Poprzedni temat «» Następny temat
Nagrobki #3
Autor Wiadomość
Chicago


Chicago

Wysłany: 6 Lipiec 2016, 14:06   Nagrobki #3

[align=center:417ec0f0f1][/align:417ec0f0f1]
 


profil
 
India T. Wheeler


Wysłany: 8 Lipiec 2016, 23:33   



Może to dziwne, ale idąc na cmentarz nie czuła się już tak źle jak kiedyś. Całe to rozdzierające pieczenie w środku, całe to uczucie, jakby zaraz miała rozpaść się na kawałki - zniknęły. I to było dobre uczucie. Jasne, nadal czuła się źle. Kiedy przekroczyła bramę cmentarza, miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Jakieś nieprzyjemne uczucie ścisnęło ją w żołądku. Nadal odnosiła wrażenie, że powinni zamienić się miejscami. To nie ona powinna tu zaglądać. To Mitch powinien odwiedzać jej nagrobek, ale nie teraz, za ładnych kilkadziesiąt lat. Tak, rodzice nigdy nie powinni chować dzieci. To chyba było najgorsze uczucie na świecie. I India doskonale o tym wiedziała. Ale za wszelką cenę próbowała je zwalczyć. Przez pierwsze dwa lata zawzięcie wmawiała sobie, że zasługiwała na to cierpienie. Że w ten sposób powinna upamiętniać swojego syna. Ale tak nie było. W końcu zrozumiała, że nie może przez cały ten czas stać w miejscu. Przecież to nie tak, że poprzez ruszenie naprzód, od razu o nim zapomni. Ona nie chciała zapominać. Nie mogła. Jak zawsze, zabrała ze sobą bukiet białych lilii. Wymieniała je raz w tygodniu. Taki już miała zwyczaj, pielęgnowała go od przeszło dwóch lat. Wyrzuciła stare kwiaty i położyła przy nagrobku świeże, a sama przysiadła naprzeciwko płyty nagrobnej. Ślepo wpatrywała się w napis wyryty na kamieniu. Wydawał się taki nijaki... zwyczajny. A przecież tak dobitnie ukazywał to, że to właśnie w tym miejscu, pochowany był jej syn. - Tęsknię za Tobą, skarbie - rzuciła, tym razem spoglądając w jakiś punkt na niebie. Nie raz widziała jak ludzie rozmawiali z nagrobkami tak, jakby rzeczywiście wierzyli w to, że zmarła osoba ich usłyszy. Ale India tak nie miała. Nie potrafiła tego robić. Nie potrafiła rozmawiać z grobem tak, jakby rzeczywiście był to jej syn. Oczywiście, wierzyła w to, że był jej maleńkim Aniołem Stróżem. Że nad nią czuwał. Ale robił to nie stąd, lecz z miejsca, do którego trafił. Z lepszego miejsca. Podciągnęła kolana pod brodę i oparła na nich czoło. Uczucie samotności ogarniało ją ze wszystkich stron, ale nie miała już nawet siły płakać. Pozostawało jej tylko uczucie pustki. A to wcale nie było lepsze od tego rozrywającego uczucia cierpienia.
_________________
 
 
Milo Daubney
[Usunięty]

Wysłany: 11 Lipiec 2016, 13:49   

    #1 PIERWSZA GRA <33

Mężczyzna nigdy nie był w żaden sposób związany z tak ponurym miejscem jak cmentarz, chował tu rodzinę i przychodził od święta. Wszystko zmieniło się kiedy choroba odebrała mu synka, bezbronnego i wciąż poznającego świat. Milo nie potrafił pojąć dlaczego życie tak strasznie karało niczemu winne dzieciaki zamiast ściągać z tego świata ludzi, którzy sobie na egzystencje tutaj nie zasłużyli. Nie był żadną wyrocznią i nie decydował o tym komu życie należy podarować, a komu nie ale był ojcem - zawsze w pierwszej kolejności wybrałby swoje dziecko. Podobnie jak dziewczyna, Daubney wolałby być na miejscu Mitchella i dać mu szanse na cudowne, długie życie u boku kochającej matki ale niestety, żadne z nich nie miało na to wpływu. Mijały lata, a strata syna wciąż bolała niemiłosiernie mocno. Milo przypuszczał, że prawdopodobnie nigdy nie będzie mu dane pogodzić się z jego stratą, a co za tym szło - stracił Wheeler na zawsze. Tego dnia mijał kolejny miesiąc odkąd mężczyzna był w żałobie. Bywał tutaj często, mówił sam do siebie i mimo wszystko czuł, że choć w ten sposób może być obecny w życiu dziecka. Wiedział, że India także pojawi się na cmentarzu, choć wcale nie myślał, że dane będzie im się tutaj spotkać. Zbliżając się do nagrobka zobaczył kruchą postać ślęczącą przy pomniku i od razu poczuł znajome kłucie w sercu, które nie dawało mu spokoju od ponad roku. Zbliżył się po cichu i ułożył dłoń na ramieniu dziewczyny. - Nie przeszkadzam? Nie miałem pojęcia, że tutaj jesteś - odparł spokojnie, upewniając się, że była dziewczyna nie ma nic przeciwko jego obecności.
 
 
India T. Wheeler


Wysłany: 11 Lipiec 2016, 19:15   

To chyba nie było rzeczą, o której można było zapomnieć ot tak. Ta strata była zbyt wielka, będzie ciągnęła się za nimi latami. Nieważne jak bardzo chcieliby od tego uciec, po prostu nie będą mogli. India zdawała sobie z tego sprawę. Już tyle razy liczyła na to, że w końcu się po tym otrząśnie. Nie udało się do tej pory. To po prostu nie była kwestia, o której mogliby zapomnieć. Być może dlatego, że chodziło o ich syna? Nie mogli przejść obok jego śmierci w sposób obojętny. Był ich dzieckiem, najważniejszą osobą na świecie. Nie zasługiwał na coś takiego i mimo, że oboje doskonale o tym wiedzieli, nie mogli nic z tym zrobić. A jakby tego było mało, pozwolili sobie na przeżywanie tego cierpienia oddzielnie, w samotności. I szczerze mówiąc, India cholernie tęskniła za wsparciem Milo, chociaż za wszelką cenę próbowała wmówić sobie, że go nienawidzi. Chciała go nienawidzić. Za to, że zostawił ją w tak trudnym momencie, za to, że o nich nie walczył, za to, że pozwolił, żeby i ona przestała walczyć. Naprawdę chciała go znienawidzić, ale nie potrafiła. I zdała sobie z tego sprawę w momencie, w którym usłyszała jego głos. Kiedy dotknął jej ramienia, nieco podskoczyła. Nie spodziewała się tutaj nikogo, a już tym bardziej nie spodziewała się tego, że spotka tu właśnie jego. To znaczy, oczywiście, zdawała sobie sprawę z tego, że musiał odwiedzać nagrobek ich syna, ale przecież nie widzieli się tutaj przez ostatnie dwa lata, nie sądziła więc, że kiedykolwiek się tutaj miną. Zagryzła dolną wargę i podniosła się z miejsca, posyłając mu nieco przygaszony uśmiech. Nadal czuła się w jego obecności nieco nieswojo. Było jej dziwnie z tym, jak sprawy potoczyły się między nimi. Właśnie to powodowało ten dziwny dyskomfort. - A skąd mogłeś wiedzieć? - mruknęła bardziej do siebie niż do niego. Chwilę później zdała sobie jednak sprawę z tego, że było to totalnie nie na miejscu i postanowiła ugryźć się w język. Pokiwała więc tylko głową. - Nie przeszkadzasz, właściwie i tak miałam się już zbierać - jasne, pewnie wolałaby siedzieć tu sama, spędziłaby tu najpewniej jeszcze trochę czasu. Ale teraz, najlepszym wyjściem wydała jej się ucieczka. Typowa India, jak zwykle szukała sobie najkrótszej drogi do obejścia problemu. Zanim jednak podjęła jakiekolwiek kroki do ewakuowania się z cmentarza, przestąpiła z nogi na nogę i zlustrowała Milo spojrzeniem. Nic a nic się nie zmienił. Jego twarz nadal miała te wyraźne rysy, nadal była tak samo przystojna. Może przybyło mu nieco zmarszczek? Mogła jedynie zgadywać, że było to spowodowane sytuacją, w jakiej się znaleźli. Jemu przecież też nie było lekko. - Jak się trzymasz? - dopiero kiedy zadała to pytanie, zdała sobie sprawę z tego, że rzeczywiście ją to interesowało. Od śmierci Mitcha nie miała okazji z nim porozmawiać. Nie miała okazji zapytać czy wszystko u niego w porządku, czy jakoś sobie z tym radzi. Unikała go jak ognia i sama nie wiedziała dlaczego. Może dlatego, że przywodził jej na myśl tyle bolesnych wspomnień? Ale przecież przeplatały się one również z tymi szczęśliwymi. Nie mogła o tym nie pamiętać.
_________________
 
 
Milo Daubney
[Usunięty]

Wysłany: 11 Lipiec 2016, 20:05   

W momencie gdy dowiedział się o tym, że dziewczyna jest w ciąży miał wrażenie, że całe jego życie wywróciło się do góry nogami. Nie był gotowy na bycie ojcem i był tym faktem naprawdę poruszony ale kocham Indie całym sercem i całe to ojcostwo z czasem wydawało się być mniej straszne, a raczej bardziej ekscytujące. Zaczął cieszyć się i oczekiwać na przyjście na świat syna nie myśląc o nieprzespanych nocach, masie dodatkowych zmian w pracy czy zmianie pieluch. Mijały lata i z każdym dniem kochał Mitcha bardziej, nie wspominając już o Wheeler z którą wiązał swe życie do końca. Tak, miał cała masę planów wobec swojej nowej rodziny i starał się z całych sił by wszystko do kupy poskładać. Był gotów poświęcić wszystko by tylko zapewnić im godne i szczęśliwe życie.. Moment w którym człowiek dowiaduje się o chorobie własnego dziecka jest czymś potwornym i niesprawiedliwym. Mężczyzna wciąż zastanawia się nad tym ile byłby jeszcze w stanie zrobić by uchronić synka przed potwornym cierpieniem i śmiercią jednak nie był ani lekarzem ani cudotwórcą. Doskonale o tym wiedział ale mimo to obwiniał się i czuł, że mógł zrobić więcej. Był ojcem, powinien coś zrobić, cokolwiek co by dziecku pomogło i właśnie dlatego nie potrafił spoglądać Indii w oczy, czuł, że i ją zawiódł. - Wiedziałem, że się dziś tutaj pojawisz i starałem się nie wchodzić Ci w drogę ale najwidoczniej wciąż mam z tym problemy - odparł i schował dłonie do kieszeni kurtki jeansowej. Mężczyzna nawet nie miał odwagi by się jej przyjrzeć, było mu wstyd, a jej twarz jedynie przypominała mu o wszystkim przez co przeszli. Mitch przypominał swoją mamę więc nic dziwnego, że patrząc jej w oczy widział swego synka. Mógłby patrzeć w nie godzinami i mimo, że sprawiłoby mu to wiele cierpienia to nie ukrywał, że zrobiłby to także z sercowych pobudek. Kochał ją, nic się nie zmieniło. - Jakoś sobie radzę, choć raz w miesiącu nieco bardziej przypominam sobie o wszystkim tym co nas spotkało - odparł cicho i dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że po tych wszystkich latach pierwszy raz głośno powiedział nas mają cna myśli siebie i Indie, razem. Wiedział, że nie było czego zbierać i nie miał o to żalu do dziewczyny, jednak wciąż go to ruszało. Byli rodziną, tego się nie zapomina. Siedzieli w tym razem i choć ich drogi się rozeszły to wciąż pragnął wspierać ją z całego serca. - Dobrze wyglądasz - odparł po chwili podnosząc wzrok. Jej twarz wciąż była pełna smutku ale czas upływał i od czasu pogrzebu oboje na pewno zdążyli jakkolwiek pozbierać się do kupy. Chociaż w tej mniejszej części.
 
 
India T. Wheeler


Wysłany: 14 Lipiec 2016, 22:36   

Ona też nie była wtedy na to wszystko gotowa. Była jeszcze nastolatką. Prawie, że dzieckiem, które nawet nie myślało o własnych. Miała przecież przed sobą całe życie. Ale decyzja o urodzeniu Mitcha była dla niej niebywale prosta. Nawet nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłaby usunąć tą ciążę. I wcale tego nie żałowała. Przyjście Mitchella na świat było najpiękniejszym co ją w życiu spotkało i fakt, że razem z Milo odkrywali rodzinne życie po swojemu, tylko temu sprzyjał. Zostali rzuceni na głęboką wodę, ale India uważała, że naprawdę dobrze im to zrobiło. Radzili sobie sami i robili to naprawdę dobrze. Owszem, nie zawsze było idealnie, ale w jakiej rodzinie tak jest? Czasami po prostu trzeba przeżyć jakiś upadek, żeby później móc znów wzbić się w górę. Wheeler nie sądziła jednak, że kiedykolwiek upadną tak nisko, że nie będą w stanie się już z tego pozbierać. A tak właśnie stało się przez chorobę ich synka. India zdawała sobie sprawę z tego, że to wszystko mogło wyglądać inaczej. Że mogli o siebie walczyć od samego początku. Ale tego nie zrobili. I kiedy zdali sobie sprawę z tego, że się od siebie oddalili, było już chyba po prostu za późno, żeby próbować to odratować. A może po prostu byli zbyt zmęczeni walką, którą stoczyli? Nie oznaczało to jednak, że to rozstanie było dla Wheeler łatwe. Skądże znowu! Kochała Milo, właściwie, nigdy nie przestała go kochać. Ale uznała, że jeśli mieliby wyniszczać siebie wzajemnie tkwiąc w tym związku, to może rzeczywiście powinna była pozwolić mu odejść? I tak też zrobiła. - To nie tak, że wchodzisz mi w drogę - zmarszczyła brwi, protestując. Przecież to nie tak, że robił jej na złość swoją obecnością. Nigdy tak nie uważała. - Poza tym, wydaje mi się, że Mitch byłby zadowolony widząc nas tutaj razem - kiedy to mówiła, nieco ściszyła głos. Właściwie, była zdziwiona, że w ogóle przeszło jej to przez gardło. Ona również dawno nie wspominała o nich jako o jedności. Wymazała to z podświadomości i od ich rozstania byli już tylko Milo i Indią. Osobno, nie razem. Bo przecież tak potoczyły się ich życia Na jego dalsze słowa pokiwała głową ze zrozumieniem. Doskonale wiedziała co czuł. Sama też przez to teraz przechodziła. Zacisnęła usta w wąską linijkę. Nie wiedziała co mu powiedzieć. Że jej przykro? Przecież sama była w tej sytuacji. I pewnie, że było jej cholernie przykro. W końcu to był ich syn. Był, bo przecież już go tu nie ma. I z tego powodu, jej serce pękało na miliony kawałeczków. - Cieszę się, że sobie radzisz, naprawdę - odpowiedziała w końcu. Szczerze mówiąc, jeśli jej nie okłamywał to naprawdę mu tego zazdrościła. Ona sama chyba nadal nie do końca się z tym wszystkim pogodziła. Nie było łatwo. Kiedy usłyszała komplement padający z jego ust, poczuła się nieco skrępowana. Kiedyś pewnie podziękowałaby mu pocałunkiem, a teraz? Teraz mogła się zdobyć jedynie na to, żeby na moment odwrócić wzrok i po dłuższej chwili spocząć nim znów na twarzy Milo. Uśmiechnęła się do niego blado. - Ty również nie najgorzej - no, nie kłamała. Daubney rzeczywiście trzymał się bardzo dobrze! Z resztą, zawsze był przystojny, India uważała tak odkąd tylko go poznała. W tej kwestii również nic się nie zmieniło. Wzrokiem znów powróciła do nagrobka. - Czasami się zastanawiam, czy jest mu tam lepiej - rzuciła, sama nie wiedząc czy w przestrzeń, czy do Milo. Właściwie, nie chciała między nimi tej gęstej atmosfery. Może taka rozmowa dobrze by im zrobiła? Może nie musieliby więcej spuszczać wzroku na swój widok na ulicy? Może. Właściwie Wheeler sama nie wiedziała czego oczekiwała, rozpoczynając ten temat, ale teraz nie mogła go tak po prostu uciąć i odejść.
_________________
 
 
Milo Daubney
[Usunięty]

Wysłany: 17 Lipiec 2016, 20:09   

Nie byli pierwszą, młodą parą, która wychowywała dziecko i chociaż nie było łatwo to jednak w stu procentach warto. Chłopak kochał swoją dziewczynę i kochał tez swojego życia, nie wyobrażał sobie bez tej dwójki swego dość pochrzanionego życia, więc w momencie gdy stracił jedno z nich, stracił też drugie. Byli rodziną, Mitch połączył go z Indią na całe życie więc kiedy żal po stracie dziecka wziął górę nikt nie był w stanie nad tym zapanować. Oczywiście Milo wiedział, że mogli zrobić więcej i być razem w tak ciężkiej sytuacji ale najwyraźniej podjął tą łatwiejszą, gorszą decyzje. Nie miał do niej żalu, zrozumiałe było jej zachowanie po stracie syna i przecież sam zawiódł tutaj na całej linii. Jestem pewna, że zmęczenie na ich problemy miało największy wpływ, oboje znosili to wszystko po swojemu i najwyraźniej Daubney potrzebował samotności, potrzebował stracić wszystko by się podnieść i zacząć układać wszystko od nowa. Z perspektywy czasu wygląda to wszystko inaczej, mógł to wszystko zrobić inaczej, a może wciąż miałby ukochaną obok i jakoś wspólnymi siłami by się pozbierali. - Nie miałbym nic przeciwko gdybyś jednak myślała inaczej - odparł i wygiął usta w podkówkę, czuł się potwornie z tym wszystkim co zrobił. Zawiódł ją, zawiódł Mitchella i przede wszystkim zawiódł samego siebie. Musiał patrzeć na siebie każdego dnia i pluć sobie w twarz za to jak źle potraktował swoją jedyną miłość. Żałował, bardzo! - Jeśli chociaż to sprawiłoby mu przyjemność to jestem w stanie zacząć wyciągać Cię na spacery. Zawsze możemy zahaczyć o to miejsce, chwile posiedzieć i porozmawiać - zaproponował, nie wiedząc czy w ogóle było to na miejscu. Nie miał prawa w ogóle czegokolwiek jej proponować ale nie ukrywał, że bardzo by chciał znów z nią rozmawiać. Nie byli tylko rodziną, byli też najlepszymi przyjaciółmi, partnerami. Nie okłamywał jej, jego życie dalej się kręciło i starał się robić wszystko by nie upaść po raz kolejny i kolejny. Kariera zawodowa była jedyną rzeczą jaką jeszcze posiadał, tego się trzymał. - Słyszałem, że studiujesz - odparł i zbliżył się do nagrobka przy którym przykucnął na jednym kolanie. Wyciągnął malutki, biały znicz, który ustawił pośród kwiatów i odpalił go przy pomocy zapalniczki, która od dłuższego czasu spoczywała w kieszeni jego kurtki. Palił, dość często i zaczął popalać w tajemnicy przed Wheleer kiedy dowiedział się o chorobie i szansach swego synka. - Marzyłaś o tym, ciesze się, że Ci się powiodło - dodał i zerknął na nią przez ramię, uśmiechając się ciepło. Zasłużyła sobie na sukces, zniosła bardzo wiele i chociaż coś od życia jej się należało. - Wiele wycierpiał przez tą chorobę, na pewno jest mu lepiej - wyjaśnił i podniósł się powoli, nie odrywając wzroku od napisu wyrzeźbionego na nagrobku. Żaden rodzic nie powinien widzieć cierpienia swego dziecka więc i jemu ulżyło kiedy syn przestał się męczyć i znosić ból. Oczywiście wolał by go tutaj, całego i zdrowego ale co mógł zrobić?
 
 
India T. Wheeler


Wysłany: 22 Lipiec 2016, 00:20   

Gdybanie nie miało tutaj już większego sensu. Prawda była taka, że w stosunku do Mitcha zrobili co było w ich mocy. Oczywiście, oboje uważali, że stać ich było na więcej, że powinni byli zrobić coś więcej żeby swoje dziecko uratować. Ale nie wyszło, nie udało się. I prawda była taka, że byli wobec tego bezsilni, nawet jeśli żadne z nich nie chciało tego przyjąć do wiadomości. Starali się, owszem, ale to nie wystarczyło. I skoro te starania zawiodły, to po co mieli później próbować starać się o własny związek? Najpewniej wyszli z założenia, że skoro ich poprzednie starania spaliły na panewce, w tym przypadku będzie podobnie. I tak po prostu się poddali, bez żadnej walki. India nie miała pojęcia co by było gdyby rzeczywiście próbowała zatrzymać Milo przy sobie. Czasami wyobrażała sobie ich wspólne życie. Raz we dwójkę, raz z synem. Jasne, w jej wyobraźni zawsze byli szczęśliwi, ale przecież nie miała pewności, że gdyby rzeczywiście spróbowali, to by im się udało. Zawsze istniało ryzyko. Ale żeby się przekonać, należało je podjąć. A tego niestety, ani o Wheeler, ani o Daubneyu nie można było powiedzieć. Najwyraźniej dla nich obojga, po stoczonej bitwie, łatwiejsze było po prostu odpuszczenie. I nie można było ich za to winić. - Ale tak nie myślę. Nie chcę tak myśleć - sama zdziwiła się jak szybko i zdecydowanie mu na to odpowiedziała, ale przecież taka była prawda. Właściwie, obecność Milo wcale jej nie przeszkadzała. Owszem, może czuła się nieco skrępowana i nieswoja, ale kontakt z nim wydawał jej się miłą odmianą. Przynajmniej mogła dowiedzieć się, jak mu się w tym życiu bez niej wiedzie. I chociaż chciała dla niego jak najlepiej, trochę miała jednak nadzieję, że nie jest tak idealnie jak było kiedy byli razem. Ale nawet nie liczyła na to, że mógłby jej o tym powiedzieć. Jednak kiedy usłyszała jego propozycję, zdobyła się nawet na posłanie mu ciepłego uśmiechu. - Brzmi naprawdę dobrze. Byłoby miło wprowadzić to w życie. Właściwie, to i mnie byłoby z tego powodu jakoś... lepiej - stwierdziła, bo przecież nigdy nie chciała żeby odsunęli się od siebie całkowicie. Przecież Milo nadal wiele dla niej znaczył i chciała mieć z nim chociaż odrobinę kontaktu. Najmniejsza jego ilość naprawdę by ją w pełni usatysfakcjonowała. A fakt, że on sam wyszedł z propozycją, jedynie utwierdził ją w przekonaniu, że to wcale nie jest głupi pomysł. Na jego kolejne słowa chwilowo zamilkła, a później pokiwała głową. Zawsze miała dziwne wrażenie, że Milo w pewien sposób odbierał to tak, jakby on był powodem, dla którego India musiała odmówić sobie studiów. A przecież, w jej mniemaniu, wcale tak nie było. - Zaczynam w październiku. Nie jest to nic wielkiego, zwykłe zarządzanie. Ale zawsze to coś, prawda? A przynajmniej dodatkowe zajęcie do zabicia wolnego czasu - którego miała teraz aż zanadto, ech. - Naprawdę się cieszę, że na Ciebie wpadłam, Milo - rzuciła jeszcze, nie bardzo wiedząc co więcej mogłaby powiedzieć. - Jeśli miałbyś kiedykolwiek ochotę porozmawiać... czy coś... - nie musiała kończyć. Wiedziała, że doskonale będzie wiedział o co jej chodzi. Kawa? Herbata? Rozmowa? Cokolwiek. Po prostu chciała, żeby wiedział, że mimo tragedii, która ich spotkała, India chyba w końcu dojrzała do tego, żeby móc podzielić się swoim wsparciem.
_________________
 
 
Milo Daubney
[Usunięty]

Wysłany: 22 Lipiec 2016, 20:41   

Tak, najprawdopodobniej to był powód dla którego ta dwójka się poddała i zaprzepaściła wszystko. Ostatecznie decyzję podjął Daubney i zostawił dziewczynę samą czego wciąż nie mógł sobie odpuścić. Mógł przecież spróbować to naprawić nie raz, a tym czasem jedyne co robił to po prostu pozwalał życiu wciąż uciekać przez palce. Kochał ją całym sercem i nie mógł pojąć jak udało mu się tak po prostu podjąć taka a nie inną decyzję i skrzywdzić ukochaną osobę jeszcze bardziej? Naprawdę nie był by zaskoczony gdyby Wheeler nie chciała go więcej widzieć, to całkiem zrozumiałe bo zachował się jak skończony idiota ale to nie tak, że tego chciał. Pękło by mu serce, na pewno ale mimo wszystko dziewczyna miała do tego pełne prawo. - Są rzeczy z którymi oboje będziemy sobie radzić do końca życia, nie musimy robić tego osobno - dodał i widząc jak jej kąciki ust podnoszą się do góry sam zdobył się na ciepły, szczery uśmiech, który na pewno nieco poprawił tą ponurą atmosferę. Ucieszył się gdy przystała na jego pomysł, najwyraźniej nie był w jej oczach skreślony do końca, a to naprawdę wiele dla niego znaczyło. Okej, może było na to za późno a sam Milo nie dawał znaków życia przez ponad rok ale to nie znaczyło, że przestało mu na niej zależeć. Po prostu.. nie umiał sobie z tym wszystkim radzić a w końcu doszedł też wstyd i fakt, że nie potrafił po utracie syna i odejściu spojrzeć jej w oczy. - To zawsze jakiś krok do przodu, nie? Masz całe życie przed sobą. Jesteś młoda, inteligentna i możesz jeszcze wiele osiągnąć więc fajnie, że w końcu się zdecydowałaś - odparł i potwierdził to delikatnymi skinięciami głowy. W ich życiu działo się naprawdę wiele i mimo, że stracili jedynego syna i wciąż średnio sobie z tym radzili to nie znaczy, że musieli zmarnować sobie resztę życia, nie? - Nie byłem pewny czy w ogóle będziesz chciała mnie widzieć alee.. też się cieszę, naprawdę - opowiedział, a na jego twarzy zagościł jeszcze większy uśmiech. Fakt, że ich rozmowa odbywała się przy grobie syna chyba naprawdę sprawiał, że wszystko szło łatwo i przyjemnie. Tego na pewno chciałby Milo; by jego rodzice byli razem szczęśliwi. - No jasne, Ty też wciąż posiadasz mój numer więc jeśli zarządzanie Cię nie pochłonie to zawsze możesz śmiało pisać i dzwonić, o każdej porze dnia i nocy - wyjaśnił i naprawdę potrzebował to usłyszeć. Była ważną osobą w jego życiu i nie zniósł by najlepiej ich definitywnego odcięcia się od siebie - Właściwie to może moglibyśmy skoczyć teraz na lemoniadę? Zrobiło się naprawdę ciepło, a moja lodówka i tak nie ma nic lepszego mi do zaoferowania - zaproponował i roześmiał się. No cóż, był zarobiony i nie miał w ostatnim czasie na większe zakupy. Piwo z lodówki musiało mu wystarczyć ale nie wiedział czy to dobry pomysł by proponować jej alkohol w taki dzień.
 
 
India T. Wheeler


Wysłany: 31 Lipiec 2016, 17:41   

Jej wcale nie byłoby łatwiej chować jakąś urazę. No bo jaką miałaby z tego korzyść? Czułaby się z tym jedynie gorzej. Zjadłyby ją wyrzuty sumienia, a na to nie chciała sobie pozwolić. Chociaż musiała przyznać, że w tym wszystkim, brak kontaktu z Milo nieco ułatwiał sprawę. India dzięki temu dystansowała się od tego co przeżyli. Może właśnie tego potrzebowała? Pozwalało jej to na oczyszczenie umysłu, co zdecydowanie było dla niej najlepszą opcją. ie sprawiło to jednak, że całkowicie się z tego otrząsnęła. Dalej nie potrafiła przejść obojętnie obok śmierci ich syna. Kto by potrafił? Ale przez cały ten czas, który minął, powoli zaczynała sobie to jakoś układać. I chociaż nie było jej łatwo, z całą pewnością brakt kontaktu z Daubneyem ułatwiał sprawę. A przynajmniej do momentu, w którym zdała sobie sprawę, że cholernie jej go brakuje i chciałaby po prostu przytulić się do niego i wiedzieć, że są w tym wszystkim razem. Ale na to było już za późno. Na dźwięk jego słów, nie potrafiła powstrzymać ciepłego uśmiechu, którym go obdarzyła. Trafił do niej, naprawdę do niej trafił. Nie mogła nie zgodzić się z tym co powiedział. Może rzeczywiście nie musieli radzić sobie z tym wszystkim osobno? Może rzeczywiście mogli zacząć się wspierać? Przecież to nie była taka znowu najgorsza opcja! Wręcz przeciwnie! India miała wrażenie, że po spędzeniu tak długiego czasu na unikaniu siebie, odrobina towarzystwa dobrze by im zrobiła. - Cieszę się, że tak uważasz - skinęła głową na potwierdzenie swoich słów. No cóż, sama też wychodziła z założenia, że te studia i praca to najlepsza opcja jaką mogła sobie zafundować. Z resztą, co ją niby miało powstrzymywać? Już miała go zapewnić, że oczywiście, odezwie się do niego, kiedy zaproponował wspólne spędzenie czasu dzisiaj. Zastanowiła się chwilowo, po czym przystała na jego propozycję. - Lemoniada brzmi fantastycznie, ale mam wrażenie, że dobrze zrobiłby mi jakiś drink. Chciałabym udawać, że tak nie jest, ale nie wytrzymam tego dnia bez chociażby szklanki alkoholu - rzuciła półżartem, chociaż mówiła całkowicie poważnie. W rocznicę śmierci ich syna nadal dopadała ją chandra, z którą nijak nie potrafiła sobie poradzić. Po prostu wpadała w dołek, z którego nie było wyjścia.
_________________
 
 
Milo Daubney
[Usunięty]

Wysłany: 3 Sierpień 2016, 11:47   

On sam czuł się potwornie winny wszystkiego co się stało więc nie do pomyślenia by było żeby dziewczyna żadnej urazy nie chowała. Widocznie się mylił ale wyrządził jej naprawdę okrutną rzecz więc nic dziwnego, że tak pomyślał, prawda? Początkowo sam był tego zdania i potrzebował przestrzeni by móc to wszystko sobie poukładać w głowie i zacząć trzeźwo myśleć. Bez tego pewnie tak czy siak spartoliłby sprawę z Wheeler i odwalił coś głupiego. Teraz było inaczej, wciąż przeżywali wszystko co się stało i prawdopodobnie nigdy nie przestaną ale kontrolowali się i zaczęli żyć na nowo. Chciał znów ją wspierać, być przy niej i choć wiedział, że dał ciała poprzednim razem co mogło przekreślić go na amen to wierzył, że może uda mu się dziewczynę odzyskać. Pragnął tego z całego serca.
- To znaczy ja też tak myślę i zgadzam się z tobą? - zapytał i uśmiechnął się, pokazując swoje śnieżnobiałe ząbki. Nie miał pewności czy dziewczyna zgadza się na to czy chciałaby jednak bez pośpiechu radzić sobie z tym w pojedynkę. Na dobrą sprawę nawet nie wiedział czy kogoś nie miała, bo kurczę - trochę czasu minęło. To prawdopodobnie by go zniszczyło, echs. - Coś mocniejszego? - spojrzał nieco zaskoczony jej odpowiedzią i choć sam pewnie wróciłby pić do siebie (do czego by się nie przyznał) to jednak opcja wypicia z dziewczyną była o niebo lepsza. Picie w pojedynkę z takich smutnych pobudek nie było dobre. - W porządku, możemy też wyskoczyć na kolejkę bądź drinka - przystał na jej propozycje i pokiwał głową. Chyba oboje chcieli by ten dzień w końcu się skończył.
 
 
India T. Wheeler


Wysłany: 4 Sierpień 2016, 18:21   

Może nie było nic złego w tym, że ich rozstanie uwarunkowane było, może nie najprostszą, ale za to przynajmniej dojrzałą decyzją. Zrobili to w dobry sposób, bez żadnych kłótni, rzucania talerzami. Nikt nie robił nikomu pod górkę. Decyzja zapadła i na tym się skończyło. I dzięki temu India nie miała do Milo żadnego żalu. Przecież i jej taka opcja wydawała się łatwiejsza. Czy byłoby podobnie kiedy zostaliby razem? Wtedy mogłoby się to skończyć nawet gorzej. Nie umiejąc poradzić sobie z takim problemem, mogliby uciekać się do różnych rzeczy. A gdyby w grę weszły jakieś romanse, Wheeler z całą pewnością nie umiałaby się w tym już odnaleźć. A wtedy, co by się nie działo, jakiś żal jednak by pozostał. Przygryzła dolną wargę, zastanawiając się nad słowami Daubneya. - Tak, myślę, że tak - pokiwała ostatecznie głową. Chyba była gotowa na to, żeby znów się otworzyć na jego obecność w swoim życiu. Przecież mogli spróbować się wspierać, prawda? Nie było w tym nic strasznego, mało tego, było to nawet wskazane. Nie było nikogo, kto znałby Indię tak dobrze jak Milo. Nie było nikogo, kto tak dobrze potrafił ją zrozumieć. Może rzeczywiście wspólnymi siłami uda im się w końcu jakoś uporać z przeszłością? - Brzmi idealnie. Właściwie, niedaleko stąd jest niewielki bar, powinien być już otwarty - prawdę mówiąc, było dość wcześnie. Picie o tej porze nie było niczym dobrym, ale India tego właśnie teraz potrzebowała. I cieszyła się, że nie będzie z tym sama. Przesunęła jeszcze dłonią po płycie nagrobka, jakby żegnając się tym samym z synem i ramię w ramię z Milo, ruszyła w stronę baru.

/ zt.
_________________
 
 
Vera Tenney


Jestem w Chicago od
wielu lat



32
strażak

uczy się żyć na nowo

Mieszkam w
Lincoln Park

Vera

Tenney

Wysłany: 13 Wrzesień 2019, 12:01   
   Mów mi -  Darka
   Multi -  Leanne Wheeler


    #55

Mając kategoryczny zakaz choćby wstępu do remizy strażackiej, Vera autentycznie nie wiedziała, co z sobą zrobić. Poniekąd, nie było w tym nic dziwnego – w końcu jej życie od dawien dawna pod niemal każdym względem toczyło się wokół pracy. Wiedziała, że był to tylko stan przejściowy. Wyzdrowieje, rana zagoi się i będzie mogła wrócić pracy, będzie mogła wrócić do życia, które pod każdym możliwym względem było jej, bo nic innego jej w życiu nie pozostało. Problem polegał jednak na tym, że nic nie szło po jej myśli. Nie była w stanie usiedzieć spokojnie w czterech ścianach, choć takie właśnie było zalecenie każdego – począwszy od lekarzy, skończywszy na kolegach z pracy, a nawet samym komendancie. I tym razem Tenney wręcz musiała coś robić. Obyło się bez ryzykownych wizyt w miejscu pracy i próbie wkręcenia się w jakieś małe robótki. Wybrała zupełnie inne miejsce.
Trudno powiedzieć, kiedy ostatni raz odwiedziła Henley. Kilka tygodni wcześniej? Przed pożarem? Może kilka miesięcy wcześniej? Nieważne. Przy grobie córki spędziła nieco więcej czasu, niż powinna. Siedziała na niewielkiej ławeczce, ostatecznie tylko wpatrując się w przestrzeń. Nie powinno jej tu być. Powinna nieco większą wagę przykładać do swojego stanu zdrowia. Nie była w dobrej formie. Nadal obolała, nadal z opatrunkiem na żebrach, nad którym czasami samodzielnie nie była w stanie zapanować. Również nad tym chaosem w swojej głowie nie mogła zapanować. Czy rzeczywiście wskoczyła wówczas w ten cholerny ogień po to, by zakończyć to wszystko? Tak. Nie. Być może. Dla niej nadal najważniejsze było to, że wyciągnęła dziewczynę z pożaru. Prawie całą i prawie zdrową.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Dylan Prescott


Jestem w Chicago od
kilkunastu lat



35
musi się ogarnąć

bo Mae urodzi mu dziecko

Mieszkam w
Streeterville

Dylan Hector

Prescott

Wysłany: 15 Wrzesień 2019, 16:24   
   Mów mi -  Domi
   Multi -  Toby, Eliott, Colter, Holden, Connor


    #54

W życiu Dylana wreszcie zagościł spokój. Zaskoczenie, prawda? Nikt, a przede wszystkim on sam, nie przypuszczałby, że stanie na nogi i weźmie się za pysk, aby nie staczać się na samo dno. Nie pamiętał już, kiedy taki spokój koił zszargane nerwy. Chciał pójść o krok dalej. Coraz poważniej myślał nad powrotem do pracy. W końcu wielokrotnie upominali się o niego jego pacjencji, gdy dzwonili do niego, a on nie odbierał telefonu, ponieważ był zbyt zalany, aby rozmawiać z kimkolwiek. Trzymał się w ryzach, bo miał w końcu dla kogo. To Mae zmieniła nastawienie Prescott’a do całego świata. To właśnie jej zawdzięczał wszystko, co dobre w jego życiu. Zdążył nawet zapomnieć o ostatnich wydarzeniach, które zaprowadziły go na komisariat policji. Działał w dobrej wierze. Skoro już jakiś czas temu postanowił ruszyć naprzód, pozostało mu jeszcze tylko odwiedzić cmentarz. Nie pamiętał już, kiedy tak naprawdę przyszedł z wizytą na grób córki. Jego alkoholizm zgubił go nieco. Cała ta rozpacz po śmierci Henley zamieniła się w nałóg, do którego nie zamierzał już nigdy wracać. Miał zamiar pozostać w tym postanowieniu już na zawsze. W końcu miał zostać ojcem, co w dalszym ciągu brzmiało jak jakaś abstrakcja. Sąsiadka, która ostatecznie stała się jedną z najważniejszych osób w jego życiu.
Z małej wielkości pluszakiem przemierzył alejki cmentarza, ciesząc się w duchu, że nie było tutaj zbyt wielu ludzi. Zamierzał spędzić tu większość popołudnia, chcąc nadrobić wszelkie zaległości, o których powinna dowiedzieć się Henley. Jakie było jego zdziwienie, gdy dostrzegł znajomą postać siedzącą na ławce. Zatrzymał się kilka kroków od niej, odruchowo zaciskając palce na pluszowym misiu. - Nie przeszkadzam? - zapytał, zerkając w kierunku Tenney. Ostatecznie i tak zajął miejsce obok. Nie brał nawet pod uwagę, że może nie chciała dzisiaj żadnego towarzystwa. - Nie spodziewałem się, że cię tu spotkam. W ogóle nie spodziewałem się, że jeszcze cię zobaczę. - może i wszystko sobie wyjaśnili, ale towarzystwo Very otwierało na nowo rany, które zdążyły niedawno się zabliźnić.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Vera Tenney


Jestem w Chicago od
wielu lat



32
strażak

uczy się żyć na nowo

Mieszkam w
Lincoln Park

Vera

Tenney

Wysłany: 18 Wrzesień 2019, 19:45   
   Mów mi -  Darka
   Multi -  Leanne Wheeler


Utrata Henley również dla Very była ogromnym ciosem – nie trudno się temu dziwić, w końcu od samego początku wojowała z rodzicami o prawa do opieki dziewczynką. Wyszło, jak wyszło. Teraz musiała radzić sobie samodzielnie – pod każdym możliwym względem. Nie była natrętna. Odpuściła Dylanowi, jakkolwiek by to nie brzmiało – tym bardziej, że w swoim czasie faktycznie doszli do porozumienia. Wyjaśnili sobie wszystko i w gruncie rzeczy to nie było już do czego wracać. Czyżby?
Natychmiast rozpoznała ten głos. Nie musiała unosić głowy, by zorientować się, kto postanowił zakłócić jej spokój. Jednak.. jednak nie zareagowała – nie od razu. Milczała do momentu, w którym Prescott nie postanowił zająć miejsca obok niej. Bez słowa przeniosła na niego wzrok, by ostatecznie uśmiechnąć się na widok pluszaka. Fakt, chciała pobyć sama, lecz w tym przypadku nie miało to znaczenia, zupełnie jakby wiedziała, że z Prescottem naprawdę nie było żartów.
Jednak potrafię jeszcze zaskakiwać. – powiedziała cicho i jak gdyby nigdy nic, wyciągnęła rękę właśnie po pluszaka – Mogę? – spytała w ostatniej chwili. Nie musiała o nic więcej pytać. Wiedziała. Wiedziała, z jakiej okazji Dylan przyniósł ze sobą zabawkę. – Spodobałby się jej. – powiedziała nieco ciszej. Przy okazji poruszyła się niespokojnie, co skwitowała kolejnym grymasem, gdy ból przeszył jej ciało. Zbladła, o ile było to możliwe. Mimo to, robiła dobrą minę do złej gry. Międzyczasie znów przesunęła spojrzeniem po mężczyźnie. Coś się zmieniło. Coś się w nim zmieniło. Nie wiedziała tylko co takiego. Przekrzywiła głowę na bok, zaraz oddając Dylanowi pluszaka – Wszystko w porządku? – nie mogła nie zadać tego pytania. Musiała wiedzieć. Powinna. Chyba. I najważniejsza rzecz – Prescott nadal nie był jej obojętny. Nadal był jedną z najważniejszych osób w jej życiu. To jedno się nigdy nie zmieni.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Dylan Prescott


Jestem w Chicago od
kilkunastu lat



35
musi się ogarnąć

bo Mae urodzi mu dziecko

Mieszkam w
Streeterville

Dylan Hector

Prescott

Wysłany: 20 Wrzesień 2019, 13:17   
   Mów mi -  Domi
   Multi -  Toby, Eliott, Colter, Holden, Connor


W porównaniu do Very, nie miał takiego szczęścia i o posiadaniu córki dowiedział się o te kilkanaście lat za późno. Nie było mu dane nacieszyć się towarzystwem Henley, która i tak została mu chwilę później odebrana – wbrew jego woli. Wbrew wszystkiemu. Czuł niewyobrażalny ból, w końcu małymi kroczkami sprawdzał się w roli ojca. Mógłby mieć pretensje do Very, nawet i do końca życia, tylko po co? Nie sprawiłoby to, aby ich córka cudownie zmartwychwstała. A szkoda. Wiele by dał, aby spędzić z nią jeszcze trochę czasu. Nie miał nawet okazji zobaczyć jak dorasta, zmaga się z problemami, a po wszystkim przyszłaby do ojca po życiową radę, której by z pewnością nie dał, ale służyłby zawsze ramionami. Żadne z nich już tego nie doświadczy.
Już dawno chciał tutaj przyjść, a dzisiejszy dzień był idealną opcją. Wydawało mu się, że był już tak ogarnięty z własnym życiem, że mógł tutaj przyjść z podniesioną głową. Nie wstydził się tego, do jakiego stanu się doprowadzał. Był w żałobie. To był właśnie ten czas, aby oddzielić wszystko grubą kreską. Zaczynał nowe życie, ale nie oznaczało to, że zapomniałby o własnej córce. W sumie, chyba trochę ucieszył go widok Very, która była cała i zdrowa. Ale czy tak było naprawdę? Nie znali się od dzisiaj, doskonale potrafił zauważać niektóre rzeczy, ale milczał. Nie miał już takiego prawa, aby ją krytykować, ani tym bardziej zabraniać robić głupie rzeczy, których miała całe mnóstwo w swojej głowie. Skinął głową w odpowiedzi, oddając jej pluszaka i uśmiechnął się delikatnie. To wszystko nadal bolało. - Żartujesz? - spojrzał na nią w lekkim szoku. - Byłaby nim zachwycona. - dodał po chwili, śmiejąc się lekko. Czy nie było miło? Nie skakali sobie do gardeł i wszystko było tak, jak być powinno od samego początku. Przyglądał się jej. Lustrował ją wzrokiem, chcąc wybadać cokolwiek. I tak, udało mu się coś dostrzec. - A u ciebie, Vera? Tylko nie wciskaj mi kitu. Nie znamy się od wczoraj. - odwrócił do niej głowę, oczekując konkretów. Po tym wszystkim co przeszli, chyba zasługiwał na odrobinę szczerej rozmowy. Nowiny z jego życia mogły jeszcze trochę zaczekać. Postanowił skupić całą swoją uwagę na Tenney. To ona była w tej chwili ważniejsza.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Vera Tenney


Jestem w Chicago od
wielu lat



32
strażak

uczy się żyć na nowo

Mieszkam w
Lincoln Park

Vera

Tenney

Wysłany: 22 Wrzesień 2019, 09:43   
   Mów mi -  Darka
   Multi -  Leanne Wheeler


Tenney naprawdę nie chciała dla nikogo źle – a już na pewno nie dla Dylana, czy Henley. Kochała tych dwoje, zawsze. Nieważne, że najzwyczajniej w świecie nie potrafiła tych uczuć okazywać. Zresztą, Vera nigdy nie potrafiła mówić o swoich uczuciach. I proszę – był tego efekt. Przez brak pewności siebie i zbyt irracjonalne lęki, ominęło ją zbyt wiele. I chyba nigdy sobie tego nie wybaczy, co tak naprawdę było widoczne już na pierwszy rzut oka. Zachowywała się tak, jakby za wszelką cenę próbowała odpokutować błędy z przeszłości.
Żałoba, był to okres, który każde z nich przechodziło lub też przechodzi na własny sposób. Vera, tak jak Dylan, zamknęła się na wszystko i wszystkich, z tą różnicą, że całkowicie skupiła się na swojej pracy. Najmniej istotne było to, że w większości przypadków bezmyślnie przekraczała kolejne granice, narażając się na niebezpieczeństwo – czy to wchodząc w ogień lub też wskakując do szybu windy. Jeśli miała poczuć się lepiej.. to w czym problem? A w tym, że przy okazji mogła umrzeć. Najgorsze było to, że Vera naprawdę się tym nie przejmowała.
Przyjrzała się uważniej pluszakowi, nie mogąc się przy tym nie uśmiechnąć. Naturalnie, przyznała Dylanowi rację. Byłaby zachwycona, co do tego nie miała wątpliwości. Być może i chciała dodać coś jeszcze, zwłaszcza na temat Henley. Może chciała podzielić się jakimś wspomnieniem z córką? Jednak czując na sobie spojrzenie Dylana, Vera jedynie westchnęła ciężko, Miał rację, nie znali się o wczoraj, co oznaczało, że każda próba uniku odpowiedzi mogła skończyć się źle. Dla Very, rzecz jasna. – Nie mam zamiaru wciskać ci kitu, bo prędzej czy później i tak się dowiesz. – mówiąc to, bezwiednie podciągnęła koszulkę do góry, odsłaniając opatrunek na żebrach. – To nic takiego. – powiedziała natychmiast, chcąc uspokoić Dylana i tym samym uniknąć kolejnych niewygodnych pytań. – Tylko wypadek przy pracy. – ciągnęła uparcie, jak to miała w zwyczaju. Do tego chyba powinien już się przyzwyczaić, prawda? Prawda.
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Dylan Prescott


Jestem w Chicago od
kilkunastu lat



35
musi się ogarnąć

bo Mae urodzi mu dziecko

Mieszkam w
Streeterville

Dylan Hector

Prescott

Wysłany: 23 Wrzesień 2019, 14:21   
   Mów mi -  Domi
   Multi -  Toby, Eliott, Colter, Holden, Connor


On o tym wszystkim wiedział. Szkoda tylko, że zrozumiał to, gdy było za późno na cokolwiek. Vera zawsze będzie odgrywać bardzo ważną rolę w życiu mężczyzny. Przeszli ze sobą więcej, niż ktokolwiek inny. Ciężko było zapomnieć o Tenney, gdy ta wryła mu się w pamięć w taki sposób, że nie mógł przejść obok niej obojętnie. Nie można tutaj było mówić o czystej miłości, a raczej jednak o takiej, jaką czuje brat do młodszej siostry – to było zdecydowanie to. Nie można było się temu dziwić. Przez dłuższy czasu polegali tylko i wyłącznie na sobie.
Vera była dosyć porywczą osobą, więc nic dziwnego, że chciał wiedzieć o każdym szczególe jej życia. Zwłaszcza, że nie chciał po raz kolejny przechodzić przez żałobę, bo kto wie.. może tym razem nie dałby rady? Może teraz to wszystko potoczyłoby się w zupełnie inny sposób? Tenney chyba nie była świadoma, jak wiele znaczyła dla Dylana. Czy powinien ją o tym bardzo ważnym fakcie uświadomić? Pewnie tak, tylko czy to by zmieniłoby cokolwiek? Zmieniłaby raptem swoje myślenie? Nie sądzę. Uśmiech na twarzy kobiety naprawdę wiele dla niego znaczył. Nie był w stanie oderwać od niej swojego spojrzenia. Po części, nieco ją przy tym oceniając. Ściągnął usta w wąską kreskę, a grymas na jego twarzy był aż nadto widoczny. Westchnął ciężko, przykładając palce do skroni. - Chcesz wmówić mi, że to nic takiego? Vera, przecież cię znam. Znam cię lepiej, niż ktokolwiek inny. - pokręcił głową na boki. Niewykluczone, że próbowała targnąć się na własne życie. Czy nie zdawała sobie sprawy, że takim zachowaniem sprawiała ból swoim bliskim? - Nie chcę cię oceniać, bo nie mam do tego prawa, ale.. może powinnaś czasem pomyśleć o innych? Zdajesz sobie sprawę, jaki ból im sprawiasz własnym zachowaniem? I dobrze wiesz, co mam na myśli. - przeżyli ze sobą więcej, niż można było przypuszczać. Poznał Verę jeszcze bardziej, gdy przychodziła do niego na terapię. - Wiem, że cierpisz, ale to nie powód żebyś.. - nie dokończył. Natomiast objął ją ramieniem w najdelikatniejszy sposób, aby nie zrobić jej krzywdy i po prostu ją przytulił. Nie mógł jej stracić. Nie był gotów, aby Vera całkowicie zniknęła z jego życia.
_________________
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Vera Tenney


Jestem w Chicago od
wielu lat



32
strażak

uczy się żyć na nowo

Mieszkam w
Lincoln Park

Vera

Tenney

Wysłany: 9 Październik 2019, 19:48   
   Mów mi -  Darka
   Multi -  Leanne Wheeler


Tym razem Vera naprawdę nie próbowała zrobić tego, o co posądzali ją inni, z Dylanem włącznie. Przynajmniej nie świadomie. Świadomie rzuciła się na pomoc rannej dziewczynie – i wyszłaby z tego bez szwanku, gdyby nie to, że opuszczając płonący budynek, potknęła się. Najzwyczajniej w świecie, miała pecha. I to ogromnego. Upadła w dość niefortunny sposób, dosłownie nadziewając się na metalowy element. Nie zrobiła tego specjalnie. Jednak nie oznacza to wcale, że ten etap miała już za sobą. Przeciwnie. I temu akurat nie była w stanie zaprzeczyć. Jeszcze nie pogodziła się w pełni z tym, co się wydarzyło tamtego dnia. Albo inaczej - nie wybaczyła sobie, że doprowadziła do tego wszystkiego. Czy kiedykolwiek to zrobi? Wybaczy sobie? Może. Może tak, może nie. Aktualnie było jej do tego bardzo, bardzo daleko.
Niewątpliwie, Dylan nadal był jedną z najważniejszych osób w jej życiu. Kochała go - to jedno się nie zmieniło od lat. Tyle że.. nadal nie była w stanie określić, jakiego rodzaju była to miłość. Nieważne. To jedno nie miało znaczenia. Teraz - w tej jednej chwili czuła się tak, jakby rzeczywiście spowiadała się ze swoich grzechów starszemu bratu. Nic dziwnego, że początkowo Vera tylko milczała, słuchając kolejnych słów Dylana. Cóż, nie miała nic na swoje usprawiedliwienie - a z drugiej strony, chyba też była doskonale świadoma tego, że każda próba wytłumaczenia się z tego, co się wydarzyło, skończyłaby się jej porażką. W końcu - fakty mówiły same za siebie. Dla niej akcja ratunkowa skończyła się na stole operacyjnym - musiała zrobić to specjalnie. Już miała się odezwać, już miała zabrać głos, próbując jakoś zaprzeczyć, odeprzeć jego atak, ale i tym razem zrezygnowała. Bo? Bo nie myślała. Nie myślała o tym, w jaki sposób jej decyzje odbiją się na innych - zupełnie tak, jakby w ogóle tych innych nie dostrzegała.
- Dylan.. - zaczęła, ale chyba nie dane jej było to skończyć, bo w następnej chwili znalazła się w jego ramionach. Skrzywiła się nieznacznie, bo jednak i tym razem rana dawała jej się we znaki. W końcu spasowała i niemal całkowicie przywarła do Dylana. Potrzebowała go nawet, kurde, w takiej chwili, lecz nie było mowy, by powiedziała to na głos. - Pozwól, że coś Ci wyjaśnię. - wyszeptała po chwili, nadal tkwiąc w jego ramionach. Nie mogła dłużej milczeć. Musiała przynajmniej spróbować wyjaśnić mu to, jak to wszystko wyglądało z jej perspektywy. Delikatnie więc, starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów, wyswobodziła się z jego uścisku i w sumie to z początku nie wiedziała, jaką powinna obrać pozycję, byle tylko nie zaszkodzić sobie jeszcze bardziej. - Nie zrobiłam tego specjalnie. Wiem, że brzmi to nieprawdopodobnie, zwłaszcza biorąc pod uwagę to.. to wszystko, ale tym razem naprawdę.. - nie dokończyła. Zaczęła kręcić głową na boki, zaraz zupełnie niespodziewanie, zanosząc się płaczem. Vera niebywale rzadko pozwalała sobie na okazywanie tych wszystkich emocji, nie mówiąc już o łzach. Tym razem pękła i pierwszy raz nie musiała wyjaśniać wszystkiego od samego początku, bo wiedział. Powinien wiedzieć, prawda?
 


profil kalendarz karta postaci relacje lokum telefon
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
[ ODPOWIEDZ ]
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Strona wygenerowana w 0,16 sekundy. Zapytań do SQL: 7