówką dymu. Nie za wiele by nie odebrać oddechu ani zbyt mocno nie podrażnić wnętrza, ale wystarczająco by poczuła szczęście, którym się z nią dzielono. Żadna w to nie wierzyła, ale nikt nie powiedział, że nie mogły skorzystać.
_________________

    B.I.T.C.H.
    Beautiful, Intelligent, Talented, Charming and Hot!
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

We work too hard in our corners, cherié

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 6 Grudzień 2018, 13:46   

Nie czuła się nawet tak, jakby zrobiła jakikolwiek krok do przodu. Pójście na terapię zaraz po ucieczce traktowała nie jako możliwość odseparowania schorowanego umysłu od negatywnych skutków narkotyków i ich efektów po, lecz ewidentne brodzenie w błocie przy krzyczącej ciszy, jaka non-stop opuszczała jej wnętrze w trakcie spotkań.
Wszyscy powtarzali, że to będzie trwało, a Oscar nawet nie próbował przekonać al-Hazir, aby robiła coś wbrew sobie, naruszając widoczne granice komfortu. Relapse traktowała jako powód do wstydu, nie widząc w nim możliwości zbudowania siebie na nowo, więc nic dziwnego, że przebłyski klarownego myślenia w połączeniu z instynktem nakazywały wycofanie. Wyjście z Jurijem było kuszące, nawet bardziej, niż była w stanie to okazać żelazną kurtyną milczenia, zbywając pytanie na bok, bo to przecież również odpowiedź. Nie chciała rozmawiać teraz o tym, jak bardzo uważała siebie za niedorajdę – lekkie słowo – nie mogącą odpowiedni opiekować się własną trzeźwością bez superwizji. Będąc przeświadczoną o towarzystwie Charlie, uknuła wewnętrzny spisek, co spychał wszelkie podrygi buntu na dno, ale teraz podawano możliwość na srebrnym talerzu; i wobec tego też miała obawy.
Smakowała dymem, bananami, czerwoną szminką, szampanem, wódką, solą, mlekiem i miodem, drżeniem, zimnem, potem, ciepłem – na raz. Za każdym razem poznawała nowy smak Charlotte, przekonana, że nie wszystkie odsłony będzie w stanie poznać, nawet jeżeli dopisze jej zdrowie, ciąg przyczynowo-skutkowy i zagości w cudzym życiu dłużej, niż to koniecznie. Istniała pokusa, przemawiająca za tym, aby podupaść jeszcze bardziej i wtedy recydywa kusiła, bo najpewniej Hodges zajmie się nią, nie pozwalając całkowicie uderzyć o skaliste dno. Kapryśna wiedza, rzekłaby, kiedy wargami muskała te milsze, pełniejsze, w powietrzu wyczuwając ostatni podryw ugaszonej końcówki papierosa w popielniczce. Wszystko było ciężkie, przygniatające, z wyjątkiem tego azylu, do którego tak chętnie uciekała, sporadycznie pokazując duszę i to co weń tkwiło. O tym wszystkim mogłaby napisać, choć kilka kartek już zostało zajętych przemyśleniami dni zawiłych, lepszych i gorszych, istotą własnego postępku oraz wychwalania bez tytułu, bo tak było wygodnie i bezpiecznie.
- Nie przejmuj się tym, co nie zmieni twojego świata. – czy pójdzie na ten cholerny musical w cudzym towarzystwie, czy wcale; jak ojciec bardzo będzie próbował wbić szpilę w bok. Przyjemność miała teraz wątpliwe i dość wąskie znaczenie poza czterema ścianami gabinetu Charlotte. – Byłaś smokiem na długo zanim zjawił się on i powiedział, że możesz fruwać. – ułożyła głowę przy jej łonie, pozwalając, aby dłonie poruszały luźnymi włosami, gdy przytuliła policzek do koca, wsuwając pod spód rękę. – Pozostaniesz smokiem długo po jego odejściu. – w drodze do domu zapisze to na chusteczce, bo teraz sen morzył ją powolutku, kawałek po kawałeczku odbierając świadomość i zakrywał wszystko obłokami dymu podobnego do papierosowego szczęścia; ostatniego, o którego losie Charlotte mogła zadecydować sama.
Przetoż nie wstają niemiłościwi w sądzie ani grzeszni w radzie prawych, przyszło jej na myśl, nim, zanim wkradający się do drzemki znajomy głos oznajmił łagodnie, że pora wrócić do willi, a Psalmy Dawida ucichły.

z/t x2
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Prezes IT Hodges

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 3 Kwiecień 2020, 15:33   
   Mów mi -  Kocie!


- Jest osiem planet, dwieście dziewięćdziesiąt cztery kraje i ponad siedem miliardów ludzi, a ja muszę akurat użerać się z tobą i twym jebanym sumieniem – warknęła do słuchawki stojąc przed wielkimi oknami w biurze, za którymi miasto przyozdabiały światła neonów, gdzie ludzie kładli się spać, karmili swe umysły idiotycznymi produkcjami filmowymi na jeszcze gorszych platformach, uprawiali seks albo kłócili się o miniony dzień. Robili te wszystkie trywialne rzeczy nie mając pojęcia lub jedynie przypuszczając, że na świecie byli ludzie, dzięki którym mogli to wszystko. Gdyby nie oni, gospodarka by się załamała, wszczęłoby butny przez destabilizację a to doprowadziłoby do niepotrzebnej wojny.
Wszystko co działo się na rynkach, było skrupulatnie przemyślane i z góry ustalone. Wszyscy więksi dostawcy byli obserwowani i gdyby tylko ktoś u władzy chciał ich zatrzymać, zrobiłby to z pomocą kruczka w prawie, wprowadzenia nowego przepisu lub niszcząc fabrykę.
Te wszystkie akty nie były przypadkowe, a sytuacje przewidziane, jak ta mknąca korytarzem ostatniego piętra niczym byk celujący swe rogi w drzwi biura prezesowej.
- Proszę, pani Hodges mnie zabije – jęknęła Rachel tuż po otwarciu się wrót do pałacu, w którym stanęła podenerwowana i zdeterminowana al-Hazir.
Charlotte, nie odwracając się w ich stronę, opuściła spojrzenie w dół, na pierścionek zaręczynowy, który wydawał się kruchy, jak przekonanie Hodges o tym, że była z kimś, z kim dało się żyć (dłużej niż rok).
- Oddzwonię później – przekazała Wasylowi, po drugiej stronie słuchawki. – Masz godzinę. Po tym, możesz zacząć szukać nowej pracy i domu. – Niech spierdala z kraju, skoro nie potrafiła ogarnąć jednej pieprzonej rzeczy.
Rozłączyła się i odwróciła ku Tal Rashy, nawet nie siląc się na uśmiech.
Nikomu nie było do śmiechu.
- Czyli już wiesz – stwierdziła swobodnym tonem, z którym potrafiła ludziom stawiać warunki na temat ich żyć. Póki co, nie zamierzała się denerwować. Wystarczy, że jedna z nich buchała ogniem. – Od niego, prawda? – Parszywy drań, któremu nie ufała, ale mimo to oboje zgodzili się, że nie nikomu o tym nie powiedzą. On się złamał chcąc złamać ją, bo jak sądził, a co skutecznie mu wmówiła grając pokerową twarzą, że nie poruszyła ją wieść o jego zmartwychwstaniu.
Richard.
Richard Hodges.
Jej pieprzony brat, który się powiesił, żył i miał się cholernie dobrze.
_________________

    B.I.T.C.H.
    Beautiful, Intelligent, Talented, Charming and Hot!
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

We work too hard in our corners, cherié

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 3 Kwiecień 2020, 16:08   

Od dwóch dni chodziła, jak nabuzowany szerszeń na sterydach. Toczyła pianę w gniewie, zbierała dowody oraz zasięgała porad w wewnętrznym kręgu, a od Marthy wyciągnęła dokładnie, kiedy może spotkać narzeczoną w biurze, do którego sam Lucyfer nie powstydziłby się zawitać, gdyby na jego drodze nie stała Rachel; Tal Rasha nie była diabłem.
Niech to wszystko piorun trzaśnie, a huragan wymiecie — wpadła w poważny dysonans tylko przez parszywe zawierzenie osobie w stojącej przy oknie. Parszywe, bo paskudnie egoistyczne i, o ironio, ślepe odkąd zawiązały wspólny front przeciwko Richardowi.
Wystrój w gabinecie uległ przeobrażeniu. Ludzie ze zdjęć na ścianach z równo podpisanymi imionami i nazwiskami spoglądali oskarżycielsko na al-Hazir, jakby zawiodła nie tylko siebie, ale i ich; ciężkie biurko zawalone kartkami śmiało się zawartością tajnej teczki akt, które Charlotte pozyskała nielegalnie, bo za jej plecami; mapa w otwartym laptopie z podświetlonymi punktami przedstawiała skalę demonicznej machiny wprawionej w ruch przez nikogo innego, jak Charlotte Hodges, wychodzącą odważnie, ale i bez owijania w bawełnę naprzeciw kobiecie.
Kiedy tak patrzyła na wszystko dookoła, czuła zawroty głowy — a może to tylko ten smród ziół, który zaatakował ją od wejścia, gdy bezceremonialne weszła, jak do siebie, wiedząc bardzo dobrze, że ryzykuje posadą Rachel, jakoby straszne czasy nastały. Jeszcze parę dni temu nie sądziłaby, że gabinet Charlie może być siedliskiem sprytnie uknutego kłamstwa i występku. Teraz, trzymając w prawej dłoni zwinięte w rulon kartki, żałowała niesprawdzenia wnikliwie ciszy radiowej padającej z obu stron — i jej, i Richarda.
Nie. Pieprzony gołąb z gałązką mi wygruchał w gaju oliwnym — syknęła, zerkając na asystentkę Hodges. Zrozumiała niemy przekaz i natychmiast zamknęła drzwi, odcinając ciekawski świat od wzbierających wód sztormowych w bezpiecznej przystani. — Nie wierzę, że zrobiłaś to za moimi plecami. Że wiedziałaś i mi nie powiedziałaś. — Siarczysty policzek wymierzony prosto w lico Tal Rashy. Sądziła, iż czasy nieufności przeminęły, ale odkąd al-Hazir wróciła do Chicago, wszystko zaczynało znów przybierać rozmiar pojedynku szachowego lub gry komputerowej z nowym bossem na końcu. Najpierw Sebastian, Caputo, potem ślepota i walka z demonami, a teraz Richard? Ten Richard? — Do diabła, Charlotte — warknęła, podchodzac do biurka z założonymi rękami. Nie mogła zmusić się do tego, aby nawet podejść do blondynki. — Nie jestem pieskiem na posyłki, któremu nic się nie mówi. Moje życie również zależy od tej wiedzy. Mówię ci wszystko, a ty w taki sposób postępujesz? Mamy się pobrać, nie jestem nic nieznaczącą, sekretną dziewczyną wielkiej pani prezes. Już nie.
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Prezes IT Hodges

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 4 Kwiecień 2020, 12:50   
   Mów mi -  Kocie!


Czyż nie od zawsze tym był gabinet Charlotte Hodges? Siedliskiem sprytnie uknutych kłamstw i występków? Przecież to tu, od wielu lat, podejmowano decyzje nieraz przyrównane do brutalnego ścinania głów z pomocą mentalnej gilotyny. W tym pomieszczeniu uknuto tak wiele nieprzychylnych dla ludzi planów, acz wznoszących firmę coraz wyżej na stopie giełdowej, że nawet egzorcyzmy nie wypleniłyby zalegających tu grzechów.
Jednym z nich bez wątpienia była nagła zmiana dekoracji, którą potajemnie musiał zafundować pan Hodges (innego wyjaśnienia nie widzę), korzystając z nieobecności córki. To niczym pokazanie środkowego palca, kazać Charlotte patrzeć na zdjęcia jakiś ludzi, nawet wybitnych, jakby przyglądanie się ich gębom miało ją uspokajać tak samo, jak oglądanie ulubionych obrazów, które gdzieś przepadły. Tak silne ingerowanie w jej przestrzeń osobistą było uwłaczające, o czym pan Hodges doskonale wiedział i zamierzał wykorzystywać kopiąc leżącego.
Leżała. Dusiła się w środku, jak rybka wyjęta z wody. Jej wyblakła dusza miotała się, bo pozwoliła sobie uwierzyć, że kiedykolwiek umiała kochać.
Teraz, po rozmowie z pieprzonym Chrystusem, który zmartwychwstał po osiemnastu latach, nie była tego taka pewna, bo najwyraźniej to co czuła do brata nie było miłością. Możliwe, że nigdy tego nie czuła a jedynie sobie wmawiała, bo jak ktoś taki, mógł w ogóle sądzić, że posiada umiejętność obdarzenia drugiej osoby tak silnie emocjonalną więzią?
Podważyła nawet uczucia do al-Hazir, co wprowadziło ją w jeszcze gorszy stan, skuwając lodem to, co zostało skutecznie roztopione.
- Nie jesteś – potwierdziła wciąż spokojnym i stonowanym głosem, jakby wcale przed chwilą Tal Rasha nie zrzucała na nią tyrady pretensji. – ale też nie mówisz mi wszystkiego, a ja staram się to szanować. – dodała robiąc parę kroków w stronę biurka, skąd zgarnęła papierośnicę. Pusta. Cholera jasna. – Przykład? – Naprawdę tego chciała? – Co dokładnie działo się przez trzy miesiące na pustyni? – Nie pytała a jedynie podała coś, o co nigdy nie dopytywała. Tylko na początku, dzięki czemu uzyskała parę informacji, ale czuła w kościach, że wydarzyło się tam znacznie więcej złego i upodlającego niż Tal Rasha zdołała wyznać. – Wzięłaś pod uwagę, że ja też potrzebuje czasu? Że to, czego się dowiedziałam zaburzyło całą wiedzę na temat mojego życia? – Wciąż ten stonowany głos. Zero pretensji, jakby rozmawiało się z robotem. – Chciałam ci powiedzieć, ale nie byłam gotowa, chociaż sądząc teraz po twojej postawie, nie wierzysz w to. – Miała ją za potwora, który otrzepywał się z własnej krwi i ruszał dalej siejąc zniszczenie. Robiła to. Oj, gromiła wszystko co popadnie, ale nawet ona musiała przetrawić niektóre rzeczy. – Może masz rację. Może wcale nie chciałam, bo im dalej w las tym lepiej widzę, jak bardzo się marnujesz. – Czy nie zabrzmiała jak Richard podczas rozmowy telefonicznej, gdy Tal Rasha była jeszcze we Francji? – Twój potencjał jest przygniata przez obawy, których wcale nie powinnaś dźwigać. – Ciężar rodzinnych i biznesowych dramatów Hodges.
_________________

    B.I.T.C.H.
    Beautiful, Intelligent, Talented, Charming and Hot!
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

We work too hard in our corners, cherié

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 7 Kwiecień 2020, 11:44   

W tej kwestii — wymownie wskazała krótkim ruchem dłoni na siebie — za nic w świecie nie jesteś obiektywna. I ani trochę w porządku, bo Richard to nie pieprzona Sahara najeżona pułapkami. Nie waż się nawet zestawiać tego, co zrobiłam, z tym, co robisz. Ja ci powiedziałam, że nie mogę o tym myśleć! — Zwyczajnie, po ludzku i w ramach personalnej terapii mijającej się z celem, ale jednak. Zagranie poniżej pasa, poniżej godności, a z perspektywy Tal Rashy jednak tak bardzo pasujące do Charlotte... bo tak grały rekiny w stawie, gdy byle mule zagoniły je w najdalszy kąt. Problem tkwił w tym, że to Hodges wyrolowała al-Hazir, a raczej — dała się podejść Powellowi i wykorzystać.
Twardo ruszyła w kierunku kanap, aby zgodnie z logiką żarłacza — odseparować się. Potrzebowała chwili oddechu, choć powietrze w gabinecie Charlotte przestało wystarczać. Wszędzie roznosiła się woń jej perfum, świadomość kroków, obecność, a przede wszystkim: widok, bo gdy usiadła na horrendalnie drogiej kanapie, to była pierwsza rzecz, na jaką wpadła. Patrzyła na nią. Widziała i vice versa.
Zaczesała kosmyk za ucho, żałując, że nie wzięła ze sobą żadnej gumki do włosów. Sięgające już dalej niż wysokość śródpiersia włosy były dowodem pełnym istnienia wszystkich problemów, które z nimi przeszła — na najniższych krańcach, właśnie tam, tkwiła Sahara, tkwiły problemy z Grace, a dopiero gdzieś w połowie narzeczeństwo i cudowne ozdrowienie Charlie; solidne fundamenty.
Miałaś tyle dni. Kładłaś się ze mną, kochałaś, jadłaś kolacje i wybierałaś aranżacje kwiatowe na ślub, ale nie pisnęłaś choćby słowem, że wiesz, kim jest facet, z którym spotykam się dla naszego dobra. Naszego, Charlie — podkreśliła, i sfrustrowana oparła się wygodniej na siedzisku. Założyła nogę na nogę, ale długo tak nie wytrzymała, nim znów przesunęła się do przodu. Z niegasnącymi wyrzutami zapytała: — Masz ze mną jakiś problem? Bo dobrze znam ten schemat. Zamykasz się, a potem przychodzisz w nocy i bierzesz, co tylko chcesz, żeby... — zmięła w ustach zwieńczenie tak paskudne, że aż prawdziwe. Kiedy Charlotte nie mogła się "opanować" dochodziło do rękoczynów innych niż karalne. Raz to przerobiła. Drugi raz nie pozwoli. — Mów do mnie.
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Prezes IT Hodges

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 8 Kwiecień 2020, 23:30   
   Mów mi -  Kocie!


Charlotte, nie kochałaś mnie. Wydawało ci się, bo mylisz posiadanie czegoś z miłością.
Miałaś mnie. Tkwiłem w zamknięciu, jak twój ulubiony ptaszek w klatce, który nie mógł uciec a ty to wykorzystałaś, wmawiając sobie i mnie, że to miłość. Wiesz, czemu? Bo miłość jest stałą a ciebie to nudzi. Potrzebujesz więcej, pragniesz ciągłej ewolucji, władzy i wiedzy. Nie kręci cię, co już masz. A jak już coś masz, to potrzebne ci to tylko do spełnienia swoich zachcianek. Tak było ze mną.
Potrzebowałaś mnie do rozmów i udawania, że potrafisz być człowiekiem. Kimś, kto rozumie emocje i potrafi coś poczuć. To właśnie daje ci Clarisse? Poczucie człowieczeństwa, którego nie masz, wykorzystując tą biedną dziewczynę?
Bogu dzięki, że ojciec mnie od ciebie uwolnił.

Boga w to nie mieszaj. Nie miałby szans.


Bała się.
Ludzie mieli ją za psychopatkę, która nie znała lęku ani strachu i choć faktycznie była go częściowo pozbawiona, rodziła szczera obawy przed utratą jedynej osoby dostrzegającej w niej coś więcej niż rekina w świecie biznesu.
Musiała jednak wziąć pod uwagę, że jej strach wynikał nie z prawdziwej emocji ściśle powiązanej z lękiem a z irytacji, bo istniało duże prawdopodobieństwo, że straci coś na czym jej zależało. Ktoś, kogo zapragnęła mieć a kto postawił ścisłe granice zanim na cokolwiek się zgodził. Kogoś, kto nie bał się iść z nią w szranki, starał się zrozumieć i zapewniał, że nie widział w niej tylko potwora.
Rytmicznie stukając obcasami przeszła na przód biurka i przysiadła na jego skraju, nie zamierzając przekraczać nowo wyznaczonej granicy, a raczej dystansu dzielącego ją od kanapy.
- Nie zastanawia cię, czemu to zrobili? – Skoro Tal Rasha znała prawdę, a raczej była świadoma z kim mieli do czynienia, to czy nie powód aby wysnuć własne wnioski? - Mój ojciec i nieżyjący brat? – Dla niej wciąż był martwy. – Uciekł ode mnie. Jak myślisz, czemu? – zapytała swobodnie, jakby pytała o neutralną opinię na temat władzy Trumpa, co nie miałoby wpływu na ich relacje. To pytanie również tak traktowała, chociaż znała odpowiedź brata i stanowisko ojca, którego z chęcią przejechałaby czołgiem, gdyby tylko takowy miała pod ręką.
Bez nacisku i z ciągłym spokojem czekała na odpowiedź ani na chwilę nie odrywając wzroku od al-Hazir. Pewnego dnia, zdanie kobiety nabrało znaczenia. Wcześniej przypisywała je sobie, zaś blondynkę (wtedy brunetkę) traktowała coś, co mieć musi. Trochę jak nową parę rękawiczek, ale to się zmieniło, co dało się dostrzec chociażby w tej chwili, gdy zapytała Tal Rashe o opinię.
Nie była żadnymi rękawiczkami.
Za takie porównanie Charlotte nie wahałaby się ów osobę wyrzucić na pustynię, co oznaczało, że musiałaby tam posłać samą siebie; tę wcześniejszą siebie, nieznającą jeszcze smaku bliskości tej konkretnej kobiety.
- Nigdy nie będę dobrą osobą. – To nie groźba a zapewnienie i przestroga. – Nie rzucę pracy i nie przestanę osądzać ludzi. – Zdarzało się, że własne zdanie zachowywała dla siebie, ale to również robiła tylko i wyłącznie pod wpływem obecności konkretnych osób; Tal Rasha, Grace lub Martha. - Zniszczę ich.Zabije.Zrobię to i nie będę miała wyrzutów sumienia – wyznała bez ogródek, bo skoro brat postanowił przeżyć i kryć pod skrzydłem ich ojca, argumentując to potrzebą uwolnienia się od niej, to najwyraźniej musiała stawiać sprawę jasno, jednocześnie otwierając al-Hazir drzwi; możliwość wycofana się, kiedy uzna, że to za dużo po tym, jak ledwo doszła do siebie po brutalnej zemiście (zdaniem Charlotte również zmanipulowanej przez pana Hodges, który pozwolił na wszystko, bo wiedział, jak takie rzeczy wpływały na psychike).
_________________

    B.I.T.C.H.
    Beautiful, Intelligent, Talented, Charming and Hot!
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Tal Rasha al-Hazir


Jestem w Chicago od
last year/breaks



31
l' étudiante

We work too hard in our corners, cherié

Mieszkam w
Gold Coast

Tal Rasha

al-Hazir

Wysłany: 17 Kwiecień 2020, 02:28   

Przestań mnie prowokować i zmieniać temat — odpowiedziała buńczucznie, bo nie chodziło teraz ani odrobinę o to, co zrobił Richard, stary Hodges i od jak dawna uprawiali brzydką miłość ojcowsko-synowską bez zabezpieczenia.
Mother fucking dumbass Jeff...
Mentalna wiązanka zwykle działała, gdy po pięciu głębokich wdechach nie nadchodziła upragniona równowaga. Al-Hazir dość prędko zrozumiała, że ani wiązanki, ani mantry, ani różańce i kolędy śpiewane od tyłu nie pomogą jej opanować beznadziejnie wysokiego poziomu frustracji. Słuchała, bo nic innego nie mogła zrobić, ale jednocześnie, skubiąc lwią zmarszczkę kciukiem i palcem wskazującym, próbowała zachować rezon. Wmawiała swej trudnej stronie charakteru, że w świecie nieprzewidywalnych koneksji biznesowych zawsze był ten sam problem: istniały, zawracając niepotrzebnie głowę.
Wywróciła oczami, tłumiąc z nieukrywanym trudem warknięcie. Klapnęła dłońmi o kolana i wstała zamaszyście w wyćwiczonym ruchu. Nie mogła usiedzieć w miejscu, kiedy Charlotte plotła dyrdymały tak dalekie od tego, co naprawdę chciała usłyszeć Tal Rasha. Obeszła kanapę, wsuwając dłonie do kieszeni spodni, aby przypadkiem nie uderzyć w coś. Każdą komórką ciała czuła, że lada moment i eksploduje.
Czy ty siebie w ogóle słyszysz, Charlie? — zapytała, zatrzymując przy ostatniej, szerokiej szybie gabinetu. Panorama Chicago pozostawała niewzruszona na potyczki wewnątrz budynku. — Od kiedy musisz udawać przede mną? — dodała po chwili, odwracając wzrok ku kobiecie. — To całe mówienie o byciu złą, pracoholizmie i braku wyrzutów sumienia znam na wylot. Może zapomniałaś, ale powtarzałaś mi to od samego początku. Jakbyś nie zauważyła, przerobiłam każdą twoją stronę na własnej skórze, a nadal tu stoję. — Założyła ręce, odwracając się przodem do Charlie. — I nie mam najmniejszych obaw przed tobą, więc skończ z tą pokazówką, i odpowiedz mi wprost, jakbym była kolejnym biznesmenem wymagającym tylko suchych faktów. — Nie wiedziała jak inaczej ma dotrzeć do Charlie, aby wyciągnąć z niej prawdę. Wymijały się, odkąd Richard Hodges alias Richard Powell postanowił zawitać bez ostrzeżenia do ich świata. Rzucił pieniędzmi, zaświecił uśmiechem i zawrócił im w głowach; niekoniecznie w dobry sposób. Osiągnął, co chciał. Doprowadził do kłótni oraz rozchwiania emocjonalnego. Mimo to, Charlotte przesadziła na własne życzenie. — Dlaczego toczyłaś te rozmowy za moimi plecami?
_________________

    She's so high – like Cleopatra, Joan of Arc, or Aphrodite.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Charlie Hodges


Jestem w Chicago od
urodzenia



40
Prezes IT Hodges

Ptaszyna

Mieszkam w
Gold Coast

Charlotte Cataleya

Hodges

Wysłany: 19 Kwiecień 2020, 21:49   
   Mów mi -  Kocie!


- Bo chcę cię od tego odsunąć. – Od świata biznesu rozgrywanego pomiędzy Hodges a jej klientami oraz tym opanowanym przez jej rodzinę. Od porachunków mafijnych i ciężkiej głowy, przez problemy związane z ludźmi pokroju Richarda.
Pragnęła Tal Rashy, ale w żaden sposób nie zamierzała mieszać jej do tego wszystkiego. Od kiedy się poznały, pomimo warunków klubowych, gdzie Hodges prowadziła interesy, w jej intencji nie było zaciąganie kobiety do tego okrutnego świata.
Polowała. Zamierzała posiąść al-Hazir, która zdobyła jej uwagę i mieć dla siebie, jak ulubioną parę rękawiczek. Z czasem, ta myśl zamieniła się w uczucie, które odepchnęła brutalnie, wpychając eleganckie dłonie tam gdzie nie trzeba. Zaangażowała się, chciała chronić Tal Rashe, lecz nie wiedzieć kiedy wszystko gruchnęło i odebrało tancereczce iskrę, którą wtedy posiadała.
- Nigdy nie planowałam wciągać cię w to wszystko, ale stało się i czuję, że coś ci odebrałam. – Zmrużyła oczami dokładnie przyglądając narzeczonej. Zrobiłaby dla niej wszystko, ale równie silnie odczuwała potrzebę kontrolowania, która w chwilach takich, jak ta ujawniała się w dość dosłowny sposób. Tak już będzie, bo jej zdaniem Tal Rasha nie musiała o wszystkim wiedzieć. – Swobodę życia. – Której sama nigdy nie posiądzie i to właśnie przyciągnęło ją ku al-Hazir. – Przeżyłyśmy tak dużo i moim obowiązkiem jest dalej utrzymać wszystko w ryzach, ale ciebie.. Ciebie pragnę oswobodzić, dać życie na które zasłużyłaś i o jakim marzyłaś. – Znów decydowała za nią, ale taka już była. – Richard chce to zmienić. Wiedział, co robił kontaktując się z tobą, bo razem z ojcem chcą się ciebie pozbyć i nie mówię tu o obietnicach, które składał Ci Powell. – Zacisnęła szczękę, pierwszy raz w trakcie rozmowy odwracając wzrok w bok. Hodgesowi wadził ślub. Przeszkadzała mu al-Hazir i zarazem pragnął wykorzystać ją jako kartę przetargową. W końcu miał na nią Asa, a nawet dwa, które mógł wykorzystać a o jakich Charlotte już wiedziała. – Tak wiele razy uciekałyśmy sprzed oblicza śmierci, że nie zamierzam znów ryzykować twoim życiem. Zrobią wszystko, co konieczne, więc i ja muszę podjąć stosowne kroki. – Przełknęła ślinę mając ogromny problem z wypowiedzeniem tych wszystkich słów. Czy to była miłość czy może jednak niechęć do przyznania się przed porażką, bo właśnie traciła coś, na czym jej bardzo zależało? – Kocham cię i chcę byś żyła, nawet jeśli to oznacza życie z dala ode mnie.
Znów szła na wojnę. Na bój z ludźmi, którzy zrobią wszystko, żeby ją zniszczyć. Ujawnili, jak bardzo byli przebiegli i do czego zdolni. Popisywali się, tworzyli spektakl, który trwał od ponad osiemnastu lat i skoro czekali aż tyle, to czy Charlotte zdoła powstrzymać ich przed zabiciem Tal Rashy? Czy umiałaby przewidzieć ich następne kroki, skoro od tylu lat wodzili ją za nos?
Wolała się o tym nie przekonywać, już teraz wprowadzając konieczne środki ostrożności.
_________________

    B.I.T.C.H.
    Beautiful, Intelligent, Talented, Charming and Hot!
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Strona wygenerowana w 0,25 sekundy. Zapytań do SQL: 8