Poprzedni temat «» Następny temat
Wabash Avenue
Autor Wiadomość
Odysseus Lachdanan


Jestem w Chicago od
https://i.imgur.com/

Wysłany: 17 Styczeń 2019, 13:46   
   Mów mi -  Wilku
   Multi -  Tal Rasha, Tommy, Irene


Schował dłonie do kieszeni kożucha. Wyciągnął. Schował. Znowu wyciągnął, karmiąc frustrujące niezdecydowanie kolejnymi powodami, dlaczego sobą pogardzał. Nie wynikało to z nerwicy natręctw, jaką przypisują mu podobnym – przebywającym w specjalistycznym ośrodku, ale schizofrenika on nigdy tam na uświadczył – ani, co zaskakujące, faktycznego zdenerwowania na widok ducha przeszłości, którego potępił w ślepej furii rozmytego otoczenia rok temu. To już trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Trzysta sześćdziesiąt siedem, dwa dni po sylwestrze i urodzinach, skorygował w myślach, zauważając, że w trakcie problematycznego zajmowania własnymi dłońmi poplątane słuchawka wyjrzała z kieszeni, jak zmyślny podsłuch nie tak znowu wykwalifikowanego agenta tajnych służb. Nim również nie był i wiedział, że w tej materii wcale się nie zmienił – raz podniesiona ręka na zawsze skazała Odysa na los potępionego. Tu to bolało. Tak bardzo, że ociągał się z odpowiedzią, a gdy tylko Pandora uniosła wzrok, on uciekł swoim na rozkład jazdy w metalowej oprawie na tablicy ogłoszeń na prawo od ławki, która nagle stała się najwspanialszym siedziskiem w świecie.
Chyba zgubiłem czapkę. – inteligentnie złapał się za gołą głowę, zostawiając gdzieś zdolność do prowadzenia normalnej konwersacji poza sobą. Zakała. – Albo ten kolos mi ją ukradł. – wzruszył ramionami, rozejrzał po bokach, niby szukając nakrycia głowy za marne dwanaście dolarów. Czuł się tak, jakby wrócił do czasów podstawówki i rozmawiał pierwszy raz z dziewczynką, która mu się spodobała. Tylko tym razem nie miał ze sobą narysowanej krzywo laurki ”Chcesz być ze mną? Zaznacz. () tak, ()nie” z dołączonym lizakiem w kształcie kwiatka, bo usłyszał od ojca, że kobiety uwielbiają słodycze.
Rozległ się krótki trzask, dochodzący zza schodów prowadzących do przejścia podziemnego na drugą stronę ulicy. Chwilę potem głośne syknięcie otwieranej puszki przeszło echem i wszystko ucichło. Automat.
Miał problem. Cholera jasna, miał poważny problem z obyciem i zwykła puszka Coca–Coli stała się niezmiernie atrakcyjną opcją ucieczki. Mógł tam pójść pod pretekstem zwykłego pragnienia, jak też zniknięcia, bo Pandora go onieśmiela nawet wtedy, gdy siedzi cicho, pociąga nosem i ma napuchnięte oczy.
Podjął decyzję pod wpływem momentu – ironia. Poszedł w kierunku schodów posypanych solą i piachem, zszedł i roztrwonił wątpliwy majątek dziesięciu dolarów na czerwoną oraz niebieską puszkę konkurencji. Wrócił szybciej, niż zdążył upomnieć nogi; same Odysa zaprowadziły przed Blackwood. ”Pepsi piją lepsi” – głosił slogan biegnący po skosie pod logiem marki zwrócony górą ku Pandorze wraz z drugą, Coca–Colą Cherry, bo zwykłej nie uświadczył. Pomiędzy kciukami trzymał po sztuce batonika zbożowego.
Weź – mruknął pod nosem, korzystając z okazji i przyglądając zmianom, jakie przez rok zaszły w kobiecie. – Stres dobrze jest spacyfikować czymś słodkim. – nie to chciał powiedzieć. Skrzywił się ukradkiem, gdy akurat nie patrzyła na jego twarz, bo gardził tym wydaniem siebie samego, jakby reklamował dziadowski produkt chodząc od domu do domu, jak Jehowy. – Czemu jechałaś kolejką? – bo skoro stare fobie nadal żyły, nie potrafił znaleźć dobrego powodu dla którego Pandora weszła do własnego koszmaru – tłumu – na życzenie lub złość. Koncepcje nie kleiły się tak samo, jak ta namiastka rozmowy. Nie takie miał wyobrażenie.
 


profil kalendarz karta postaci relacje telefon
 
Pandora Blackwood


Jestem w Chicago od
https://66.media.tum

Wysłany: 19 Styczeń 2019, 16:11   
   Mów mi -  Lexa
   Multi -  Layla, Calverley, Colette


Stres powoli mijał, ustępując miejsca uczuciu zmęczenia i osłabienia. Istniało duże prawdopodobieństwo, że Pandora upadłaby na ziemię, gdyby tylko nie spoczywała na metalowej ławce, na której krawędziach zacisnęła mocno palce obu dłoni. Przyrzekając sobie w myślach, że już nigdy więcej nie zdecyduje się skorzystać z usług transportu publicznego, nawet gdyby był całkowicie pusty, zerknęła ponownie na twarz Odysseusa, który w tym samym momencie skierował wzrok na rozkład kursów metra. Najwyraźniej zupełnie nie wiedział jak się przy niej zachować i doskonale to rozumiała, konfrontując się z podobną mieszanką uczuć. Niepewność, zdenerwowanie, żal, ale i też ulga, bo nawet jeśli mężczyzna w ostatniej fazie ich związku okazał się być obcym jej draniem, to nadal dobrze było go widzieć całym i zdrowym. Brunetka z bezradnością doszła do wniosku, że już chyba zawsze będzie jej na nim zależało, choć zdrowy rozsądek podpowiadał, że to idiotyczne. Powinna o nim zapomnieć i jak najszybciej zakończyć to przypadkowe spotkanie, odbierające jej pewność siebie, a zamiast tego odruchowo zaczęła się rozglądać za czapką, o której stracie wspomniał Lachdanan. Szczerze wątpiła, że dostrzeże ją gdzieś na ziemi, ale mimo to przyglądała się uważnie drodze, jaką pokonał z pojazdu do przystanka. Przez to dopiero po chwili zarejestrowała zniknięcie byłego partnera i westchnęła głośno. Zniknął, tak po prostu, a ona nie wiedziała czy czuła z tego powodu ulgę, czy smutek. Musiała wziąć się w garść, zadzwonić po kogoś i wrócić do domu, zanim przyrośnie do siedziska i spędzi na nim kilkanaście kolejnych minut. Sięgnęła do kieszeni płaszcza po telefon, myśląc do kogo zwrócić się o pomoc, gdy u jej boku na powrót zjawił się Odys. Zablokowała ekran urządzenia, podnosząc wzrok na dwie puszki napojów gazowanych i wybierając czerwoną w chwili, gdy brunet się odezwał. Dostając również batonik, uśmiechnęła się ledwo zauważalnie i wyszeptała skromne podziękowanie.
- Usiądź. - poprosiła, bo zdecydowanie bardziej ją stresował, gdy stał i zachowywał się tak, jakby poznali się zaledwie wczoraj, a onieśmielenie z tym związane nadal nie zelżało. W międzyczasie schowała komórkę i rozpieczętowała przekąskę, odgryzając jej niewielki kawałek, który rzekomo miał umożliwić kobiecie rozluźnienie się. Chciałaby.
- Nie wiem. - mruknęła z zawstydzeniem, bo doskonale zdawała sobie sprawę z tego jak nielogicznie postąpiła. - Myślałam, że będzie w porządku. - dodała na swoją obronę, ujawniając tym samym wrodzoną naiwność.
- Jak się miewasz? - zapytała po części dlatego, że chciała jak najszybciej zmienić temat, po części dlatego, że naprawdę ją to interesowało. - Dostałam twój list. - liczba pojedyncza. - Cieszę się, że jesteś... Wolny. - dodała, krzywiąc się na brzmienie własnych słów, choć nie wiedziała jakich innych mogłaby użyć. Czysty? Trzeźwy? W pełni świadomy swoich czynów? Westchnęła, zamykając sobie usta kolejnym kawałkiem batonika.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Odysseus Lachdanan


Jestem w Chicago od
https://i.imgur.com/

Wysłany: 19 Styczeń 2019, 22:06   
   Mów mi -  Wilku
   Multi -  Tal Rasha, Tommy, Irene


Nie był lepszy, dlatego ze skrywaną pogardą pogodził się z wyborem Pandory i wetknął batonika do kieszeni kurtki, starając okazać jak najmniej niezadowolenie przez tę niebieską puszkę, która ani trochę mu nie smakowała. Pamiętał jednak, że czasami – rzadko, ale jednak – ona ją piła i wszystko było w porządku. Co jeszcze zmieniło się przez ostatni rok? Na pewno nie jego wątpliwości, tak jak teraz, gdy ociężałym, trochę mechanicznym krokiem nienaoliwionego cyborga podszedł do ławki i usiadł ostrożnie, jakby w obawie, że zaraz zapadnie się pod jego ciężarem. Nic z tego, metal twardo stawiał opór.
Ja… – nieświadomie błądząc między uliczkami, które powinien znać, zagubiony w przestrzeni, przestraszony wkroczenia z powrotem do świata potencjalnie normalnych mas. – Daję radę. – przytaknął sam sobie, krzyżując nogi pod ławką, a połamany lód chrupnął. Łamał się w podobny sposób cicho przełykając ślinę. List. Pieprzony, pojedynczy, marny wywód, których napisał i wysłał setki. Nie, tylko jeden dotarł. Chciało mu się śmiać, że tak bardzo przypominało to wyścig głupich plemników do komórki jajowej. – To pewnie Oscar? – nikt inny nie dopilnowałby, aby przynajmniej jedna sztuka jego żałosnych wypocin trafiła do adresatki. – Właśnie od niego wracam. – gdzie dowiedział się, że wszystkie koperty zaginęły w tajemniczych okolicznościach, które nosiły dźwięczne imię Hazel, młodszej siostry Pandory. Na samym początku był wyjątkowo wściekły, oskarżał nawet byłą partnerkę o kolaborowanie i zdecydowane przekreślenie jego dobrej woli oraz wątpliwie przyjemnego dlań obnażania na tych wszystkich kartkach, ale z czasem pogodził się z myślą, że nigdy nie dostanie wiadomości zwrotnej. Skąd mógł wtedy wiedzieć, że ta baba – co ślub chyba z samym Szatanem zawarła, tak działała Lachdananowi na nerwy – zwyczajnie przechwytywała korespondencję zaadresowaną do Pandory? Oscar również nie wiedział, dopóki nie zaniósł osobiście ostatniej koperty. Był tak samo zaskoczony, co Odys, kiedy prawda wyszła na jaw. Blackwood Junior najpewniej, gdyby tylko mogła, rozwaliłaby łeb Odyseuszowi, ale jeszcze nie stworzono ustawy o „Legalnym odstrzeliwaniu dupków i draniów” – przynajmniej dopóki władze stanu za pośrednictwem przysięgłych nie zdecydowały o karze śmierci. Zasłużył na potępienie, ale nie tak dramatyczny koniec i całe szczęście, że żadnej rozprawy nigdy nie było, bo przez ostatni rok skutecznie skrywał się w zakamarkach Markham, jak szczur wśród lin cumowniczych Titanica. Ostatecznie żelazny okręt zatonął, a on wyszedł, więc choć jeden z nich miał to swoje szczęśliwe zakończenie.
Nie wiedziałem, że Wabash tak się zmieniło. – mruknął pod nosem, przekładając Pepsi z ręki do ręki bez większej ochoty na picie; o ironio. – Że Chicago tak się zmieniło. – poprawił się i pokręcił ustami, bo coś w tym było przesadzonego. Może nie samej frazie czy sposobie wypowiedzi, ale tej sytuacji. Otwórz oczy, nakazał sobie, jesteś wolny, jak to powiedziała Pandora, na którą spojrzał ukradkiem, szczęśliwie nie natrafiając na moment, kiedy i ona patrzyła na niego. Byli jak dwójka obcych sobie osób – na dwóch krańcach ławek, bezpieczny dystans umownego metra zachowany, żadnego spoufalania, czysta rozmowa o ulicy zaminowanej psimi gównami, na których wyrosło to zapchlone miasto. Nie, wcale tak nie myślał; już nie teraz. – Jechałaś do domu? Lub do pracy? – zapytał, tak spokojnie i uprzejmie, nie zastanawiając nawet nad tym czy stare nawyki Pandory wróciły na dawne tory, a jedzenie na stół pojawiało się za sprawą pieniędzy zarobionych w ten sam sposób, który ich ze sobą poznał. – Nie chcę ci zajmować czasu. – którego nie był godzien, choć kiedy pytali go na terapii, co było jego największym osiągnięciem w życiu, nie wymieniał tournee z Gorillaz, Green Day czy nawet Jonem Bon Jovi. ”Wyciągnąłem byłą dziewczynę z prostytucji”, no, to już coś. O tym mógł mówić w nieszczęsnym kółeczku różańcowym i z zadowoleniem obserwować, jak innym gęby się śmieją, bo ta historia, choć nieskomplikowana, była dowodem na to, że coś ludzkiego nawet najbardziej zatwardziały alkoholik może w sobie mieć. A alkoholik-zabójca ułaskawiony? Tu leżał pies Marka Simpsona pogrzebany. – Ale wiesz... – złączył ze sobą dłonie i począł kręcić młynek kciukami. Musiał to sprawdzić. Jeden. Cholera, tyle dla niej zrobił, a dostała tylko jedną kartkę, w dodatku B5 zeszytową z krótką relacją, która nie odzwierciedlała w pełni jego cierpienia, bo końcówka kuracji w porównaniu z początkiem przypominała wakacje. – Napisałem więcej, niż tylko tamten jeden list. – ściągnął mocno brwi i zaczął podbijać lewą nogę nerwowo, kiedy tylko na gardle poczuł zacisk mięśni. – Nigdy nie dostałem na żaden odpowiedzi i... – czubkiem języka zwilżył wargi, kręcąc krótko głową w niedowierzaniu, jak bardzo stał się wycofanym cieniem samego siebie. Spojrzał w bok, siląc na neutralny wyraz twarzy, który odznaczały zmęczone, niebieskie oczy domagające się chorej sprawiedliwości. – Oscar mi powiedział, że Hazel miała pozostałe. – i co z tym teraz zrobisz? Wiedziałaś czy udawałaś? – To prawda? – jasne, że tak. Wierzył Loczkowi, ale czy zaszkodzi mu sprawdzić źródło i czy te wszystkie zszargane nerwy były niczym więcej, jak tylko niepotrzebną ofiarą jego abstynenckiego snu?
 


profil kalendarz karta postaci relacje telefon
 
Pandora Blackwood


Jestem w Chicago od
https://66.media.tum

Wysłany: 23 Styczeń 2019, 23:34   
   Mów mi -  Lexa
   Multi -  Layla, Calverley, Colette


Odysseus usiadł na ławce, a brunetka wbrew pozorom nie poczuła się ani trochę bardziej rozluźniona. Nadal doskwierał jej ten sam rodzaj dyskomfortu co w momencie kiedy mężczyzna stał na przeciwko niej, ale teraz przynajmniej tego nie dostrzegał. Gdyby tylko znajdowali się w jakimś pomieszczeniu, niezręczną ciszę przerywałoby jedynie powolne, niemal męczeńskie przeżuwanie batonika przez Pandorę. Było tyle spraw, które chciała z nim poruszyć w długiej rozmowie, ale o żadnej nie odważyła się wspomnieć, przytakując tylko głową na pytanie o Oscara. Sporo by dała, by znajdował się tu razem z nimi i umiejętnie załagadzał konflikt, którego tak naprawdę wcale nie było. Westchnęła.
- Co u niego? - zapytała grzecznie, chociaż znała odpowiedź, bo przecież niedawno sama się z nim widziała. Wręczył jej list od Lachdanana i uraczył krótką pogawędką. Nie wspomniał jednak, że kopert zaadresowanych do niej było znacznie więcej. Blackwood wprawdzie mogła się tego domyślić po treści, jaką wystosował do niej dźwiękowiec, ale nie mając z kim skonsultować swoich teorii, po prostu je zignorowała. Nie sądziła, że na Odysa natknie się tak prędko. Z drugiej strony jakie to miało znaczenie czy ich konfrontacja nastąpi kilka dni albo kilka miesięcy po leczeniu bruneta, skoro miała ona wyglądać tak samo idiotycznie. Ewentualnie bez początkowego ataku paniki dwudziestodziewięciolatki. Zmarszczyła ona odrobinę brwi słysząc, że Chicago znacznie się zmieniło, chwilowo koncentrując tylko na tym. Coś w sposobie w jaki wypowiadał te słowa sprawiało, że Pandora była pewna istnienia ukrytego sensu. Może nawiązywał do niej samej albo tak tylko jej się wydawało. Wewnętrznie krzyczała przez bezradność, jaką obdarował ją dzisiejszy wieczór, na zewnątrz pozostając milczącą i opanowaną.
- Do domu. - odparła krótko, czując potrzebę szerszego wypowiedzenia się na temat minionego popołudnia, ale skutecznie ją tłumiąc. Miała wrażenie, że gderanie o mało istotnych sprawach tylko go zirytuje.
- Nigdzie mi się nie spieszy, chyba że tobie. - zauważyła, zerkając na twarz mężczyzny i oczekując jakiejś reakcji. Zupełnie nie rozumiała do czego próbowała dążyć. Nie mieli o czym ze sobą rozmawiać, cisza tylko pogarszała ich nastroje, a mimo to nie chciała się jeszcze rozstawać. Idiotka.
- Co? - mruknęła szeptem, z niedowierzaniem przetwarzając informacje o tym, że Hazel coś przed nią ukrywała. Coś, do czego posiadania nie miała absolutnie żadnego prawa. Coś, dzięki czemu być może obecne spotkanie przebiegałoby zupełnie inaczej. Coś, co musiało być cholernie ważne, sądząc po zachowaniu bruneta. - N... Nie wiem. - zająkała się, czując narastający żal do siostry. Żal i zdenerwowanie.
- Nie miałam o nich pojęcia. - wyznała zupełnie szczerze, podnosząc niepewny wzrok na Odysa. - Ile ich było? - zapytała, zaraz potem zaciskając usta w wąską linię i zamierzając urządzić blondynce awanturę. Nie miała pieprzonego prawa!
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Odysseus Lachdanan


Jestem w Chicago od
https://i.imgur.com/

Wysłany: 30 Styczeń 2019, 10:01   
   Mów mi -  Wilku
   Multi -  Tal Rasha, Tommy, Irene


Jak zwykle. – odparł, wzruszając ramionami, bo przez rok Loczek ani trochę się nie zmienił, dlatego ku jego czci i chwale otworzył niebieską puszkę z krótkim chrapnięciem metalu, uwalniając przemyślenia dotyczące jedynego człowieka na tym łez padole, który go nie zostawił w potrzebie oraz samodzielnie narobionej biedy. – Próbuje być w centrum uwagi.

– Odysie, musisz koniecznie ją poznać! Pasujecie do siebie, jak ulał, jak pięść do nosa, jak czekolada do banana, jak Chandler do Joey’a.
– Oni nie byli gejami.
– A ty jesteś? – zaśmiał się.
– Oscar…
– Żartuję. Jeez, ten odwyk naprawdę cię zmienił.
– Oscar.
– Nie szukałem ci randki w ciemno, jeżeli to insynuujesz.
– Tylko?
Chwilę zastanawiał się z przygryzionym policzkiem, jak opisać w kilku słowach Evę (Tal Rashę), aby oddać te momenty przejmującej ciszy w kółeczku, gdy ktoś próbował nakłonić ją do mówienia. Bezowocne próby.
– Kiedy ją zobaczyłem – sięgnął po butelkę wygazowanej oranżady brzoskwiniowej i mlasnął. – pomyślałem, że mam do czynienia z tobą. I stawiam kolejne piccolo, że tak jest.
– Oszalałeś.
– Nie, mój drogi Leonidasie. – pieszczotliwe określenie, wytykające lakoniczną formę wyrażania własnego zdania Odyseusza niezmienne od roku 1200 p.n.e. spod Troi. – Próbuję cię resocjalizować.
– Z narkomanką?
– Pali tylko crack.
– To coś zmienia?
– Teoretycznie, narkomania zaczyna się dopiero od wbicia igły w żyłę.
– Znowu czytałeś "Dzieci z Dworca ZOO".
– Christiane F. to taka nasza ludzka przypadłość.


Pokręcił głową do wczorajszych wspomnień z pobłażaniem, wpatrując w wyrwy w bruku, co Pandora mogła odebrać jako odpowiedź wobec pilnej potrzeby dostania do mieszkania. Nawet nie zamierzał sprostować, bo wszystko i tak dobiegnie końca, gdy za kilka minut podjedzie nowa kolejka, a po ich spotkaniu pozostanie jedynie pamięć, która zagryzie go w nocy, jak wściekły pies domagający się kości, jak te listy, co nigdy nie dotarły do swego miejsca przeznaczenia.
Przepłukał usta musującą słodyczą – zdecydowanie wolał nieco bardziej cierpki smak Coca-Coli – debatując ze sobą czy powinien uwierzyć w tę cichą nutę zaskoczenia, jaka wkradła się do głosu Pandory, czy oskarżyć ją o domniemane przekazywanie korespondencji młodszej siostrze, aby ta mogła zebrać zaplątane resztki naskórka lub pojedyncze włosy z każdej kartki w ramach szalonego voodoo na boku. Przełożył Pepsi z ręki do ręki, układając usta w płaskiej linii, sugerującej zirytowanie, bo los znowu sobie z nim pogrywał w nierównej partii kościanego pokera, a stawką było jego wątpliwe jeszcze szczęście. Podniósł wzrok na Blackwood, przypominając sobie, dlaczego tak bardzo lubił spoglądać w jej oczy godzinami, często spóźniając do pracy, bo był doń przyklejony na mentalny super glue i oczarowany, jak Cerber w Hadesie pieśniami Orfeusza, a równocześnie zgorzkniały, bo przecież jego Eurydyka już dawno uciekła w świat, jawiąc jako widmo przeszłości na tej pieprzonej ławce. Gdyby szybciej rozplątał słuchawki, nawet nie zainteresowałby się nagłym napadem paniki pasażerki kolejki do piekła.
Sto… – wymamrotał na wdechu. Powolny wydech. – … i jeden. – część z nich miał zapisanych, na wypadek, gdyby Pandora mu odpisała, aby nie strzelić gafy, bo w początkowych fazach odzyskiwania trzeźwości oraz gładzenia buchającego weń gniewu miał tendencję do zapominania wielu rzeczy. Stąd notował starannie, wyraźnie z nadzieją na odpowiedź, która zamierała kolejnego dnia, kolejnego miesiąca, aż minęło pół roku, a on tworzył rzadziej i rzadziej, z czasem ograniczając wyłącznie do relacji z samego pobytu, a nie głębokich przemyśleń czy wyznawania potępionych uczuć. Ostatni list był taki sam – suchym raportem o nadchodzącym zwolnieniu, postępie w terapii oraz życzeniach udanego dnia. Nie więcej, nie mniej. Reszta – ta bardziej emocjonalna – tkwiła gdzieś, gdzie tylko Hazel wiedziała. – To już i tak bez znaczenia. – podjął po chwili, męcząc ten napój od siedmiu boleści, dopóki nie zdecydował, że ma dość katowania języka przecukrzeniem i w połowie niedokończoną puszkę postawił przy nodze ławki po swojej stronie. – Nie przejmuj się tym – mruknął wsuwając marznące dłonie do kieszeni, pod prawą łamiąc omyłkowo batonika. – pewnie chciała dobrze. – ale nie miała prawa i żaden siostrzany kodeks nie zmaże tego czynu ani faktu, że jeśli kiedykolwiek ją zobaczy, powie, co o tym myśli. Cofał się o krok, a ledwo wyszedł. Musiał porozmawiać z Oscarem i poznać Evę, inaczej ciężka praca przepadnie. Rzeczywiście – potrzebował resocjalizacji na zewnątrz.
 


profil kalendarz karta postaci relacje telefon
 
Pandora Blackwood


Jestem w Chicago od
https://66.media.tum

Wysłany: 4 Luty 2019, 23:00   
   Mów mi -  Lexa
   Multi -  Layla, Calverley, Colette


Wpatrywała się w twarz Odysseusa z niedowierzaniem, bardzo starając się nie wyglądać jak wariatka, której właśnie próbowano uzmysłowić, że posiadała pewne deficyty w mózgu. Tym samym, który nijak nie był w stanie pojąć jak jej rodzona siostra, ukochana Hazzie, mogła zrobić takie świństwo. Być może faktycznie miała tylko i wyłącznie czyste intencje, mające na celu uchronienie Pandory przed ponownym zbliżeniem się do mężczyzny, który przeszło rok temu wyrządził jej krzywdę, ale to nie zmieniało faktu, że nie miała absolutnie żadnego prawa na przechwytywanie i przetrzymywanie jej własności, którymi niewątpliwie były listy adresowane na jej dane. STO listów. Dziesiątki tysięcy słów, miliony liter, które mężczyzna wypisywał na kartkach papieru mniej lub bardziej starannie. Brunetka uniosła podbródek, zerkając na szare niebo, w którym pragnęła znaleźć ukojenie. Oprócz zdenerwowania i zawiedzenia czynami młodszej Blackwood, czuła również smutek, bowiem zaczęła sobie wyobrażać przez co musiał przechodzić Lachdanan, który wysyłając każdą kopertę liczył na jakąś, jakąkolwiek odpowiedź ze strony byłej partnerki. Tej się jednak nigdy nie doczekał, nawet najbardziej lakonicznej i bezdusznej, która najprawdopodobniej byłaby o wiele lepsza od milczenia, z którym się mierzył. Pandora przymknąwszy na krótką chwilę powieki, westchnęła ciężko, zdeterminowana by odzyskać każdy z tworów trzydziestosiedmiolatka, o ile te w ogóle jeszcze istniały. Blondynka bowiem równie dobrze mogła je do tego czasu zniszczyć, ale prostytutka chciała być dobrej myśli.
- Cholera, nie! - warknęła nagle, już wściekła na Hazel, której zamierzała wykrzyczeć prosto w twarz niezliczone ilości nieprzyjemnych słów. Nienawidziła się z nią kłócić, ale nie było mowy o spokojnej konwersacji w momencie, kiedy postąpiła po prostu podle. - Przepraszam. - zreflektowała się niemal od razu, bo nie na Odysie planowała się mścić. W ten sposób chociaż nieświadomie utwierdziła go w przekonaniu, że podzielała jego niewypowiedzianą opinię na temat całej tej sytuacji.
- Pójdę już. Muszę.. Muszę z nią porozmawiać. - powiedziała, podnosząc się na równe nogi i zerkając łagodnie, niemal współczująco na bruneta. - Dzięki za pomoc i.. Trzymaj się. - pożegnała się odrobinę niezręcznie, bo nie była pewna jakich słów powinna użyć. Do zobaczenia? Na razie? Żegnaj? Czy stosowne było cmoknąć go w policzek, czy lepiej było postawić na wstrzemięźliwość? Blackwood niepewna dalszych poczynań, spoglądała prawie wyczekująco na dźwiękowca, ale kiedy ten nie podjął się żadnych widocznych kroków, uśmiechnęła się blado i minęła go, sięgając do kieszeni po telefon, by tym razem naprawdę zamówić Ubera i jak najprędzej dostać się do domu.

/zt
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Peach Mikaelson


Jestem w Chicago od
Kilku miesięcy



26
Rządzi w River North

Wierność nie jest jej mocną stroną

Mieszkam w
River North

Peach

Mikaelson

Wysłany: 29 Lipiec 2019, 01:27   
   Multi -  Fiona, Clary, Josie, Phoebe, Freya, Elena, Lily


    #7

Co tu dużo mówić, Peach miała za sobą wyjątkowo długi i naprawdę męczący tydzień. Warto zaznaczyć, że nie była dziś w najlepszym humorze. Czuła się podirytowana pracą, życiem, wszystkim. Najchętniej rzuciłaby to wszystko w cholerę i wyjechała gdzieś w siną dal. Nie pogardziłaby porządnymi wakacji. Gdyby tylko miała szansę, wylegiwałaby się teraz na bezludnej wyspie, czytając wciągającą lekturę i popijając drinka z palemką. Jakiś czas temu zaliczyła krótki wypad za miasto. Jej przyrodnia siostra zabrała ją do domku nad jeziorem. Jak łatwo można się domyślić, Peach nie była największą fanką obcowania z naturą. Nienawidziła komarów i prowincjonalnych miasteczek. Wyjątek stanowiły luksusowe kurorty, w których naprawdę mogła się zrelaksować. Wieczór spędzony w hotelu minął jej dość pracowicie. Musiała załatwić kilka ważnych spraw, dlatego ledwo zdążyła cokolwiek przełknąć. Trafiła na wyjątkowo upierdliwą klientkę, która uparła się, że papier w toaletach nie jest wystarczająco miękki. Narzekała też na mydło oraz na kilka innych spraw. Peach zastanawiała się, jakim cudem ktoś taki głupi, mógł osiągnąć jakikolwiek życiowy sukces. Gdy uwinęła się ze wszystkimi obowiązkami, spojrzała na zegar, który wskazywał północ. Przetarła swoje zmęczone oczy, a później zamknęła komputer. Wyszła z biura, żegnając się z obsadą, która pracowała dziś na nocnej zmianie. Opuściła hotel i ruszyła w kierunku swojego apartamentu. Mieszkała blisko, dlatego zdecydowała, że pójdzie pieszo. Jak się szybko okazało, popełniła duży błąd. Gdy skręciła w mniej uczęszczaną uliczkę, ktoś niespodziewanie ją zaatakował. Nauczona doświadczeniem sięgnęła po gaz pieprzowy, ale napastnik był szybki i z łatwością zdołał ją obezwładnić. Ups, chyba znów wpakowała się w kłopoty!
 


profil kalendarz karta postaci relacje telefon
 
Jayden Sanger


Jestem w Chicago od
Szesnastu lat



35
Tatuażysta z salonem

Nie potrzeba mu takich komplikacji

Mieszkam w
Canaryville

Jayden David

Sanger King

Wysłany: 4 Sierpień 2019, 21:37   
   Mów mi -  Nati
   Multi -  Alex Hamilton


    #11

Na szczęście dla Jaydena i jego portfela okazało się, że naprawa jego kochanego samochodu nie pochłonie dużo pieniędzy, ale jakoś nie bardzo się zezłościł na całą te sytuacje, bo miał naprawdę dobry humor. Widział też minę biednej dziewczyny, która dosłownie wjechała mu w dupę, w inny sposób tego nazwać się nie da. Nie zrobił wielkiej awantury, no dobra, nie zrobił jak na niego, bo Jayden czasami bywa porywczy i wszystko różnie może wyjść w jego przypadku. Niestety samochód musiał zostawić u mechanika, nie chciał ryzykować jeżdżenia autem, nawet, jeżeli uszkodzenia nie były zbyt wielkie. Szkoda nerwów. Rozpraszałby go każdy stukot czy skrzypienie. Nie chciał stwarzać jakiegokolwiek niebezpieczeństwa na drodze, bo nie o to mu chodzi.
Mechanik, u którego zostawił swoje maleństwo był jego znajomym, więc oczywiście nie obyło się bez piwka i rozmowy. Jayden lubił faceta i naprawdę fajnie mu się z nim rozmawiało, a że nie bardzo do domu mu się śpieszyło to trochę czasu mu zleciało. Usiedli sobie przed garażem, bo pogoda była zajebista do takiego właśnie spędzania czasu. Nie chciało się wracać do domu. Minęło sporo czasu, aż Sagner ruszył się i powolnym krokiem ruszył do domu. Stwierdził, że się przejdzie, aż tak daleko do domu nie miał, a poza tym w razie co potrafi się obronić, więc nawet jak by ktoś go napadł to zawsze to jakieś urozmaicenie w drodze do domu. Szedł znajomą dla siebie trasą, kiedy usłyszał szamotaninę. Westchnął, bo doskonale widział, że nie przejdzie obojętnie, cokolwiek się tam dzieje. Podszedł i od razu odciągnął napastnika od dziewczyny, przez co zarobił w pysk. No fajnie, ale oczywiście nie pozostał mu dłużny tylko oddał z całej siły, też w mordę.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Peach Mikaelson


Jestem w Chicago od
Kilku miesięcy



26
Rządzi w River North

Wierność nie jest jej mocną stroną

Mieszkam w
River North

Peach

Mikaelson

Wysłany: 11 Sierpień 2019, 19:15   
   Multi -  Fiona, Clary, Josie, Phoebe, Freya, Elena, Lily


No cóż, w życiu często było tak, że nie wszystko szło zgodnie z planem. Peach również miewała takie dni, o których wolałaby zapomnieć. Kiedy wychodziła z pracy, nie podejrzewała, że znów wpakuje się w kłopoty. Często wracała do domu na nogach i nie licząc jednej dziwnej sytuacji, zawsze wszystko kończyło się dobrze. Docierała na miejsce bez większych przeszkód. Potrafiła się bronić i zazwyczaj nosiła przy sobie gaz pieprzowy. Posiadała również pozwolenie na broń, lecz praktycznie z niego nie korzystała. Pistoletu używała jedynie na strzelnicy, aby trochę się odstresować. Przez kilka minut szarpała się z napastnikiem i prawie udało jej się oswobodzić, lecz ostatecznie poległa. Już straciła nadzieję, że uda jej się coś wskórać, ale niespodziewanie na horyzoncie pojawił się wysoki mężczyzna, który pośpieszył jej z pomocą. Peach była w szoku. Przez chwilę w osłupieniu przyglądała się, jak ten dzielnie walczy z jej oprawcą. Sam kilkukrotnie oberwał. Wyglądało to bardzo brutalnie, ale ostatecznie rabuś odpuścił i uciekł. Peach otrząsnęła się i podbiegła do Jayden’a, który leżał na ziemi. — Hej, wszystko w porządku? — spytała, klękając przy jego boku. Rozpoznała go dopiero, gdy przyjrzała mu się nieco dokładniej. Trochę się zdziwiła, ale nie pokazała tego po sobie. Zastanawiała się, dlaczego ostatnio ciągle na siebie wpadali. — Nie wiem, czy pamiętasz, ale ostatnio spotkaliśmy się w hotelu — odparła i sięgnęła do torebki, aby wyciągnąć chusteczkę. Podała mu ją, aby mógł zetrzeć krew ze swojej rozciętej wargi. — Wyglądasz na porządnie poturbowanego. Chcesz pojechać do szpitala? — zapytała wyraźnie zmartwiona. Czuła, że jest mu coś dłużna, bo gdyby nie jego pomoc, to zapewne sama skończyłaby marnie. Nie wiedziała przecież, jakie plany miał wobec niej jej oprawca. Kradzież, gwałt, możliwości było naprawdę wiele.
 


profil kalendarz karta postaci relacje telefon
 
Jayden Sanger


Jestem w Chicago od
Szesnastu lat



35
Tatuażysta z salonem

Nie potrzeba mu takich komplikacji

Mieszkam w
Canaryville

Jayden David

Sanger King

Wysłany: 17 Sierpień 2019, 22:39   
   Mów mi -  Nati
   Multi -  Alex Hamilton


Jayden też nie spodziewał się, że kiedy pójdzie do domu zdarzy się coś takiego. W zasadzie on nie zastanawia się nad takimi rzeczami nauczył się żyć chwilą, bo tak jest najlepiej. Człowiek nie martwi się na zapas co przyniesie jutro, bo ważniejsze jest to co się dzieje w danym momencie. Widział, że jest jedną z niewielu, która wyznaje ta filozofie, ale on nie martwił się o nic. Nie miał żadnych zobowiązań i w zasadzie nie miał też nikogo bliskiego, więc czym miał się przejmować? Sanger jest sam, ale w żadnym razie nie jest samotny. Jest mu dobrze tak jak jest. Nigdy nie zastanawia się co przyniesie mu przyszłość, nie chce się potem zawieźć, bo jako dzieciak miał wiele marzeń, które szlak jasny trafił, więc co mu po tym. Totalnie pragmatyczne podejście do życia, czyli tak bardzo w jego stylu. Nie ukrywa tego rodzaju rzeczy, bo nie ma w tym żadnego celu.
Jego przeciwnik, jeżeli można to tak ująć, został przez czarnowłosego zaskoczony i w pierwszej chwili przyjął na swoją zakazaną mordę cios, ale po chwili się otrząsnął i jak się okazało potrafił się bić, tylko tak trochę źle trafił, bo Jayden też to potrafi. Oberwał, ale na szczęście napastnik był w gorszym stanie. Sangera ogłuszył cios prosto w twarz, z pięści. Leżał przez chwile na ziemi, bo czuł się jak by mu ktoś odłączył prąd, a bolało jak jasna cholera, czuł jak po jego twarzy z kilku miejsc płynie krew. Podejrzewał też, że ma złamany nos i chyba coś z nadgarstkiem. Przeklinał w myślach.
- Nie wiem. -powiedział w odpowiedzi. Nie podnosił się od razu, nie chciał zaliczyć gleby po raz drugi. Wolał chwilę odczekać. - Tak, pamiętam cie. Peach. - dodał kiedy spojrzał na dziewczynę. - Nie chciał bym, ale coś tak czuje, że powinienem pojechać. - Jayden nie użalał się nad sobą, ale nie jest kompletnym idiotą i nie bagatelizuje pewnych spraw. Czuł się jak by zaraz miała mu pęknąć głowa, chyba też upadając ostro przywilił tyłem głowy. Mógł mieć nawet wstrząs mózgu.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Peach Mikaelson


Jestem w Chicago od
Kilku miesięcy



26
Rządzi w River North

Wierność nie jest jej mocną stroną

Mieszkam w
River North

Peach

Mikaelson

Wysłany: 25 Sierpień 2019, 23:05   
   Multi -  Fiona, Clary, Josie, Phoebe, Freya, Elena, Lily


Peach zawsze była typem osoby, która z dumą szła pod prąd. Miała własne zdanie, wyjątkowe podejście do życia i nigdy jakoś szczególnie nie liczyła się z opinią innych. Była pewna siebie oraz nieco zarozumiała, dlatego uważała, że to ona wie najlepiej, co nie w każdym przypadku było prawdą. Ogólnie rzecz biorąc, była raczej trudna w odbiorze i miała niezwykle wąskie grono przyjaciół. Nauczona doświadczeniem, starannie selekcjonowała osoby, które wpuszczała do swojego życia. Była ostrożna, chwilami nawet przesadnie ostrożne. Wielokrotnie się sparzyła i nie chciała, aby ktoś ponownie nadużył jej zaufania.
Wracając jednak do całej sytuacji, Peach poczuła, że na chwilę straciła nad sobą panowanie. Zawsze trzymała rękę na pulsie i nie znosiła, kiedy coś nie szło po jej myśli. Odetchnęła z ulgą, kiedy wszystko skończyło się dobrze. Cieszyła się, że jej oprawca dostał za swoje. Martwił ją jedynie fakt, że Jayden też solidnie oberwał. Może i zgrywał twardziela, ale Peach już na pierwszy rzut oka mogła dostrzec, że cierpiał. — Ciężko o mnie zapomnieć, ale widziałam, że oberwałeś w głowę i musiałam się upewnić, że wszystko w porządku — odparła i posłała w jego kierunku tajemniczy uśmiech. Peach pozostała sobą nawet w tak poplątanej sytuacji.
— W porządku, bohaterze. Chodź tu, zadzwonię po taksówkę i pojedziemy na izbę przyjęć — oznajmiła i od razu sięgnęła po swoją komórkę. Wybrała odpowiedni numer i zatelefonowała. Po kilku minutach na horyzoncie pojawiła się taksówka, do której wsiedli. Pojechali prosto do szpitala i to tam spędzili pozostałą część wieczoru.

/ zt.
 


profil kalendarz karta postaci relacje telefon
 
Sutton Andersen


Jestem w Chicago od
kilku lat



27
dziennikarka

Remy zaprosił na randkę

Mieszkam w
River North

Sutton

Andersen

Wysłany: 22 Wrzesień 2019, 21:30   
   Mów mi -  Reiven, Aś
   Multi -  Jane


#4

Właśnie wracała skądś, gdzie miała coś do załatwienia. Nie były ważne szczegóły dlaczego się dziś tu znalazła, właśnie o tej godzinie. Ale chyba los tak chciał, bo w tłumie przechodniów wychwyciła twarz, która wydawała jej się znajoma. No cóż... ona ją znała, ale właścicielka tejże twarzy Sutton nie znała. Ruda podeszła trochę bliżej, by mieć absolutną pewność i tak, to była dziewczyna starszego z Andersonów. Jak ona miała na imię... Magnus na pewno je wymawiał... Kimberly!
Sutton walczyła przez chwilę sama ze sobą czy powinna podchodzić i się przedstawić, pewnie nie. No ale nie mogła liczyć na brata, że je zapozna. A Sutton miała w sobie tą dziennikarską wścibskość. Poza tym wyglądało na to, że dziewczyna była ważna dla Magnusa i jeśli faktycznie tak było, to wypadało ją znać, prawda? Próbowała w sobie jakoś uzasadnić własną ciekawość, żeby nie wyszło, że to tylko to wścibstwo. Bo przecież wtedy Magnus miałby rację, a tego nie chcemy. Musiała po prostu wziąć sprawy we własne ręce, skoro Magnusiątko nie chciało jej przedstawić nowej dziewczyny. Bo przecież bądź co bądź Ruda musiała sprawdzić czy Kiki jest wystarczająco dobra dla jego brata. Niejedna mu złamała serce. A Kiki jakoś pasowało jej do łamaczki serc, więc trzeba to było sprawdzić.
Wzięła głęboki wdech i podeszła do brunetki.
- Kimberly, prawda? Cześć... jestem Sutton... siostra Magnusa. - szybko wyjaśniła kim jest, żeby nie wyjść na jakąś wariatkę.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Kiki Fox


Jestem w Chicago od
dziecka



23
real estate agent

Magnus is my lobster

Mieszkam w
River North

Kimberly

Fox

Wysłany: 22 Wrzesień 2019, 22:55   
   Mów mi -  Kiki


outfit

Kiki zapewne wracała do domu, pewnie prosto z pracy, gdzie coraz lepiej jej idzie i sprzedaje nieruchomości coraz więcej warte. Widac to po tym, że pozwoliła sobie na broszkę Chanel, a odkąd pokłocila się z rodzicami i oddała ojcu jego kartę kredytową raczej nie hula z zakupami. Nauczyla się ubierać w sieciówkach i lumpeksach, a to naprawdę mega wyczyn jak na nią. W każdym bądź razie pewnie szła z nosem w telefonie, bo w końcu mogła dodać zdjęcia z Nowego Jorku na instagram. Nigdy nie wrzucała zdjęć od razu, bo..no chyba wiadomo. Nie chciała by jakiś ewentualny stalker wiedział, gdzie jest, obserwatorów miała przecież sporo, chociaż nie aspirowała na gwiazdę instagrama. Już nie.
Usłyszała swoje imię i od razu uniosła wzrok patrząc na rudą kobietkę w mniej więcej jej wieku. Nie wydawało jej się, że się znają, chciała nawet powiedzieć, ze się pewnie pomylila, ale na szczęście Sutek szybko wyjaśnila kim jest.
- O. Cześć. - patrzyla chwile z szeroko otwartymi oczami, reflektując się po chwili i wyciągając do niej dłoń - Tak, Kimberly, ale mów mi Kiki. - bo wszyscy tak na nią mówią, więc Kimberly jest już takie...dziwne; tylko w pracy akceptuje tę formę imienia, bo jest to takie...no formalne. - Ciesze się, że się w koncu poznałyśmy. Magnus dużo o tobie mówił. - no i tylko mówił, bo jakoś poznać ich nie chciał. A może chciał tylko bał się reakcji? No Kiki tego nie wiedziala, nigdy też nie naciskala na to, by je w końcu poznał, bo nigdzie jej się nie spieszyło. W sensie, w tej relacji.
_________________

Whoever said money can't solve your problems
Must not have had enough money to solve 'em
 
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Sutton Andersen


Jestem w Chicago od
kilku lat



27
dziennikarka

Remy zaprosił na randkę

Mieszkam w
River North

Sutton

Andersen

Wysłany: 23 Wrzesień 2019, 20:19   
   Mów mi -  Reiven, Aś
   Multi -  Jane


Już po pierwszym wypowiedzianym słowie, Sutton zaczęła się zastanawiać co jej strzeliło do głowy, że podeszła do dziewczyny się zapoznać. Może z jakiegoś powodu Magnus ich sobie nie przedstawiał. Tylko dlaczego? Pewnie z jego obecnym nastawieniem do Sutton, bał się, że siostra mu narobi obciachu. Aż ją kusiło, żeby faktycznie tak zrobić. Tak czy inaczej rudą drażniło, że brat się tak od niej odseparował. Miała nadzieję, że to nie przez Kiki, ale gdzieś w środku tego się właśnie obawiała.
- Kiki. - powtórzyła. Magnus nazwał dziewczynę pełnym imieniem. Może próbował dodać jej lat? Po kobiecie ciężko poznać wiek, makijaż, strój, zachowanie robiły swoje. Jednego Sutton była od początku pewna - Kiki była młodsza i to sporo od Magnusa. Nie jej oceniać, ale jakiś niepokój jednak był. Pewnie taka atrakcyjna dziewczyna mogła przebierać w facetach, a jednak wybrała Andersena. Dobra, nie było co oceniać zupełnie obcej dziewczyny.
- Pewnie same okropne rzeczy. - stwierdziła, wzruszając ramionami - Mam nadzieję, że nie masz mi za złe, że podeszłam. Na Magnusa nie ma co liczyć, że nas przedstawi. Faceci nie czają pewnych rzeczy. - dodała.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Kiki Fox


Jestem w Chicago od
dziecka



23
real estate agent

Magnus is my lobster

Mieszkam w
River North

Kimberly

Fox

Wysłany: 26 Wrzesień 2019, 01:19   
   Mów mi -  Kiki


No właśnie, ciekawe czemu wspomniał tylko jej pełne imię. Czyżby się czegoś wstydził? Chętnie by go zapytała, ale pewnie zanim się z nim spotka to zdąży zapomnieć. Zresztą mogła nie wiedzieć, że Magnus nie wspomniał o niej jako o Kiki, także mniejsza z tym. Ważne, ze w ogóle powiedział jej imię.
Owszem, Kiki przed Magnusem miała sporo...nawet nie chłopaków, bo w sumie nie była w żadnym związku przed Andersenem. Zmieniała partnerow jak rękawiczki - spokojnie, była zdrowa, bo na pewno się bada i używa prezerwatyw - czasem też zadawała się z dziewczynami. Jednak pewnie żadne z rodzeńswta nie miało o tym pojęcia, bo nie ma o czym mówić. Nie to, że się wstydziła, ale wiedziała, że lepiej nie mówić za dużo o swojej przeszłości seksualnej potencjalnemu partnerowi, bo przeciez im mniej wiesz tym lepiej śpisz.
- Nie, on cię uwielbia. - zaśmiała sie i machnęła ręką - Nie, cieszę się, ze w końcu sie poznałyśmy. Miałam jednak nadzieję, że to Magnus nas sobie przedstawi, najlepiej w innym miejscu niż ulica. - na przykład w knajpie albo na domowym-zamowionym na wynos obiedzie.
- Więc będziesz ciocią. - za chwilę pożalowała, ze się nie ugryzła w język, ale cóż poradzić, jak sprawa Blanci i Magnusa, gdzies tam z tyłu głowy ciągle siedziała - To znaczy Magnus i Blanca, nie że ja.. - westchnęła, bo czuła że się wygłupiła. Odsuneła się też nieco na bok, żeby nie stać jak taka swięta krowa na środku przejścia. - Jestes dziennikarką, prawda? - nie była pewna czy Magnus wspominał czym się Sutton zajmowala, ale na pewno przeczytała to na jej instagramie, booo...no kto tak nie robi w tych czasach? Każdy robi research w sieci, tym bardziej Kiki, ktora bez internetu ani rusz. I jest mistrzynią wyszukiwania osob w sieci. Prawie jak detekfyw. Lub stalker.
_________________

Whoever said money can't solve your problems
Must not have had enough money to solve 'em
 
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Sutton Andersen


Jestem w Chicago od
kilku lat



27
dziennikarka

Remy zaprosił na randkę

Mieszkam w
River North

Sutton

Andersen

Wysłany: 29 Wrzesień 2019, 13:40   
   Mów mi -  Reiven, Aś
   Multi -  Jane


Sutton nie wiedziała co kierowało bratem, ale sama by tego nie wymyśliła, że Kiki to Kimberly. Może chciał, żeby to zabrzmiało poważniej? Kto go tam wie. Ostatnio Sutton nie rozumiała za bardzo swojego brata.
Spojrzała wątpiąco na brunetkę. Może Magnus ją kiedyś uwielbiał, ale ostatnio miała co do tego duże wątpliwości. I raczej upatrywała w tym zdaniu jakiejś formy grzecznościowej niż odniesienia się do faktycznych słów Andersena. "Uwielbiam swoją siostrę, ale jestem dla niej wredny. To z miłości." Aż miała ochotę się roześmiać, ale tego nie zrobiła, bo wyszłaby na wariatkę.
- Na niego nie ma co czekać. To facet. Nie rozumie, że pewne rzeczy należy zrobić, albo, że dziewczyny lubią poznawać osoby związane z kimś, na kim im zależy. - wzruszyła ramionami. Trochę jej ulżyło, że Kiki też ją chciała poznać, bo przynajmniej nie wyszła na natręta.
Zagryzła wargi. Jakoś nadal wątpiła w to, by dane jej było się wykazać jako ciocia. I w sumie ani przez sekundę nie pomyślała, że Kiki też jest w ciąży. To by dopiero była telenowela.
- No podobno... - nie wiedziała co ma więcej na ten temat powiedzieć. Zaczęła wykręcać sobie dłonie, żeby jakoś odreagować skrępowanie. Może jednak trzeba było poczekać na Magnusa.
- Tak. - skinęła głową. Sama nie mogła sprawdzić Kiki, bo nie znała jej nazwiska. - W Vanity Fair... ale to na razie nic poważnego. Piszę takie małe notki na stronę. Ale niedawno pozwolono mi pojechać na sesję w teren i przyglądać się pracy z jedną celebrytką. - przyznała, starając się, by nie brzmiało jak przechwałki. - A ty czym się zajmujesz? I może dasz się zaprosić na kawę, żebyśmy tak nie stały na ulicy jak wariatki? - dodała szybko.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon IG
 
Mercy Hart


Jestem w Chicago od
bardzo długiego roku



31
neurochirurg

próbuję nie otruć moich chłopaków

Mieszkam w
Streeterville

Mercury

Hart

Wysłany: 12 Luty 2020, 00:14   

Naprawdę wydawało jej się, że (kolejny) urlop Willa to dobry pomysł, skoro tym razem nie musiał głównie ogarniać domu, żony i dziecka w pojedynkę. Miała nadzieję, że trochę wolnego zrobi dobrze nie tylko jemu, ale także im – doskonale rozumiała, że Will oczekiwał od niej czegoś innego, ale w tej chwili chyba nie była w stanie pokazać mu, że wcale nie chce mu uciekać w swoją skorupkę tak bardzo, jak robi to teraz inaczej niż proponując mężowi, żeby po prostu z nią został. I mogła mieć tylko nadzieję, że Willowi pomogło to choć trochę, bo zupełnie nie potrafiła powiedzieć, czy jej to pomaga. W jakimś stopniu z pewnością czuła się lepiej – łatwiej jej było przetrwać cały dzień, gdy to ona starała się pamiętać, o której JJ kończy lekcje albo czego potrzebują z supermarketu zamiast zostawiać to wszystko na głowie męża i płakać, bo nie przyszło jej do głowy, że niektórzy musieli po prostu pojechać do pracy. Przy okazji pewnie udało im się spędzić choć trochę czasu razem, tylko we dwójkę, co ostatnio zdarzało m się głównie wtedy, gdy Will musiał zmuszać ją do zmiany opatrunku czy zjedzenia śniadania. Nie przewidziała jednak, jak obrzydliwie będzie się czuła ona sama, gdy nie mogła uciec od myśli, że Will jest w tak kiepskim stanie z wyłącznie jej winy. W dodatku dalej dość mocno starała się lekceważyć własny stan psychiczny i często zmuszała się do robienia rzeczy, na które jeszcze nie była gotowa, co kończyło się, cóż, różnie.
Kompletnie nie potrafiła się zdecydować, czego ona właściwie teraz chce. Siedzenie w domu zaczynało ją coraz bardziej męczyć, ale wystarczyło, żeby pojechała odebrać syna ze szkoły, a już nie marzyła o niczym innym niż powrót do domu, gdzie prędzej czy później będzie mogła w spokoju zamknąć się w łazience i rozpłakać. Zazwyczaj raczej później niż prędzej, bo przeżywanie psychicznych dołków nie było najłatwiejsze, kiedy masz w domu trzy osoby i przed każdą z nich próbujesz udawać, że już doszłaś do siebie po czymś, z czym, jak jej się wydawało, tak naprawdę nie poradzi sobie nigdy. Przynajmniej była już w stanie funkcjonować na tyle normalnie, by nie popsuć im całego weekendu – dwa ostatnie dni spędzili głównie w łóżku, co skończyło się pomazaną kredkami kołdrą (jeśli Will był grzeczny, mógł pomóc JJowi z kolorowaniem jego rysunku, Mercy mogła czuć się winna z powodu poronienia, ale wciąż nie lubiła, gdy inni pchali łapy do jej kolorowanki), zgubioną kostką do gry, dwoma przeczytanymi komiksami, zdecydowanie zbyt wieloma obejrzanymi odcinkami bajki i mnóstwem okruchów na kołdrze. Skończyło się też absolutnie okropną nocą – krótko po tym, jak chłopcy zasnęli, Mercy poszła na dół, żeby włączyć telewizor i rozpłakać się tak bardzo, że cała się tam trzęsła, choć nie byłaby nawet w stanie wyjaśnić, dlaczego ona właściwie znowu beczy. Rano wciąż czuła się dość okropnie i nie chciała przeleżeć kolejnego dnia, dlatego poprosiła Willa, żeby przynajmniej pojechali na jakiś spacer. Szybko pożałowała tego, że chce wyciągnąć go z domu, więc co najmniej cztery razy upewniała się, czy nie woli zostać z łóżku, ale wreszcie doprowadziła swoje włosy do porządku, przypomniała sobie, jak się używa tuszu do rzęs i mogli wyjść. A kiedy już otwierała buzię, żeby powiedzieć, że okropnie ją irytuje, że poza ich domem wszystko wygląda tak, jakby nic strasznego się nie wydarzyło, w ostatniej chwili zmieniła zdanie i spytała, czy pójdą na pączki. Kilka chwil później kręcili się bez większego celu, ale za to z pączkami, a Mercy spytała: - Jesteśmy okropni, skoro nie wzięliśmy żadnego pączka Jacksonowi, prawda? A skoro już jesteśmy dzisiaj okropni, kupmy przy okazji jakieś warzywa, które będzie musiał dzisiaj zjeść – zaproponowała, bo jestem pewna, że jednak Mercy była tą, która trochę bardziej pilnowała jedzenia zdrowych rzeczy czy mycia zębów po śniadaniu. Wiedziała jednak, że nie mogą cały czas rozmawiać o takich pierdołach jak pączki, więc w pierwszej kolejności wzięła jeszcze jednego gryza. - Właściwie to… jest trochę lepiej? Bo jeśli zmusiłam cię do tego, żebyś przestał chodzić do pracy, a okazuje się, że wcale ci to nie pomogło, to przepraszam – powiedziała, zerkając na Willa.
 


profil kalendarz karta postaci
 
William Hart


Jestem w Chicago od
paru miesięcy



41
bada, uczy i pisze

a Mercy woli nawet od spania

Mieszkam w
Streeterville

William

Hart

Wysłany: 12 Luty 2020, 12:18   

Chyba nie spodziewał się, że będzie mu aż tak trudno. Kiedy okazało się, że może dostać więcej wolnego jeszcze przed przerwą międzysemestralną, wydawało mu się, że to naprawdę ma szansę pomóc. Że przeleży dzień czy dwa, a potem wróci do siebie i będzie… okej. Tymczasem okazało się, że bardzo szybko wszystko zaczęło Willa zwyczajnie przerastać. Wydawało mu się, że skoro powiedział Mercy o tym, jak bardzo potrzebował jej bliskości i że boi się, że się od niego odsuwa, otworzy się przed nim i przez chwilę pobędą w tym razem. Bo bardzo szybko okazało się, że Will zupełnie nie radził sobie z przeżywaniem takich rzeczy samotnie – miał czterdzieści dwa lata, a emocjonalnie czuł się najwyżej w wieku Jacksona, który umiał poradzić sobie ze światem tylko wtedy, kiedy rodzie pomogli mu przez to przejść, wszystko mu tłumaczyli i zapewniali, że rozumieją. Do tej pory nie wiedział chyba, jak olbrzymie deficyty ma w kwestii kontaktu z własnymi emocjami, jak bardzo nie będzie potrafił wyłączyć tego głosu w głowie, który mówił mu, że tak źle czują się tylko ludzie, którzy nie starają się wystarczająco i jak niesamowicie mocno będzie potrzebował kogoś, kto przeprowadzi go przez to za rękę. Ale przecież nie mógł wymagać tego od Mercy. Zwyczajnie nie mógł, bo dystans między nimi ani trochę się nie zmniejszył, a jednocześnie Will był niesamowicie dumny z tego, jak bardzo starała się zmierzyć z życiem i nie chciał, żeby przez niego musiała się cofać. Ale kiedy ona chciała wychodzić z domu i jeździć po małego, on miał na to wszystko coraz mniej siły i cierpliwości. Jakkolwiek ciężko nie byłoby mu tego zaakceptować, największą próbą dla jego nerwów był weekend spędzony z Jacksonem, kiedy Will chciał po prostu ciszy i zużywania zasobów na coś innego niż próby niezirytowania się kolejnym dinozaurem, który wbijał mu się w plecy. Chyba wtedy zorientował się, jak bardzo wszystko było nie tak – i jak bardzo nie chciał, żeby jego zły nastrój odbijał się na jego rodzinie, ale jednocześnie jak bardzo nie wiedział, co z tym zrobić. Na spacer zgodził się więc raczej... obojętnie. Ciężko było mu ostatnio stwierdzić, co może sprawić mu przyjemność, a co doprowadzić na skraj wytrzymałości, więc najprościej było mu się dostosować. I zauważyć, że trochę ruchu jednak pozwoliło mu się trochę uspokoić.
- Myślę, że jakoś sobie poradzi, dostał dziś do szkoły jakieś ciastka – przypomniał jej z rozbawieniem i skinął głową na wieść o warzywach. I chyba tak przyzwyczaił się już do jakiejś płytkości ich rozmów, że po kolejnym pytaniu musiał spojrzeć na Mercy dość zaskoczony. - Nie przypominam sobie, żebyś mnie do czegokolwiek zmuszała – zauważył powoli, zerkając na nią. – Poza tym, bycie z tobą jest zawsze lepsze niż bez ciebie – dodał jeszcze, przyglądając się jej przez kolejną chwilę, aż nagle się zatrzymał. – Czekaj – poprosił, a kiedy Mercy stanęła w miejscu, kciukiem starł jej z brody lukier i uśmiechnął się lekko. Zupełnie szczerze nie miał pojęcia, co miał jej teraz powiedzieć. Z jednej strony wydawało mu się, że akceptuje to, że nie chciała z nim rozmawiać o niczym poważniejszym. Z drugiej za to, naprawdę, ale to naprawdę mocno chciał być z nią szczery – odkąd zdecydowali, że zostanie w domu, chyba na nic innego nie liczył i niczego bardziej nie potrzebował, ale próbował dostosować się do niej. Dlatego dość długą chwilę po prostu milczał, wpatrując się w ulicę. Wreszcie otrzepał ręce z pączka i wzruszył lekko ramionami – sama go pytała, prawda? – Nie do końca wiem, czego bym teraz chciał – przyznał, wsuwając dłonie do kieszeni, trochę zawiedziony, że w żadnej nie czekała na niego paczka papierosów. Jeszcze chwilę milczał, kiedy znów ruszyli, aż wreszcie uznał, że miał do wyboru albo to, albo wybuchnięcie za maksymalnie kilka dni. – Kiedy widzę, jak dobrze radzicie sobie z Jacksonem, chyba… chyba myślę, że jestem trochę w tyle i chciałbym przeskoczyć kilka kroków, żeby za wami nadążyć. Jestem trochę bardziej zmęczony niż się spodziewałem i… nie do końca dam radę cieszyć się ze wszystkiego, z czego chciałbym się cieszyć, więc… – urwał na moment, patrząc gdzieś w okolice własnych butów. – W ten weekend kilka razy pomyślałem, że chciałbym, żeby JJ pojechał na przynajmniej jeden dzień do dziadków. Bo mam wrażenie, że nie mam siły być z nim tak, jak tego potrzebuje. Mały jest spokojniejszy, a ty chcesz wychodzić z domu i świetnie byś sobie radziła, gdybym wrócił do pracy, a ja… Tylko nie zrozum mnie źle, dobrze? Ja naprawdę się z tego cieszę. Nie chcę… nie chciałbym, żebyś musiała wracać do rzeczy, które już sobie ułożyłaś albo rozmawiała o rzeczach, o których nie chcesz rozmawiać, tylko dlatego, że ja mam jakiś problem. Po prostu… chciałbym już was nadgonić – uśmiechnął się trochę smutno, a trochę przepraszająco, przy okazji próbując wyczytać z twarzy Mercy, czy powinien mówić dalej, czy może jednak lepiej zatrzymać się tutaj. – A czasami chciałbym, żeby ktoś mnie przez to przeprowadził – powiedział, kiedy wreszcie podjął decyzję. – Od początku do końca. Żeby ktoś powiedział mi, co czuję, kiedy… kiedy ja nie wiem. I czy to, co czuję, jest okej. Czy każdy się tak czuje w takiej sytuacji i co można z tym zrobić. A potem żeby przepłakał ze mną dwa dni bez przerwy, pozwolił mi coś połamać albo jedno i drugie jednocześnie i… nie wiem, wyparował z tym wszystkim – uśmiechnął się po nosem, jakby wiedział, że opowiedział właśnie bardzo kiepski żart i spojrzał na Mercy. – Nie musisz mi nic na to odpowiadać. Wiem, że… Nie, nie wiem, ale wydaje mi się, że nie chcesz ze mną o tym wszystkim rozmawiać. I jeśli to twoja metoda, żeby sobie z tym poradzić i jeśli to dla ciebie działa, to naprawdę nie chcę tego psuć. Ale… ja nie wiem, czy wolę teraz rozmawiać czy nie rozmawiać. Czy wolę chodzić do pracy czy nie, leżeć cały dzień czy wychodzić, czy jestem zły, smutny, zawiedziony czy już obojętny i jeżeli to nie jest dla ciebie zbyt obciążające, czasami chciałbym ci o tym powiedzieć. I… możesz mi tylko odpowiedzieć, że przynajmniej w jakimś stopniu coś z tego rozumiesz. Chyba najbardziej chciałbym teraz usłyszeć, że to da się zrozumieć
 


profil kalendarz
 
Mercy Hart


Jestem w Chicago od
bardzo długiego roku



31
neurochirurg

próbuję nie otruć moich chłopaków

Mieszkam w
Streeterville

Mercury

Hart

Wysłany: 13 Luty 2020, 01:05   

– No tak, ale… to był mój pomysł. I gdyby nie to, tobie pewnie nie przyszłoby nawet do głowy, że mógłbyś wziąć jakieś wolne – zauważyła, kiedy udało jej się przełknąć informację o tych ciastkach do szkoły, kiedy ona specjalnie kupiła marchewkę. Aż za dobrze wiedziała, że jej mąż nie jest typem, który dobrowolnie chodzi na jakieś urlopy, ale przecież już dawno chyba umówili się, że kiedy Will próbuje dbać o cały świat, Mercy dba o niego. I wciąż próbowała to robić, ściągając go do domu a potem nie rozmawiając z nim, bo siedziała w tym trochę za bardzo, by mogła stwierdzić, że przecież z boku to wygląda na najbardziej kretyński pomysł, na jaki mogła wpaść. A potem mogła już tylko wpatrywać się w Willa z równie zmartwioną miną co przez ostatnie dni i delikatnie wsunęła dłoń do kieszeni jego kurtki – po to, żeby najpierw ostrożnie musnąć palcami jego palce i pogłaskać go po wierzchu dłoni, żeby sprawdzić, czy nie będzie miał nic przeciwko, jeśli wreszcie splecie ich palce. - Oczywiście, że to da się zrozumieć, Will – westchnęła wreszcie. - Da się to zrozumieć i wszystko co czujesz jest całkowicie okej, nawet jeśli sam nie potrafisz tego właściwie nazwać. I… wydaje mi się, że okej jest też to, że to okropnie trudne, zwłaszcza że to chyba nie jest tak, że ja jestem już na jakimś wyższym szczebelku, a ty musisz mnie gonić. Nie radzisz sobie gorzej, po prostu kiedy ja głównie płakałam i nie wiedziałam, jaki jest dzień, ty robiłeś zakupy i odbierałeś nam dziecko ze szkoły. A teraz ja chcę pilnować tego, czy mamy w domu płatki, żebyś ty nie musiał się martwić takimi rzeczami – przypomniała mu i zamilkła na chwilę, najwyraźniej dokonując jakichś bardzo zadziwiających odkryć. Próbowała jakoś chronić Willa już od chwili, kiedy ściągnęła do nich Margaret i do tej pory naprawdę sądziła, że najbardziej mu pomoże, jeśli do kompletu nie będzie musiał martwić się przynajmniej fatalnym stanem psychicznym swojej żony. I do tej pory nawet nie przyszłoby jej do głowy, że najbardziej by mu pomogła, gdyby znowu zaczęła z nim normalnie rozmawiać. - Naprawdę mi przykro, bo chciałabym, żeby było inaczej, ale… to też nie jest tak, że nadgonisz nas i nagle zacznie być świetnie. Czasami jest… - zaczęła i wzięła głęboki oddech, nie będąc w stanie powiedzieć, że było dobrze. Czuła się z tym obrzydliwie (prawie tak samo mocno jak z tym, że Will powiedział, że może być zawiedziony), bo naprawdę chciałaby czuć, że jest dobrze, kiedy JJ spędzał całkiem miły weekend, ale przecież nie miała wątpliwości, że nic nie było w pełni dobrze. - Czasami jest znośnie, ale z twoim wyjściem do pracy radziłam sobie tak świetnie, że dopóki nie wróciłeś, ja leżałam na podłodze w kuchni, bo skoro nie miałam przed kim udawać, że czuję się lepiej, nie umiałam znaleźć powodu, żeby wstać. A wczoraj w nocy okropnie się rozkleiłam i obejrzałam prawie całe telezakupy, zanim przestałam wreszcie płakać, chociaż ja nawet nie potrafię powiedzieć, dlaczego ryczałam. I czasami, tak jak wczoraj, jestem przekonana, że już nigdy nie uda mi się przestać płakać, ale… ale potem wreszcie przestaję, bo rano trzeba zrobić Jacksonowi śniadanie i zawieźć go do szkoły, prawda? – wzruszyła lekko ramionami. - Will, ja… nie mam pojęcia, co czujesz, dopóki przynajmniej nie spróbujesz mi tego powiedzieć. I mogę czasami nie wiedzieć, czy inni też tak mają albo co z tym zrobić, ale… będę obok, okej? I mówiłam wtedy zupełnie poważnie, że możesz wszystko, niezależnie od tego, czy chciałbyś zadzwonić z pracy, czy spróbować pogadać o tym, że w tej chwili akurat jesteś smutny – zapewniła i potrzebowała chwili na ułożenie czegoś, co przynajmniej mogło przypominać w miarę sensowny plan. - Jeśli JJ się zgodzi, poproszę matkę, żeby znowu do nas przyjechała, w porządku? Ona zostałaby z młodym, żeby nie opuszczał szkoły, a my moglibyśmy gdzieś razem pojechać, przynajmniej na chwilę – powiedziała, bardzo próbując nie dopuścić myśli o tym, że normalne pary próbowały teraz wyrwać się z domu na walentynki (albo urodziny mężów), a oni musieli wyrywać się z domu, bo ktoś tutaj nie potrafił nawet donosić ciąży.
 


profil kalendarz karta postaci
 
William Hart


Jestem w Chicago od
paru miesięcy



41
bada, uczy i pisze

a Mercy woli nawet od spania

Mieszkam w
Streeterville

William

Hart

Wysłany: 14 Luty 2020, 21:40   

- W takim razie oboje powinniśmy się cieszyć, że jesteś ode mnie mądrzejsza – odparł, uśmiechając się lekko (a przynajmniej tak mu się wydawało, bo w większości uśmiechów Willa ostatnio dość ciężko było doszukać się jakiejkolwiek wesołości). Jeśli miał w ogóle zaakceptować czyjąś opiekę, zdecydowanie była to opieka Mercy – i naprawdę, zupełnie szczerze ufał jej, kiedy mówiła, że coś było dla niego dobre. Nie zawsze przyjmował to bez gadania i z łatwością, ale bez wątpienia uważał, że była w tej kwestii dużo mądrzejsza od niego.
Nie przerywał jej ani słowem, ściskając jej dłoń, trochę dlatego, że czuł, że mówiła mu niesamowicie ważne rzeczy, a trochę dlatego, że… nie miał pojęcia, jak powinien zareagować. Nie tego się spodziewał – tym bardziej nie w trakcie spaceru przez środek miasta, chwilę po jedzeniu pączków – i przez kilka sekund, które w jego świecie trwały raczej kilka tygodni, nie był pewny, co właściwie działo się w nim w związku z tym wszystkim. Powinien być zły? Zawiedziony, że chociaż mówił jej, że jej potrzebował, ona dopiero teraz postanowiła go do siebie dopuścić? Zirytowany, bo pozwalała mu wierzyć, że radzi sobie tysiąc razy lepiej od niego, jakby brali udział w jakimś wyścigu, kto szybciej się pozbiera? Cieszyć się, że w końcu się przed nim otworzyła? Być dumny? Smutny, bo musiała przeżywać to wszystko bez niego? Nie udało mu się nawet wyłapać, jaką miał teraz minę – może zbyt zmartwioną – bo kiedy wreszcie poczuł jakiś impuls, skupił się wyłącznie na nim. Zatrzymał się i puścił dłoń Mercy, ale tylko po to, żeby przyciągnąć ją do siebie i przytulić tak mocno, jakby nie robił tego od tygodni. Nieprzejęty tym, że stali na środku ulicy, że ktoś mógł na nich patrzeć albo mogli po prostu zastawiać innym ludziom drogę. Trzymał ją tak dłużej niż mogłaby się spodziewać, ale zdecydowanie krócej niż potrzebował, żeby ułożyć sobie to wszystko w głowie – żeby to zrobić, musieliby pewnie stać tu do jutra, więc w końcu oderwał policzek od jej włosów i odsunął się tylko trochę, kładąc dłonie na jej przedramionach. – Nie wiedziałem – powiedział po prostu, wpatrując się w nią. – Nie wiem, jakim cudem, ale… naprawdę nie wiedziałem. I… jeśli pomaga ci to, że o niczym nie wiem, to… okej. Ale nie musisz być w tym sama. Nawet w środku nocy, jeśli nie chcesz, to… nie musisz. – Pogłaskał ją wierzchem dłoni po policzku i pochylił się, żeby ją pocałować. Krótko, ale jakby trochę mniej ostrożnie niż ostatnio robił, cóż, wszystko – jakby nie bał się aż tak mocno, że nagle się od niego odsunie albo od jego dotyku rozpadnie się na kawałki. – Wiem, że będziesz obok – zapewnił ją, kiwając lekko głową. – Myślisz, że możemy przestać próbować ciągle się w czymś wyręczać, chronić i chować, a po prostu… zacząć znów robić rzeczy razem? Chyba to najlepiej nam wychodziło, co? – uśmiechnął się, unosząc prawy kącik ust i pocałował ją jeszcze w czoło. – Cieszę się, że czasem jest znośnie – dodał jeszcze, trochę ciszej, z wargami wciąż przy jej skórze. A kiedy wreszcie odsunął się na tyle, żeby móc po prostu wziąć ją za rękę i wrócić do spaceru, jeszcze przez chwilę milczał, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. – Jesteś pewna? – spytał wreszcie, patrząc na Mercy. – To… dobry moment na wyjazd? Nie tylko psychicznie, pytam też o to, jak czujesz się fizycznie – wyjaśnił, bo z jednej strony widział, że robiła już spore postępy, skoro dała radę spacerować z nim chyba bez większego wysiłku. Z drugiej za to, ciągle był jej mężem, który zwyczajnie się martwił. – Dokąd chcesz pojechać? – dopytał jeszcze. Nawet przez myśl mu nie przeszło, że inne pary pewnie robiły teraz podobne plany na walentynki, bo… oprócz tego, że nawet w normalnych warunkach niespecjalnie się takimi świętami przejmował, Will ostatnio korzystał z przywilejów urlopu i niekoniecznie wiedział, jaki mają dzień.
 


profil kalendarz
 
Mercy Hart


Jestem w Chicago od
bardzo długiego roku



31
neurochirurg

próbuję nie otruć moich chłopaków

Mieszkam w
Streeterville

Mercury

Hart

Wysłany: 15 Luty 2020, 22:06   

Chyba zupełnie nie spodziewała się, że Will ją przytuli – na środku ulicy, krótko po jedzeniu pączków – ale… sprawiło jej to nieoczekiwaną ulgę. Przez chwilę cały świat wydawał jej się na powrót normalny i bezpieczny, skoro Will tak po prostu przyciągał ją do siebie i mocno przytulał, nie pytając o pozwolenie i nie zachowując się przy tym, jakby nie wiedział, czy właściwie dalej ma prawo jej dotykać. Westchnęła cicho i oparła głowę o jego kurtkę – pewnie tę, którą sama mu kupiła – całkowicie pewna, że nie miałaby nic przeciwko, gdyby rzeczywiście stali tutaj do jutra (pomijając jedno dziecko, które za kilka godzin będzie czekało, aż rodzice odbiorą go ze szkoły). - Myślałam, że ci pomagam, okej? – bezradnie wzruszyła ramionami, zanim nieco nerwowym gestem założyła sobie włosy za ucho. - Po prostu… wydawało mi się, że najlepiej zrobię, jeśli do kompletu nie będziesz musiał martwić się jeszcze o mnie, bo chyba całkiem nieźle potrafię zrozumieć, że i bez tego jest obrzydliwie ciężko – zauważyła. - No i… chyba dlatego trochę chciałam, żebyś myślał, że jest lepiej. Bo kiedy ja leżałam i płakałam, ty nie zaczynałeś się nad sobą użalać i opowiadać, jak tobie jest ciężko, a przecież wiem, że było. I naprawdę jestem ci niesamowicie wdzięczna, że mi na to pozwoliłeś, i że nie musiałam się wtedy przejmować zakupami i całą resztą, ale teraz to ja chciałam cię trochę odciążyć. I wydawało mi się, że w ten sposób pomagam ci bardziej niż gdybym miała przychodzić i mówić, że dzisiaj jest okropnie – wyjaśniła (a przynajmniej spróbowała), trochę uciekając wzrokiem, ale na koniec zerknęła na Willa trochę kontrolnie, chcąc sprawdzić, czy w ogóle cokolwiek z tego rozumie. - Przepraszam, że… że nie umiem powiedzieć, że jest dobrze – dodała, kiedy ją pocałował w czoło. Ciężko jej było nie myśleć o tym, że okropnie się nad sobą użala i jest zwyczajnie żałosna, a przy okazji niesprawiedliwa, skoro miała już syna i męża. Więcej – przecież do niedawna Mercy nie była nawet pewna, czy ona naprawdę chce mieć drugie dziecko, a teraz dałaby się za to pokroić. - Ja… nie wiem, Will – przyznała, czując się wyjątkowo parszywie z tym, że nawet tego nie może mu dać, jakby strata jego dziecka nie była wystarczającym powodem, za który Will mógłby ją znienawidzić. - Naprawdę wiem, że to brzmi sensownie, ale nie wiem, czy… czy nie będę musiała nad tym popracować. Bo cały czas wydaje mi się, że teraz to ja powinnam cię chronić i… i że cały czas powinnam próbować ci to wszystko wynagrodzić. Wiem, że powiesz mi, że to głupie i nieprawda, możesz mi tego teraz nie mówić? – poprosiła, bo już teraz trochę niebezpiecznie drżał jej podbródek i była absolutnie przekonana, że jeśli zaczną teraz rozmawiać o tym jakoś bardziej, rozklei się na tym głupim środku ulicy. A potem przez chwilę testowała, jak ciasno jest w stanie przytulić się do Willa i dalej przy tym iść, zanim wreszcie powiedziała: - Fizycznie pewnie, jeśli tylko nie będziemy spać na szóstym piętrze bez windy i nie będziemy codziennie jeździć na rowerze. A psychicznie… nie wiem, do tej pory nie myślałam o jakimkolwiek wyjeździe, ale może dobrze nam zrobi, jeśli wyrwiemy się z domu? Nie wiem jak ty, ale ja chyba mam już trochę dosyć tego siedzenia w domu, skoro od paru tygodni praktycznie z niego nie wychodzę. A poza tym w domu wszystko mi się kojarzy z… z tą… z tą ciążą i całą resztą, więc może dobrze będzie gdzieś pojechać – powiedziała, chyba trochę z nadzieją, że miło będzie znaleźć się na chwilę w łazience, w której nie robiła testu ciążowego albo usiąść na kanapie, na której nie leżała z głową na kolanach męża, próbując się nie porzygać. - Bez różnicy – przyznała całkowicie szczerze, bo po prostu poczuła potrzebę, żeby gdzieś uciec. - Gdzieś niedaleko od Chicago, gdybyśmy musieli szybciej wracać, gdzie jest telewizor, duże łóżko i gdzie będą nam przynosić śniadania. Brzmi okej? – upewniła się.
 


profil kalendarz karta postaci
 
William Hart


Jestem w Chicago od
paru miesięcy



41
bada, uczy i pisze

a Mercy woli nawet od spania

Mieszkam w
Streeterville

William

Hart

Wysłany: 21 Luty 2020, 22:17   

- Wiem – odparł natychmiast, bo… naprawdę wiedział. Przecież robił dokładnie to samo – nie chciał, żeby Mercy dodatkowo zawracała sobie nim głowę, więc przez zdecydowanie zbyt długi czas odcinał ją od tego, jak okropnie się czuje i jak bardzo potrzebuje wsparcia. Nawet potem, kiedy wreszcie zebrał się na powiedzenie jej, że zupełnie sobie nie radzi, był w jakimś stopniu przekonany, że popełnił błąd i nie powinien dokładać jej dodatkowych problemów. Wiedział też, jak absurdalnie to wszystko brzmiało, kiedy słyszał to z jej ust, więc po prostu uśmiechnął się lekko i jeszcze raz pogłaskał ją po policzku. – Nie wiem, czy umiem się nie o ciebie nie martwić. A kiedy nie wiem, co się dzieje, ale widzę, że nie jest do końca w porządku, chyba… martwię się jeszcze bardziej – przyznał ostrożnie. Może gdyby znali się o jakieś sześć lat krócej i Will nie był przyzwyczajony, że przez sporą część małżeństwa komunikowali się ze sobą bardzo bezpośrednio (chociaż aktualnie wydawało mu się, że to jakaś naprawdę dziwaczna abstrakcja), faktycznie mogłoby mu to pomóc. Teraz po prostu chciał przeżywać to wszystko razem z nią, nie obok niej. – Może jeszcze jest na to trochę za wcześnie – powiedział, kiedy zaczęła go przepraszać. On sam zwyczajnie się nad tym nie zastanawiał. Nie myślał o tym, czy jest mu lepiej czy gorzej, czy jest już dobrze, okej, dopiero znośnie czy może wciąż okropnie. Starał się skupiać na tym, co zaczynało im wychodzić – na tym, że Mercy dużo sprawniej się poruszała i była w stanie wyjść z nim na spacer, na tym, że w ogóle chciała to zrobić, na Jacksonie, który ostatnio wydawał się odrobinę spokojniejszy i na tym, że ostatnio udało mu się w miarę wyspać i nie budzić w środku nocy z przygniatającym poczuciem, że wszystko jest nie tak. Dlatego nie wymagał od Mercy przyznawania, że wszystko było już okej. Przecież nie było – stracili dziecko i zaczęli się od siebie odsuwać, może miało minąć jeszcze trochę czasu.
Oczywiście, że chciał jej to powiedzieć – może w nieco innej formie, ale słowa same cisnęły mu się usta i zatrzymał się w ostatniej chwili, jeszcze moment czy dwa wpatrując się w Mercy tak, jakby nie był pewien, czy jednak nie powinien jej tego wszystkiego powtórzyć. Wreszcie jednak pokiwał po prostu głową i odgarnął jej włosy z twarzy. – W takim razie oboje nad tym popracujemy – odparł i ostatni raz pocałował ją w czoło, zanim wrócili do spaceru. Chyba kolejną dłuższą chwilę musiał zastanowić się nad tym, co właśnie słyszał. Nie był pewny, czy jemu też przeszkadzało siedzenie w domu, czy może jednak było zupełnie na odwrót i nie miał jeszcze ochoty na nic innego – był za to pewny, że niespecjalnie go to obchodziło, skoro Mercy chciała na chwilę uciec. – Okej, odpuszczamy sobie rower i wycieczki po górach – zapewnił ją, posyłając jej kolejny raczej blady uśmiech. – W takim razie spróbujemy, w najgorszym wypadku prześpimy dwa dni w łóżku, którego nie będziemy musieli potem sprzątać – mruknął, głaszcząc żonę po ramieniu i przez chwilę wpatrując się w nią, jakoś idiotycznie poruszony tym, jak blisko niego była i jak… właściwe mu się to wydawało. – Brzmi świetnie, oby nasz syn też tak myślał – potwierdził jeszcze, zanim zdecydowali, że może pora wrócić do domu i pojechać po tego syna (i nie mówić mu, że byli na pączkach).
 


profil kalendarz
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Strona wygenerowana w 0,22 sekundy. Zapytań do SQL: 7